wtorek, 7 lipiec 2009

Open'er 2009

Przeżyłem. Było dobrze. Ci co pojechali wiedzą, ci co nie - niech żałują. Osoby pitolące że nie lubią takich spędów bydła itd., niech chrzanią na zdrowie, dopóki nie pojadą na któryś taki spęd, oleją bydło, i poczują w trakcie jakiegoś dynamicznego koncertu energię tych dziesiątków tysięcy luda. To robi wrażenie. Ale po kolei.

CZWARTEK

Nie wiem, nie było mnie, pracowałem, ale ponoć Arctic Monkeys zassali.

PIĄTEK

Gossip - nawet fajni oni są, ale nieopierzeni z deka, jakoś entuzjazmu z publiki nie wykrzesali zanadto jak na mój gust, choć się starali, pokrzykując jaka to Polska fajna (taaa, akurat), a to ćwierćcovery wplatając. Nie pomogło. Zbliżenia na nagie uda liderki - masakrowały, ale wytrwałem do końca.

Gaba Kulka - trafiłem akurat na jakiś kawałek Kulki, który był coverem Ewy Bem. Po posłuchaniu covera Tori Amos z polskim tekstem uciekłem po piwo.

The Kooks - wymiękłem. Podobny wpływ na publikę jak Gossip, tyle że nudzili. Nie moja baja. Przegrali z piwem. Miałem iść na World Stage, gdzie grał Yugoton, ale nie trafiłem.

Moby - łysy introwertyk pokazał że potrafi zrobić szoł. Kto by się tego spodziewał po kolesiu który nie je mięsa. Pianinkowe smutne kawałki z "Play" były dla tych, którzy chcieli znanych hitów, ale w ogóle toto nie zagrało dla tych 50 czy 60K luda. Zagrały natomiast znakomicie rejvove kawałki z początku kariery elektronicznej Mobiego i hiciory pokroju "Bodyrock". Poza tym po scenie razem z Mobym miotały się wokalistki i cała ekipa, dobre to było. A na koniec "Ring of Fire" Casha. Słit.

Crystal Castles - nic nie wiem, jak dobrnęliśmy to już tylko horyzontalnie byłem w stanie słuchać. Moby mnie wypruł. Buddysta, cicha woda. Uciekliśmy, ale na głównej scenie grał jeszcze KNŻ.

SOBOTA

Dzień na który czekałem. Dopóki nie ogłoszono koncertu FNM to zlewałem tegorocznego festa jako za mało dla mnie imprezy. Gwiazd za mało. Leniwy jestem. I skąpy. Ale skoro legenda postanowiła zagrać właśnie w Gdyni, to wszystko jasne. No to teraz od początku.

Madness przeniesiono na inną scenę, ale obejrzenie paru ich teledysków w międzyczasie przekonało mnie, że wcale nie muszę ich na żywo oglądać. I spoko. No to piwo, piwo i czekamy. Co prawda na scenie młodych talentów grał Buldog, ale nie wyrobili byśmy się na gwiazdy na scenie głównej.

FNM - klasa. Właściwe słowo. Ani mniej, ani więcej. Z takim zestawem hitów i doświadczeniem nie mogli tego zepsuć. W sumie mogli, jako zespół zrijunajtowany. I jako reunite wypadło to świetnie. Powalić - nie powaliło. Znam możliwości kapeli, znam kawałki, słyszałem pierwsze takty i darłem mordę. I tak do końca. Nie powaliło na kolana. Z drugiej strony dostałem amoku i rwał mi się film z wkrętu w klimat. Zagrali single + sporo z "Angel Dust". Patton niewiele wariował przy majku (ale lol ta gra słów, oj się mi udało). Zaklęli deszcz. Zagadywali publikę. Byli autoironiczni - ładny tekst o tym że o ile pamiętają to kiedyś byli sławni, a tu chyba tylko 50 osób było na ich koncercie w Katowicach. No słowem - klasa. Kapela, jak wynika z twitterów, też zajarana. No i ok. Jeden wniosek - zero nowych kawałków. Nawet Black Sabbath na reunite tour miało nowe traki. Luzaki z San Francisco wyraźnie tylko na koncerty się zrijunajtowali. I tyle dobrze.

Pendulum - a tu to już szajba totalna. Znam Pendulumów z ich dwóch płytek, fajne rytmiczne dramenbejsy, nieco tępo-dresiarskie, ale zasadniczo sporo fajnych kawałków. I zajebisty remix "Voodoo People" mają na koncie. Dynamika w wersji elektronicznej. Wchodzimy nieco spóźnieni pod scenę główną, a tu widzimy napieprzający dramy skład metalowy - bas, gitara, perkusja żywa (ten gość to cyborg był totalny). Zdziwiło. Posłuchaliśmy. Miazga. Urywało dupę przy samych piętach. Dalej to taka prosta muzyczka, ale w wersji 'stadionowego live' po prostu rwała niesamowicie energią do góry. Publika reagowała żywiołowo, co pewnie też można zrzucić na konto FNM, co ludzi rozgrzało, ale Pendulumowie wiedzieli co z ty zrobić. Przyjechały mało znane kangury, zagrały mało znane kawałki, i wszyscy dostali szajby skacząc i drąc ryja. Bez otoczki reaktywowanej legendy, czy najlepszej elektronicznej kapeli Live. Po prostu - zrobili swoje, i zrobili to zaangażowaniem, którego jednak u niemłodych już panów z FNM nie zauważyłem. Legenda zagrała godnie, broniąc swój status. Pendulum miażdżyło, w pełni świadomie pewnie dając z siebie wszystko w części świata, która o nich nie słyszała. Koncert festa jak na mój gust. Polecam tą kapelkę, zwłaszcza alboom "Hold Your Color".
Kurde. Formacja Proppellerheads nagrała kiedyś lągplej "Decks, Drums, Rock'n'Roll". Ale jeśli komukolwiek należy się właśnie taka etykietka, to grającym żywe drumy Pendulumom. Się ona należy chociażby za drumową wersję "Master of Puppets", która niszczyła. Ja chcę ich kiedyś znowu.

Na koniec grał Kult, ale wszyscy już byli za bardzo najebani i rzygali po budkach z kebabem, więc sobie poszliśmy.

NIEDZIELA

Lilly Allen - przelotnie. Słabo. Po prostu. Laska zawdzięcza swoją medialną egzystencję chyba tylko bredniom które opowiada w wywiadach. Bo na pewno nie swojej scenicznej charyzmie. Słabe.

