piątek, 6 marca 2009

I watched the Watchmen

Krótko na początek, co by było wiadomo: Snyder nie sprofanował jednego z najlepszych komiksów wszechczasów.

Ekranizacja "Strażników" jest tak wierna, że momentami aż boli (ale o tym później). Załapała się większość wątków, nawety tych nieco mniej istotnych, Snyder nieco przyciął, coś dodał. W efekcie mamy jedną z najwierniejszych ekranizacji komiksu ever, jak i bezsprzecznie najlepszą ekranizację dzieła Moore'a. Kropka.

Zmiany, choć niewielkie, sporo fajnego dają. Na przykład przejazd przez scny z albumu historii Łoczmenów, które można oglądać w trakcie początkowej listy płac - fajny przejazd przez losy trykociarzy, z alternatywną historią USA w tle. Fajne są wtręty, jak np walka Jupiter i Puchacza w trakcie telewizyjnego wywiadu Manhattana, nie pamiętam tego z komiksu. Ot, normalne pary na pierwszej niezobowiązującej randce idą na kawę, co by powspominać dawne czasy, a ta dwójka poszła w ciemną alejkę i przypomniała sobie starą znajomość łomocząc paru łobuzów. Co ciekasze - gości wystylizowanych na komiksowych topknotów. Pokłon dla Moore'a na klęczkach. Jeden z wielu. Fajne są nawiązania do np JFK i Dallas, fajne też jest zasugerowanie przez Komedianta że to on stoi za tuszowaniem sprawy Watergate, która przecież w świecie Łoczmenów nie wypłynęła, i dzięki temu ciągle rządzi Nixon. Było coś o tym w komiksie, ale chyba podano to inaczej. Fajna też jest zmiana finału, któa wychodzi na plus. Nie jest tak absurdalnie komiksowa jak u Moore'a, za to scenarzyści nie kombinowali, ale zagrali komiksem. Sczwanie zresztą bardzo. Wielki ukłon dla Haytera, którego uwielbiam za bycie głosem Snake'a z MGS, za zrobienie te parę lat temu skryptu już wtedy uznanego za jedną z najwierniejszych adaptacji komiksu. Po przejściu przez trzech bodajże reżyserów i kolejne studia facet spasował, nie chciało mu się już o jego scenar walczyć. Jednak oparto się w końcu na lekko chyba tylko zmodyfikowanej wersji jego scenariusza (z jakimś współudziałem). I za to siekierka Snyderowi, że wiedział co brać.

Siekierka Snydereowi też za wierność graficzną wobec komiksu. Część ujęć to po prostu wyjęte z komiksu i wprawione w ruch kadry oryginału. Biorąc pod uwagę cały ten strażnikowy mrok (ten dosłowny i w przenośni), wydawało mi się to momentami zbyt kolorowe (a Manhattan zbyt świecący), ale to szczegóły. Podobnie szczegółem jest groteskowo przerysowane warczene Rorschacha z pod maski. Wszystko to jednak jest sprawnie opowiedziane, acz momentami za bardzo przegadane, w efekcie wprowadzenie efekciarskich mordobić wychodzi filmowi tylko na plus, jako sceny wytchnienia od przeciągającej się intrygi. Film nie poszedł w akcję, ale pare klepanek (więzienie, uliczka, zabójstwo Komedianta) jest zrealizowanych naprawdę świetnie, z lekko matrixowym sznytem, oraz znanymi z 300 zwolnieniami i przyspieszeniami akcji w czasie walki. Fajnie. Scenografię - jak wiadomo od dawna - odtwzorowano pieczołowicie, podobnie jak wszystkie pierdoły - bazgroły na ścianach, wszędobylskie logo Gunga Dinner, bzdety na półkach u Nocnego Puchacza I, czy latające zeppeliny. Jeśli o coś mam do Snydera żal, to o zmarnowanie genialnych, filmowych przejść pomiędzy scenami, które w komiksie stosował Moore, na przykład tych ze scen pogrzebu. Przypominam że wtedy w kadrze na końcu strony było zbliżenie na twarz postaci, po czym nastęna strona - ta sama twarz, inne tło, inna scena, retrospektywa ze wspomnieniem. Taki sam powrót. Snyder zrobił to dużo banalniej. A, no jeszcze jedna rzecz - przy tym z lekka zmienionym finale panowie nie do końca czuli chyba kiedy/jak zakończyć. Ale tylko trochę.

