Choruję. Znowu. Siedzę w wyrze i się kiszę. Ho-ho! Rzekłby ktoś, że świetna okazja do popykania. Nie mam w co, wszystko przeszednięte, Live Gold nieopłacony (pokazuję Microsoftowi język). No to: ho-ho! Można odgrzebać jakąś fajną grę co straszy już jakiś czas faktem, że się jej nie skończyło, ale coś innego odwróciło od niej uwagę. Ta jasne, w przerwach między spaniem, kasłaniem, smarkaniem i resztą przyjemności.
Ano w sumie - racja.
Wygrzebałem na dysku popierdółkę z LIVE: "Braid" - kapitalny kawałek kodu, pięknego wizualnie i muzycznie, fajnie opowiedziana historia, no i co najważniejsze - to czysty oldskul, ale reanimowany wyjątkowo nowatorsko. Bracia Mario w 3D, zakładając że trzecim wymiarem jest czas którym można manipulować, gra dalej jest scrollowaną platformówką typu 'ciągle idź w prawo'. Ważniejsze od zręczności jednak są możliwości intelektualne gracza, późniejsze levele naprawdę dawały wyzwanie, gdy chciałem zebrać wszystkie puzzle (takie lokalne znajdźki), bawiłem się świetnie, po czym bodajże wymieniłem GTA4 za "Ninja Gaiden 2" (którego w końcu nie ksończyłem) i tyle miałem radości z tej świetnej gierki.
No i wracam po, nie wiem, roku? Chcę zagrać, i nie mogę. Bo nie mam full wersji. A miałem. WTF? Ha! Może naokoło opiszę sprawę
W międzyczasie dużo się działo, upadały rządy, powstawały nowe, zmieniła się nazwa epidemii której się aktualnie mamy bać, no i, hm, padł mi po raz trzeci Xbox. I dostałem nowego. Który ponoć resetuje gwarancję, znowu się może psuć, a ja go mogę reklamować (jest to przywilej, który cieszy każdego posiadacza 360-tki, a także zapewnia dodatkowe emocje).
Po podłączeniu nowego klocka do telewizora, pierwszą grą, w którą grałem, było "Shadow Complex" - kolejna kapitalna gra z LIVE (ni to Castlevania SOTN, ni to Metroid, w 2,5D). Strzelanie, skakanie, bomba. Gra spłatała mi w sumie psikusa. Nie mogłem grać offline. Bo kupiłem tą grę na rynku LIVE, na swój twardy dysk, ale i na swoją konsolę. A Live ma taki głupi patent - przypisuje kupowane gry nie do loginu (co by ludzie sobie nie udostępniali nahalnie loginów z grami, i nie odzierali biednego M$ z zysków), nie do dysku (też można porzyczyć), a do konkretnej konsoli.
Oznacza to, że gdy swego konsola była permanentnie offline, i kupiłem grę za własne M$ punkty na własny twardy na konsoli kolegi, to i tak nie mogłem w grę grać. Bo była offline. A tylko jak jest online to konsol robi weryfikację, stwierdza że jest jeden mój login online, że na login kupiono tą grę, i to co mam na dysku to nie jest jednak wersia trialowa, a pełnoprawny full. Więc w tamtą grę sobie za dużo wtedy nie pograłem.
Powoli dochodze do panczlajna. A więc niedawno zaliczyłem Ostateczny Krach Systemu Korporacji, w żargonie iksboksowców zwany Red Ridng Of Death. Konsola padła po raz trzeci, serwis, wymiana. Co to oznacza w kontekście gier z LIVE? Wszystkie mogę odpalać dopiero po podłączeniu konsoli do sieci, w końcu to nie Majkrosoftu problem że mi konsola padła, nie mój. I nie będą nic w swoich procedurach zmieniać. W sumie fakt, podpięcie kabla nie taki problem, nie we wszystkie gry jeszcze gram. Ale częśc chcę skończyć. Ot, na przykład takie "Braid".
A takiego.
Okazuje się, że reguła z 'podepnij kabel' nie zawsze działa.
Okazuje się że czasem w zabezpieczeniach antyklienckich coś przekombinowało. Efekt jest taki, że nawet z podpiętym onljajnem, i gdy gra niby nie jest trajalem w menu konsoli, gdy dojdę do końca pierwszego świata zabawa się kończy informacją, że teraz mogę wyjść z gry i ją kupić na rynku LIVE, albo zagrać od nowa w pierwszy świat. Bosssssko.
Będąc szajbusem z nadmiarem punktów może i bym to zrobił. Gra jest tego warta. Punktów nie mam. A nawet jeśli bym miał, to i tak przecież w systemie jest odnotowane że już tą grę kupiłem. I nie da się kupić znowu.
Tak więc w ten sposób zostałem odgórnie pozbawiony możliwości grania w "Braid".
No i ktoś przemądżały z pełnią wiedzy o prawach klientów wyskoczy teraz i powie: 'tempawy leszczu, a nie możesz po prostu zareklamować produktu? albo gdzieś tego zgłosić???'
Ano nie mogę. Ponieważ usługa LIVE od początku istnienia X360 na naszym rynku po prostu oficjalnie nie istnieje, co łamie unijne przepisy, ale M$ i tak sobie nic z tego nie robi. Fakt, że można ustawić język polski w LIVE, i że można kupić punkty do LIVE w Polsce (a na konsoli w momencie premiery było nawet zachęcające info o 3ch miesiącach LIVE gratis), czy że od premiery systemu obiecywano polskiego LIVE, nie ma żadnego znaczenia. Tak samo jak znaczenia nie ma fakt, że przecież M$ wie co oznaczają IP, spod których logują się w systemie ludzie (i że teoretycznie dla nich usługa jest jeszcze niegotowa) Microsoft udaje że nic o tym nie wie, bo usługa w Polsce jeszcze nie działa (nie można wybrać Polski jako miejsca zamierzkaina przy logowaniu), i tyle. No support. Ale kasę się od nich zbiera. A jak się ktoś w jakiś sposób na LIVE zalogował i ma jakieś jazdy... No to już jego problem. Usługi niet. Koniec rozmowy z supportem.
Tak więc po raz kolejny czuję się pacnięty przez giganta w czoło jakimś jego wirtualnym członkiem. Nie wnikam którym, żeby sobie humoru bardziej nie psuć. I pozostaję przy nadziei że to chociaż któryś jego członek był, a nie co innego. Trudno. Decyzja zapadła, minimalizuję inwestycje w szarego klocka (punkty, zdrapki, śmieszne kontrolery), czekam na nadmierny przypływ gotówki (do którego coś czuję że jednak obecnie dalej niż bliżej), i kupuję chlebaka. Sory, Majkrosoft, ale biznes is biznes, a nikt nie lubi jak się go przy interesach seryjnie robi w wała.
Pod skryptem: a następny post, może tak dla odmiany, będzie o komiksach? A to ci heca!!!
poniedziałek, 16 listopada 2009
czwartek, 12 listopada 2009
Powtórka z rozrywki (uwaga - żart słowny, rozrywkę traktować dosłownie)
[REC] był filmem, który miał wnieść świeżość w konwencję horrorów o zombie. First-personowa perspektywa reporterskiej kamery niczym z "Blair Witch Project" i demoniczna geneza żywych trupów nieco namieszały, mnie jednak ten film zwyczajnie znudził. Horrory z perspektywy ręcznej kamery to jednak rzadkie odkrycie, a jako konserwatysta nie potrafię z zombie łączyć innego metafizycznego motywu niż voodoo. Są fani, którym część pierwsza skopała tyłki, ja się wynudziłem, choć ostatnie 10 minut na stryszku miało naprawdę gęsty klimat, za który autorom należy się szacunek. Biorąc pod uwagę moją niechęć, mam za swoje, że polazłem do kina na dwójkę.
[REC] 2 zaczyna się tam, gdzie jedynka się zakończyła. Zainfekowana przez zombie kamenica została odizolowana od reszty świata, bohaterowie jedynki zaginęli w akcji, na miejsce jedzie portugalski odpowiednik SWATu, by zrobić porządek. Uzbrojeni po zęby spec-opsi z kamerkami przytwierdzonymi do hełmów? Obcy 2, gdzie współcześni space-marines łoją do zombiaków??? MOJA CHCIEĆ!!!
[REC] 2 zaczyna się tam, gdzie jedynka się zakończyła. Zainfekowana przez zombie kamenica została odizolowana od reszty świata, bohaterowie jedynki zaginęli w akcji, na miejsce jedzie portugalski odpowiednik SWATu, by zrobić porządek. Uzbrojeni po zęby spec-opsi z kamerkami przytwierdzonymi do hełmów? Obcy 2, gdzie współcześni space-marines łoją do zombiaków??? MOJA CHCIEĆ!!!Wyobraźnia oczywiście spłatała mi figla, bo spodziewałem się akcji, a nie biegania góra-dół po piętrach, jak to było poprzednio, ostrej jatki i częstych zgonów SWATowców. Pierwsze minuty pozbawiły mnie złudzeń - jeśli kolesi jest 4-ech (plus 'człowiek z rządu'), to nie może być zbyt dużo jatki, gdzie kolesie po kolei giną, bo ich za mało. Znowu będzie zabawa w chowanego. Kolesie sprawdzają broń, kamery, biorą Taktyczny Taran, wchodzą. I zaczyna się gonitwa piramidalnych bzdur.
Po pierwsze - skoro jest kamienica, gdzie wiadomo że dzieje się coś dziwnego (a wspomniany 'człowiek z rządu' wie więcej niż mówi, a więc spodziewają się najgorszego), to dlaczego spec-team ma liczebność pojemności pasażerskiej Fiata 126P? Skoro wiadomo że będzie trudno, ostra amunicja, śrutówki, hełmy, maski gazowe, niespenetrowana lokacja, nieokreślone źródła niebezpieczeństwa, to po kiego kolesie targają ze sobą Taktyczny Taran na piąte piętro, by zrobić Taktyczny Wjazd Na Chatę, jakby odbijali zakładników? Nie mogą rzucić tego w cholerę, i rozwalić zamka z shotguna? A może wiedzą, że scenarzysta założył, że aż do piątego piętra nic nie zaatakuje, i mogą to nieporęczne cholerstwo targać po schodach? Ok. Taktyczny Wjazd Na Chatę, dziwna muzyka z mieszkania z dołu. Jeden ze SWATowców wchodzi na rekonesans. Dlaczego jego koledzy czekają aż go coś zje piętro wyżej? Bo miała być pierwsza ofiara, by wzbudzić dramatyczne napięcie, wynikające z poczucia zagrożenia? Bo portugalscy gliniarze z jednostek specjalnych nie mają procedur bezpieczeństwa na takie sytuacje, że jeden wchodzi, drugi ubezpiecza, a ktoś zostaje przy wejściu, żeby ubezpieczać tyły? No najwyraźniej ich procedury zakładają na takie sytuacje czajenie się na innym piętrze, żeby na wypadek niebezpieczeństwa zminimalizować ilość ofiar. Podobnie scenka jak typek włazi do kanału wentylacyjnego. Sam - wiadomo - ciasno. Ale jak coś wychodzi z ciemności, to koleś nawet pistoletu nie ma w pogotowiu, a broń zostawił na dole. No bo przecież byśmy się tak nie spietrali, jak by rozwalił oponenta head-shotem na wstępie.