El Dupa - ktoś był na Alter Space zdaje się, i ponoć i śmieszno i straszno.

W ogóle tego dnia była masakra, bo ludzi zatrzęsienie, dużo więcej niż w poprzednie dni. Pierdyliard hipsterskich lasek w nieładnych, za dużych okularach (ponoć na the Ting Tings), frikowaci pigularze czekający na Prodziży, jakieś cosie, tłuuum. Podobno zresztą problemy z wodą i piwem były od tego morza ludzi. Którzy chyba w większości przyjechali na...

Kings of Leon - ludzi było chyba 2x tyle co na FNM. Leoni wyszli, zagrali. Hity były. No i nigdy nie widziałem aż tak dużej zupełnie nieruchawej publiki. Bo i charyzmy i zaangażowania zepsołowi zabrakło. Po dwóch kawałkach dałem limit jeszcze dwóch kawałków. Nie zdali egzaminu. Uciekłem. Ludzie doczekali do "Sex is on fire" i zrobili to co ja.

Placebo - otrzaskanie zdecydowanie większe niż u Leonów, ale efekt podobny. Piszczały tylko jakieś nastoletnie fanki spod sceny. Nie jestem nastoletnią fanką. Uciekłem.

the Prodigy - samograj. Podobnie jak u FNM - przebogaty zestaw hitów, które wystarczyło puścić i ludzie robili w gacie z wrażenia, chłonąc basy jak... No nie wiem jak co, ale łapczywie. Maxim zagadywał 'to all Prodigy warriorrzzzz', Keith bezsensownie plątał się po scenie jako 'ten typ z Firestartera', była żywa perkusja, była gitara. Miazga zasadniczo, ale nie pokazali tego co Pendulum - przyjechały jakieś pastuchy z antypodów, i dali przysłowiowy ogień z dupy. Prodziże przyszli na gotowe, bo mają publikę już od dawna urobioną. Nawet zanadto bawić się kawałkami im nie chciało. Zagrali poprawnie. I tak było fachowo.

Pod namiotem grał jeszcze Kazik solo, ale już sił nie mieliśmy na cokolwiek, bo była prawie czwarta, i spadliśmy.

Reasumowawszy - to dobry Heniek był. Lepszy niż rok temu. Ludniejszy niż kiedykolwiek. Czwarty dzień jak dla mnie zbędny, ale okej. Był dobry fan. Ładna pogoda. Dobra muzyka. Słabe piwo (przynajmniej na feście). I dobra ekipa, z którą miałem fun. Szczerze pozdrawiam.

I tylko przywiezionych z nad morza zarazków co mnie teraz rozłożyły na tydzień żal. Mogły by nie rozkładać. Ale bywa, taka karma, za dużo dobrego było.

czwartek, 2 lipiec 2009

Komiksy w muzeum

Z chwytliwego i napawającego optymizmem tytułu wynika tylko tyle, i aż tyle, że Muzeum Karykatury zaprasza na wystawę Raczkowskiego, pod tytułem 'Marek Raczkowski. Rysunki'. Byłem, widziałem, nabyłem wystawowy album za dzika 20. Reklamować nie ma sensu, każdy Raczkowskiego zna i wie że warto, choć nie każdy wie akurat o wystawie. Potrwa ona do 6 września, Muzeum znajduje się na tyłach Krakowskiego Przedmieścia, czyli w miejscu które prawie każdemu jest 'po drodze', grzechem jest więc na wystawę nie pójść.

Wystawie towarzyszy filmik w którym Raczkowski gada, ale że jest to też do oglądnięcia na stronie Muzeum Karykatury (klikuklik), to można sobie już przedsmak sobie zrobić.

Złożyło się tak, że trafiłem na wernisaż wystawy. Pobrzękiwał na gitarze i pojękiwał Maciej Zembaty, byli celebryci, darmowe piwo, na które zasadziło się zlewające wystawę środowisko stołecznych bankieterów, no i mnóstwo ludzi łaziło po wystawie, rechocząc przy komiksach. Na głos, bez ogródek. Przy komiksach. Starsze panie i panowie, czytający bez obciachu komiksy! Aż mi się miło zrobiło, jak dzięki takim ancymonom jak Raczkowski popularyzowane jest to niedocenione medium. Że tylu dorołych ludzi, w jednym miejscu, w pełni świadomie czyta komiksy, nie jest im głupio, i jeszcze mają z tego ubaw i nawet refleksje z tego płyną. W pełni świadomie? Moment. Wystawa, chociaż w większości składa się z komiksów, nazywa się w podtytule 'Rysunki'. Muzeum jest karykatury. Album wystawowy nazywa się jak wystawa. W środku kolejnych parę stron A4 poświęcono tradycyjnie na ochy i achy pod adresem autora 'rysunków'. 2 strony dyro Muzeum, 2 rednacz "Przekroju", 4 na mętne wynurzenia Zembatego, prywatnie Raczkowskiego zioma. Kolejne 2 to biogram autora. Jako że o twórczości jest, to w sumie komiks to niby popularyzuje. Niby.

Tylko że słowo 'komiks' w formach wszelakich użyte jest na tych dziesięciu stronach raptem dwa razy.

Raz w biogramie, przy okazji wymieniania dokonań Raczkowskiego, gdzieś pod koniec, jako info że na koncie autora jest też komiks i animacja reklamowa dla banku.

Drugi (właściwie to najpierw, ale zacząłem od tekstu który i na wystawie jest do przeczytania), to stwierdzenie dyra Muzeum, że Raczkowski ma "... wrodzony talent literacki, o czym świaczy coraz częstsze w jego twórczości rysunki komiksowe i tzw. dymki". Moment, a to nie tak, że tworzenie przez niego świetnych krótkich komiksów (niekoniecznie bym to nazwał 'rysunkami komiksowymi', ale mniejsza z tym), świadczy o wrodzonym talencie komiksowym???

No i głupio. Fajnie że szacowna instytucja, i to nie byle jaka, bo muzeum, całe swoje ściany ma obwieszone planszkami komiksowymi i rysunkiami obdarzonymi tzw. dymkami. To miłe, że nie razi już dziś, jako wymysł zgniłego zachodu i ta reszta bredni. Że ludzie nie traktują tego jako popierdułkę, bo rysunek, a nie felieton czy cokolwiek innego - zamiast tego ma to dla nich wartość. Świetnie. Dlaczego jednak szacowna instytucja robi wszystko by przypadkiem nie użyć słowa 'komiks'? Bo wtedy ludzie się obruszą, i przestaną Raczkowskiego lubić? A może on sam nie lubi takiej terminologii? Nie wiem, ale sam jej używa w krótkim filmiku na stronie Muzeum. Ale co? Że nie jest obciachem obwieszenie muzeum komiksami, ale jednak to takie trochę żenuła nazwać sprawę po imieniu?