Znakomicie sprawdzili się aktorzy. Puchacz junior wyszedł na pipkę, ale przecież to taka postać. Szkoda że mdło (wręcz cichopkowato) wypadła młoda Jupiter. Rewelacyjnie wyszedł Komediant, niczym starszy brat Roberta Downeya Jr, kapitalny też jest Rorschach. W sumie jest jak w komiksie - nie ciągną się tylko sceny z Rorschachem, to psychopata, ale niesamowicie charyzmatyczny dzięki swojej bezkompromisowości. Ozymandiasz wyszedł odpowiednio wyniośle. I tylko to harczenie Rorschacha jakoś nie tak... No włacha, Rorschach... Pan Jackie Earle Haley musiał się masochistycznie wręcz naoglądać Brudnych Harrych przed zdjęciami, bo męcząc podejrzanych cedzi jak Eastwood.

Że efekty dobre - wiadomo. Że wizualnie dobrze - wiadomo. Że stroje kiczowate - wiadomo, ale w końcu też o to chodziło. Muzyka całkiem fajnie dobrana, acz nie do końca udało się zrobić atmosferę lat 80-tych, kawałki są w większości z dekad 60-70. No ale miało być z deka retro. Fajnie pociągnięty motyw romansu Jupiter i Dreiberta - samo rozwiązanie że pykani idzie im dopiero jak poszaleją w trykotach było już w komiksie. Ciekawy pomysł na grę wstępną. Do tego dodano fajną scenę (nie upieram się - nie pamiętam) z mordobiciem w trakcie wywiadu.

No i jest, świetna ekranizacja, niesamowicie wierna i wogóle. Czy jest to jednak dobry film? Do cholery jasnej, pojęcia nie mam! Komiks czytałem tyle razy, że fabuła, która jest główną siłą "Strażników", była dla mnie oczywistą oczywistością. Oglądałem to wszystko zupełnie beznamiętnie. Zamiast się bawić, jak to w kinie, to tylko fanbojsko badałem jak to się ma do oryginału. Fani jednak mogą być spokojni, nie sprofanowano ich ulubieńca. Tylko że podobnie jak ja, i podobnie jak w trakcie "Sin City" czy "300", lekko się wynudzą. W końcu to znamy. Jedyne co pozostaje to tępo patrzeć na ładne ruchome obrazki, bo historia jest przecież już dobrze znana.



I tu czas na dywagacje takie obok filmu. Dla kogo są takie ekranizacje? Dla fanów? Dobrze to znają, wynudzą się. Dla fanbojów? Jeszcze lepiej znają, też się wynudzą, ale docenią kunszt i nie będą grozić twórcom samosądem. Dla osób z poza klimatu komiksowego? Te w większości odstraszą plakaty i trailery, sugerujące że to nie czarny kryminał z trykociarzami a kolejny przytępawy film akcji.

Adaptacje - jak tłumaczenia - ponoć są jak kobiety, albo są wierne, albo piękne. Te wierne są dobre chyba tylko w przypadku lektur, dla leniwej młodzieży szkolnej. Ja zawsze wolałem te autorskie, odchodzące od oryginału, które nie zamęczą mnie powtarzaniem znanej już historii. Jak Sztybor z nieszczęsnym żartem o krześle. "Dr Strangelove", podobno znakomity film, odbił mi się czkawką, bo Kubrick zrobił adaptację (skądiną fajnej) książki niemal idealną. To już wolę "Diunę", gdzie Lynch zaszalał ze światem. Od pierwszego "Hellboya" wolę kontynuację, gdzie w oparciu o świat, nakreślono fabułę oderwaną od historii już opowiedzianych w komiksie.

