Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania halloween, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania halloween, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 stycznia 2010

the Kruk

Każdy ma taką kategorię 'filmy mojej młodości', 'muzyka mojej młodości', 'lektury młodości'. Te z okresu ogólniaka, takie pierwsze 'dorosłe'. Nie muszę się tłumaczyć o co chodzi. "Kruk" to jedno z takich dzieł które zawładnęły wyobraźnią młodzieży wchodzącej w dorosłość pod koniec minionej dekady, a i wżera się w mózgi do dziś. I film ten - drodzy państwo - ano film ten się praktycznie nie zestarzał, choć skazy widzę dziś na nim dużo wyraźniej niż te 15 lat temu.

Dla urodzonych w połowie lat 90-tych: "Kruk" to coś, co można (z braku celniejszego określenia) nazwać gotyckim filmem akcji. W przeddzień (przednoc?) Halloween z grobu powraca mściciel, anioł zemsty i kary. Rok wcześniej Erica Dravena i jego dziewczynę brutalnie zamordowano. Trasę wskrzeszonego Dravena po mieście znaczą śmierci kolejnych oprawców sprzed roku. Na końcu czeka jednak ktoś więcej, ktoś kto ich wynajął, i kto wcale tego nie żałuje. O ile ciał bogatszy będzie cmentarz, nim noc dobiegnie końca...?

Film ten można zaliczyć do kategorii 'instant classic'. Swoje zrobiła tu na pewno tajemnicza śmierć wykonawcy głównej roli, Brandona Lee, syna Bruce'a. Wykonawca roli zmarłej gwiazdy zmarł na planie. Podobno to efekt klątwy, ciążącej na rodzinie Lee. Podobno jego ojciec przewidział śmierć syna, wychodząc swego czasu ze śpiączki. Podobno jak oddycha się do papierowej torby, to przechodzi czkawka. nie ulega jednak wątpliwości, że zgon na planie dodał filmowi aury tajemniczości, a towarzyszącemu mu mrokowi dodał głębi.

Oczywiście "Kruk" to najlepszy film dla niedorobionych gociaków. Cmentarz, nagrobki, deszcz, róże na grobach, podążający za bohaterem Kruk, katedra, miłość silniejsza od śmierci, ubrany na czarno długowłosy facet w makijażu jak model na okładkę Lacrimosy, cytaty z Edgara Alana Poe. Mieszanka jaką zaserwował Alex Proyas jest na tyle dobrze przyrządzona, że nie trzeba być gothem, aby smakowała, zwłaszcza że najtandetniejsze jej składniki z gotykiem niewiele mają wspólnego, ale o tym potem.

Na "Kruka" załapała się też rzesza fanów komiksu, w końcu to ekranizacja dzieła Jamesa O'Barra. Jest to, z dzisiejszej perspektywy patrząc, jeden z najlepszych filmów na bazie literatury obrazkowej, i chyba jedna z niewielu adaptacji która przewyższa oryginał, który mnie akurat nie przekonał. Proyas świetnie wstrzelił się w klimat początku lat 90tych, inspirując się burtonowskimi batmanami, ale dodał też sporo od siebie.

Kluczem do popularności tego dzieła jest chyba czas w którym powstał. Proyas to też reżyser teledysków, a w "Kruku" jest sporo ducha MTV właśnie z tamtego okresu, kiedy zamiast debilnych reality show, pokazywała mięsiste teledyski, muzykę z kręgosłupem, i promowała pewną formę intelektualnej niezależności, a przynajmniej podążania pod prąd. W końcu głównym bohaterem jest muzyk rockowy. Drogie dzieci. Były to lata, kiedy muzyk rockowy mógł być jeszcze ikoną popkultury, a także zostać bohaterem filmu. Poza tym teledyskom film zawdzięcza na pewno oprawę i montaż, oraz ogólne umuzykalnienie.

