poniedziałek, 23 marca 2009

Marathon oskharowy

Tytułem nadrabiania nominowanych tytułów trafiłem do kina na filmy o tytułach "Obywatel Milk" i "Zapaśnik", w tejże kolejności, jeden tytuł po drugim.

"Obywatel Milk" - dzieło nagrodzone Oskarem za rolę Seana Penna i za scenariusz, to film który nie ujął mnie ani jednym ani drugim. Po kolei - Milk był pierwszym amerykańskim politykiem (fakt że lokalnym) jawnie mówiącym o swoim homoseksualizmie i walczącym o prawa gejów. Gus Van Sant wziął na warsztat jego biografię, na tytuł jego nazwisko, ale zamiast filmu o człowieku - zrobił laurkę dla ruchu równouprawnienia gejów. Trochę historii, faktów, postaci, punkty zwrotne z działalności gejów w San Francisco, ale sama postać potraktowana po macoszemu. Najpierw jest migawka z zakamuflowanym gejem z Nowego Jorku, który szuka odmiany w hippisowskim SF. Sam staje się hippisem, zapuszcza włosy, angażuje w działania społeczne (co można dowiedzieć się z migawek), w paru kolejnych scenach film przewija się przez kolejne lata przymiarek Milka do polityki po czym BANG!, nagle z zarośniętego hippisa mamy wygadanego polityka zaginającego innych w debatach. Historia, motywy postaci, sama jego przemiana - zostały przedstawione mętnie, a ostatnia z tych rzeczy mało przekonująco. Ważniejsze dla Van Santa (co mnie w sumie nie dziwi) są działania zaangażowanego (a nie schowanego w szafie) ruchu, którego Milk jest nieformalnym liderem.

Ton filmowi nadają wstawki z monologu, który Milk nagrywa na taśmie na wypadek gdyby miał miejsce na niego zamach. Można wywnioskować co go do tego skłoniło, ale kiedy dokładnie to zrobił, w jakim kontekście - tego w filmie niema. Wyszedł z tego taki tani zabieg reżyserski, żeby streścić jakieś fragmenty, albo wyjaśnić coś, na zainscenizowanie czego zabrakło pomysłu. W efekcie - jak pisałem - wychodzi laurka o tym, jak zdobywano Dziki Zachód, a z Ameryki robiono cywilizowane i demokratyczne miejsce do życia. Nuda straszna. Fajnym motywem jest wyłapywanie monologów polityków i osób o zacięciu anty-homo, które to można ładnie przymierzyć np. do wypowiedzi członków Ligi Pogromców Robotów jeszcze z przed paru lat (zwłaszcza chodzi mi o działania z resortu oświaty). Tyle o historii i jej podaniu. A Penn? No dla mnie to nie jest homoseksualny polityk, tylko Penn który go gra. Momentami jest za bardzo męsko-pennowy, momentami (w chwilach ciotowatej radości) - zupełnie nieprzekonujący. To ma być rola godna Oskara??? To ma być film godny nominacji do Oskara? Nie, to film godzien kadencji Obamy. Taka onanistyczna historyjka dla Amerykanów z cyklu 'jacy potrafimy być wspaniali, tolerancyjni, i jak wspaniale potrafimy zmieniać rzeczywistość na lepsze'. Zawód.


"Zapaśnik" - Aronofsky nie robi złych filmów i kropka. Na tym mógłbym skończyć, ale ten film zrobił mi tak dobrze, że zamierzam się nad nim teraz pałować przez kolejne 3 akapity. Po pokopanym, agresywnym "Pi", przytłaczającym i wycyckanym montażowo "Requiem dla snu", Darren skręcił "Źródło" - dzieło w którym najdalej ingeruje w obraz, stworzył szereg pięknych wizualnie i emocjonalnych scen, działał też na widza nastrojową muzyką Mansella, jednak zarzucono mu przekombinowanie fabuły i new-age'owe bełkotanie. Jako facet, którego każdy kolejny film jest inny, odwrócił się zupełnie od ingerencji w obraz i nowoczesnej techniki, na rzecz surowego opowiedzenia historii. Bez bełkotu. Bez blue screenów. Zgodnie z manifestem Dogma 95 - kamera z ręki, zero efektów, muzyka tylko jeśli jest częścią sceny (z radia, głośników, tylko jeśli słyszą ją bohaterowie). Co prawda Dogma miała na celu zbliżać filmy do życia, i opowiadać takie życiowe, niespektakularne historie, do których chyba nie zalicza się opowieść o wrestlerze, ale sami pomysłodawcy też nie byli konsekwentni (casus von Triera, który skręcił film o grupie alienujących się od społeczeństwa dziwaków, udających osoby upośledzone tylko po to, by wspólnie uczestniczyć w grupowych orgiach).