"Strażnicy" to adptacja wierna. Fani obejrzą, docenią, i się nie ubawią. Ale docenią. To taka fanaberia reżysera-fana, który przeczytał i stwierdził że chce koniecznie przenieść to na język filmu. Tylko że się nie da, bo to zupełnie inne języki, tylko częściowo do siebie przystające. Moore zaszalał z przejściami scen, z kompozycją plansz, czy całych rozdziałów. Mistrzostwem jest rozdział bodajże czwarty, "Fearful Symetry", ten o Rorschachu, gdzie plansze (kolorystycznie) są symetryczne w pionie, poziomie i po skosach. Gdzie same plansze są symetryczne według środka rozdziału - pierwsza z ostatnią, przedostatnia z drugą, itd. Tego się po prostu nie da zrobić w kinie. Tak jak dodanie "Czarnej Galery" wydłużyło by film do prawie czterech godzin zapewne. I trudno by było przeplatać fabułę animowanymi wstawkami, bo by to ciążyło za bardzo w stronę teledysków z okresu wczesnego MTV. I tak samo nierealnym już zupełnie jest (poza wkładką papierową do wydania DVD) wkomponowanie w film dodatków z końca rozdziałów - teczki Rorschacha, przynudzenia Niteowla o ptaszyskach, czy fragmentów z "Under the Hood".

Pointy będą dwie. Albo i trzy. Olaboga.

Chociaż to dobra adaptacja, to potwierdza rację Moore'a, twierdzącego że nie ma sensu adaptowanie jego dzieł, pisanych innym jęzkiem, bo się je zubaża. To raz.

Dwa - wierne adaptowanie, dla mnie, jako dla fana jest zbędne. Rodriguez udowodnił już że się da przełożyć stronę wizualną, eksperyment się udał i starczy. Snyder uważa to za jakąś drogę. I powtarza raz za razem już udany eksperyment. Wolę już jak twórca narazi się na oskarżenia o herezję, i pozmienia coś w treści dzieła uznawanego za kultowe. Może z tego wyjść coś innego. Może nie tak dobrego, ale oryginalnego.

Snyder nie ma takich ambicji. Dla mnie to szkoda.

Dla medium jako takiego - to akurat dobre. Bo pokazano świetną fabułę, udowadniając że superhirosi to nie tylko napieprzanka i bzdury dla 12-latków. I że są też komiksy z głębią. W sumie nie pokazano nic, czego by nie wiedziano od roku 1986, ale pewnie dzięki temu filmowi dowie się o tym dużo więcej ludzi, a nie tylko komiksowe getto. Ale Wy nie oczekujcie raczej niespodzianki. Po prostu świetne rzemiosło.

Acz ja dalej nie mam pojęcia, czy "Strażnicy" to dobry film.


Pod skryptem: na IMDB w łoczmenowej trivii wygrzebałem info że Rorschach i Ozymandiasz to geje. Że nie jest tak powiedziane, ale jest zasugerowane. Ktoś wie gdzie? Ja wiem że Moore w każdy swój komiks wrzuca kogoś o odmiennej od ogółu tożsamości seksualnej, zwykle robi to jednak jawnie, i w "Strażnikach" jest to wspominana członkini pierwszego zgrupowania Minutemenów. Ale Ozzy i Rorsch? Pierwszy wydaje mi się być zupełnie ponad kwestie typu płeć, cielesność, przyziemne pragnienia. On ma wyższe cele. Rudy mściciel natomiast to mizoginista, oczywiście, matka mu traumę zafundowała. Ale jego system wartości wyraźnie kłóci mi się z takim punktem widzenia. Gdyby R zlikwidował wszystkich dilerów, ćpunów, prostytutki i alfonsów, to pewnie by się zabrał właśnie za homoseksualistów. Ponawiam pytanie - ktoś pamięta sugerujące to motywy? Czy sobie jakiś IMDB-owy nadinterpretator dopisał?

36 komentarzy:

Maciej pisze...

A to nie ten kolo w kapturze był gejem?

Gonzo pisze...

właśnie też prędzej bym na niego wskazał, acz ten koleś był na tyle tajemniczy i anonimowy, że po prostu (o ile pamiętam) krążyły o nim różnorakie plotki z których nic nie wynikało. dla mnie był to po prostu afroamerykanin o tłumionych (i realizowanych w skafandrze) skłonnościach sadystycznych, acz zupełnie nie mam pojęcia dlaczego tak go sobie tłumaczę, to chyba postać otwarta na interpretację.

George pisze...

To właśnie Rorschach sugerował, że Oz jest homo. A on sam jest postacią zupełnie aseksualną, gardzącą wszelkimi rodzajami cielesności - poświęcony jedynie swojej pracy. Poza tym, co nie było powiedziane jasno w filmie - R. był skarajnie ultraprawicowy.