Bzdury to nie tylko wykorzystanie bohaterów, ale i miejsca. Początkowo jest dobrze - znajoma klatka schodowa, znajome plamy krwi itd. Potem jest już gorzej. Okazuje się że siły nieczyste, czekając na policję, mają w zwyczaju zamykać za sobą nie tylko drzwi, ale także i wejście na stryszek, w dodatku zamykają zamek zewnętrzny, będąc w środku. Niby siły nieczyste mogą, tak? Ale to nie film o nawiedzonym domu, gdzie lewitują filiżanki, a portrety rodowe z hukiem wypadają z ram. Tu demon nawiedza ludzi, którzy - o ile mi wiadomo - nawet nawiedzeni nie potrafią dokonać takiej sztuki.
W efekcie największy plus (twardziele z bronią) okazał się być wtopą, bo kolesie okazują się być harcerzami obwieszonymi bronią palną, błąkającymi się po kamienicy niczym przysłowiowe dzieci we mgle. Dzieci zresztą też są. I też się błąkają, ale nie walą seriami w żywe trupy, chociaż w efekcie umieralność w obu ekipach i tak jest podobna.
I tu przejdę do plusów, bo ich parę jest. Fabuła okazuje się być podana z dwóch różnych perspektyw, i to jest dobre, bo się zazębia. Dzieciaki okazują się być ciekawszym teamem - numer z petardą zaskoczył, acz całościowo za mało takich numerów. Kulka w niewłaściwy cel natomiast wcale nie zaskakuje. To typ filmu, gdzie spodziewamy się najgorszego i nigdy się nie mylimy - a to powoduje brak napięcia i zerową dramaturgię, i tak wiadomo że wszystkich szlag trafi. Na czym kończę wymienianie plusów, wracam do minusów.
Pierwszoosobowa konwencja też miała w sobie pewną fajną obietnicę w dwójce - te kamery na hełmach. Po co one są? Nie ma centrum dowodzenia przecież (ke???). Kamerzysta robi więc za montażystę czasami, przełączając nagle widok z własnego nagrywadła, na którąś z osobistych kamerek. Split-screen? Ekran podzielony na cztery części? Zapomnijcie. Czasami w rogu mały ekranik się tylko pojawia z innym widokiem, i tyle.
Oczywiście ja mędzę, bo jestem ponoć zblazowany, i nie wiadomo czego mi się zachciewa. Wiem czego mi się zachciewa. Nieco autodystansu i fajnego wykorzystania potencjału, który był tu wyższy niż poprzednio. 7 kamer w akcji (bo okazuje się że tyle obiektywów rejestruje akcję w różnych momentach i z różnych perspektyw), testosteronowcy z bronią, dzieciaki z fantazją - dało się polecieć. Zamiast rangersów dostajemy jednak skautów, ilość kamer zostaje wykorzystana w stopniu znikomym, ale za to całość przystrojona zostaje dosłownymi wręcz (i licznymi) nawiązaniami do kultowego "Egzorcysty".
No i niestety. Znowu się nie ubawiłem.
Pod skryptem: obczajcie ten trailer. To-nie-może-być-złe. Wizualnie daje radę, sceny akcji kopią dupę. Filmowa wersja Ninja Gaiden? Bomba. To, co miało być najlepsze w filmowej Elektrze, ale zapodziało się w durnocie scenariusza? Świetnie. Bastard Samurai, tylko jako film i z nindżami? Kozak. Zresztą film o tytule Ninja Assassin musi kopać dupę. Niestety. Tak mnie już ukształtowały lata 80-te.
I na deser drugi trailer. Fachowa obsada. Wampiry po matrixowemu. Koniec chowania się po kontach, to ludzie są zwierzyną, nie wampiry. Do czasu. Zmierzch może w końcu zapaść, upaść, i nie wstawać. A na to dzieło czekam.
wtorek, 10 listopada 2009
Arkham Asylum: A Serious Game on Serious Earth
O tym, że najnowsza interaktywna przygoda Batmana, jest jedną z najlepszych gier z superherosami, jak i jedną z najlepszych gier roku, na bank już wiecie. Od premiery minęły już prawie dwa miesiące, mogę wobec tego oszczędzić Wam rozpoczynania tego wpisu od truizmów. Nie każdy jednak grał, i nie każdy wie skąd takie opinie - i o tym właśnie będzie ten tekst.Zanim jednak zacznę się rozpływać nad zaletami nowej produkcji z Gackiem, może (pathetic mode ON) podsumuję, skąd to zaskoczenie? Dlaczego pozytywne oceny gry z superhirosem są czymś rzadkim? Pudzian czy Najman? I kto pisze teksty Stachursky'emu? Na zadane pytania postaram się odpowiedzieć w wybranej przez siebie kolejności, oszczędzając Wam jednak niektórych rewelacji (pathetic mode OFF).
Gry z trykociarzami, niestety, zwykle są zwyczajnym krapem. To tak jak z ekranizac... ugrowieniami filmów. Bierzemy znany tytuł, ogólnie rozpoznawalnego bohatera, dorabiamy do tego uproszczoną fabułę która ma coś tam wspólnego z pierwowzorem, niech to jakoś wygląda, i wiadomo że ciemny lud to łyknie. Jest nieco wyjątków: starusieńki "Punisher" (z NESa? sNESa? automaty???), automatowy "Alien vs Predator" (jak i późniejsze, całkiem udane, permutacje pomysłu), czy jeden ze starszych "Batmanów", którym zagrywałem się jeszcze na Amidze. Zwykle jednak wszystko sprowadzało się do tego, że jak nawet wizualnie gra była jako-taka, to sama tak zwana 'grywalność' była położona. A to sterowanie do dupy, a to nudne i nie wciągające, a to monotonne scenografie i powtarzający się niemal identyczni wrogowie. Ale skoro jest hype na znaną markę, bo film właśnie trafił do kin, to dlaczego nie nachapać się i przy okazji gry? Tak było niedawno z Iron Manem, tak było z Hellboyem. Mogło tak być, podobnie jak wiele razy wcześniej, i z Batmanem, bo to przecież megapopularny heros, samo jego logo wystarczy, by żeby popchnąć sprzedaż największego nawet krapu. Na szczęście, okazało się że grową adaptacją zajęli się tym razem kolesie, którzy wiedzieli z jakim potencjałem mają do czynienia, i co można z nim zrobić.
Najłatwiej było spieprzyć Batmana, robiąc z niego kolejną adaptację filmu, który właśnie szaleje na listach kinowej oglądalności. "Batman Begins" nawet miał swoją adaptację, która przeszła bez większego echa. "Batman: Arkham Asylum" został wydany zupełnie poza hypem, gdy podjarka niedzielnych fanów tej postaci jest wystudzona do temperatury prawie że zera absolutnego. Bo i ci niedzielni fani nie są do nakręcenia sprzedaży tej gry wcale potrzebni. Ani trochę. "Batman: Azyl Arkham" to gra dobra jako gra, nie jako gra z trykociarzem. Co już napisałem ze trzy razy po drodze. To teraz - może tak dla odmiany - w końcu napiszę dlaczego.
Jako komiksiarz, będę pisał oczywiście z takowej perspektywy, a nie tylko gracza.
Po pierwsze - fabuła i osadzenie jej w świecie. A więc miejsce. Azyl to legendarne już miejsce, znane z prozy Lovecrafta, spopularyzowane również dzięki serii o Batmanie. W końcu możemy wejść do tego zamkniętego ośrodka. To między innymi stara rezydencja, kompleks intensywnej terapii, ogród botaniczny, cmentarz - to nie tylko korytarze psychiatryka, tu nie jest nudno ani monotonnie. Gra oczywiście nawiązuje już samym tytułem do kultowego (według niektórych, acz wizualnie kopiącego zad raczej według wszystkich) "Azylu Arkham" Morrisona i McKeana. W komiksie Batman zostaje ściągnięty do psychiatryka przez bunt więźniów, w środku czeka go anarchia i wiwisekcja jego pokręconej psychy. Takie jakby rozwinięcie "Zabójczego żartu" (że Batman to psychopata, ale działający po Jasnej Stronie Mocy), ociekające od grubych (i grubo też ciosanych momentami) nawiązań do kabały, Junga czy Freuda. W grze jest podobnie. Grubszy przekręt, który przygotował Joker, ma na celu oczywiście sponiewieranie Nietoperza, przy okazji mieszając mu trochę pod deklem, w czym uczynnie pomaga Scarecrow. Są też inne nawiązania do komiksu - chociażby do postaci Amadeusza Arkhama. Konserwatyści jednak mogą sie co najmniej skrzywić. Dzieło McKeana i Morrisona to nie pierwowzór, a jedynie zbiór luźnych inspiracji, z którymi autorzy obeszli się po swojemu. I dobrze, mnie akurat wierne adaptacje nudzą. A to w ogóle nie jest adaptacja.
Po drugie - zbiór inspiracji jest dość szeroki. To nie tylko Azyl, to także wspomniany "Zabójczy żart" (z którym kojarzyło mi się już samo intro z pędzącym Batmobilem), to dziesiątki innych komiksów, z których wygrzebano pojawiające się postaci. Są Joker i Scarecrow, jest obowiązkowy Gordon, są Killer Croc i paru innych świrów. Niestety - mało z nich pojawia się osobiście, większość to statyści czy aktorzy drugoplanowi, a zwykle widzimy tylko celę czy jakiś przedmiot nawiązujący do jakiejś postaci (tego akurat jest sporo). Co ciekawe - autorzy nie ograniczyli się tylko do komiksów. Są nawiązania do filmów (kształt Batmobilu) jak i kreskówek (mocno wyeksponowana Harley Quinn). Szczególnie wyczuwalne jest nawiązanie do Burtona w pewnym momencie fabuły, gdy krajobraz wypełniają rozrośnięte korzenie, acz to raczej klimat jego animowanych filmów, czy też "Sleepy Hollow", a nie Batmanów".
