Przeżyłem. Było dobrze. Ci co pojechali wiedzą, ci co nie - niech żałują. Osoby pitolące że nie lubią takich spędów bydła itd., niech chrzanią na zdrowie, dopóki nie pojadą na któryś taki spęd, oleją bydło, i poczują w trakcie jakiegoś dynamicznego koncertu energię tych dziesiątków tysięcy luda. To robi wrażenie. Ale po kolei.CZWARTEK
Nie wiem, nie było mnie, pracowałem, ale ponoć Arctic Monkeys zassali.
PIĄTEK
Gossip - nawet fajni oni są, ale nieopierzeni z deka, jakoś entuzjazmu z publiki nie wykrzesali zanadto jak na mój gust, choć się starali, pokrzykując jaka to Polska fajna (taaa, akurat), a to ćwierćcovery wplatając. Nie pomogło. Zbliżenia na nagie uda liderki - masakrowały, ale wytrwałem do końca.
Gaba Kulka - trafiłem akurat na jakiś kawałek Kulki, który był coverem Ewy Bem. Po posłuchaniu covera Tori Amos z polskim tekstem uciekłem po piwo.
The Kooks - wymiękłem. Podobny wpływ na publikę jak Gossip, tyle że nudzili. Nie moja baja. Przegrali z piwem. Miałem iść na World Stage, gdzie grał Yugoton, ale nie trafiłem.
Moby - łysy introwertyk pokazał że potrafi zrobić szoł. Kto by się tego spodziewał po kolesiu który nie je mięsa. Pianinkowe smutne kawałki z "Play" były dla tych, którzy chcieli znanych hitów, ale w ogóle toto nie zagrało dla tych 50 czy 60K luda. Zagrały natomiast znakomicie rejvove kawałki z początku kariery elektronicznej Mobiego i hiciory pokroju "Bodyrock". Poza tym po scenie razem z Mobym miotały się wokalistki i cała ekipa, dobre to było. A na koniec "Ring of Fire" Casha. Słit.
Crystal Castles - nic nie wiem, jak dobrnęliśmy to już tylko horyzontalnie byłem w stanie słuchać. Moby mnie wypruł. Buddysta, cicha woda. Uciekliśmy, ale na głównej scenie grał jeszcze KNŻ.
SOBOTA
Dzień na który czekałem. Dopóki nie ogłoszono koncertu FNM to zlewałem tegorocznego festa jako za mało dla mnie imprezy. Gwiazd za mało. Leniwy jestem. I skąpy. Ale skoro legenda postanowiła zagrać właśnie w Gdyni, to wszystko jasne. No to teraz od początku.
Madness przeniesiono na inną scenę, ale obejrzenie paru ich teledysków w międzyczasie przekonało mnie, że wcale nie muszę ich na żywo oglądać. I spoko. No to piwo, piwo i czekamy. Co prawda na scenie młodych talentów grał Buldog, ale nie wyrobili byśmy się na gwiazdy na scenie głównej.
FNM - klasa. Właściwe słowo. Ani mniej, ani więcej. Z takim zestawem hitów i doświadczeniem nie mogli tego zepsuć. W sumie mogli, jako zespół zrijunajtowany. I jako reunite wypadło to świetnie. Powalić - nie powaliło. Znam możliwości kapeli, znam kawałki, słyszałem pierwsze takty i darłem mordę. I tak do końca. Nie powaliło na kolana. Z drugiej strony dostałem amoku i rwał mi się film z wkrętu w klimat. Zagrali single + sporo z "Angel Dust". Patton niewiele wariował przy majku (ale lol ta gra słów, oj się mi udało). Zaklęli deszcz. Zagadywali publikę. Byli autoironiczni - ładny tekst o tym że o ile pamiętają to kiedyś byli sławni, a tu chyba tylko 50 osób było na ich koncercie w Katowicach. No słowem - klasa. Kapela, jak wynika z twitterów, też zajarana. No i ok. Jeden wniosek - zero nowych kawałków. Nawet Black Sabbath na reunite tour miało nowe traki. Luzaki z San Francisco wyraźnie tylko na koncerty się zrijunajtowali. I tyle dobrze.