Gonzo pisze...

otóż właśnie mi chodzi. Ktoś chyba w wąski sposób na to spatrzył, że kto z drużyny sobie nie folguje z dziewczętami, ten gra w przeciwnej drużynie.

Człowiek Potas pisze...

filmu nie widziałem jeszcze. zobaczę jutro./ ale widziałem listę piosenek na soundtrcku do filmu. i nie zrozumiałem. spodziewałem się duran duran, depeche mode, the cure, a-ha, eurythmics, Mike Oldfield itp.

a tu mamy hendriksa , joplin, dylana, cohena.

chyba, że ktoś zrobił srogi żart i spreparował listy tracków w sieci.

Gonzo pisze...

Ja to sobie interpretuję tak - Snyder chciał klimatu retro. A Depeche Mode czy A-Ha to dla nas nie jest jednak muzyka poprzedniej epoki, chociaż to by właśnie pasowało. Te zespoły ciągle grają, to nie jest jednak klimat 'kapeli co grała w okresie zimnej wojny'. tak to interpretuję, ale tego nie kupuję. a od Cohena zawsze dostaję drgawek.

Maro Oleksicki pisze...

Spoko recenzja.Filmu jeszcze nie widziałem, ale widziałem fragment walki z więzienia, w sieci. Muszę powiedzieć że mnie irytowały strasznie te zwolnienia i przyśpieszenia akcji, dziwaczne i nie potrzebne.Powtórka z 300. W porównaniu z tym co się dzieje w cut scenach RE5 to wypada cienko.Ale film zobaczyć I must!

spud pisze...

kurde to już premiera. film definitywnie musze obejrzeć. recka w pytke.
Gonzo co do twojej zagwozdki, do kogo ten film jest kierowany. myśle że do takich jak ja. brodatego Moore'a znam i cenie, ale przyznam że Watchmen'ów nigdy w ręku i na dysku twardym nie miałem. tytuł o uszy mi się obijał, ale okazji przeczytać nie miałem. film obejrze, to i po komiks sięgne. po części można tu się dopatrzeć nawet małego chwytu marketingowego.

Soll pisze...

Oj, nie zgadzam się z tym, że przeniesienie "Watchmenów" na ekrany bez sensu było. Komiks jest dosyć wymagający i kiedy będę miał chwilowy kaprys odświerzenia sobie historii strażników to prędzej sięgnę po film. Choćby po to, żeby zobaczyć świetne sekwencje przy pierwszych creditsach.
Muzyka w klimatach retro to był IMO świetny pomysł i nikt mi tego nie zabierze. Denerwują mnie natomiast te najbardziej pierdułkowate elementy nie zgodne z komiksem, takie jak n.p. [SPOILER?]podanie ręki Danielowi przez Roasharcha (nie wiem jak to się pisze) i skruszona gadka[/SPOILER?]
Podoba mi się natomiast dosłowność filmu. Brutalność, zarówno obrazu jak i tekstu. Może jestem po prostu chamem ale ponure barwy i wulgarny język są dla mnie bardziej sugestywne niż komiksowe, kolorowe i ugrzecznione wydanie.
[BIG SPOILER]Końcówka jest nawet sensowniejsza od orginału, ale pierdyknięcie atomówki widzieliśmy już mnóstwo razy, a gigantyczną ośmiornicę demolującą miasto wcale.[/BIG SPOILER]
Tak czy siak poza spierniczoną sekwencją retrospekcji Manhattana film wychodzi na gigantyczny plus. Tak mi się wydaje...

jaszczu pisze...

No właśnie wróciłem z kina.
Komiks czytałem tylko raz, lat temu kilka, więc nie znam go na pamięć. Więc się nie nudziłem. Więc się zachwyciłem. Żona moja, Zofia, komiksu nigdy nie czytała i się wzięła zachwyciła. I chce teraz komiks, bo chce porównać. Tyle. Nie napiszę nic mądrego bo nie umim.

P.S. Kolec, sorka, że nie pogadałem, ale dzwoniłem właśnie do mojej roztrzęsionej siostry, która się bardzo zdenerwowała, że nie odbierałem telefonu. Wszystko jej przyszło do głowy, poza tym, że w piątkowy wieczór mogę być w kinie;)

Gonzo pisze...