Tylko w tamtych latach film dla masowego widza (acz nie pierwszej kategorii) mógł atakować słuchacza zestawieniem RATM, the Cure, Stone Temple Pilots, NIN kowerujących Joy Division (i udowadniających że z Trenta taki sam wokalista, jak z Curtisa - fani mogą we mnie rzucać wirtualnymi odchodami w komentach). Soundtrack do dziś się broni jako świetny zestaw. Załapała się Pantera, jest Helmet, jest Heniek Rollins, jest the Cure. Cholera, kiedy ja ostatni raz słyszałem the Cure w filmie???


Kruk to przede wszystkim klimat, w dużej mierze muzyka, ale jednak klimat stworzono nie dźwiękiem, a stroną wizualną. Ekipa, nie mając jeszcze do dyspozycji mocnych komputerów, zrobiła ten film w sposób konwencjonalny, tradycyjnymi efektami, blueboxem, ale dzięki temu rezultat jest ponadczasowy. Po prostu jakość renderów się nie zestarzała, bo ich nie ma. Zamiast tego są świetne, długie ujęcia nad dachami miast, kamera podąża za Krukiem-ptakiem, czasem też patrzy z jego oczu. Jak na prosty film akcji zmieszany z horrorem, to naprawdę rewelacyjnie wygląda.

Ostatnim z kolei (i w sumie najważniejszym) elementem, który złożył się na kultowy status filmu, jest na pewno Brandon Lee. Nie tylko dlatego, że dostał kulkę w momencie, gdy miał zostać ostrzelany ze ślepaków. Chociaż zwykle grywał w filmach klasy C, tandeciarskich filmach akcji, starając się podążać drogą Małego Smoka, i może go kiedyś przeskoczyć, okazał się być dobrym aktorem. A przynajmniej charyzmatycznym. Jego Kruk to postać mroczna, ale nie zła. Sadysta, wobec tych którzy zasłużyli na ból, ale i przewrotny błazen. Brandon udowodnił, że ma w sobie coś więcej, niż nazwisko sławnego ojca. Niestety - za późno. Przypomina to bardzo sytuację Ledgera, który swoje opus magnum też przypłacił śmiercią. Co ciekawe - Ledger wyraźnie inspirował się postacią Kruka. Fryzura, makijaż - to tylko subtelne analogie. Jeszcze więcej cech szczególnych można znaleźć w kreacji. W końcu obaj zagrali szalonego błazna, pełnego wewnętrznego bólu, którym obficie dzieli się z tymi, którzy go otaczają.

Skoro gotycki klimat - to róże, a jak róże - to i kolce. Film trzyma się kupy, o ile oczywiście przyjmujemy że ktoś może wrócić z zaświatów. Jest dobrze zagrany, ma świetną muzykę, kapitalnie wygląda. Ale jest zgrzyt. Dziewczynka, która przewija się przez cały film. Jest ona w sumie najbliższym łącznikiem Dravena ze światem żywych, powodem, dla którego następuje w filmie taki, a nie inny finał. Tylko że wątek jest mdły, nudny, tandetny, i zaburzający konsekwentny mimo wszystko, mroczny klimat filmu. Szkoda. Ale na szczęście więcej zastrzeżeń nie mam.

No i co ja mogę rzec? Jak ktoś nie widział, to niech się wstydzi i nadrobi, koniecznie część pierwszą, a nie którąś ze średnich kontynuacji, czy serial TV z Dacascosem. Ale pewnie większość widziała. To obejrzyjcie sobie ten film, pączusie, jeszcze raz, co by się przekonać że nie wszystkie filmy naszej młodości szlag trafia, rendery stają się biedne, a fabuła robi się po latach płaska. To dalej jest dobre. Wiem to ja. Wiedział do Ledger. Wie to Shinichiro Watanabe (jak ktoś ma wątpliwości, to niech sobie powtórzy "Ballad of Fallen Angels", Cowboy Bebop Session 5). Wiecie to i Wy, ale musicie sobie co najwyżej przypomnieć.