Nie wiem. Po czułem się trochę jakby traktowano mnie jak upośledzonego w tym momencie.

Jeszcze raz - dziwnie. I tyle.

Morał na dziś. Taki indywidualny, może tak i nie jest, tak się poczułem. Komiks nie jest już traktowany jako prostackość dla nastolatków - pisze o nim praca, są publikacje naukowe, i cała reszta. Nie trafił jednak do popkultury, i tak długo jak instytucje pokroju Muzeum Karykatury będą się bały używać słowa 'komiks' w swoich publikacjach (żeby ludzie przypadkiem nie zorientowali się co czytają), tak długo pozostaniemy gettem.

środa, 1 lipiec 2009

Transformers2

Był taki odcinek Flinstonów, nie do końca pamiętam, rzucam z głowy, w każdym razie bohaterowie rozpoczynali karierę jako tekściarze szlagierów. Szperali w źródłach, żeby poszerzyć target. Dialog szedł jakoś tak:

- Pisz, Barney. 65% ludzi lubi piosenki o miłości, 40% piosenki o mamie, a 34% piosenki o przyjaźni...
- Ale Fred, to daje łącznie prawie 140%...

Nie ważne.

A jak nowe Transformersy? Słabiej niż jedynka, ale to nie dziwi, kontynuacje często są pozbawione czegoś nieuchwytnego, co zadziałało na widzów w 'jedynce'. Tym razem chyba nie o to poszło. No to zaczynamy wiwisekcję dzieła hulającego właśnie po kinach. Nie to żebym się silił na skromność, że co recenzja to nie ja, biedny niedorobiony intelektualista o ubogiej elokwencji. Nie no, jakoś tak zwykle wychodzi, że jak biorę coś na warsztat, i mi nie podejdzie do końca, to to bardziej ćwiartowanie wieprza przypomina.

Może od pozytywów zacznę. Czyli najpierw schabik i karkówka.

Produkcja armii rzemieślników, w którą wpompowano około 200 milionów zielonych oczywiście nie zawodzi realizacyjnie. Kasy nie zmarnowano. Sceny akcji są dynamiczne, efekty są mocarne, epickie i wizualnie kapitalne, a roboty to mistrzostwo świata. Desant z użyciem składającego się w locie Optimusa, bodajże w Szanghaju (czy to ważne...?) zrobiony na długim ujęciu rządzi. A potem jest tylko lepiej. Jest sporo nowych robotów (do gustu przypadły mi te małe, transformujące się w motory), jest mega-robot, składający się z paru pomniejszych, robi to wrażenie. Na plus zaliczam też zmniejszenie ilości linii dialogowych, które wypowiada biseksualne wcielenie George'a Clooneya. Bay zorientował się że pani Fox najlepiej wygląda, a poza tym to nic, ograniczył więc jej rolę głównie do eksponowania siebie samej, ewentualnie biegania. No more mało wiarygodny rozdziaw z 'jedynki'.

Swoją drogą to fenomen ta dziewczyna, co za brednie ona wygaduje. Gdyby urodziła się w Polsce, to pewnie trafiła by do sztabu Renaty Beger. Kurwiki w oczach i lubi seks jak koń owies. Te sprawy.

Doszliśmy do szynki, a więc koniec wieprza.

No to teraz te mniej fajne części, płucka, podroby, golonka (wiem że są jej fani, ale to tak jak z rzeczami co zaraz wymienię, co amatora znajdą, ale ja się do nich nie zaliczam).

O ile pierwszy film po prostu fajnie się oglądało jako całość, o tyle 'dwójka' jakoś tak sztucznie naćkana jest motywami wyjętymi z dupy, średnio komponującymi się jako całość. Tu właśnie dochodzimy do nieszczęsnego (acz zabawnego) cytatu z "Flinstonów", od którego zacząłem, a którego Bay chyba nie słyszał.

Pierwszy problem to fabuła. Wiem, że nie mogę od filmu o transformujących się robotach z kosmosu oczekiwać wiarygodności. Przegięcie jest wpisane w konwencję. I okej. Po cholere jednak aż tak rozbudowano nudziarską mitologię robotów? To było by fajne, naprawdę, ale gdyby było ciekawe i ciekawie zrobione. Nie jest.

Kwestią rozprawienia się przeze mnie z fabułą jest też chyba obowiązkowe wytknięcie motywów obyczajowych.

Ja wiem, że już jedynka była filmem o inicjacji. Bliskie spotkania trzeciego stopnia z gadającymi dwuśladami były tak naprawdę osnową historii o inicjacji, wejściu w dojrzałość (także płciową), bo w końcu o to chodzi w amerykańskiej kulturze z symbolem samochodu który dostaje się nastolatkiem będąc. Ma się auto, można na nie wyrwać laskę, ma się tylne siedzenie, a więc jest i score.

Tu autorzy poszli dalej. Po pierwsze - młodzian idzie na studia, odcina pępowinę. następuje więc nudny ciąg scen jak to zbierają się z rodzicami na jego uniwerek, jak poznaje świra od siebie z pokoju, jak to matka w mało śmieszny sposób świruje po zeżarciu ciasteczek z trawką, jak to trafia na imprezę, mentalnie oddala się od lubej. Równocześnie - to po drugie nienawidzę jak ktoś mówi po pierwsze, i na tym kończy wyliczankę...) - ich związek, przez odległość, jest na rozdrożu, to próba, która - jeśli ją przejdą pomyślnie - wyniesie ich relację na nowy poziom. Po tym, jak już na koniec filmu któreś wykrztusi że kocha to drugie. Które to wykrztusiło? A, pamiętam. Zresztą i tak nie ważne. Wątek obyczajowy, sklecony pod małolaty, nudzi niemiłosiernie i jest totalnie zbędny.