Soll - ja nie twierdzę że ekranizacja nie ma sensu. Nie ma sensu dla mnie, mnie ten film jest zbędny. docelowym odbiorcą jest Spud jak widać.

Strażnicy może i są wymagający (acz znam bardziej wymagające dzieła), i pewnie film powtórzę, ale to do komiksu wracałem i będę wracał. Film kasuje komiksową stronę formalną.

co do kolorów - dla mnie film, choć mroczny, był zanadto kolorowy, te barwy były za bardzo nasycone. Komiks może mniej był mroczny, ale i nie taki pstrokaty.

Gonzo pisze...

a co do żon - Ola moja akurat komiks czytała, też raz, w sumie nie tak dawno, reakcja podobna jak moja. może nawet lepsza.

ja tam malkontencę. i ciekaw jestem opinii niekomiksiarzy. Mossakowski wlepił Strażnikom 3/6 w Wyborczej, w momencie gdy zaledwie przyzwoita (i wyraźnie nudnawa) Rusałka dostała tam 5. No ale cóż. Matrix dostał w gazecie też 3/6. Oni niekumaci są.

Anonimowy pisze...

Kurwa. Ta walka z topknotami, na bank była w komiksie.

Gonzo pisze...

ej, zaiste, była.

a jeszcze co do przemocy (IMO fajnej) i tekstu Mossakowskiego. Czepił się tego łamania rąk i nóg, że niby snyder nie wziął pod uwagę że film i komiks to co innego. Mi się wydaje że właśnie wziął, i dlatego zrobił mordobicia taka efekciarskie o brutalne, jak nie mogły być w komiksie.

Soll pisze...

Rozpierdurszka, na tyle rzadko była, że mógł sobie Snyder pozwolić. Mi też się podobała.
Może komiks mnie tak męczy dlatego, że go mam po ingliszu, a miszczem tego języka nie jestem.

Gonzo pisze...

ta, a jak wiadomo Alan jest, i tu może być pies pogrzebany. Na Fromhela w ingliszu się nawet nie porywałem.

klc pisze...

"Łoczmeni" świetnie wyszli. Pierwszy raz podoba mi się film na podstawie komiksu Moore'a. Szok.
Gonzo, ten wywiad z Manhattanem w komiksie też jest przeleciony z uliczną bójką. Scena jest po prostu żywcem przeniesiona na ekran. Właściwie w pierwszej połowie dominuje "kopiuj-wklej", dopiero pod koniec zaczynają się skróty i cięcia. Aha, w komiksie kwestia Woodwarda i Bernsteina poruszona jest dopiero w Rozdziale IX, w retrospekcji Laurie. Snyder zresztą powprowadzał parę takich fajnych zmian. Np. w zakończeniu. W komiksie Manhattan mówi: "Nic się nigdy nie kończy". W filmie Laurie mówi: "Gdyby był tu Jon, to powiedziałby: Nic się nigdy nie kończy".
I wersja finału podoba mi się bardziej w filmie. Ten patent z ośmiornicą w komiksie był jakiś chybiony. Choć momentami miałem wrażenie, że Snyderowi pomyliły się komiksy i zaczyna filmować "Akirę". Ale dało się znieść.

PS: Jaszczu, żaden problem. Mnie też gnało do przodu, więc nie mogłem pogadać.

klc pisze...

Aha, jeszcze jedno.
@"Denerwują mnie natomiast te najbardziej pierdułkowate elementy nie zgodne z komiksem, takie jak n.p. [SPOILER?]podanie ręki Danielowi przez Roasharcha (nie wiem jak to się pisze) i skruszona gadka[/SPOILER?]"
Bzdura. Ta scena przecież jest w komiksie. Snyder odtworzył ją na zasadzie "kopiuj-wklej".

kmh pisze...

Zamiana niebieskiej atomówki na ośmiornicę była konieczna z punktu widzenia długości filmu i czytelności wątku, w sumie całkiem logiczna. Tylko, że wątpię, aby tak dawała po głowie jak oryginalny pomysł.

Generalnie film potwierdził moje przekonanie, że nie da się bez szkód dla oryginału zamienić tego komiksu na prawie trzy godzinny film. Za dużo wycięto, aby to było fajne.

sztybor pisze...

No więc jest krzesło...