Dziś bez znaku jakości. "Kruk" jest ponad to.
No to na deser Kaubaju Bibappu, Sesja 5, końcówka, scenka rodem z finału "Kruka". Smasznego.

sobota, 7 marca 2009

Trup, sofa i wywiad

Jednym z najfajniejszych komiksów, jakie w ostatnim czasie przeczytałem, jest "Trup i sofa" Tony'ego Sandovala. Jako że w większości zgadzam się z opinią Łukasza z Motywu Drogi, nie będę zbyt dużo rozpisywał się nad komiksem, który ma fajną fabułę, jest świetnie narysowany i fajnie operuje klimatem. To taki E.A. Poe w wersji dziecięcej. Po prostu go polecam. Żeby lepiej go polecić, zamiast recenzji - proponuję wywiad z autorem, który ostatnio zdarzyło mi się przeprowadzić dzięki dobrodziejstwom internetu. Sam autor - zeuropeizowany Meksykanin, żyjący obecnie w Barcelonie - okazał się gościem w binarny sposób sympatycznym i kontaktowym, zainteresowanym polskim wydaniem Jego komiksu, jak i dostępnością tej pozycji w sklepach. W efekcie chętnie udzielił mi odpowiedzi na parę pytań.

Jednocześnie odsyłam też na Kolorowe Zeszyty, na które Arcz właśnie wrzucił wywiad z innym meksykańskim artystą - Patricio Betteo. Kumplem, i współpracownikiem Sandovala. A najlepsze jest to, żeśmy się wcale z Arczem wcześniej nie zgadywali.

No to zapraszam do lektury.

JA: Czytając Twój komiks, czułem w nim lekki klimat filmów Tima Burtona, zwłaszcza tych animowanych, "Gnijącej Panny Młodej" czy "Miasteczka Halloween". Lubisz te filmy, a może to zbieg okoliczności?