Po czym zawiązuje się akcja, wparowują (ponownie, po głupawej scence z początku) roboty, i bohaterowie muszą dużo jeździć. I się poruszać. I to wszystko kupy się trzyma średnio, ale napędza akcję. Ja nie oczekuję w sumie, jak wspomniałem, realizmu, czy nawet rozsądku, ale minimum logiki, którą miała jedynka, było okej. Nawet Tama Hoovera fajnie się komponowała jako budowla (jak z Akiry), która miała ukryć dziwadło przed światem. Tu takich patentów nie ma. Jest ciąg głupot, jak np. transformer-terminator. Do cholery. Jeśli roboty mogą się transformować w ludzi, to po kiego zmieniają się w gadające ciężarówki??? Przecież tak było by im prościej zrobić ludzkość w wała. Słabe to, zwłaszcza że bez tego wątku (podobnie jak bez motywów ze studiami) film by znacznie nie ucierpiał. Prawie w ogóle.

Praktycznie tak samo było by bez Bliźniaków - pary skretyniałych robotów. Wrzucono je chyba w dwóch celach - śmieszne głupkowate roboty pokroju Jar Jara to lep na pięciolatki, co będą chciały koniecznie taką zabawkę (a nawet dwie, cóż za cynizm...), a małe zgrabne Chevrolety w które się transformują (a które mają już niedługo trafić do produkcji), to lep na tychże dzieciaków mamusie. Wyrżnięcie niezabawnych samochodów z fabuły wyszło by jej tylko na zdrowie.

Fabuła jednak jest cienka jak dupa węża, i trzeba było ją poupychać czymś. Motyw romantyczny pod małoletnie dziewczęta. Emocjonujący skok w dorosłość w akademiku dla pryszczatych 15-latków. Bliźniaki dla maluchów. Jak tak, to ja poproszę do kompletu dla siebie w trzeciej części wilgotną scenę miłosną z udziałem Megan Fox i na przykład australijskiej blond hakerki z jedynki. Albo nawet z jakąś inną damą, bez Megan. Nie pogardzę. Jak dla wszystkich, to dla wszystkich.

Napychanie filmu tego typu drobiazgami nie mogło pominąć kolejnych dwóch istotnych wątków.

Na przykład produkt placement. O szewroletach wspomniałem. Inny patent to gość śledzący informacje z tv przez stream na własnej komórce. Marki LG. Nie da się nie zauważyć. Czy walącego po oczach loga VOLVO na statku. Nie wiem na czym jest to logo, i czy to coś sie w cokolwiek transformuje i jeszcze się potem pojawia. Ale logo jest. I tak dalej. Acz bez wchodzenia na poziom Bondów.

Druga sprawa to patriotyczna propaganda. Arabowie oczywiście przepuszczają Amerykanów 'na ładne oczy' bo ich lubią, a w ogóle to na każdym posterunku granicznym na zadupiu, gdzie nawet nie ma prądu, mają bezpośrednie połączenie z CIA, z którą współpracują. Poza tym to pastuchy. Ale kumple USandA. Żołnierze w barwach gwieździstego sztandaru są niezłomni i w ogóle, ale to wiemy nie od dziś. Poza tym bywa, że prezydent zbłądzi, a jego administracja to szuje, ale prawdziwi ludzie, sól ziemi amerykańskiej (ta napływowa, nie rdzenna oczywiście) naprawią ich błędy i uratują świat. Hm. Bay jest republikaninem? Nie wiedziałem.

No i ten patos, ten patos. W 'jedynce' go humorek maskował, tu jest ciężko. Jak jeden z robotów się poświęca pod koniec, to nie wiem czy ktokolwiek się wzruszył, za to ochota brała mnie potem by krzyknąć OMG, Terminator 4, LOOOOL.

Sztuczność, bzdury, nielogiczności (zerknijcie tu, listę machnięto, acz zapewne kwasów jest ze 2 czy 3 razy tyle), czerstwy humor. Brak tego fajnego autodystansu z jedynki lekko. Rozpierducha rasowa, zwłaszcza ta wręcz, jak Optimus czy Bumblebee stukające się w stylu WWF z Decepticonami. Miodzio. No i co, iść do kina? Pewnie, bo jak nie w kinie to oglądać, to gdzie? W domu, na divixie? Bez jaja. Dla tego typu filmów robi się kina z dolby digital. Może sporo temu dziełu brakuje, bo po jaskinowemu zrobili co się dało dla poszerzenia kręgu odbiorców i chapnięcia kasy za product placementy, ale jak już w końcu coś się dzieje, to dzieje się z wykopem. W pozostałym czasie jednak czuć że ktoś zapomniał, że na blockustery chodzą nie tylko 12-latki z rodzicami. A właśnie brak takiego podejścia był dla mnie siłą części pierwszej.


Pod skryptem: tradycyjnie, jak zwykle w przypadku premier pierwszoligowych blockbusterów, pozdrawiam tłumacza. Kung fu grip, to nie cios, do cholery. Ball sack to nie cycek, na miłość boską. Więcej tego było, ale wyparłem z pamięci.

wtorek, 30 czerwiec 2009

Idąc doliną śmierci zła się nie ulęknę, gdyż jesten największym MOFO w całej dolinie

W końcu doczytałem polskie edycje "Miecza nieśmiertelnego". Lubię mangę, w sumie głównie cyberpunkową i samurajską, ale jednak. Do tego cyklu się zabierałem jak jeż do szczoty ryżowej - nowe tomy kupowałem na bieżąco promocyjnie, miałem pierwsze trzy co mi nawet podeszły, ale dziura 10 czy 12 tomów robiła swoje. W końcu rabat z okazji Dnia Książki na Merlinie zrobił swoje, posiedziałem nieco przy tych małych śmiesznych książeczkach, i już mogę się wozić jako znawca ich treści.

Na początek ustalmy jedno. Od dawno trwa tu i tam spór o to, czy manga komiksem jest czy nie jest. Powiem wprost, żeby mieć to za sobą i nie prowokować durnych polemik w komentarzach. Manga komiksem nie jest. W końcu jak by była komiksem, to by się tak po naszemu zwała. Ale się nie zwie. Więc nie jest. I nie przekona mnie nikt że jest, bo po japońsku manga oznacza komiks. Nie jesteśmy w Japonii. Formalnie to samo, ale wchodzi semantyka i robi nam z zagadnienia czystą mielonkę. Tak samo zamek to niekoniecznie zamek. I nie zmienia faktu że oba bywają zamknięte na klucz.

Skoro sprawy natury formalnej mamy za sobą, przejdę do metodycznego trucia.