Gonzo pisze...

kmh - bez szkód dla oryginału, tak. ale z zyskiem dla dzieła. ja tam się boję tej ponad 4-godzinnej wersji reżyserskiej. to będzie po prostu niestrawne. kinowa wersja łoczmenów wydaje mi się idealnym wyważeniem pomiędzy wiernością wobec oryginału, a pamięcią, że ktoś to będzie w kinie oglądał.

co do Woodwarda i Bernsteina - jestem obecnie w 2/3 gry Łoczmenowej (która jest zasadniczo na jedno krótkie posiedzenie), dzieje się to w latach 70-tych, i się obaj panowie w dialogach przewijają, fabuła jakoś się z tym łączy. Jak na razie ma się to nijak do tego co napomknął Komediant (że niby jacyś villaini chcą ich zlikwidować czy coś... KE???), ale zakładam że się to jakoś fajnie z filmem zepnie.

klc pisze...

Gdzie Komediant chlapnął coś takiego?
W filmie mówi wprost: "Nie miałem takiej zabawy od czasów Woodwarda i Bernsteina", a w komiksie pojawia się wzmianka, że dwóch dziennikarzy znaleziono martwych, z jednoznacznym wskazaniem, że to sprawka Komedianta.

Gonzo pisze...

źle się zrozumieliśmy - to w grze tak wygląda, co się ma nijak do ubawu Komedianta ze wspomnianymi panami. może do końca powiążą jednak sprawę dziennikarzy z Komediantem, bez sensu by było jak by autorzy gry nie konsultowali się ze Snyderem, w końcu to tak naprawdę nie gra, a materiał promocyjny.

Xer pisze...

No to tak:
Mordobicie w trakcie wywiadu z Dr. Manhattanem było też w komiksie.
Rorschach charczeć powinien (wskazywały na to 'poszarpane' dymki).
Gdzieś w oryginale było wspomniane, że oprócz Silhouette było jeszcze dwóch homoseksualistów, ale nie wiadomo dokładnie, kto to.
Piraci mają być podobno w wersji na blue-rayu.

Zakończenie komiksowe bardziej mi się podobało (chociaż po przeniesieniu na ekran mogłoby wydać się chyba nieco cheesy), ale wymagałoby wydłużenia filmu (bo jak zmutowana psioniczna ośmiornica, to od razu wszyscy ci artyści i naukowcy, jak artyści i naukowcy, to sprawa zniknięcia scenarzysty komiksowego Jak-Mu-Tam-Było i dochodzimy do piratów, na których w wersji kinowej miejsca nie było).
Dobrze, że przynajmniej gazeciarz i chłopak czytający komiks pojawili się na chwilę.

Rob pisze...

Gdzieś w oryginale było wspomniane, że oprócz Silhouette było jeszcze dwóch homoseksualistów, ale nie wiadomo dokładnie, kto to.

Można się domyśleć, Silk Spectre w swoim wywiadzie z połowy lat 70. wspomina, że było dwóch takich, co już nie żyją, a jeden zmarł niedawno. Na tamten moment martwi byli: Dollar Bill (zastrzelony w akcji w latach 40.), Hooded Justice (najprawdopoodbniej zabity przez Komedianta) no i Kapitan Metropolis, który by się kwalifikował na "zmarł niedawno".

Komediant w scenie próby gwałtu sugeruje, że HJ czerpie wyuzdaną przyjemność z zadawania bólu.

Robert pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Robert pisze...