Po trzecie - oprawa. Gra wygląda kapitalnie, może nie powala, ale też nie ma się do czego doczepić. Zarówno budynki, wnętrza, dziedzińce, jak i postacie są świetnie zrobione, wymodelowane i obłożone zacnymi teksturami. Panorama Gotham, jaką można zobaczyć z poziomu wierzy zegarowej w Arkham, może też nie powala, ale wygląda solidnie (razem z górującym nad wszystkim snopem światła z Bat-sygnału). Minus - znowu kwestia wrogów, większość jest klonowana, a postaci komiksowe pojawiają się jako przeciwnicy dość rzadko. Nie zawodzi to jednak za bardzo, a na pewno wynagradzają to klimaty serwowane momentami przed doktora Jonathana Crane'a. Drugą, nie wiem czy nie ważniejszą sprawą, jest kwestia udźwiękowienia. Twórcy stanęli na wysokości zadnia, ściągając paru aktorów z planu kreskówki, w tym oczywiście Marka Hamilla do roli Jokera. Siekierka. Kapitalną robotę odwalił też jeden z aktorów, podkładający głos pod Arkhama. Brzmi niczym Gandalf Szary. Czy inny McKellen. Fachowa robota.
Po czwarte - rzecz chyba najważniejsza, czyli grywalność. Nawet najlepsza grafika i zbiór nawiązań nie robił by wrażenia, gdyby nie dało się w toto grać. Ostatnia growa adaptacja komiksu (czy przygód takowej postaci) która zrobiła mi dobrze, to Punisher sprzed paru lat, w którym chodziło tylko i wyłącznie o sianie porzogi. I łączenie killi w combosy. Była to prosta gra, ale radosna. Batman jest bardziej skomplikowany, ale nic nie schrzaniono. Autorzy postawili na bogactwo możliwości Najlepszego Detektywa Ever. Podstawą jest łażenie i stukanie przeciwników, są combosy, zwody z wykorzystaniem peleryny, ładowanie combo licznika i lecenie ze special moves. Są też sekwencje skradane, przemykanie w cieniu, ciche ogłuszanie oponentów, czajenie się na gargulcach, zeskakiwanie na plecy wartowników i temu podobne akrobacje. W końcu - jest też korzystanie z gadżetów, czy to chodzi o różne dziwaczne odbiamy Battarangów, czy korzystanie z linki z hakiem, czy też szybowanie na rozczapierzonej pelerynie. Wszystko to ma swój sens i wspólnie tworzy spójną całość. Kolejne odblokowywane gadżety i skille dodają nowe techniki, użyteczne w nowych okolicznościach. Nowe gadżety to też coraz lepsze możliwości eksploracji terenu, zaglądanie do dziur wcześniej niedostępnych.
A jest po co szperać, bo gra to także ponad 200 bonusów, pokitranych na całym obrzarze przez Enigmę. Wyzwania enigmy to czasem tylko poukrywane znaki zapytania, czasem zagadka do rozwiązania, a czasem wkomponowany w architekturę pytajnik, który razem z kropką tworzy całość tylko z określonego punktu widzenia. Pierwszy raz szukanie mnie wciągnęło, i pierwszy chyba raz zrobiłem 100% bez pomocy ściąg. Fakt że z pomocą map, które też są skitranymi sikretami, i które i tak wszystkiego nie mówią. Dopingiem też są same 'unlockables', które mogą być taśmami z terapii któregoś z licznych pacjentów Azylu, modelami 3D postaci do obejrzenia z której strony się chce w trakcie przerwy w grze, fragmentem monologu Arkhama - ducha rezydencji, czy też wyzwaniem, przedłużającym zabawę grą po skończeniu linii fabularnej i załatwieniu Enigmy na 100%.
Wspomniane gadżety mają jeszcze jedną śmieszną funkcję, upodobniającą grę do starych Metroidów, czy też do nowego, świetnego zresztą "Shadow Complex". Tak naprawdę teren gry nie jest duży. To trzy małe mapki, na których znajdują się po ok. 3 lokacje do spenetrowania. To niedużo do łażenia. Jednak fabuła miota Batmanem cały czas pomiędzy właśnie tymi lokacjami, ograniczając jednak jego wycieczkę do miejsc, na zwiedzenie których pozwalają mu dostępne w tym momencie wynalazki. Wszystko to sprawia że ograniczenia miejsca praktycznie nie czułem, a korzystanie z kolejnych gadżetów, zmieniających zarówno interakcje z otoczeniem, jak i z przeciwnikami, dawało mi kupę frajdy.
Cóż mogę dodać? Gra się naprawdę gładko i zabawnie, gra jest pełna akcji, ale i ma fabułę, w dodatku ładnie wygląda i nie chrupie (przynajmniej na X360). Efektem ubocznym gry może być co najwyżej pragnienie przypomnienia sobie komiksowego AA. Wróciłem do tego komiksu i... No cóż, spodobał mi się dużo bardziej niż pierwotnie, bo fabuła wydawała się dużo mniej bełkotliwa. Może dlatego że wiedziałem czego oczekiwać, może po prostu gra zmieniła moją perspektywę, nakręcając mnie na przypomnienie sobie innych aspektów wariatkowa położonego pod Gotham. No ale to moja indywidualna reakcja i refleksja, po prostu nie miałem dość. Bo "Batman: Arkham Asylum" to naprawdę kapitalna gra. Chyba najlepsza, w jaką grałem w tym roku.
A jest po co szperać, bo gra to także ponad 200 bonusów, pokitranych na całym obrzarze przez Enigmę. Wyzwania enigmy to czasem tylko poukrywane znaki zapytania, czasem zagadka do rozwiązania, a czasem wkomponowany w architekturę pytajnik, który razem z kropką tworzy całość tylko z określonego punktu widzenia. Pierwszy raz szukanie mnie wciągnęło, i pierwszy chyba raz zrobiłem 100% bez pomocy ściąg. Fakt że z pomocą map, które też są skitranymi sikretami, i które i tak wszystkiego nie mówią. Dopingiem też są same 'unlockables', które mogą być taśmami z terapii któregoś z licznych pacjentów Azylu, modelami 3D postaci do obejrzenia z której strony się chce w trakcie przerwy w grze, fragmentem monologu Arkhama - ducha rezydencji, czy też wyzwaniem, przedłużającym zabawę grą po skończeniu linii fabularnej i załatwieniu Enigmy na 100%.
Wspomniane gadżety mają jeszcze jedną śmieszną funkcję, upodobniającą grę do starych Metroidów, czy też do nowego, świetnego zresztą "Shadow Complex". Tak naprawdę teren gry nie jest duży. To trzy małe mapki, na których znajdują się po ok. 3 lokacje do spenetrowania. To niedużo do łażenia. Jednak fabuła miota Batmanem cały czas pomiędzy właśnie tymi lokacjami, ograniczając jednak jego wycieczkę do miejsc, na zwiedzenie których pozwalają mu dostępne w tym momencie wynalazki. Wszystko to sprawia że ograniczenia miejsca praktycznie nie czułem, a korzystanie z kolejnych gadżetów, zmieniających zarówno interakcje z otoczeniem, jak i z przeciwnikami, dawało mi kupę frajdy.
Cóż mogę dodać? Gra się naprawdę gładko i zabawnie, gra jest pełna akcji, ale i ma fabułę, w dodatku ładnie wygląda i nie chrupie (przynajmniej na X360). Efektem ubocznym gry może być co najwyżej pragnienie przypomnienia sobie komiksowego AA. Wróciłem do tego komiksu i... No cóż, spodobał mi się dużo bardziej niż pierwotnie, bo fabuła wydawała się dużo mniej bełkotliwa. Może dlatego że wiedziałem czego oczekiwać, może po prostu gra zmieniła moją perspektywę, nakręcając mnie na przypomnienie sobie innych aspektów wariatkowa położonego pod Gotham. No ale to moja indywidualna reakcja i refleksja, po prostu nie miałem dość. Bo "Batman: Arkham Asylum" to naprawdę kapitalna gra. Chyba najlepsza, w jaką grałem w tym roku.
poniedziałek, 9 listopada 2009
"Zawsze chciałem zrobić film o zombie..."
Tony Sandoval uderza ponownie. Niestety nie jest to zapowiedź polskiego wydania "Nocturno", ale jego nowego internetowego komiksu, o którym wspomniał już Arczu na Kolorowych Zeszytach.
"Season of Thorns" to blogowy projekt tego autora, znanego u nas już dzięki "Trupowi i sofie". Tytuł, który można tłumaczyć jako "Porę cierni", czy też "Czas cierni", to poetyckie określenie sezonu, w którym przychodzi śmierć. Pierwsze plansze, wstępnie zapowiadanego na 26 stron komiksu, zapowiadają że śmierć jest okrutna i mało łaskawa, a jeśli czegoś można być w tym komiksie bardziej pewnym niż smierci, to tego, że oprawca nie omieszka spożyć swoją ofiarę.

No to teraz parę słów od autora:
Ten projekt narodził się z rysunków, które przygotowałem dla duńskiej kapeli death metalowej DIE. Zostało mi sporo materiału, o którym pomyślałem, że nadał by się do małego komiksu z zombie, więc rozpocząłem rysowanie krótkiej historyjki. Takiej na 26 stron, po prostu do puszczenia w sieć, tworzonej dla czystej przyjemności tworzenia gorowego i mocnego komiksu. Nie mam w sumie na ten temat dużo do powiedzenia, po prostu uwielbiam ten gatunek, klimat ludzkiego osamotnienia i osaczenia przez naturę, odbierającą przestrzeń którą zagarneli jej ludzie. Ten komiks to efekt mojego uwielbienia dla tematyki zombie. Oczywiście główną inspiracją jest dla mnie Romero, zawsze chciałem zrobic film o zombie, ale teraz mogę pozwolić sobie na web komiks, więc go robię, i chociaż nie wiem do czego to wszystko zmierza, na pewno będę wrzucał rysunki które już wykonałem, jak i kolejne prace z tego cyklu.