"Miecz nieśmiertelnego" to seria... Najkrócej mówiąc - samurajska. Z domieszką fantastyki. Z... No właśnie - nikt nie wie o czym jest ta seria. Zaczyna się od historii nieśmiertelnego samuraja, który za zabicie 100 innych samurajów, chce odpokutować, tnąc na kawałki 1000 innych badassów. Gość jest nie do ubicia, taki Lobo z epoki Edo - regeneruje się, jest obwieszony całym arsenałem broni pochowanej po kimonie, i wypełnia questa nie bo chce, a bo tak wyszło. Tak jak z L.E.G.I.O.N.em. No ale jest sobie ten samuraj i co z nim? Ano staje się przybocznym laski która chce pomścić śmierć rodziców na członkach złej szkoły Itto. Czyli historia drogi na zasadzie gry arcade - sieka, masowa sieka, sika, masowa sieka, mid-boss, powtarzać aż skończą się charakterne czarne charaktery, final boss, czyli ultimate evil, dekapitacja, koniec.

No ale tak nie jest. Seria ciągnie się już 15 lat, dżapce mają już 24 tomy (u nas 17 trafi do księgarń w sierpniu), i końca nie widać. Ultimate evil okazuje się być wcale-nie-tak-zły, z siekania mid-bossób szybko zrobiło się opowiadanie retrospektywne ich historii, postacie zyskują bio, więc szkoda ich ubić, tworzą się dziwne zależności, Rin, czyli osierocona nastolatka, odwleka zemstę... No nie wiem do czego to dąży, pułapka tasiemca pokroju "Szansa na sukces". Pewnie jak każdy stoczy pojedynek z każdym w każdej konfiguracji (i oczywiście nikt przy tym ginął nie będzie), to nagle po którejś mass-rzezi w świecie komiksu... MANGI rozlegnie się głośne PING, bo Manji wytnie 1000-cznego złego ludzia i wstąpi na niebiosa, gdzie zasiądzie po prawicy Buddy.

Albo i nie. Nie wiem. Ale w sumie to i tak nie ma znaczenia.


Znaczenie natomiast ma ukazanie realiów feudalnej Japonii (powierzchowne w sumie), akcja i pojedynki (krwawe i mięsiste), oraz galeria złych mid-bossów. Friki z którymi musi się zmierzyć Manji wyglądają jak z gier wyjęte, wdzianka, uczesanie, porąbana broń, no jak z chodzonego slaszera od Namco. Chlastanki są efekciarskie, pełne dekapitacji, a co lepsze finiszery mają zapewnionego 2-stronicowego splasza, na którym mistrz rękodzielnictwa zastyga w teatralnej pozie z prowadzoną po ciosie bronią, a za nim leci plątanina kawałków ciała, bądź krew bryzga z głębokiego cięcia w poprzek klaty piersiowej, czy co innego. W końcu urozmaicenia dodaje broń bohaterów - to nie zabawa w przechwalanie się czyja maga-otaku-ryu szkoła jest najlepsza, i który cios upadającej jaskółki szukającej pszenicy w murawie jest potężniejszy od uderzenia pierdnięcia wieprza o poranku. Nie. Zamiast tego sam Manji obwieszony jest dziwacznym sprzętem (który pewnie chowa wewnątrz swego samoregenerującego się ciała, bo gdzie?), a kolejni przeciwnicy mają co lepsze zdradliwe wynalazki. Którymi rzezają bez litości.


Na koniec - ristekpa dla Hiroaki Samury, który niby jedzie klasycznie mangowo, ale bez przegięć typu wypływające oczki (przynajmniej nie za często), no i kapitalnie co jakiś czas rozwiązuje te wspomniane sieki efekciarską dwuplanszówką, która aż się prosi o powiększenie i zawieszenie na ścianie. Czysta - bez kitu - poezja przemocy.


Czytać, nie czytać? Mnie podeszło, choć fabuła się totalnie zapętliła, ale banda skurwieli czekających na swoją kolej na mieczu Manjiego i dynamika walk to wynagradzają. Jeśli kogoś to satysfakcjonuje. Mnie i owszem.


Na koniec - w zeszłym roku powstał serial, adaptacja mangi. Ciekawi mnie bardzo, choć na tak dosłowną i obwitą rzeź nie liczę. Ale obadać trzeba.

czwartek, 25 czerwiec 2009

Wieczór z usechniętą legendą

Poznań odwiedzony, i jedno z najważniejszych dla mnie tegorocznych wydarzeń muzycznych (obok koncertu Faith No More) już za mną.

Widziałem Trenta na żywo. Niektórzy, jak donosi Semprini, mogą już po tym umrzeć spokojnie, Nine Inch Nasil zrobiło im kisiel z mózgu, i uważają że lepiej być nie mogło. No ja bym polemizował. Najlepszą jednozdaniową recenzję koncertu wystawił na gorąco dr Max: ‘O 10 lat za późno’. No i ja nie mogę się nie zgodzić. Ale po kolei.

Po pierwsze – pierwszy i chyba ostatni raz jechałem na koncert busikiem z fanami. Radosna młodzież racząca się piwkiem, białowłosy tapir, koncert NIN z DVD (od którego się izolowałem), na przemian z hitami vivy cfaj z okresu mego ogólniaka, no i fanboje śpiewający teksty Trenta jak koncert leciał. No to ja chyba jednak jestem stworzony do podróżowania z PKP. No i godzinne kołowanie przed wysadzeniem nas. Ech, nie ważne.

Przyjazd na miejsce, zwiedzanie i rozmowy z tubylcami o „prawdziwym Poznaniu”. Miło, dzięki, aż szkoda że z koncertu pakowaliśmy się do busa, a nie na jakąś imprezkę.

No i koncert – Targi Poznańskie, podśmichujki z delikwentów ze strefy 2-giej (z której raczej niewiele było widać, pewnie sam to na Radiohead zaliczę), Karolak, którego widziałem w kolejce do toj toja (łooo, nie było VIP-zone???), aż w końcu na małą scenę wylazł Alec Empire, jego laptop, i jego obsługiwaciciel laptopa. No i było fajnie, pod koniec ATARI Teenage Riot nawet poszło, no i Alec chwilę gitarę potrzymał, ale kurde nagłośnienie gorsze niż w stodole. Wiem że on ma garażowe brzmienie, ale efekt był marny, sam szum. Laptopowość też dobrze nie zrobiła, w momencie gdy Alec miał majka przy udzie, a z twardego jego maszyny leciał jego wokal. No tak no nie ten… W sumie dobry set do klubu, nie na plener.