Tych dwóch gejów to HJ i Kapitan Metropolis - w fragmentach o Sally Jupiter w trzecim tomie jest wspomniane, że "tych dwoje zachowuje się jak stare małżeństwo i coraz trudniej ich kryć" (tak z pamięci). W listach od Larrego jakiegoś tam. A odnośnie homoseksualizmu Rorshacha, to ktoś tam kiedyś wpadł na coś takiego - to, że on jest właśnie taki ultraprawicowy i co chwilę w swoim dzienniku posądza o takie bezbożne ciągoty jest właśnie najlepszym dowodem, że jest krypto gejem. Czy jakoś tak. Nawet kiedyś robiono doświadczenia na podobne temty, ale nie pamiętam co i jak. A wujka googl'a jakoś nie wiem jak o to zapytać. A wisieńką na torcie jest właśnie podanie ręki Puchaczowi - choć równie dobrze to wszytsko może być dalece idącą nadinterpretacją.
I jeszcze co do zakończenia - to, że będzie inne to w kine już wiadomo było wczesniej (np. Komediant nie wspominał o wyspie kiedy wypłakiwał się Molochowi). Wolałem rozwiązanie z komiksu, bo w swojej absurdalności jednak pasowało do niego - odkrycie innych wymiarów przewijało się w komiksie raz, czy dwa (w telewizji i bodaj jakiejś gazecie). Pasowało mi tez bardzie, bo do końca nie byłem przekonany, że Czerwony Brat nie będzie chciał się natycmiast zemścić za zniszczenia. Przecież "Superman istnieje i jest Amerykaninem". Choć już Boga to można obawiać się bardziej. Ale tak naprawdę nie pasowało mi to o czym Gonzo pisał, że Snyder nie przełożył tej narracji z komiksu; "zrobiłem to 35 minut temu" Ozymandiasa robiło o wiele większe wrażenie. Ale ogólnie film fajny. Pójdę jeszcze raz, choćby po to żeby wyłapać resztę jakiś szczegółów które umknęły mi za pierwszym razem.

Przemek pisze...

co do ciągot do chłopców, to np część NSDAP tak miało, faktem jest też że osoby nieradzące sobie z preferencjami się radykalizują, golą łby i łomoczą gejów, co może nie tyle powszechne, co nie dziwne jest u nazioli (kiedyś reportaż o tym czytałem). Rorsch jednak nie ucieka od własnych preferencji, przynajmniej nie jest to zasygnalizowane. On po prostu czyści brudy tam gdzie je widzi. Acz można go interpretować w tą stronę. Tak samo jak na siłe dało by się rzec, że Manhattan to fallus nabrzmiały do zsinienia, który kurczy się i kuli, i uosabia niezrealizowane marzenia seksualne większości mężczyzn z Moorem na pierwszym miejscu. Jednak sugnałów że Rorsch ogląda się za kusymi spodenkami nie ma przecież.

To pisałem ja, znaczy gonzo.

Siman pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Siman pisze...

Ha, czytam tego bloga tak z pół roku, a dopiero teraz zdecydowałem się napisać jakiś komentarz. ;) Witam wszystkich.

IMO Rorschach poszedł bardziej w aseksualność (przy okazji aspołeczności), a nie homoseksualność. Na filmie w scenie dialogu Nite Owla z Rorschachem ten pierwszy nie ma kwestii, która była w komiksie: "tak trudno jest być twoim przyjacielem" (czy coś w ten deseń). Po tym właśnie Rorschach mówi "jesteś dobrym przyjacielem" i jest sytuacja z ręką. Wtedy to nabiera sensu: koleś jest kompletnie wykluczony ze społeczeństwa (także przez innych superherosów, bo uważają go za wariata), więc kiedy ktoś nazywa go szczerze przyjacielem, jego dziwna reakcja jest uzasadniona. IMO w komiksie to świetny smaczek wrzucający cegiełkę do osobowości bohatera i jego relacji z ludźmi (także z Nite Owlem jako jedynym partnerem), w filmie dialog jest skrócony i to się gdzieś gubi. Za to jest dodana totalnie niepotrzebna sekwencja, w której Nite Owl widzi zabicie Rorschacha pod koniec i i pada z krzykiem na kolana. Ckliwe toto, przeptetyzowane i nie pasuje ni cholery.

Podejrzenia o homoseksualizm Ozymandiasza mogło się wziąć stąd, że w czołówce filmu on w pewnym momencie stoi przed klubem 54, a w tle widać grupkę facetów poprzebieranych w kuse wdzianka kowbojów i policjantów (czyli geje najpewniej). Ale IMO w tej scenie chodzi przede wszystkim o sam klub, do którego wtedy waliły wszystkie gwiazdy (więc Veidt też musiał).