TS: To totalny zbieg okoliczności, chociaż naprawdę uwielbiam te filmy, ale chyba więcej w moim komiksie inspiracji pracami Edwarda Goreya, to naprawdę kapitalne rzeczy!!!
JA: Jesteś też zafascynowany Beksińskim. Przypuszczalnie nie tylko ja jestem w Polsce zainteresowany jak trafiłeś na naszego rodaka, i co Ci się podoba w jego pracach?
TS: Wypatrzyłem kiedyś album poświęcony jego niesamowitej sztuce w rękach innego meksykańskiego artysty, i po prostu zakochałem się w tych obrazach. Szukałem potem w sieci więcej poświęconych mu informacji i kolejnych prac, w efekcie kupiłem ten sam album w którym się zakochałem. Beksiński nie jest właściwie w Meksyku zbyt popularny.
Atmosfera olbrzymiego, holokaustycznego* świata Beksińskiego po prostu wypełniła moje myśli nowymi pomysłami i dziwnym pociągiem do ponurych opowieści w takim samym stopniu, w jakim uwielbiam podziwiać jego perfekcyjną technikę.
JA: Znasz jakichś innych polskich artystów?
TS: Raczej nie, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
JA: "Trup i sofa" opowiada o wyjątkowych wakacjach. To czysta fantazja, bajka, czy też miałeś kiedyś takie wyjątkowe lato?
TS: To mieszanka jednego i drugiego. Niektóre fragmenty tej opowieści to czysta fikcja, ale część scen to skrawki moich własnych wspomnień.
JA: Jako ulubionych autorów wskazujesz Poego, Lovecrafta, Beksińskiego i Mignolę, słuchasz doom metalu. To raczej ponura mieszanka, nastrajająca raczej do opowieści grozy, pełnych krwi, gore, duchów, demonów i temu podobnych klimatów. Fabuła "Trupa..." kręci się dokoła ponurej zagadki dotyczącej zwłok, ale samą grafikę komiksu określił bym raczej jako uroczą, czy też - proszę wybacz - słodką. Uważasz że taki dobór stylu się sprawdził?
TS: Tak, eksperymentowałem z opowiadaniem ciężkiej opowieści w łagodnym stylu, wydaje mi się że efekt jest dobry, a przynajmniej ja jestem z niego zadowolony.
JA: Nie znam ani francuskiego ani hiszpańskiego, prawdopodobnie jak większość osób która teraz czyta ten wywiad, a nie mogłem znaleźć informacji o innych Twoich komiksach (na przykład o "Nocturno") po angielsku. Jak opisał byś swoje pozostałe komiksy?
TS: Moim największym projektem jest już od dawna "Nocturno", nad którym - szczerze mówiąc - pracuję już od 17 lat. Narysowałem ten komiks już kilka razy, ale nigdy nie byłem zadowolony z tego, jak mi wyszedł. Rysowałem go na nowo, dłubałem w scenariuszu dopóki się nie zmęczyłem, odpuszczałem sobie, wracałem do niego, hehe, aż w roku 2007 zdecydowałem żaby go zakończyć na amen. Wziąłem się do roboty i pracowałem. aż skończyłem. Drugi i ostatni tom tej opowieści właśnie parę dni temu został wydany we Francji.
"Nocturno" to historia z tego samego świata co "Trup...", ale dużo bardziej mroczna, opowieści rozgrywają się w zimnej, deszczowej, zimowej scenerii, jest akcja, heavy metal, jest też miejsce na romans, to oczywiście dość dziwny komiks.
Poza tym napisałem też dla Patricio Betteo, bardzo zdolnego meksykańskiego rysownika, opowieść zatytułowaną "Gris" (tylko klik dzieli Was od wywiadu z Patricio na Kolorowych Zeszytach!). To urocza i ciepła historia, ale ma też w sobie mrok i nieco krwi, ale to jak sądzę dość sympatyczna książka. Pracuję też nad krótką opowieścią dla Bao, części wydawnictwa Editions Paquet, do magazynu Interfaces, w którym publikuje banda zdolnych ludzi z całego świata. Ciągle pisze też swoją nową powieść graficzną rozgrywającą się w tym samym świecie, po którym tak lubię wędrować pisakiem.
JA: Jesteś z Meksyku. Powinno być Ci bliżej do wydawnictw z USA, w których odnalazł się na przykład Humberto Ramos. Dlaczego publikujesz w Europie - czujesz że twoim komiksom bliżej do europejskiej wrażliwości, czy też tak wypadło że żyjesz właśnie w Barcelonie, i tak jest prościej?
TS: Cóż, może jestem dziwnym typem, ale w momencie gdy odkryłem europejski komiks zdecydowałem, że chcę tworzyć właśnie takie rzeczy. Po prostu przyjechałem tu parę razy i zorientowałem się, że chciał bym tu zostać, osiąść na stałe. Wygląda na to, że zwyczajnie ciągnie mnie bardziej do powieści graficznych z europejskim klimatem, czy też w europejskim stylu.
JD: A jak wpłynęło na Twoją twórczość meksykańskie pochodzenie? Dla mnie, typka z Europy Środkowo-Wschodniej, Meksyk to kraj w którym przeplata się tradycja chrześcijańska z kulturą Indian. W jaki sposób to odciska się na Twoich pracach?
TS: Faktycznie, żyjemy we właśnie takim kotle kulturowym, i oczywiście miało to wielki wpływ na moją pracę, zwłaszcza rzeczy które słyszałem jako małe dziecko, legendy, mity, opowieści mojej rodziny, przeważnie ponure i dziwaczne historie. My, Meksykanie, jesteśmy gawędziarzami wiernymi tradycji przekazów ustnych.
JA: Które komiksy uważasz za swoje ulubione?
TS: Rany, jest ich mnóstwo ale mogę od razu wymienić "Slaine'a", "Hellboy'a", "Bone'a", wszystko Dave'a McKeana, "Śmierć", wszystko Dave'a Coopera, "Oriona", "Nausicaä", wszystko Chestera Browna, hej, moment! "Insekt", wszystko Gipiego, "Psychonautów", "Ewangelię Judasza", "Azyl Arkham", "Trazo de Tiza", "Zagubioną duszę". Jestem pewien że zapominam o jakichś ważnych komiksach, ale jest ich zbyt dużo. Jeśli jednak miał bym wybrać jeden, to wybrał bym "Slaine'a - Rogatego Boga" Simona Bisleya. Wywarł na mnie duży wpływ gdy miałem 17 lat. Uzmysłowił mi, że w tworzeniu komiksu chodzi o coś więcej niż o rysowanie superbohaterów, że to głównie swoboda artystycznego przekazu. To właśnie ten komiks otworzył moją głowę, i ciągle bardzo go lubię.
JA: Parę słów dla osób z Polski, którym podobał się Twój komiks?
TS: Mam nadzieję że nie mieliście problemu z dostaniem tego komiksu i że wam się podobał. Mam też nadzieje że więcej moich komiksów zostanie wydanych w Polsce - tworzę je w na tyle szczery sposób, na ile to możliwe. Miłej lektury.