Na razie w sieć poszło 5 plansz. Debiut cyklu miał miejsce oczywiście w meksykański Dzień Zmarłych. Czeka nas więc jeszcze co najmniej 20 stron tego komiksu, ale i tego nie można być pewnym. Jeszcze jakiś czas temu Tony rozważał rozkręcenie tego cyklu jako serię otwartą także dla innych autorów. Na razie tworzy sam, a w odwodzie czeka kolejnych 6 już gotowych plansz. Po ich opublikowaniu apdejty będą raczej wolniejsze, ale - nawiązując do jego wypowiedzi - kto wie co się z tego pomysłu urodzi w przyszłości. No to ja czekam na dalszy postęp prac, już jest na co patrzeć, a koło motywu zombie prawie żaden komiksiarz nie przechodzi obojętnie. To nie "Żywe trupy" Kirkmana, to epatowanie gore w skoncentrowanej formie. Smacznego.
"Season of Thorns" to blogowy projekt tego autora, znanego u nas już dzięki "Trupowi i sofie". Tytuł, który można tłumaczyć jako "Porę cierni", czy też "Czas cierni", to poetyckie określenie sezonu, w którym przychodzi śmierć. Pierwsze plansze, wstępnie zapowiadanego na 26 stron komiksu, zapowiadają że śmierć jest okrutna i mało łaskawa, a jeśli czegoś można być w tym komiksie bardziej pewnym niż smierci, to tego, że oprawca nie omieszka spożyć swoją ofiarę.

No to teraz parę słów od autora:
Ten projekt narodził się z rysunków, które przygotowałem dla duńskiej kapeli death metalowej DIE. Zostało mi sporo materiału, o którym pomyślałem, że nadał by się do małego komiksu z zombie, więc rozpocząłem rysowanie krótkiej historyjki. Takiej na 26 stron, po prostu do puszczenia w sieć, tworzonej dla czystej przyjemności tworzenia gorowego i mocnego komiksu. Nie mam w sumie na ten temat dużo do powiedzenia, po prostu uwielbiam ten gatunek, klimat ludzkiego osamotnienia i osaczenia przez naturę, odbierającą przestrzeń którą zagarneli jej ludzie. Ten komiks to efekt mojego uwielbienia dla tematyki zombie. Oczywiście główną inspiracją jest dla mnie Romero, zawsze chciałem zrobic film o zombie, ale teraz mogę pozwolić sobie na web komiks, więc go robię, i chociaż nie wiem do czego to wszystko zmierza, na pewno będę wrzucał rysunki które już wykonałem, jak i kolejne prace z tego cyklu.
Na razie w sieć poszło 5 plansz. Debiut cyklu miał miejsce oczywiście w meksykański Dzień Zmarłych. Czeka nas więc jeszcze co najmniej 20 stron tego komiksu, ale i tego nie można być pewnym. Jeszcze jakiś czas temu Tony rozważał rozkręcenie tego cyklu jako serię otwartą także dla innych autorów. Na razie tworzy sam, a w odwodzie czeka kolejnych 6 już gotowych plansz. Po ich opublikowaniu apdejty będą raczej wolniejsze, ale - nawiązując do jego wypowiedzi - kto wie co się z tego pomysłu urodzi w przyszłości. No to ja czekam na dalszy postęp prac, już jest na co patrzeć, a koło motywu zombie prawie żaden komiksiarz nie przechodzi obojętnie. To nie "Żywe trupy" Kirkmana, to epatowanie gore w skoncentrowanej formie. Smacznego.
środa, 28 października 2009
Seans z deszczykiem, czyli Raining Blood
Do VERSUSa Kitamury zbierałem się coś z 5 lat. Lewar polecał, inni znajomi polecali, w dodatku japońszczyzna. Wystarczyło, żeby mnie zachęcić. Na rzecz filmu przemawiał sam opis: jakuzi trafiają do lasu i muszą walczyć z zombie. Krótko, głupio, ale jakże treściwie to brzmi... Okazuje się, że film prezentuje dokładnie to samo, co opis.Fabuła ma znaczenie 2-gorzędne, bohaterowie wręcz 3-ciorzędne, przynajmniej w większości. Psychologia, historia postaci, czy nawet imiona nie mają znaczenia. Zresztą - szkoda na nie czasu. Skądś (więzienie? transport między więzieniami? co za różnica???) ucieka dwóch więźniów, mają się spotkać z jakuzami, których zna jeden z nich. Krótkie spotkanie z paroma gangsterami i szczerą antypatię szybko pieczętuje parę trupów (m.in. zdaje się że jednego z więźniów, zresztą - co za różnica, kto w tym filmie zliczy trupy?), powrót denatów z pozycji horyzontalnej do wertykalnej, oraz ucieczka drugiego z więźniów razem z więzioną przez jakuzów laską. Potem jest las, wyłażące zewsząd żywe trupy, oraz naparzanki i strzelaniny pomiędzy więźniem a gangsterami. I tak przez kolejną godzinę. Żeby nie było za łatwo - zombie mają broń palną. Jest gore, rzeźnia i wyrazy szacunku dla cyklu EVIL DEAD, nawet na płaszczyźnie pracy kamery. Są rispekty i dla MATRIXa. Więzień szybko przebiera się w stylowy czarny płaszcz i takowe gatki, po czym spuszcza kolejnym trupom srogi łomot, i pojedynkuje się z gangsterami. Krótko mówiąc - czysta akcja, podana z jajem i dystansem, w zestawie ze splatterowym gore, i regularnym bryzganiem krwią z paszczy przez któregoś z bohaterów.
W pewnym momencie pojawia się evil madafaka, z którym nie ma żartów. Okazuje się, że bohaterowie są uwięzieni w cyklu reinkarnacji od wieków (waaaat???), i to już ich kolejne spotkanie. Gra toczy się o wielką stawkę, wielką moc, i możliwość podróży po innych wymiarach. Słowem brednie, które Kitamura podaje z taką samą wnikliwością w zagadnienie, jak biografię głównego bohatera. Tym razem zamiast masakrować bezbronne zombie, bohaterowie zaczynają z różnych powodów bić się między sobą, a do akcji wkraczają dodatkowo niewydarzeni agenci nieokreślonych służb. Dzieje się. Oj, dzieje.
Pełnometrażowy debiut Kitamury to czysta akcja i humor, obie te rzeczy podane w stylu mało kontynentalnym. Szczątki fabuły tak naprawdę nawet nie proszą żęby je dobić, licząc na to że nikt nie zwróci na ich braki uwagi, bo tak naprawdę do niczego nie są tu potrzebne. Chodzi o jatkę i pojedynki. Całość jest dość dziwacznym miksem - EVIL DEAD, MATRIX, trochę siekanek na miecze, wszystko w klilmacie japońskiej metafizyki. Było by to mało strawne, gdyby nie humor i autodystans. I gore. Oraz gore. Krew tryska, bohaterowie co chwila zapluwają się krwią. Od obrażeń wewnętrznych? No nie wiem, bo potem hardo wstają i się leją. Po prostu Kitamurze tak się podobało. Taki ma gust. Podobnie jak pomysł z tym, żeby zombim w jednej ze scen po masakrze kopciło się z tyłków. Po co? Nie wiem. Kitamura tak sobie wymyślił, bo stwierdził że będzie śmiesznie. Nie kupuję żartu, ale myk z typem próbującym unikać pocisków niczym Neo, tylko po to by dostać kolejną kulkę i rozprysnąć się na kawałki - to było dobre. Podobnie jak dobry był jakuza pierdoła co ześwirował, co jakiś czas gubiący guna, i wyciągający z tej samej kieszeni jeszcze większą klamkę.
Filmowi rispekt za realizację, dynamiczne udźwiękowienie, a co ważniejsze - za dynamiczne walki. Tutaj rispekt dla Taka Sakaguchiego. Kolesia widziałem w nudnawej AZUMI, fajnym, acz nierównym SHINOBI, czy w kwasiarskim, i zbliżonym porąbanym klimatem do VERSUSa WOJOWNIKU BEZ STRACHU. Zawsze jest świetny, i kapitalnie się naparza, zwłaszcza w Wojowniku kopał zad (gdzie był takim trochę Django w klimacie feudalnej Japonii z automatyczną bronią palną... WAAAAT?). Morał - obejrzeć pozostałe filmy z Sakaguchim. Kuszą wszystkie produkcje, gdzie wystąpił u Kitamury, acz tam to zwykle na drugim planie. Kuszą te, gdzie był na pierwszym, czy które sam skręcił (Yoroi: Samurai Zombie, Battlefield Baseball, Szkoła Samurajów czy jakoś tak). No i kusi filmografia Kitamury - Aragami, jego Godzilla, czy Nocny pociąg z mięsem. W końcu z Vinniem Jonesem. Ech. W sumie jego cała filmografia. A, no i Hideo Sakaki też był dobry.
Słowem - polecam.
Na koniec krótko, o innej produkcji. Tron 2.0, czyli...
GAMER - nowy film kolesi od Cranka. Niestety, tym razem postanowili zrobić film z fabułą, co nie wyszło filmowi najlepiej, ale i tak wyszło fajnie. Bliska przyszłość, lekki cyberpunk (+1 do oceny w moich oczach), i reality show/gra multiplayer przyszłości. Sieć, gdzie gracze łączą się z prawdziwymi, genetycznie sczipowanymi ludźmi, i tak skazanymi na śmierć, i prowadzą ich do multiplejowej walki w trybie FPP. Kto przetrwa określoną ilość walk, zostaje uwolniony. Gra jest dynamiczna, korporacja co tym kręci to szuje, główny bohater (postać z 'gry') został wrobiony, w powietrzu wisi ucieczka, 'złamanie systemu' i własnoręczne wymierzenie zemsty. W efekcie dostajemy miksik Tronu, Running Mana ze Szwarcem + elementy Matrixa i parę innych nawiązań. Fabułka naiwna, prosta, trochę się momentami ciągnąca. Ale za to jak jest akcja... O rany... Jeśli kiedyś będą produkować futurystyczny wariant "Helikoptera w ogniu", to niech powierzą reżyserkę tym typkom. Dynamiczine, mięsiste, po prostu jak Gears of War w wersji filmowej momentami, tylko mi nadmiar chaosu na polu bitwy przeszkadzał, w grach czytelność tego co się dzieje to akurat podstawa. I koleś nie chodził bokiem ani tyłem w trakcie walki. W FPPowych multikach - prawie że samobójstwo. Ale to czepianie się zboka. Tak jak pisałem - o ile akcja daje radę, o tyle sama fabułka nie całkiem, dialogi z hakerami głupiutkie, i o ile koncepcja bliskiej przyszłości (wulgaryzacja mediów, kolejny etap internetowej rewolucji) jest fajna i dość prawdopodobna, o tyle bardzo mało odkrywcza. Będąc niejakim Felisem, też bym się o to dopieprzał, z drugiej strony na szczęście nim nie jestem, i tak jak nie jarają mnie produkcje o niewidomych irańskich dzieciach, tak samo jestem w stanie zauważyć że ten film jako pierwszy zwraca uwagę na pojawiający się fenomen współczesnych cyfrowych gladiatorów. Że już za jakiś czas ludzie nie będą jarać się skokami Małysza, i zamiast rozpoznawać kolesia wyglądającego na chudawego członka rodziny Mario, będą kojarzyć avatar albo skin z gry typka, co miał w ostatnim tygodniu 479 fragów, i zero K.O. Wie to część komputerowej i konsolowej braci, osoby które śledzą kulturę azjatycką, gdzie już do tego doszło, i wiedzą o tym autorzy Gamera. Nie wiedzą o tym recenzenci 'Co jest grane'. Co mnie nie dziwi. Ale ja nie o tym...