No i przerwa, i jedzie Trent z chłopakami. Zasadniczo – za dużo rocka, za mało industrialu, a lidera ewidentnie od lat kilku kręci bardziej pulsujący basik niż cokolwiek innego, co też słychać było w wersjach koncertowych starych hiciorów. Ogólnie miło było usłyszeć kawałki z „Downward Spiral” w końcu na żywo, szkoda tylko że występ rozmemłały najnowsze produkcje. Usłyszenie na żywca „Head like a hole”, „Wish” czy „Hurt” robiło wrażenie, a „Mr. Self Destrukt” mi mało nie urwał pupy, ale zabrakło „Perfect Drug” czy „Closer”. Semprini mędzi że na szczęście, ale ja mam żal, bo nie słyszałem tego nigdy na żywo, bo w Polsce było to raczej dotąd niewykonalne. Co też mógł Trencie wziąć pod uwagę. I fajnie że ze sceny się jarał że w końcu, po 20 latach, gra u nas, że chwalił ten koncert sobie i dziękował także mnie na swoim Twitterze (podobnie koncertem NIN właśnie w Poznaniu na Twicie jarał się Alec), co z tego, jak koncert odbył się właśnie o dekadę za późno. Po „Fragile” by mnie pewnie musieli z tego koncertu wynieść, bo ja bym się zwinął w koncie gdzieś w kłębek, chlipiąc i rozpamiętując najsmutniejsze momenty mojego życia, do którego Trent napisał kapitalny santrak. Spirala by mnie zmiażdżyła depresyjnością tak, że nawet nie patrzył bym się gdzie indziej niż na moje buty. Zdecydował bym się o zafundowaniu sobie tapira, nie zarzucił bym gry w klawiszach, i dziś grał bym w bandzie New Romantic.

A tak?

Dzięki Trent, że w końcu. Że w ogóle. I że w Polsce. I tyle.


Pod skryptem: nie obyło się też bez paru elementów karygodnych. Po pierwsze – standard. Laski na ramionach swoich chłopów, zasłaniające centralnie scenę ludziom, którzy mają pecha być za nimi. Za to powinna być zgoda na odstrzał ostrą amunicją. Druga sprawa. Serdecznie pozdrawiam osobę, która zatruwała mi namiętnie powietrze gazowymi wydzielinami własnych trzewi. Ja rozumiem że bywa. Ale i tak życzę temu komuś z równą namiętnością sraczki w trakcie egzaminu na prawo jazdy, obrony pracy magisterskiej, czy ważnej rozmowy o pracę. Na zdrowie, barbarzyńco. No i najlepsze – telebimy, co to się włączały na chwilę przy ostatnich trzech kawałkach. Jak zwykle ktoś pomyślał.

niedziela, 21 czerwiec 2009

"Wejście Skopa"

"Wejście Smoka" z Brusem to klasyk i basta. Mówiłem nie raz, pisałem nie raz, zdania nie zmienię. Już dziecięciem będąc, gdy przeszła mi ochota na zostanie małorolnym, to pragnąłem jak dorosnę być Indianą Jonesem (łamane na Hana Solo, ale umówmy się - na to samo wychodzi), albo Brusem właśnie. Nie zostałem oczywiście. Ale spaczenie bani już mi chyba do końca życia nie przejdzie, Brus będzie królem kung fu, a "Wejście..." najlepszym filmem z jego udziałem.

Dlaczego? Bo fajne mordobicia wkomponowane zostały w formułę Bondów. Mały i żółty, acz nabity mięśniami superheros (w znaczeniu popkulturalnym, nie trykociarskim), dostaje ZLECENIE. Przed nim trafia na ODPRAWĘ. Oczywiście jako Azjata jest on one-man-army, jego bronią jest sztuka walki, a atrybutem nunczaku. Na końcu oczywiście na skarcenie czeka ZŁOCZYŃCA. No i jest wszystko co w bondach - bezwzględny zły, który aż się prosi o wjazd z hadoukena na klatę, orientalna sceneria, agencja wywiadu, która bez pomocy naszego superherosa ma związane ręce i nawet nie może złemu Hanowi zębów wyleczyć i zaplombować.

No i jest Bruce, specjalny agent po szkoleniu z Shaolin (co wynika ze scen z wersji dłuższej, zaiste zbędnych). Trafia na wyspę, gdzie odbywa się turniej wojowników. Wygrany będzie miał tytuł wygranego. Razem z nim trafiają tam przedstawieni w komiksowych skrótach kolejni kolesie - uciekający przed kłopotami Roper i czarnoskóry Williams, który zdaje się że jedzie dla sławy i dup. Postaci są wprowadzane krótko, grubą krechą, treściwie, niczym w "Za garść dolarów wincy" Serżioleone. No prawie jak komiks. Jest funkowa oprawa muzyczna, której by się Shaft nie powstydzil. Bolo jest zły, i krzywi się jak małpa. Na ułamek sekundy pojawia się Jackie Chan (dostaje w pałę od Brusa). No i niezłe onelinery lecą. 'Man, you're out of a comic book' - mówi z czarnoziomalskim akcentem Williams do Hana, gdy czuje co się święci, a z Hana wychodzi zło w stylu i na poziomie doktora No.

Jako fan mordobić, Brusa, komiksów i Bondów nie mogę do tego dzieła podchodzić obiektywnie, nie mogę też go nie lubić. Dla mnie klasyk i już, sceny jak Bruce macha drągiem czy nunczakiem są po prostu świetne, a finałowy pojedynek w labiryncie luster to po prostu mistrzowa robota. Może dla kinomanów z wyższymi ambicjami to pukpowy chłam, ale ta scena wygląda po prostu pomysłowo i ładnie.

Wejście jara nie tylko mnie, jara też od paru dekad filmowców, i to w sposób dosyć ostry. Są i inspiracje łagodniejsze. Na przykład jeet kune do - styl walki opracowany przez Bruce'a, czyli technika bez techniki (trakie tam taoistyczne brednie), wykorzystywany jest przez filmowców raczej jako styl poruszania się Małego Smoka. Choćby Spike Spiegel z "Cowboy Bebop" ewidetnie porusza się właśnie po brusowemu (jedna z walk nawiązuje dosłownie akurat do "Gry Śmierci"). Podobnie Morfeusz z "Matrixa" w wirtualnym dojo (pierwszy trening Neo) niby walczy w tai chi chuan, ale 'tańczy' na matach w sposób znany z "Wejścia..." czy "Gry...". Jak Bruce w końcu zachowuje się Tyler Durden lejąc pod koniec "Fight Clubu" Nortona, nie wspominając o nunczaku.