Zresztą cała sekwencja początkowa ( http://www.youtube.com/watch?v=nFAM9wGRajk ) jest totalnie genialna, im dłużej ją oglądam, tym zajebistsza. Zwłaszcza, że chyba najwięcej w filmie dodaje własnych elementów, których nie było w komiksie. Generalnie mnóstwo tam kadrów pokazujących, jak istnienie superbohaterów zmienia historię USA. Komediant zabija Kennedy'ego, Warhol robi portrety Nite Owla, a nie Merylin Monroe, dr Manhattan kręci pierwszego człowieka na księżycu, a samolot zrzucający atomówkę na Hiroshimę ma z boku namalowaną Silk Spectre (zresztą mam tu małą teorię spiskową: a gdyby tak tamte bomby, zamiast "Little Boy" i "Fat Men" w alternatywnej Ameryce nazywały się "Silk Spectre" i, powiedzmy, "Hooded Justice"? Detal, a ile zmienia w obrazie minutemanów :) ).

I pytanie na koniec: kto zauważył, że minuteani na przyjęciu pożegnalne dla pierwszej Silk Spectre siedzą dokładnie tak, jak apostołowie na "Ostatniej wieczerzy"? :D

Gonzo pisze...

witam witam.

ten wątek gejowski akurat na IMDB wspomniany jest w kontekście komiksu, nie filmu, i dlatego zbaraniałem, bo nic takiego nie kojarzyłem.

a sekwencja początkowa zajebista, bo to album z fotografiami w sumie, każdej scenie towarzyszy cyknięcie zdjęcia, bomba. no i Komediant w Dallas.

Ostatniej wieczerzy nie zauważyłem, ale mi Arczu linkował ostatnio stopklatkę z jedną z tych scenek, gdzie ratowani są rodzice Bruce'a Wayne'a. Tam jest tona smaczków. Muszę to pare razy powtórzyć sobie. 'the times they are a changin'.

kmh pisze...

No nawiązanie do ostatniej wieczerzy było tak oczywiste, że nie dało się go przeoczyć, na Swaroga.

Swoją drogą, za słabo ucharakteryzowali Komedianta za młodu - był za stary, za gruby, na dodatek na pamiątkowym zdjęciu miał wąsy!

klc pisze...

A propos wąsów.
Is it just me, czy filmowa Silhouette wygląda jak V z "Vendetty"? Tylko (dla odmiany) wąsów ni ma.

Przemek pisze...

chyba tylko Ty. Ja jak ją zobaczyłem, to stwierdziłem że to na bank jest właśnie ta lesbijka co to umiera przed rozpoczęciem akcji. Jakoś tak ją fetyszowo w stylu Helgi Vampirzycy z SS Snyder zrobił, pierwsze takie skojarzenia miałem. ale to wszystko.

Daniel Chmielewski pisze...

Scenka w zaułku była ważna, by pokazać, że ich bijatyka właściwie jest sceną seksu, gdzie potem dyszą lekko zawstydzeni. Szkoda, że nie ma tego pięknego ironicznego zakończenia z ich udziałem, gdzie klęczą jak te sylwetki i mówią o nostalgii jak w najgorszej pulpie.

Co z tego, że jest ten psychiatra przy wybuchu, jak w filmie pokazany jest wyłącznie jako spasły grupy liberał, co się na życiu nie zna. Wcale nie jest żal, że on ginie. W ogóle wrażenia na mnie nie zrobiło, że tu kilka milionów poszło do piachu. Po to w filmach katastroficznych jest śledzenie grupki osobników, byśmy zżyli się z nimi i przeżywali ich tragedię. Inaczej to jest pusty gest - "śmierć milionów to statystyka".

Aleksander pisze...

właśnie obejrzałem. wymiata.
odpowiadając na pytanie, na które nie znałeś odpowiedzi - tak, to jest dobry film. i chyba jestem idealnym targetem: kuma o co chodzi w komiksach, więc rozumie jakiś tam procent aluzji, coś tam czytał ale bez szaleństw, watchmenów nie czytał. teraz mam wkrętę na maksa i najpierw w następnej kolejności z chęcią łyknę director's cut a potem na deser sam komiks. i tak sobie myślę, że w tej kolejności będzie najfajniej - w komiksie, znając fabułę, będę mógł już spokojnie zwracać uwagę na różne smaczki.
przy okazji - to "zwalnianie" w trakcie walk jakoś strasznie mi nie przeszkadza, bo z jednej strony to się taki znak rozpoznawczy Snydera robi, a z drugiej pasuje do estetyki komiksowej, tak jakby raz na jakiś czas było zatrzymanie do pojedynczej klatki i przypomnienie, jak to wyglądało w oryginale, czyli w komiksie, i skąd to wszystko się wzięło.