Aronofski skręcił więc film tani (7 milionów zielonych, dwa razy taniej od kręconego w Indiach "Slumdoga"), offowy, praktycznie bez gwiazd, za to przy wsporym wsparciu - grający tytułową rolę Rourke zagrał za frikolasa, z tantiem za wykorzystanie muzyki zgodzili się też Bruce Spreeeengsteeen i Axl Rose. Film kameralny, dziejący się na zadupiu, stonowany, nieśpieszny, o dokładnie takim rytmie jaki jest potrzebny, by opowiadać o zgrzybiałej i zapomnianej gwieździe ringu. Randy 'the Ram' Robinson sukcesy ma już za sobą od dwóch dekad, ale dalej tleni długie włosy, chodzi na solar i słucha pudel-metalu. Z pracą tak samo słabo jak z karierą - z występów po różnych dziurach wiele kasy nie ma, więc zalega z czynszem, łazi w dziurawej, polepionej taśmą klejącą kurtce, i dorabia w pobliskim markecie sieci ACME. W życiu osobistym podobnie - kontakt z córką zupełnie sobie przesrał, kobiety przy boku nie ma, a całą kasę jaką zarobi wydaje na striptizerkę do której po cichu wzdycha, tak samo zwichniętą życiowo jak on. Dziecko, zero faceta, brak oznak młodnienia, klienci mało zainteresowani jej usługami... Nie no, moment, jak to możliwe, że żaden facet w tym filmie nie chce pogapić się, jak naga Marisa Tomei trzęsie im przed oczami kolczykami w sutkach??? Trochę dziwne że Aronofski bardziej posuniętej wiekowo aktorki nie dobrał do roli, ale jako esteta też chciał się pewnie na nią powytrzeszczam, rozumiem, wybaczam.

Tak więc przegrany życiowo tleniony mięśniak, walki, zawał, ostrzeżenie przed zgonem na ringu, szansa na 'mecz ostatniej szansy', wielki powrót w walce z przeciwnikiem z przed dwóch dekad. W sumie niespoilując spoiluję, bo film jest boleśnie przewidywalny. Dlaczego więc tak mną pozamiatał? Bo i tak się go świetnie ogląda. Z paru powodów.

Po pierwsze - jest to świetnie opowiedziana historia. Z dystansem. Panie i Panowie, uwaga uwaga - Darren Aronofsky MA POCZUCIE HUMORU! Środowisko testosteronowych błaznów ukazano z sympatią, ale i z ironią ('to może zaczniemy jak cię kopnę w jaja, potem walniesz mi Atomowe Uderzenie, potem ja cię rzucam na matę, robię Kleszcze Brontozaura, a ty kończysz skokiem z lin?'). Sporo smaczków, klimacików (zbitka z grunge i lat 90tych, Rourke pykający z małolatem na Nintendo i gadka o CoD4), oraz nostalgicznej tęsknoty za latami 80-tymi, którą nie tyle czuć, co słychać (pudel-metal FTW!!!).

Najważniejszą częścią filmu jest jednak główny bohater. Czyli Rourke. Czyli jedna i ta sama osoba. Aktor, który największe sukcesu odnosił dwie dekady temu, powrócił ze swoim ostatnim, i pewnie najmocniejszym strzałem (bo to chyba właśnie to była jego rola życia). W międzyczasie wyleciał z biznesu, mówiono że się skończył, że się zachleje albo zaćpa na amen. A tu pyk, Rodriguez i Scott go przywrócili do stanu używalności, a Aronofski zrobił to samo co Jarmush z Murrayem. Przypomniał że to gwiazda. Rourke błyszczy, co nie jest dla niego w tym przypadku zbyt trudne - on po prostu gra samego siebie, z tą swoją pokancerowaną gębą, ale występującego na ringu, a nie przed kamerą. Kapitalny jest monolog Rama przed ostatnią walką, w sumie ważniejszy od samej walki. Bo tak jak w ostatnim "Rockym" chodzi tu o niepoddawanie się, wiarę w siebie, i podążanie dawno wytyczoną ścieżką, w którą się wierzy. Chodzi o starzenie się z godnością. Może z tlenionymi włosami i po solarce, ale bez odwracania wzroku, bez udawania że się jest kimś innym, czy szukania spokojnej przystani. To opowiedział Aronofski. I to zaprezentował Rourke - i jako postać, aktor, i jako człowiek. I za to mu wielki szacun. I za to mu - w mojej opinii - należał się Oskar, którego pewnie by dostał, gdyby się okazało, że grany przez niego podstarzały wrestler jest gejem.

Obejrzyjcie ten film koniecznie.