Gamer udany nie jest - fabuła celuje raczej w starszą młodzież, za to ilość przemocy stawia ten film w kategorii dla starszych widzów. Pewnie to też dziwi recenzentów poczytnych gazet - w końcu to film o grach, a jest dla dorosłych facetów. I to kolejny kulturowy fenomen, który ten film uchwycił. Kolesie, co te 20-25 lat temu oglądali Tron, jarając się grami na Atari, dorośli, skończyli studia, zarabiają, kupili telewizory full HD i nowoczesny sprzęt, i dalej łupią w gry, tylko że w Gearsy albo Halo, a nie w Pac-Mana. I ten film to właśnie taki Tron dla tych, którzy towarzyszą tej rewolucji od początku, zanim filmowcy jeszcze wiedzieli do czego to wszystko zmierza.
Na deser - linek do bloga Bownika - fotografika który dokumentuje grową rewolucję na zasadzie: "To się zmienia, i to właśnie na naszych oczach!". Smasznego.
Geek corner - gram (no a jakże nie?) w Batman: Arkham Asylum (no a jakże nie???). Śmieszne. Flashbacki Batmana z dzieciństwa, komisariat w Gotham po zabójstwie jego rodziców. Mówi do niego Gordon, każe nazywać się Jim. ALEJAKTO??? Przecież Gordon trafia do Gotham równocześńie z powrotem do miasta dorosłego Wayne'a w Year One? Z drugiej strony się czepiam, bo to psychodeliczna wizja tylko. Batman sobie to może sam wkręcać. Więc co za różnica...
Filmowi rispekt za realizację, dynamiczne udźwiękowienie, a co ważniejsze - za dynamiczne walki. Tutaj rispekt dla Taka Sakaguchiego. Kolesia widziałem w nudnawej AZUMI, fajnym, acz nierównym SHINOBI, czy w kwasiarskim, i zbliżonym porąbanym klimatem do VERSUSa WOJOWNIKU BEZ STRACHU. Zawsze jest świetny, i kapitalnie się naparza, zwłaszcza w Wojowniku kopał zad (gdzie był takim trochę Django w klimacie feudalnej Japonii z automatyczną bronią palną... WAAAAT?). Morał - obejrzeć pozostałe filmy z Sakaguchim. Kuszą wszystkie produkcje, gdzie wystąpił u Kitamury, acz tam to zwykle na drugim planie. Kuszą te, gdzie był na pierwszym, czy które sam skręcił (Yoroi: Samurai Zombie, Battlefield Baseball, Szkoła Samurajów czy jakoś tak). No i kusi filmografia Kitamury - Aragami, jego Godzilla, czy Nocny pociąg z mięsem. W końcu z Vinniem Jonesem. Ech. W sumie jego cała filmografia. A, no i Hideo Sakaki też był dobry.
Słowem - polecam.
Na koniec krótko, o innej produkcji. Tron 2.0, czyli...
GAMER - nowy film kolesi od Cranka. Niestety, tym razem postanowili zrobić film z fabułą, co nie wyszło filmowi najlepiej, ale i tak wyszło fajnie. Bliska przyszłość, lekki cyberpunk (+1 do oceny w moich oczach), i reality show/gra multiplayer przyszłości. Sieć, gdzie gracze łączą się z prawdziwymi, genetycznie sczipowanymi ludźmi, i tak skazanymi na śmierć, i prowadzą ich do multiplejowej walki w trybie FPP. Kto przetrwa określoną ilość walk, zostaje uwolniony. Gra jest dynamiczna, korporacja co tym kręci to szuje, główny bohater (postać z 'gry') został wrobiony, w powietrzu wisi ucieczka, 'złamanie systemu' i własnoręczne wymierzenie zemsty. W efekcie dostajemy miksik Tronu, Running Mana ze Szwarcem + elementy Matrixa i parę innych nawiązań. Fabułka naiwna, prosta, trochę się momentami ciągnąca. Ale za to jak jest akcja... O rany... Jeśli kiedyś będą produkować futurystyczny wariant "Helikoptera w ogniu", to niech powierzą reżyserkę tym typkom. Dynamiczine, mięsiste, po prostu jak Gears of War w wersji filmowej momentami, tylko mi nadmiar chaosu na polu bitwy przeszkadzał, w grach czytelność tego co się dzieje to akurat podstawa. I koleś nie chodził bokiem ani tyłem w trakcie walki. W FPPowych multikach - prawie że samobójstwo. Ale to czepianie się zboka. Tak jak pisałem - o ile akcja daje radę, o tyle sama fabułka nie całkiem, dialogi z hakerami głupiutkie, i o ile koncepcja bliskiej przyszłości (wulgaryzacja mediów, kolejny etap internetowej rewolucji) jest fajna i dość prawdopodobna, o tyle bardzo mało odkrywcza. Będąc niejakim Felisem, też bym się o to dopieprzał, z drugiej strony na szczęście nim nie jestem, i tak jak nie jarają mnie produkcje o niewidomych irańskich dzieciach, tak samo jestem w stanie zauważyć że ten film jako pierwszy zwraca uwagę na pojawiający się fenomen współczesnych cyfrowych gladiatorów. Że już za jakiś czas ludzie nie będą jarać się skokami Małysza, i zamiast rozpoznawać kolesia wyglądającego na chudawego członka rodziny Mario, będą kojarzyć avatar albo skin z gry typka, co miał w ostatnim tygodniu 479 fragów, i zero K.O. Wie to część komputerowej i konsolowej braci, osoby które śledzą kulturę azjatycką, gdzie już do tego doszło, i wiedzą o tym autorzy Gamera. Nie wiedzą o tym recenzenci 'Co jest grane'. Co mnie nie dziwi. Ale ja nie o tym...
Gamer udany nie jest - fabuła celuje raczej w starszą młodzież, za to ilość przemocy stawia ten film w kategorii dla starszych widzów. Pewnie to też dziwi recenzentów poczytnych gazet - w końcu to film o grach, a jest dla dorosłych facetów. I to kolejny kulturowy fenomen, który ten film uchwycił. Kolesie, co te 20-25 lat temu oglądali Tron, jarając się grami na Atari, dorośli, skończyli studia, zarabiają, kupili telewizory full HD i nowoczesny sprzęt, i dalej łupią w gry, tylko że w Gearsy albo Halo, a nie w Pac-Mana. I ten film to właśnie taki Tron dla tych, którzy towarzyszą tej rewolucji od początku, zanim filmowcy jeszcze wiedzieli do czego to wszystko zmierza.
Na deser - linek do bloga Bownika - fotografika który dokumentuje grową rewolucję na zasadzie: "To się zmienia, i to właśnie na naszych oczach!". Smasznego.
Geek corner - gram (no a jakże nie?) w Batman: Arkham Asylum (no a jakże nie???). Śmieszne. Flashbacki Batmana z dzieciństwa, komisariat w Gotham po zabójstwie jego rodziców. Mówi do niego Gordon, każe nazywać się Jim. ALEJAKTO??? Przecież Gordon trafia do Gotham równocześńie z powrotem do miasta dorosłego Wayne'a w Year One? Z drugiej strony się czepiam, bo to psychodeliczna wizja tylko. Batman sobie to może sam wkręcać. Więc co za różnica...
niedziela, 25 października 2009
Horror Festival
Nie jestem szczególnym fanem horrrrrorów. Tak samo jak nie jestem szczególnym fanem sensacji, SF czy komedii. Dobre filmy lubię, a kwestie gatunkowe zlewam. To podobnie jak z komiksami mam. Dobrym trykotem nie gardzę, acz to nie znaczy że wolę kaptena amerykę wbitego w kostium od Goona czy czegoś innego.
Tak więc trafiłem na Horror Festiwal, jedną z niewielu filmowych imprez tematycznych, I nie było źle, acz rewelacyjnie też nie. Poniżej mój raport dla zainteresowanych programem, co się nie załapali, ale są gotowi zakupić filmy z amazona, albo posiąść je inną drogą.
Czwartek (22.10)
Diagnosis: Death - produkcja nowozelandzka, jak się dowiedziałem - podpinająca się pod nurt Kiwi Gothic. Taka nazwa zobowiązuje. Niemal kryminalna tajemnica, pałentająca się między wierszami, i para bohaterów, dwoje osób z nowotworem, decydujące się na eksperymentalne leczenie. Choroba, prochy, halucynacje, wizje, czarny humor i dobre dialogi. Przy tym filmie Tarantino wychodzi na trzeciorzędnego tekstopisarza. Troche mroku, psychodela, zajebisty autodystans. Dobra rozrywka.
Szorty:
Head to Love - takie dosyć oczywiste i klasyczne. Dobrze skręcone. Ciekawostka - w dużej części polska robota.
Night of the Hell Hamsters - pastisz, nawet zabawny, ale IMO pomysł okazał się lepszy od realizacji. W trakcie seansu wywoływania ducha wredne bydle nawiedza chomika w klatce. Potem masakra, odgryzione genitalia i krew. Z humorkiem. Nie z humorem.