Trudno tu jednak mówić o inspiracji samym "Wejściem Smoka", bardziej ikoniczną postacią pana Lee. Ale i konkretów jest sporo, jak choćby scena z finału "Mrocznego Widma", gdy odgrodzony od przeciwnika osłonami Quigon Jin siada po turecku i medytuje. Dosłownie do "Wejścia..." "Matrix" nawiązuje w dialogach. No pełno tego po prostu w cholerę.

Ale jest jeszcze oddzielna grupa filmów jadących po prostu na chama po fabule tego dzieła. No i trudno to wtórnością nazwać, bo tylez te one czerpią z klasyka, co dodają coś od siebie. Przeważnie.

Najlepszym chyba przykładem jest "Mortal Kombat" Paula Dablju Es Andersona z 1995. Film ten jest jak dla mnie jedyną udaną ekranizacją gry komputerowej . No dobra. "Silent Hill" też było niekiepskie, a na dodatek klimaciarskie. Wracając - MK to adaptacja gry, mordobicia z oczywiście prostacką fabułą zerżniętą z "Wejścia...". Pojedynek na tajemniczej wyspie, zły boss, jego straż przyboczna, protagonista (który, jak wynika z kolejnych części wygrał pojedynek) wzorowany na Brusa (Liu Kang of coz), w otoczeniu paru innych ciekawych postaci. Każda jest na wyspie z innego powodu - ktoś chce potwierdzenia swoich możliwości, ktoś coś innego, prawie jak Roper i Williams. Film rozwija jeszcze kolejne zbieżności z "Wejściem...", rozpoczynając fabułę kolejnymi scenkami przedstawiającymi bohaterów. Liu Kang, podobnie jak postać Brusa, ma do wyrównania rachunki z mid-bossem (przynajmniej wg hierarchii mortalowej patrząc, bo to boss tego filmu jest), za śmierć brata (odpowiednio Bruce-siostra). Zjazd zaproszonych na festa zaczyna się w porcie w Hong-Kongu. W trakcie powitalnej kolacji wparowuje gospodarz i robi mały popis nadchodzących mordobić. I tak dalej.

Co z tego filmu mam dzisiaj? Efekty się zestarzały, mordobicia prezentują typową amerykańską szkołę produkcji (bliskie ujęcia, częsty montaż maskujący nikłe możliwości aktorów), co odbija się na braku dynamiki walk. Z drugiej strony MK wylansował nowy typ realizacji sekwencji akcji. Agresywne cięcia, mocna muzyka towarzysząca walkom, dynamizm, to patenty które potem rozwinął "Blade", a które jeszcze bardziej rozkręcone i ożenione z chińską szkołą zaowocowały "Matrixem". No i plus dla Andersona za zdystansowane podejście do bredni, które zekranizował. Luźny odmóżdżacz. Me like.

Rok po MK do kin trafił "the Quest" z Jeanem Claudem Van-Dammem. Pokłon dla Małego Smoka podwójny. Znowu jest pojedynek wojowników w orientalnej scenerii, znowu wojownicy z całego świata, tym razem jednak całość podano w klimacie kina przygodowego. Zamiast klimatów bondowskich jest natomiast Roger Moore. Tak dla odmiany. Vam-Damm, który zagrał główną rolę prostaczka ze świata zachodu który na syjamie uczy się od podstaw ichniego boksu (tak dla odmiany), napisał też scenar, a potem go wyreżyserował. Z "Wejścia Smoka" wziął więc patent z turniejem. Z "Gry śmierci" natomiast pomysł na konfrontację wojowników, reprezentujących różne kontynenty i różne sztuki walki. Fabuła jest głupia i się średnio lepi, a Moore jest groteskowy wręcz, ale warto ten film obejrzeć - jeśli się kto jara - choćby dla pojedynku Chińczyka od styli zwierzęcych z Brazyliczykiem oczywiście tanecznie zawijającym girami.

No i ostatnio, parę lat temu, mieliśmy kolejną produkcję Andersona (nie reżyserował), znowu będącą ekranizacją gry komputerowej. Trudno więc zażucić klonowanie "Mortal Kombat". Ale znowu to wali "Wejściem Smoka" po ryju. "Dead or Alive" znowu zaczyna się od przedstawienia grupki postaci która ma trafić na pojedynek na orientalnej wyspie. Oczywiście okazuje się nie chodzi o czysty sport, bo organizator (wyciągnięty z krypty rodowej z cmentarza w Massachusetts Eric Roberts) ma niecny plan. Godny szaleńca z Bonda rodem. Za pomocą nanomaszyn i megakomputerów, w trakcie pojedynków cyfrowo kompiluje wirtualną uber sztukę walki. Nawet nie pytajcie. Głupota jest wpisana w konwencję tego filmu, o czym na szczęście wiedzieli autorzy, mając z tego kupę frajdy, która i mi się udzieliła. Jest mocno, dynamicznie, głośno i z przegięciem tak ostrym, że od trzeciej minuty filmu albo ma się banana na ryju, albo z WTF wypisanym na czole wystawia się świezo kupione DVD na allegro. Ja oczywiście miałem banana. Poza tym w tym filmie chodzi o lalunie. Scena ze stanikiem to czyste mistrzostwo. No cały film jest pełen takich patentów. Nawet Robin Shou (Liu Kang z Kombata) się pojawia w epizodzie jako pirat O_o. Mojapolecać.

Bruce Lee nie żyje. To chyba kara za jedzenie narkotyków, służących do palenia. "Mortal Kombat" zmieniło się w powracający koszmar, z części na część coraz bardziej przerażający. Jednak znając świat za niedługo pewnie się doczekamy kolejnego klona "Wejścia Smoka". Fabuła nie zaskoczy, w końcu jest znana od ponad trzech dekad. Ale jeśli będą się do tego ładnie lali, a przerwy w pojedynkach będą zbyt długie, to ja nie mam nic przeciwko...

sobota, 6 czerwiec 2009

T4: Znużenie?

W pierwszych dwóch Terminatorach zawsze najbardziej lubiłem te nieliczne scenki z przyszłości. Walka z robotami, syf, mrok, paranoja, totalna beznadzieja. Informacje o tym, że kręcą 4kę z przygodami Johna Connora i że gra go Bale mnie ucieszyły. No i polazłem do kina, może i bez jakichś rozbuchanych oczekiwań, ale z założeniem że przynajmniej klimat postnuklearnej zagłady będzie obecny.

No i się z lekka zawiodłem.

O ile T3 to był w sumie komediowy film akcji, to T4 to raczej taki Mad Max z robotami.