Na koniec geek-corner. Że Darren to fan komiksów wiadomo nie od dziś - interesował się adaptacją "Strażników", która mogła być lepsza niż ta, którą widzieliśmy w kinie, a na pewno ciekawsza, bo autorska. Chciał umieścić akcję w czasach współczesnych, dodać zagrożenie terroryzmem, zamiast nieświeżej Zimnej Wojny. Pewnie finał by powiązał z 9/11. Chciał też - o ile pamiętam - zrobić adaptację DKR. Z powodów różnych za żaden komiks się jak dotąd nie zabrał. Acz - według mnie - właśnie w "Zapaśników" nieco motywików komiksowych się znajdzie.

Sama historia podobna jest do "Nail'a", o którym jakiś czas temu pisałem. Tam też był wrestler idący na emeryturę, odwalający pożegnalną trasę po USA rozklekotanym campobusem (rourkowy Ram mieszka w przyczepie), też ma problemy rodzinne, tylko że zamiast na zawał trafia na Harleyowców Z Piekła Rodem. Kolejna sprawa to Rourke, niczym Marv w "Sin City" (przypadek? nieeee...) łażący do ulubionego klubu, by popatrzeć na ulubioną striptizerkę, która jest poza jego zasięgiem.

A striptizerka nazywa się Cassidy.

Podsumowawszy - koniecznie obejrzyjcie "Zapaśnika". "Obywatela Milka" niekoniecznie. Oskar dano za ruch gejowski, nie za rolę. Szkoda. A Rourke zacny.


EDIT: poplątałem oczywiście - z Murrayem nie do końca mi o Jarmusha chodziło a o Coppolę raczej.

No i przy okazji Milka ubolewając nad Pennem, który mnie zawiódł, tendencyjnie przemilczałem cały milkowy 2-plan, który zarządził. James Franco jako gej z wąsem paradoksalnie po raz pierwszy nie jest mydłkowatym chujkiem, a mężczyzną, podobnie po raz pierwszy jak dla mnie charakterystycznie wypadł Emile Hirsch. Dobry jest Brolin, choć to postać i jej motywacja, zmiana wewnętrzna - jak u Milka - niejasna. W końcu Diego Luna - kurde, nie poznałem tego typa na pierwszy rzut oka w roli latynoskiego ogiera zagubionego nieco w amerykańskiej rzeczywistości. I tylko Penn jak dla mnie nie ten... Ponoć rozważano do tej roli niegdyś Robina Williamsa. I jego bym pewnie bardziej kupił.

11 komentarzy:

adler pisze...

kurwa, ale zrób coś stary z tymi bykami, bo jak widzę "opożegnalny" przez "rz" to mnie skręca. a w jednym miejscu chyba zapomniałeś napisać "zrezygnowali".
czasem dodatkowe przejrzenie tekstu nie zaszkodzi, a nikt terminu nie narzuca.
numer ze zszywkami byl zajebisty.

adler pisze...

tak się wkurwiłem, że sam puściłem literówkę.

Maro Oleksicki pisze...

Fajne recenzje.I zgadzam się co do Milka - nuda, po takim filmie jak Paranoid Park można było się więcej spodziewać od Van Santa.
No a Zapasnika już zachwalałem polecałem Gonzowi, naprawde dobry film. Co do oskarowej tandety , to widziałem ostatnio The Reader , i tez się zastanawiam za co ten oskar. Film pretensjonalny, aktorzy grają po angielsku niemców. Czyli mówią po angielsku z akcentem.

Maro Oleksicki pisze...

Robert ,daj spokuj s tymi błedami, i coś narysój fajnego. Jakieś cycki morze...

Julek pisze...

Gonzo pozamiatałes wpisem o 'Wrestlerze'. Tak masz pisać bloga.

Przemek pisze...

zrób mi dobrze i rozwiń :]

adler pisze...

Maro, weś mie nie fkórwiaj.
ale cycki i morze... jak skończę ze storyboardem dla banku, może.

Marcin "Dr.Agon" Górski pisze...

Make boobs, not war...

Maciej pisze...

Kufa, czytałem w readerze i myślałem, że to wpisior Marcela O_o'

Wrestler mnóstwo okej

Julek pisze...

Nie wiem, co mam Ci rozwijać, po prostu mi się strasznie podobało. Z lektury biło dzieło, które obejrzałeś, uderzając w wysokie tony. Obszernie, ale nie nudnie, fajnie skomponowanie, ale nie tak wiesz, "przestrukturalizowanie". Widać, że nie masturbujesz się pisaniem samym w sobie.

No, i rzecz dla mnie najważniesza chyba - czasem zdarzało Ci się robić wpisy w słownym stylum, czyli "no, no, fajne, fajne, są cycki", a tego nie lubię.

Starczy?

Gonzo pisze...

czaje czaje, ale co ja mam pisać jak jest tylko fajnie, i są cycki?