Das Floss - animka plastelinowa o dwóch rozbitkach na tratwie. Nie wiem co komuś zasugerowało że toto ma cokolwiek wspólnego z horrorami. Takie tam. Głód, pragnienie i rekiny.
Virtual Dating - biedne takie, pseudo feministyczny bełkot mający (jak mniemam) ukazać bestialastwo dyktatury samczych szowinistycznych świń. Tylko że to zwyczajnie jest durne.
Eel Girl - krótkie, bez głębi, ładnie zrobione i fajnie udźwiękowione. Cunningham by się tego raczej nie powstydził. No i to dzieło typka od Chomików.
Welgunzer - żaden tam horror. Czyste SF bawiące się paradoksem czasowym. Podwójnym. I z humorem. Jak dla mnie najlepszy szorciak w zestawie.
Brother's Keeper - nudne i słabe, gdzieś taką historię już widziałem (bracia z boską misją, jeden widzi cel, drugi w imię boże zabija, aż do...). Taki tam bełkot.
Das Zimmer - wariacja na temat "Zagubionej autostrady". Już to znam.
Mavela - ostro pojebane. Film dla każdego, kto chciałby zobaczyć typka o facjacie Miśka Koterskiego, dymającego sedes. I nie tylko. Nie wnikajcie. Obejrzyjcie.
Piła VI - wbrew autorytetom pokroju Kamila Śmiałkowskiego, przy okazji premiery 2-giej części cyklu, stwierdziłem że to do chuja jest niepodobne. No może przesadzam, zwyczajnie mi się nie podobało, 1-ka wyczerpała pomysł. A tu już 6-tka. OLABOGA. Pozwoliłem sobie spasować.
Piątek (23.10)
Najgorszy dzie tegorocznego festa. Bez kitu.
Sauna - groza po fińsku. XVII wiek, Szwedzi i Rosjanie wytyczają granicę, dopóki nie trafią na środku bagien na betonowy bunkier. Tajemnicze. Klimatyczne. O co chodzi? Nie wiem, i autorzy chyba też nie wiedzieli. "Niech będzie tak wieloznacznie, że widzowie sami sobie dopowiedzą co chcą, i zesrają się ze strachu...". Normalnie mnie ten film wnerwił. Dopuszczam w horrorach kosmitów, wampiry, zombie, wilkołaki, duchy, wszystko, tylko niech to z CZEGOKOLWIEK wynika. A w Saunie to ot tak, ktoś coś szepcze, nie wiadomo co i po co, ludzie znikają pozostawiając po sobie ubrania, czy pojawia się postać BEZ TWARZY krwawiąca z pustaj dziury. I nie wiadomo dlaczego. Ani po co. OK. Filmy Shyamalana są głupie, ale on sobie chociaż zadaje trud, żeby wyjaśnić o co mu chodziło. Autorzy Sauny sobie takiego trudu nie zadali. Chociaż setting działał na ich korzyść.
Open Graves - krzyżówka Oszukać Przeznaczenie i Jumanji. WTF??? Czy mam cokolwiek dodać? Debilne, w dodatku z bardzo tanimi efektami. Oszukać Przeznaczenie miało chociaż fajne masakry. Odpuście sobie to coś.
Visions - thriller ni to policyjny, ni to szpitalny. Dość oczywisty (acz ma podwójnego twista), dość głupawy. Kolo szpera po stronach poświęconych pewnemu topicowi, i to starczy, co by go ktoś na czacie złapał i zaczął podpytywać. Czat powiązany ze stronami które odwiedzał. Tak. Jasne. And the pigs will fly. Ten ktoś podaje się za pismaka, a bohater na to 'tak, jasne, powiem Ci wszystko co wiem'. Głupawe ostro. Ale nawet spoko opowiedziane, luźny bezpretensjonalny wyjątkowo ziom-błazen wprowadzony, taka postać humorystyczna z wyjątkowym wdziękiem (nie wiem czemu, pewnie przez zapuszczenie, ale typ się kojażył mi z Sethem Rogenem). Film durnawy, ale ma u mnie +1 za agentkę FBI w garniturze i pod kołnierzykiem. Taki fetysz. Jak by miała na sobie krawat, to by pewnie +2 było. Ale film gupawy.
Sobota (24.10)
Dying Breed - Tasmańska Masakra Nożycami do Owiec. Coś mam dodać? Najlepszy chyba i najbardziej horrrorrrowy film jak dotąd, idący w stronę tezy, że największym koszmarem są skryte zakamarki ludzkiego umysłu. Duchy i wampiry to pic na wodę dla estetów. Koszmarem jesteśmy My sami. I o tym jest ten film.
My name is Bruce - ktoś nie zna Bruce'a Campbella? To - jak głosiła swego czasu jego strona - most famous B-movie actor. No i film jest o nim. Typ jest mistrzem tandeciarstwa, swoim przekoloryzowanym 'aktorstwem' zawsze dodaje uroku nawet największemu gównu. Jestem fanem. Tu gra samego siebie, i nawet całość reżyseruje. Film to zbitka ze statusu tego dziwnego typka, z całego zestawu gówien w których wystąpił, i z wątpliwego statusu 'gwiazdy' którym się go darzy. Fabuła wyjątkowo głupia, ale ja się tam ubawiłem. Sztybor twierdzi inaczej. Ale on walczy o Grand Prix festiwalu w Łodzi. Jemu się nie wierzy. Radosny krapowy film, nie rozumiem tylko, dlaczego za każdym razem jak padała kultowa fraza 'give me some sugar, babe...', to tłumacz (pewnie onlajnowy, ale co tam), dawał inne tłumaczenie tego zdania... Ech. Dobry B-class fun. Rechotałem się zdrowo.
Trailer Park of Terrors - wykolejeni społecznie licealiści trafiają na nawiedzony camping na pojebanym płudniu USA. Są jakieś retrospekcje, są sceny współczesne, nie wiadomo po co, bo przeszłość nie tłumaczy dlaczego gówniarzerka musi się zmierzyć z żyjącymi trupami (jak je odebrałem), ani dlaczego laska która zabiła swoich towarzyszy jest tak samo martwa jak swoi koledzy. Takie tam pierdoły. Bo film jest głupi. Mniejsza o to. Zasadniczo chodzi o klimat zdegenerowanego południa skrzyżowany z przygłupio-radosnymi "Opowieściami z krypty". Jeśli chodzi o to pierwsze, to "Bękarty Diabła" są nie do zdeklasowania ('szefie, ja naprawdę nie jestem kurojebcą...'). Jeśli o to drugie... Opowieści z krypty, to Opowieści z krypty. Południowi kolesie bez nosów (w stylu maidenowsiego Eddiego), grający gitarowe sola na dachach przyczep kempingowych, to fajni są, ale to za mało, żeby mnie kupić. Jest z dystansem, jest zabawnie, ale to chyba najsłabszy film soboty, która była najlepszym dniem festa.
Na marginesie - jeden z typów (co to gra na gitarce) jest najbardziej wolverinowym Wolverinem jakiego widziałem. Taki szorstko męski, ale i parszywy w sposób, którego Jackman nie osiągnie choćby chciał. Flanela, długie włosy i pekaesy...
Over.
No, to tyle.
Tak więc trafiłem na Horror Festiwal, jedną z niewielu filmowych imprez tematycznych, I nie było źle, acz rewelacyjnie też nie. Poniżej mój raport dla zainteresowanych programem, co się nie załapali, ale są gotowi zakupić filmy z amazona, albo posiąść je inną drogą.
Czwartek (22.10)
Diagnosis: Death - produkcja nowozelandzka, jak się dowiedziałem - podpinająca się pod nurt Kiwi Gothic. Taka nazwa zobowiązuje. Niemal kryminalna tajemnica, pałentająca się między wierszami, i para bohaterów, dwoje osób z nowotworem, decydujące się na eksperymentalne leczenie. Choroba, prochy, halucynacje, wizje, czarny humor i dobre dialogi. Przy tym filmie Tarantino wychodzi na trzeciorzędnego tekstopisarza. Troche mroku, psychodela, zajebisty autodystans. Dobra rozrywka.
Szorty:
Head to Love - takie dosyć oczywiste i klasyczne. Dobrze skręcone. Ciekawostka - w dużej części polska robota.
Night of the Hell Hamsters - pastisz, nawet zabawny, ale IMO pomysł okazał się lepszy od realizacji. W trakcie seansu wywoływania ducha wredne bydle nawiedza chomika w klatce. Potem masakra, odgryzione genitalia i krew. Z humorkiem. Nie z humorem.
Das Floss - animka plastelinowa o dwóch rozbitkach na tratwie. Nie wiem co komuś zasugerowało że toto ma cokolwiek wspólnego z horrorami. Takie tam. Głód, pragnienie i rekiny.
Virtual Dating - biedne takie, pseudo feministyczny bełkot mający (jak mniemam) ukazać bestialastwo dyktatury samczych szowinistycznych świń. Tylko że to zwyczajnie jest durne.
Eel Girl - krótkie, bez głębi, ładnie zrobione i fajnie udźwiękowione. Cunningham by się tego raczej nie powstydził. No i to dzieło typka od Chomików.
Welgunzer - żaden tam horror. Czyste SF bawiące się paradoksem czasowym. Podwójnym. I z humorem. Jak dla mnie najlepszy szorciak w zestawie.
Brother's Keeper - nudne i słabe, gdzieś taką historię już widziałem (bracia z boską misją, jeden widzi cel, drugi w imię boże zabija, aż do...). Taki tam bełkot.
Das Zimmer - wariacja na temat "Zagubionej autostrady". Już to znam.
Mavela - ostro pojebane. Film dla każdego, kto chciałby zobaczyć typka o facjacie Miśka Koterskiego, dymającego sedes. I nie tylko. Nie wnikajcie. Obejrzyjcie.
Piła VI - wbrew autorytetom pokroju Kamila Śmiałkowskiego, przy okazji premiery 2-giej części cyklu, stwierdziłem że to do chuja jest niepodobne. No może przesadzam, zwyczajnie mi się nie podobało, 1-ka wyczerpała pomysł. A tu już 6-tka. OLABOGA. Pozwoliłem sobie spasować.
Piątek (23.10)
Najgorszy dzie tegorocznego festa. Bez kitu.
