środa, 4 marca 2009

"MANGA: 1000 lat historii"

Zabierając się do tego albumu miałem spore oczekiwania - poznać historię dzisiejszej mangii, jej rodzaje, nurty, i szkoły rysowania niby tak samo wyglądających w tysiącach serii postaci. Częściowo spełniono moje oczekiwania, ale nie te, które wydawały mi się najistotniejsze.

Pierwsze wrażenie - óóberpozytyw. PWN stanęło na wysokości zadania, i wydało nie broszurkę dla popiskujących 14latek, a Album przez duże A. Gruba oprawa, grubaśny papier, dużo grafiki, wtop nie wypatrzyłem. Chciało by się, by ekskluzywne albumy Egmontu (często i tak droższe), były wydawane właśnie w ten sposób. Owszem, były grafiki, gdzie się pixele rozlały, ale to przypadki odosobnione, natomiast kreska "Opowieści Szeherezady" jest ząbkowana od początku do końca albumu. Owszem, momentami w albumie o mandze siada czerń, ale to czasem i mało i w tekście. Całość na tym mało cierpi.

Gorzej ze stroną merytoryczną. Autorka leci sobie historycznie po sztukach plastycznych Japonii od epoki feudalnej do chwili obecnej, i jak sugeruje tytuł - historia w tym albumie dominuje. Zaprezentowane są nowe nurty, znaczenie drzeworytów, ukiyo-e, nowe motywy, wątki mitologiczne, społeczne, zwoje z sekwencyjnymi opowieściami, które były praprzodkami mangi.

Gdzieś w połowie albumu feudalizm przechodzi przez restaurację meiji (karykatury, taka już-już-prawie-manga), potem wojna, i dochodzimy do Tezuki Osamu. Nie przeczę - własny rozdział mu się należy, tylko że potem zostaje jakoś 1/3, 1/4 tomiszcza na omówienie wszystkiego tego co działo się w mandze przez ostatnie 50 lat.

Może za mało wiem o mandze, ale zdawkowe wspomnienie o "Akirze" (o ile jakiekolwiek było) i pominięcie "Ghost in the Shell", to dla mnie lekki zgrzyt. Ale to może taka moja fanbojska jazda. Inna sprawa że autorka nieco miejsca poświęciła mandze dla nastoletnich dziewcząt (nawet sporo), ociupinkę gekidze, czyli poważnej mandze dla dorosłych, ale np. japońską fascynację mechami które niszczą otoczenie w walkach między sobą tylko zasygnalizowała pisząc o mangach z lat 50-tych, i umieszczając zdawkowe info pod okładką "Evangelliona". Prawdopodobnie dla autorki nie istnieje też wogóle coś takiego jak manga cyberpunkowa - nie wyhaczyłem żadnych wzmianek o kwitnącym w japońii i rozwijającym się coraz bardziej od zarania mangi onanistycznym technofilstwie. Jest natomiast coś o "Death Note", autorka wspomina o co cho, ale w żaden sensowny sposób nie tłumaczy dlaczego to tak ważne dzieło, że premierę tej mangi odnotowała nawet w znajdującym się na końcu albumu kalendarium. Nic o pokemanii. Przynajmniej "Dragon Ball" i "Naruto" są.

Fajnym bonusem są wieńczące dzieło wywiady ze znanymi autorami. No i tu już porażka na całej linii, udowadniająca że średni pisaż i może nawet dobry akademik w jednej osobie może także być marnym dziennikarzem. Czy może właściwie dyskutantem. W rozmowie z uznanymi twórcami pada pytanie "czy manga może być sztuką?" Noż kurza twarz, cholera jasna, przecież to album który właśnie przedstawia 1000-letnią klasyczną tradycję stojącą za mangami, baba stara się udowodnić szeroką rozpiętość gatunkową i artystyczną mang, i na koniec strzela sobie w stopę bzdurnym pytaniem, na które sama starała się odpowiedzieć przez poprzednie 200 stron... Poza tym banał goni banał, jak w wywiadzie z Taniguchim, gdzie pytania bywają dłuższe od odpowiedzi, albo takie kwiatki: Czy dziwi pana wielka popularność Pańskich mang w Europie? Tak, dziwi mnie wielka popularność moich mang w Europie. A co miał kurde powiedzieć, że sprzedaż go tak naprawdę lekko zawiodła??? Albo pytanie o plany na przyszłość: mam parę pomysłów, nad jednym projektem zacząłem pracę, ale nie wiem kiedy coś z tego wyniknie, bo plepleple. Znaczy się kurtuazja, zero konkretów. Pytania i odpowiedzi nic nie wnoszące, w redakcji do wycięcia. Ale wtedy została by tych rozmów mniej niż połowa. Puste dosyć rozmowy, szkoda. A koniec końca zakończenia to słowniczek-przypisy, dotyczący słów japońskich. Słowa te w tekście są opatrzone gwiazdką. Dzięki temu wiadomo, że w słowniczku można o tych słowach przeczytać to samo, co w tekście, w którym są też wytłumaczone. Ale ke???