Jasno oświetlone, piaszczyste przestrzenie, czasem jakiś malowniczy grzybek atomowy z którego nic nie wynika, wojownicy szos, pierdoły.

To może inaczej - najpierw akapit o filmie jako filmie, a potem dlaczego mnie zawiódł jako Terminator (bo jako nudnawa postapokalipsa nawet się broni).

Otóż kontynuacja jest naprawdę ładnie sfilmowana, świetne efekty, akcja może nie nazbyt częsta ale świetnie zrobiona. Całość jednak nudzi, bohaterowie pitolą, Connor harczy, bonzowie ruchu oporu się nadymają, tak to się toczy powoli, po to tylko by dojść do wybuchowego (i debilnego w swojej wybuchowości) finału. Całość jednak ogląda się nie jak ponurą postapokalipsę, a kino nowej przygody bez autodystansu. Olbrzymie wyzwania, syndrom nieustannego Deus ex machina... Która to machina jest tu podwójnie na miejscu. To nuży i nie buduje napięcia, bohaterowie przeżywają nie bo są naprawdę dobrzy, a bo ani na chwilę nie opuszcza ich szczęście. Gdyby to było podane z dystansem i poczuciem humoru, to OK, tylko że to niemal śmiertelnie poważny film, choć z paroma mrugnięciami okiem.

Fanboje uśmieją się z faktu, że postać silnej babeczki nazywa się Blair, że Connor mówi 'I'll be back", czy z lustrzanego odbicia pościgu motor/ciężarówka z 2-ki. Czy z paru innych patentów.

Tylko że poza tym, mnie - jako fana dwóch pierwszych części - to nie zadowala.

Miała być ponura wizja przyszłości opanowanej przez maszyny, a to raczej przypomina walkę podjazdową w Afganistanie. Jedni kitrają się tu, drudzy tam. Góry, pustynia. Blada kolorystyka. No i to jest zwyczajnie głupie - ludzie niby mają ruch oporu, ale z filmu wynika, że ogranicza się on do łodzi podwodnej ze sztabem dowodzenia, i teamu Connora. Jeśli to jest wojna, to ludzie już przegrali, i jakieś garstki niedobitków tu i tam w niczym nie pomogą. Oni mają doprowadzić kiedyś do wysłania człowieka w przeszłość? A nawet cyborga? Litości. To raz.

Dwa - przeżyły tylko resztki ludzkości. Jak udało im się sformować wojsko, z helikopterami, transporterami i całą resztą? Nawet tą drobną jednostkę, co widać? No niby mogli przejąć bazę wojskową, ale nie sądzę żeby Skynet atak na ludzkośc przeprowadzał inaczej niż z precyzją szachisty, pamiętając o takich punktach. No nie ważne, to jest takie abstrakcyjne dopowiadanie sobie.

Trzy - gdzie niby siedzą ludzie? Zawsze mnie intrygowało, jak ludzie chowają się przed maszynami. Bo chodzi o przyczajenie się, nie o jakieś wymądrzone pole min magnetycznych - przylatuje H-K, i jest w po herbacie. Jak oni się chowają, gdzie, jak Skynet ich nie widzi (który pewnie kontroluje satelity)? Skąd biorą sprzęt, energię, rekrutują członków? Autorzy w ogóle nie dają odpowiedzi, po prostu pokazując taką wizję, bez podparcia, podobnie jak Wood w DMZ, gdzie trzeba przyjąć że realia są efektem nowej wojny secesyjnej, ale nie powinno wnikać się w jej podłoże.

Cztery - cholera, dlaczego roboty ich nie atakują???

Pięć - genialny sztab planuje zaatakowanie maszyn. Jak wiadomo z początku filmu - bronią palną to im gówno można zrobić. Jak niby ludzkość wygrywa starcia z maszynami? Parę przykładowych starć z filmu pokazuje że mają raczej marne szanse, a że ludzie rozmnażają się wolniej niż maszyny produkują, to są na straconej pozycji.

Sześć - i najważniejsze - klimat starć w przyszłości. Jak wspomniałem wcześniej - oczekiwałem beznadziei, walki na straconej pozycji, ale z ludzką wiarą w przetrwanie. Doczekałem się niby czegoś takiego, tylko że podanego bez jakiegokolwiek napięcia. Bez mroku tej beznadziejnej przyszłości.

Bez Camerona seria poszła w dupę. Przerosły ją efekty specjalne. Klimat szlag trafił. Zaburzyła się wstępna koncepcja serii. A szkoda. Niby jest obowiązkowa finałowa walka w industrialnym otoczeniu, czy inne stałe elementy, ale klimat nie ten. Bo go brak. Bo nudzi. Wizualnie to się broni, ale fabularnie jakoś tak miałko. I już zupełnie mnie nie ciekawi co oni wyczeszą w T5.

Chyba w kwestii kontynuacji jestem po prostu konserwatystą. Ale skoro dzieło ma odbiegać od pierwowzoru, to po cholerę robić je jako kontynuację, a nie jako samodzielny film? A, zapomniałem, marketing i magia kultowego tytułu. I tu fakt, jedyne co we mnie wywołał nowy Terminator, to ochotę na powtórkę klasycznych części. I zapodanie co zabawniejszych scenek z T3 na jutubie.

Kończąc ten nudny i wypunktowany wywód, wspomnę o jeszcze jednej rzeczy, starając się mało spoilować. Acz kto widział trailer to pewnie się spodziewa tego. Film teoretyzuje o kwestii człowieczeństwa, o granicy między człowiekiem i maszyną, o tym, czy samoświadomość wystarczy by móc powiedzieć że jest się człowiekiem. Ambitnie. I naiwnie. "Blade Runner" i "Ghost in the Shell" dawno temu uporały się z tematem dogłębniej i ciekawiej. Więc po co? Nie wiem. Ale ktoś miał ambicje.

No więc, iść czy nie iść? No nie wiem, ale ej, w końcu to Terminator. No i efekty niezgorsze. Ale na więcej nie liczcie.


Pod skryptem: tak mi się skojarzyło - muzyka Elfmana. Miło, ale po cholerę? Zamiast ciężkich industrialnych sampli jest dęty pompatyzm. Hurra, w końcu ludzkość walczy o przetrwanie. I takie tam. I to jest kwintesencja różnicy pomiędzy starymi a nowym T - to nie kameralne, ale znaczące starcia kształtujące rzeczywistość i przyszłośc, to epickie rozbuchanie, z którego tak naprawdę dużo nie wynika.