Sauna - groza po fińsku. XVII wiek, Szwedzi i Rosjanie wytyczają granicę, dopóki nie trafią na środku bagien na betonowy bunkier. Tajemnicze. Klimatyczne. O co chodzi? Nie wiem, i autorzy chyba też nie wiedzieli. "Niech będzie tak wieloznacznie, że widzowie sami sobie dopowiedzą co chcą, i zesrają się ze strachu...". Normalnie mnie ten film wnerwił. Dopuszczam w horrorach kosmitów, wampiry, zombie, wilkołaki, duchy, wszystko, tylko niech to z CZEGOKOLWIEK wynika. A w Saunie to ot tak, ktoś coś szepcze, nie wiadomo co i po co, ludzie znikają pozostawiając po sobie ubrania, czy pojawia się postać BEZ TWARZY krwawiąca z pustaj dziury. I nie wiadomo dlaczego. Ani po co. OK. Filmy Shyamalana są głupie, ale on sobie chociaż zadaje trud, żeby wyjaśnić o co mu chodziło. Autorzy Sauny sobie takiego trudu nie zadali. Chociaż setting działał na ich korzyść.
Open Graves - krzyżówka Oszukać Przeznaczenie i Jumanji. WTF??? Czy mam cokolwiek dodać? Debilne, w dodatku z bardzo tanimi efektami. Oszukać Przeznaczenie miało chociaż fajne masakry. Odpuście sobie to coś.
Visions - thriller ni to policyjny, ni to szpitalny. Dość oczywisty (acz ma podwójnego twista), dość głupawy. Kolo szpera po stronach poświęconych pewnemu topicowi, i to starczy, co by go ktoś na czacie złapał i zaczął podpytywać. Czat powiązany ze stronami które odwiedzał. Tak. Jasne. And the pigs will fly. Ten ktoś podaje się za pismaka, a bohater na to 'tak, jasne, powiem Ci wszystko co wiem'. Głupawe ostro. Ale nawet spoko opowiedziane, luźny bezpretensjonalny wyjątkowo ziom-błazen wprowadzony, taka postać humorystyczna z wyjątkowym wdziękiem (nie wiem czemu, pewnie przez zapuszczenie, ale typ się kojażył mi z Sethem Rogenem). Film durnawy, ale ma u mnie +1 za agentkę FBI w garniturze i pod kołnierzykiem. Taki fetysz. Jak by miała na sobie krawat, to by pewnie +2 było. Ale film gupawy.
Sobota (24.10)
Dying Breed - Tasmańska Masakra Nożycami do Owiec. Coś mam dodać? Najlepszy chyba i najbardziej horrrorrrowy film jak dotąd, idący w stronę tezy, że największym koszmarem są skryte zakamarki ludzkiego umysłu. Duchy i wampiry to pic na wodę dla estetów. Koszmarem jesteśmy My sami. I o tym jest ten film.
My name is Bruce - ktoś nie zna Bruce'a Campbella? To - jak głosiła swego czasu jego strona - most famous B-movie actor. No i film jest o nim. Typ jest mistrzem tandeciarstwa, swoim przekoloryzowanym 'aktorstwem' zawsze dodaje uroku nawet największemu gównu. Jestem fanem. Tu gra samego siebie, i nawet całość reżyseruje. Film to zbitka ze statusu tego dziwnego typka, z całego zestawu gówien w których wystąpił, i z wątpliwego statusu 'gwiazdy' którym się go darzy. Fabuła wyjątkowo głupia, ale ja się tam ubawiłem. Sztybor twierdzi inaczej. Ale on walczy o Grand Prix festiwalu w Łodzi. Jemu się nie wierzy. Radosny krapowy film, nie rozumiem tylko, dlaczego za każdym razem jak padała kultowa fraza 'give me some sugar, babe...', to tłumacz (pewnie onlajnowy, ale co tam), dawał inne tłumaczenie tego zdania... Ech. Dobry B-class fun. Rechotałem się zdrowo.
Trailer Park of Terrors - wykolejeni społecznie licealiści trafiają na nawiedzony camping na pojebanym płudniu USA. Są jakieś retrospekcje, są sceny współczesne, nie wiadomo po co, bo przeszłość nie tłumaczy dlaczego gówniarzerka musi się zmierzyć z żyjącymi trupami (jak je odebrałem), ani dlaczego laska która zabiła swoich towarzyszy jest tak samo martwa jak swoi koledzy. Takie tam pierdoły. Bo film jest głupi. Mniejsza o to. Zasadniczo chodzi o klimat zdegenerowanego południa skrzyżowany z przygłupio-radosnymi "Opowieściami z krypty". Jeśli chodzi o to pierwsze, to "Bękarty Diabła" są nie do zdeklasowania ('szefie, ja naprawdę nie jestem kurojebcą...'). Jeśli o to drugie... Opowieści z krypty, to Opowieści z krypty. Południowi kolesie bez nosów (w stylu maidenowsiego Eddiego), grający gitarowe sola na dachach przyczep kempingowych, to fajni są, ale to za mało, żeby mnie kupić. Jest z dystansem, jest zabawnie, ale to chyba najsłabszy film soboty, która była najlepszym dniem festa.
Na marginesie - jeden z typów (co to gra na gitarce) jest najbardziej wolverinowym Wolverinem jakiego widziałem. Taki szorstko męski, ale i parszywy w sposób, którego Jackman nie osiągnie choćby chciał. Flanela, długie włosy i pekaesy...
Over.
No, to tyle.
czwartek, 15 października 2009
9 Dzielnica
Zacznę od foteczki, której nie mogę sobie odmówić, prosto ze zbiorów Gniazda Światów (Godai, nie łam się, to nie Twoja wina że ta antologia ma tak fatalną okładkę).

Bułeczki Macieja made by Żona Macieja. Jedno zdjęcie, tysiąc słów.
Do rzeczy.
Dystrykt 9 - mam wrażenie że Blomkamp, zanim zrobił szorta, o który oparł swój pełnometrażowy debiut, oglądał 13 Dzielnicę Bessona (po angielsku - District 13...). Obejrzał sobie to luźne SF o dzielnicy imigrantów, po czym powiedział sobie 'Aliens... Illegal aliens... LOLZOR!!!1!1!111', czy jakoś tak. No i wyszedł z tego pomysł na film o inności i wyobcowania, problemu imigrantów (z obu stron patrząc), wątpliwym humanizmie mieszkańców Planety Ziemia, czy naszej gotowości na poznanie przedstawicieli obcej cywilizacji. Film w dodatku luźny i lekki, dynamiczny i efekciarski, acz nie głupi.
Otóż pewnego razu nad Johanesburgiem zawisł statek kosmiczny Obcych, nikt nie wiedział dlaczego (Targi Nieśmiertelnych...?). Okazał się pełen zagłodzonych alienów, którym - tak jak każdym przybyszom - zapewniono pomoc, jak zawsze - prowizoryczną. Przypominających koniki polne przybyszów spędziło się do getta, pozostawiając ich w sumie samym sobie na 20 lat. Populacja znacznie wzrosła, ludzie (poza lokalnymi bandytami) raczej się w okolicę dystryktu 9 nie zapuszczają, a biali osadnicy boją się kosmitów, bo ich nie rozumieją, czują się przez nich zagrożeni, czują do nich wyższość lub odrazę. Blomkamp nawiązał w swoim dziele do faktycznych wydarzeń z Afryki, gdzie to Biali przesiedlali Murzynów, traktując ich w podobnie zwierzęcy (sami jak zwierzęta, i traktując autochtonów jak zwierzęta) sposób. Main hero Wikus Van De Merwe - śliska i pierdołowata biurowa menda - ma dowodzić eksmisją kosmitów z getta które zamieszkują. Eksmisja 'mająca zapewnić im lepsze warunki życiowe' to oczywiście pretekst żeby ich gdzieś dalej i ciaśniej upchnąć. Kosmici są nerwowi, a towarzyszący Wickusowi i jego kolegom w białych kołnierzykach wojskowi czekają tylko na okazję żeby sobie postrzelać (jak w Krwawej Niedzieli). Oczywiście sytuacja wymyka się w pewnym momencie spod kontroli, następuje zakażenie dziwnym czymś, co powoduje mutacje (Mucha...), nad zakażonym kontrolę przejmuje korporacja (Aaaalieeeens...), a ten ucieka, by być zmuszonym dowodzić swojej niewinności (Ścigany).
Wielkim atutem filmu jest dynamika i brak monotonii. Reżyser często wprowadza zwroty akcji, które zupełnie zmieniają konwencję filmu. Zmienny też jest sposób podania historii. Zanim akcja się rozkręci, częstowani jesteśmy reportażem z telewizyjnych wiadomości, z dziennikarzami, telewizyjną oprawą, wypowiedziami świadków, najbliższych itd. Potem, gdy reporterzy 'gubią' bohatera (lub też, traktując reportaż jako robiony post factum, gry oglądamy go jak jest poza zasięgiem kamer), wstawki ustają, by wrócić na koniec. Akcja jest dynamiczna i pomysłowa, efekty są świetne, a historia pozostawia z pewną refleksją o naszym (Polaków, Europejczyków, Ziemian) otwarciu na przyjezdnych, którzy z jakiegoś powodu nie mogą wrócić do siebie. Dydaktyzmu raczej nie ma, ważniejsza jest dynamika, efekty i akcja, zwłaszcza finałowa sekwencja, gdy w obroty idą pancerz wspomagany (bojowa wersja wózka widłowego z Aliens) i działko antygrawitacyjne z Half-Life 2. Blomkamp, jeśli ktoś nie wie, miał kręcić ekranizację Halo, z której na szczęście nic nie wyszło, i Jackson zaproponował mu 30 milionów $ za skręcenie tego, co chce. I dobrze, bo Halo to biedna seria, a Dystrykt 9 to kawał dobrej i inteligentnej rozrywki. Gracze znajdą w niej jednak nieco growy feeling, a może i coś więcej (w scenie ze świnią byłem pewien, że słyszałem w tle odgłos znany jako 'achievement unlocked').
Oddzielną sprawą są bohaterowie, rzadko dwuznaczni, najczęściej negatywni, poza drobnymi wyjątkami. Wickus, jak wspomniałem, to biurowa menda, jest wojskowy madafaka, bezduszny korporacyjny bydlak, czy czarni gangsterzy. Tak naprawdę jedynymi ludzkimi postaciami wydają się zaszczuci obcy, którym wydaje się kibicować reżyser. Tym bardziej głupie wydają mi się internetowe oskarżenia, że Dystrykt 9 jest rasistowski. Że zdziczali po 20 latach kosmici są przedstawieni jako prymitywna rasa, to dowód na rasizm autora? Przy tak prezentujących się przy nich ludziach??? Czy może fakt że w filmie Murzyni to gangsterzy, a Biali to zwierzęta w garniturach, ma świadczyć o faworyzowaniu rasowym? Do cholery, przecież to jest właśnie film o segregacji na tle rasowej... Czekam na homoseksualną interpretację tego dzieła...