Podsumowanie - to nie jest zły album. To jest niezły album, o ile nastawić się bardziej na historię, niż na samą mangę. Fajnie pokazuje wpływy dzieł z przed wieków na współczesnych twórców, acz nie pokazuje co dziś w trawie piszczy. Zawiodłem się, bo liczyłem bardziej na coś w stylu "Komiks - sztuka przerysowana" Szyłaka, znaczy się podział dzieła na fragmenty opisujące oddzielne epoki, nurty, wpływy, itd, i że sama prehistoria mangi to też jak u Szyłaka będzie jeden rozdział. Zamiast tego większość zbioru stanowi epoka pre-mangowa, a z działu dotyczącego mangi po roku 50-tym dowiedziałem się głównie, że dużą popularnością cieszą się mangi o historii europy i o tańcu. Hm. No super. Wyszło w sumie że to uzupełnienie do przekrojowego albumu o dzisiejszej mandze, którego się jeszcze w Polsce nie doczekaliśmy.

Podsumowując podsumowanie - to jest bardziej o historii, niż o samej mandze. Ale dzięki wydaniu i tak wygląda dobrze na półce. Acz kosztuje zbyt dużo, by być ozdobnikiem. Jednak fragment historyczny jest dość ciekawy. Czujcie się ostrzeżeni.

6 komentarzy:

stab pisze...

łojezusicku, pytania typu "czy manga jest sztuką?" lub "czy komiks jest sztuką?" to chyba najlepsze podsumowania marnych dziennikarzy.

pawelk pisze...

"Komiks - świat przerysowany". Źródła, panie dziennikarz, kliknąc się nie chciało. ;-)

Kiamil pisze...

A może to prostu kwestia umiejętności czytania ze zrozumieniem tytułu książki? Gdybyś raz spróbował to większość zarzutów co do proporcji książki itp. byś sobie odpuścił. I może (pewny nie jestem, bo się nie znam)faktycznie proporcje gatunkowe współczesnej mangi są bardziej tak jak pisze pani, niż tak jakby brzmiały Twe marzenia?
W tej pozycji jest jeden zasadniczy błąd (na który zwrócił mi uwagę pewien japonista, gdy prowadziłem spotkanie o tej książce w krakowskiej "Mandze") - pisała ją Francuska, więc tendencyjnie i uparcie lekceważyła i pomijała powojenny wpływ Amerykanów na współczesny obraz mangi. I późniejsze wzajemne oddziaływania. USA zostały tu uroczo zniknięte, ale wszystko inne opisano bardzo profesjonalnie.

PS: pisarz pisze się przez "rz".

Gonzo pisze...

co do czytania ze zrozumieniem tytułu - wspomniałem o tym w tekście że się nakręciłem na coś innego, i liczyłem na inne ujęcie tematu. gdybyś tak samo wnikliwie czytał ten post, jak album, to darował byś sobie być może takie podsumowanie. W tytule - jak dla mnie - był postawiony za mały akcent na historię mangi, która jest przy całej historii pre-mangowej potraktowana marginalnie niemal.

Może proporcje są inne niż moje marzenia - a pewnie, przecież wspominam że fanboj ze mnie wylazł, ale pani autorka zupełnie przemilczała nurty istniejące w mandze od 2ch czy 3ch dekad. Nie oczekuję ustawienia ich na podium, ale olanie zupełnie zajarki fantastyką, technologią itd we współczesnej mandze to z deka lipa, podważająca w mojej opinii koompetencje tej pani. Wiem że takie nurty istnieją. Jeśli naukowiec je pomija to albo robi to celowo, albo o nich nie wie. Oba powody świadczą na niekorzyść sprawcy. Sam zresztą zwracasz uwagę na tendencyjność autorki.

Albo głupie hentaie - nikt nie kwestionuje popuarlności komiksów i animek, w których obcy za pomocą macek, gwałcą cne niewiasty. Nawet wspomniany jest historyczny bodaj drzeworyt - 'sen żony rybaka' - gdzie owa żona jest molestowana przez ośmiornicę. O współczesnym pokłosiu tego wiekopomnego dzieła w książce ani słowa.

PS: Francuzka pisze się przez 'z'.

Gonzo pisze...

poprawka co do peirwszego akapitu - chodzi mi o to ze tytuł sugeruje nacisk na Mangę i jej historię. owszem jest historia, co doprowadziło do mangi, ale wnikliwego spojrzenia na historię mangi jako takiej (może poza rozdziałem o Osamu) jest maaałooo.

legesilo pisze...

Hmm, that?s some cool information. I would search on Google to find other relevant articles. Actually, I came across your blog on Google Blog Search. I?m going to add your RSS feed to my reader. Continue posting please!

cialis