Pendulum - a tu to już szajba totalna. Znam Pendulumów z ich dwóch płytek, fajne rytmiczne dramenbejsy, nieco tępo-dresiarskie, ale zasadniczo sporo fajnych kawałków. I zajebisty remix "Voodoo People" mają na koncie. Dynamika w wersji elektronicznej. Wchodzimy nieco spóźnieni pod scenę główną, a tu widzimy napieprzający dramy skład metalowy - bas, gitara, perkusja żywa (ten gość to cyborg był totalny). Zdziwiło. Posłuchaliśmy. Miazga. Urywało dupę przy samych piętach. Dalej to taka prosta muzyczka, ale w wersji 'stadionowego live' po prostu rwała niesamowicie energią do góry. Publika reagowała żywiołowo, co pewnie też można zrzucić na konto FNM, co ludzi rozgrzało, ale Pendulumowie wiedzieli co z ty zrobić. Przyjechały mało znane kangury, zagrały mało znane kawałki, i wszyscy dostali szajby skacząc i drąc ryja. Bez otoczki reaktywowanej legendy, czy najlepszej elektronicznej kapeli Live. Po prostu - zrobili swoje, i zrobili to zaangażowaniem, którego jednak u niemłodych już panów z FNM nie zauważyłem. Legenda zagrała godnie, broniąc swój status. Pendulum miażdżyło, w pełni świadomie pewnie dając z siebie wszystko w części świata, która o nich nie słyszała. Koncert festa jak na mój gust. Polecam tą kapelkę, zwłaszcza alboom "Hold Your Color".
Kurde. Formacja Proppellerheads nagrała kiedyś lągplej "Decks, Drums, Rock'n'Roll". Ale jeśli komukolwiek należy się właśnie taka etykietka, to grającym żywe drumy Pendulumom. Się ona należy chociażby za drumową wersję "Master of Puppets", która niszczyła. Ja chcę ich kiedyś znowu.
Na koniec grał Kult, ale wszyscy już byli za bardzo najebani i rzygali po budkach z kebabem, więc sobie poszliśmy.
NIEDZIELA
Lilly Allen - przelotnie. Słabo. Po prostu. Laska zawdzięcza swoją medialną egzystencję chyba tylko bredniom które opowiada w wywiadach. Bo na pewno nie swojej scenicznej charyzmie. Słabe.
El Dupa - ktoś był na Alter Space zdaje się, i ponoć i śmieszno i straszno.
W ogóle tego dnia była masakra, bo ludzi zatrzęsienie, dużo więcej niż w poprzednie dni. Pierdyliard hipsterskich lasek w nieładnych, za dużych okularach (ponoć na the Ting Tings), frikowaci pigularze czekający na Prodziży, jakieś cosie, tłuuum. Podobno zresztą problemy z wodą i piwem były od tego morza ludzi. Którzy chyba w większości przyjechali na...
Kings of Leon - ludzi było chyba 2x tyle co na FNM. Leoni wyszli, zagrali. Hity były. No i nigdy nie widziałem aż tak dużej zupełnie nieruchawej publiki. Bo i charyzmy i zaangażowania zepsołowi zabrakło. Po dwóch kawałkach dałem limit jeszcze dwóch kawałków. Nie zdali egzaminu. Uciekłem. Ludzie doczekali do "Sex is on fire" i zrobili to co ja.
Placebo - otrzaskanie zdecydowanie większe niż u Leonów, ale efekt podobny. Piszczały tylko jakieś nastoletnie fanki spod sceny. Nie jestem nastoletnią fanką. Uciekłem.
the Prodigy - samograj. Podobnie jak u FNM - przebogaty zestaw hitów, które wystarczyło puścić i ludzie robili w gacie z wrażenia, chłonąc basy jak... No nie wiem jak co, ale łapczywie. Maxim zagadywał 'to all Prodigy warriorrzzzz', Keith bezsensownie plątał się po scenie jako 'ten typ z Firestartera', była żywa perkusja, była gitara. Miazga zasadniczo, ale nie pokazali tego co Pendulum - przyjechały jakieś pastuchy z antypodów, i dali przysłowiowy ogień z dupy. Prodziże przyszli na gotowe, bo mają publikę już od dawna urobioną. Nawet zanadto bawić się kawałkami im nie chciało. Zagrali poprawnie. I tak było fachowo.
Pod namiotem grał jeszcze Kazik solo, ale już sił nie mieliśmy na cokolwiek, bo była prawie czwarta, i spadliśmy.
Reasumowawszy - to dobry Heniek był. Lepszy niż rok temu. Ludniejszy niż kiedykolwiek. Czwarty dzień jak dla mnie zbędny, ale okej. Był dobry fan. Ładna pogoda. Dobra muzyka. Słabe piwo (przynajmniej na feście). I dobra ekipa, z którą miałem fun. Szczerze pozdrawiam.
I tylko przywiezionych z nad morza zarazków co mnie teraz rozłożyły na tydzień żal. Mogły by nie rozkładać. Ale bywa, taka karma, za dużo dobrego było.