Film nie jest oczywiście pozbawiony wad. Postaram się niespoilować. Dlaczego na przykład uciskani obcy nie zrobią pożytku ze swojej wypasionej broni? Jak jednemu kosmicie do spóły z drugim udało się zrobić w tajemnicy to, co zrobił. Dlaczego obcy nie bronią nienarodzonego potomstwa O_o? Pomijam kwestię szybkości mutacji DNA, bo to nie jest raczej kino naukowe, tylko rozrywkowe, ale dziur scenariuszowych nieco jest. Kij z tym. Bardziej odczuwalne jest spowolnienie akcji w połowie filmu (sekwencja ucieczkowa), a nostalgiczne rozmowy przez telefon (i ta gadka z finału) to mdławe landrynki. Co nie zmienia faktu że od filmu o kosmitach-imigrantach nie oczekuję ani realizmu, ani głębi psychologicznej, ani pełnej spójności, gdy chcę oglądać wybuchy i gigantyczne UFO na niebie. Tak samo landrynki łyka się bez bólu, zapijając je obfitością pozostałej zawartości dzieła.
Na koniec krótko - szczerze polecam, i czekam już na Dystrykt 10 (w inny tytuł kontynuacji nie wierzę). Głosy malkontentów nie mają znaczenia, są w mniejszości. Nawet mojej koleżance z pracy się podobało, a ostatnie SF jakie widziała to było Ja, Robot. Ba, nawet Mossakowski się podniecił dając 5/6, co niektórzy znajomi skomentowali gdzieś tam znalezieniem sobie w końcu przezeń dziewczyny. Ja osobiście skłaniam się raczej do stwierdzenia że odrobił pracę domową, poczytał na Wiki, na IMDB, i w końcu omawiając kino rozrywkowe w końcu wiedział o czym pisze. Film rozrywkowy w Co jest grane oceniony na 5 gwiazdek... No przyznajcie sami, w tym naprawdę coś musi być.
Pod skryptem: nie, nie przepisałem tego Dystryktu 10 od Mossakowskiego, to po prostu oczywiste, zwłaszcza że już reżyser kłapie dziobem o kontynuacji, a furtkę pozostawiono otwartą... Swoją pogranicze kina akcji i kina SF? Cholera... To prawie jak pogranicze literatury SF i literatury popularnej. Gaddemyt. A może się czepiam...?

Bułeczki Macieja made by Żona Macieja. Jedno zdjęcie, tysiąc słów.
Do rzeczy.
Dystrykt 9 - mam wrażenie że Blomkamp, zanim zrobił szorta, o który oparł swój pełnometrażowy debiut, oglądał 13 Dzielnicę Bessona (po angielsku - District 13...). Obejrzał sobie to luźne SF o dzielnicy imigrantów, po czym powiedział sobie 'Aliens... Illegal aliens... LOLZOR!!!1!1!111', czy jakoś tak. No i wyszedł z tego pomysł na film o inności i wyobcowania, problemu imigrantów (z obu stron patrząc), wątpliwym humanizmie mieszkańców Planety Ziemia, czy naszej gotowości na poznanie przedstawicieli obcej cywilizacji. Film w dodatku luźny i lekki, dynamiczny i efekciarski, acz nie głupi.
Otóż pewnego razu nad Johanesburgiem zawisł statek kosmiczny Obcych, nikt nie wiedział dlaczego (Targi Nieśmiertelnych...?). Okazał się pełen zagłodzonych alienów, którym - tak jak każdym przybyszom - zapewniono pomoc, jak zawsze - prowizoryczną. Przypominających koniki polne przybyszów spędziło się do getta, pozostawiając ich w sumie samym sobie na 20 lat. Populacja znacznie wzrosła, ludzie (poza lokalnymi bandytami) raczej się w okolicę dystryktu 9 nie zapuszczają, a biali osadnicy boją się kosmitów, bo ich nie rozumieją, czują się przez nich zagrożeni, czują do nich wyższość lub odrazę. Blomkamp nawiązał w swoim dziele do faktycznych wydarzeń z Afryki, gdzie to Biali przesiedlali Murzynów, traktując ich w podobnie zwierzęcy (sami jak zwierzęta, i traktując autochtonów jak zwierzęta) sposób. Main hero Wikus Van De Merwe - śliska i pierdołowata biurowa menda - ma dowodzić eksmisją kosmitów z getta które zamieszkują. Eksmisja 'mająca zapewnić im lepsze warunki życiowe' to oczywiście pretekst żeby ich gdzieś dalej i ciaśniej upchnąć. Kosmici są nerwowi, a towarzyszący Wickusowi i jego kolegom w białych kołnierzykach wojskowi czekają tylko na okazję żeby sobie postrzelać (jak w Krwawej Niedzieli). Oczywiście sytuacja wymyka się w pewnym momencie spod kontroli, następuje zakażenie dziwnym czymś, co powoduje mutacje (Mucha...), nad zakażonym kontrolę przejmuje korporacja (Aaaalieeeens...), a ten ucieka, by być zmuszonym dowodzić swojej niewinności (Ścigany).
Wielkim atutem filmu jest dynamika i brak monotonii. Reżyser często wprowadza zwroty akcji, które zupełnie zmieniają konwencję filmu. Zmienny też jest sposób podania historii. Zanim akcja się rozkręci, częstowani jesteśmy reportażem z telewizyjnych wiadomości, z dziennikarzami, telewizyjną oprawą, wypowiedziami świadków, najbliższych itd. Potem, gdy reporterzy 'gubią' bohatera (lub też, traktując reportaż jako robiony post factum, gry oglądamy go jak jest poza zasięgiem kamer), wstawki ustają, by wrócić na koniec. Akcja jest dynamiczna i pomysłowa, efekty są świetne, a historia pozostawia z pewną refleksją o naszym (Polaków, Europejczyków, Ziemian) otwarciu na przyjezdnych, którzy z jakiegoś powodu nie mogą wrócić do siebie. Dydaktyzmu raczej nie ma, ważniejsza jest dynamika, efekty i akcja, zwłaszcza finałowa sekwencja, gdy w obroty idą pancerz wspomagany (bojowa wersja wózka widłowego z Aliens) i działko antygrawitacyjne z Half-Life 2. Blomkamp, jeśli ktoś nie wie, miał kręcić ekranizację Halo, z której na szczęście nic nie wyszło, i Jackson zaproponował mu 30 milionów $ za skręcenie tego, co chce. I dobrze, bo Halo to biedna seria, a Dystrykt 9 to kawał dobrej i inteligentnej rozrywki. Gracze znajdą w niej jednak nieco growy feeling, a może i coś więcej (w scenie ze świnią byłem pewien, że słyszałem w tle odgłos znany jako 'achievement unlocked').
Oddzielną sprawą są bohaterowie, rzadko dwuznaczni, najczęściej negatywni, poza drobnymi wyjątkami. Wickus, jak wspomniałem, to biurowa menda, jest wojskowy madafaka, bezduszny korporacyjny bydlak, czy czarni gangsterzy. Tak naprawdę jedynymi ludzkimi postaciami wydają się zaszczuci obcy, którym wydaje się kibicować reżyser. Tym bardziej głupie wydają mi się internetowe oskarżenia, że Dystrykt 9 jest rasistowski. Że zdziczali po 20 latach kosmici są przedstawieni jako prymitywna rasa, to dowód na rasizm autora? Przy tak prezentujących się przy nich ludziach??? Czy może fakt że w filmie Murzyni to gangsterzy, a Biali to zwierzęta w garniturach, ma świadczyć o faworyzowaniu rasowym? Do cholery, przecież to jest właśnie film o segregacji na tle rasowej... Czekam na homoseksualną interpretację tego dzieła...
Film nie jest oczywiście pozbawiony wad. Postaram się niespoilować. Dlaczego na przykład uciskani obcy nie zrobią pożytku ze swojej wypasionej broni? Jak jednemu kosmicie do spóły z drugim udało się zrobić w tajemnicy to, co zrobił. Dlaczego obcy nie bronią nienarodzonego potomstwa O_o? Pomijam kwestię szybkości mutacji DNA, bo to nie jest raczej kino naukowe, tylko rozrywkowe, ale dziur scenariuszowych nieco jest. Kij z tym. Bardziej odczuwalne jest spowolnienie akcji w połowie filmu (sekwencja ucieczkowa), a nostalgiczne rozmowy przez telefon (i ta gadka z finału) to mdławe landrynki. Co nie zmienia faktu że od filmu o kosmitach-imigrantach nie oczekuję ani realizmu, ani głębi psychologicznej, ani pełnej spójności, gdy chcę oglądać wybuchy i gigantyczne UFO na niebie. Tak samo landrynki łyka się bez bólu, zapijając je obfitością pozostałej zawartości dzieła.
Na koniec krótko - szczerze polecam, i czekam już na Dystrykt 10 (w inny tytuł kontynuacji nie wierzę). Głosy malkontentów nie mają znaczenia, są w mniejszości. Nawet mojej koleżance z pracy się podobało, a ostatnie SF jakie widziała to było Ja, Robot. Ba, nawet Mossakowski się podniecił dając 5/6, co niektórzy znajomi skomentowali gdzieś tam znalezieniem sobie w końcu przezeń dziewczyny. Ja osobiście skłaniam się raczej do stwierdzenia że odrobił pracę domową, poczytał na Wiki, na IMDB, i w końcu omawiając kino rozrywkowe w końcu wiedział o czym pisze. Film rozrywkowy w Co jest grane oceniony na 5 gwiazdek... No przyznajcie sami, w tym naprawdę coś musi być.
Pod skryptem: nie, nie przepisałem tego Dystryktu 10 od Mossakowskiego, to po prostu oczywiste, zwłaszcza że już reżyser kłapie dziobem o kontynuacji, a furtkę pozostawiono otwartą... Swoją pogranicze kina akcji i kina SF? Cholera... To prawie jak pogranicze literatury SF i literatury popularnej. Gaddemyt. A może się czepiam...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