* - przepraszam, tu poległem jako tłumacz, nie znam polskiego odpowiednika przymiotnika od słowa holokaust, a inne słowo nie oddawało by sensu wypowiedzi.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Koralajna

Jakoś tak wychodzi ostatnio, że nie chce mi się pisać o komiksach. A miał być blog komiksowy. Może to przesyt po WSK? Nieeee, chyba po prostu od czasu "Trzech cieni" nic na mnie nie zrobiło wrażenia do tego stopnia, żeby mi się chciało o tym pisać. Więc się produkuję ostatnio o filmach. A że podobno i z sensem to wychodzi, i zachęca do oglądania, to czas na kolejną porcję.

Z Gaimanem mam tak, że lubię jego książki, ale komiksy to już różnie. "Violent Cases" mi podeszło, ale "Sandman" to dla mnie już erudycyjny grupowy onanizm, jaki autor uprawia razem z zapatrzonymi w tę serię czytelnikami (i tego się będę trzymał). Takie udowadnianie na siłę że KOMIKS WIELKĄ SZTUKĄ JEST, co samą treść dzieła momentami przerasta.

Co innego książki. Podeszło mi "Nigdziebądź", bardzo podobali mi się "Amerykańscy bogowie" i "Chłopaki Anansiego". Co prawda "Gwiezdny pył" męczyłem w bólu, jako zbyt infantylny dla dorosłych, a zbyt brutalny dla dzieci, ale bardzo podobała mi się niby dziecięca "Koralina". Książka jak na dziecięcą dosyć kripi (i dla mnie momentami kripi), ale pozbawiona infantylności, charakteryzującej poprzednie wspomniane dzieło. Może i była to wtórna wariacja na temat baśni Lewisa Carrolla, ale za to fajna.

I zrobiono z niej film. w 3D. "Strażnicy" przekonali mnie że nie przepadam za adaptacjami i chciałem olać, ale przekonał mnie trailer, który zobaczyłem w kinie na LCDku nad kasą. Wiało Burtonem. Chciałem to zobaczyć.

Skojarzenia z Burtonem, pogłębione przez film, okazały się nieprzypadkowe. W końcu Henry Selick to typ, który zrobił "Miasteczko Halloween"! Film, typowo dla Burtona (jak ktoś nie zna książki piszę), pokazuje podwójny świat, normalny - nudny i konwencjonalny , i ten drugi, gdzie rodzice są bardziej kochani i 'fajni', a wszystko jest super i bardziej kolorowe. Oczywiście w tym wszystkim jest haczyk.

Książka jest całkiem fajnie zekranizowana, fabuła nie cierpi, ale najsilniejszą stroną filmu jest animacja. Klasyczna, poklatkowa, kapitalna. Cierpię ostatnio na nadmiar animacji z komputera. Pierwszy "Shrek" może i był czymś nowym, ale przesiadka anim-produkcji z USA na komputer po prostu męczy. "Szreki", "Rybki z ferajny", kolejne "Epoki lodowcowe", no pierdyliardy produkcji, które (o ile nie robił ich Pixar) lepiej sobie odpuścić. A ja chcę animacji. Ręcznej. Poklatkowej. Rysowanej. Z plasteliny. Z pacynek. Jakąś fajną rotoskopię. Doceniam zasługi komputerów dla kina ("Sin City", "Matrixy" i inne), ale chcę czegoś co jest pojechane wizualnie, a nie zostało wykreowane w 100% na kompach.

I "Koralina" jest właśnie tym. Mniejsza o fabułę (która i tak jest fajna), olać familijność (która, biorąc pod uwagę upiorność niektórych scen, okazuje się być względną). Ten film to rewelacyjna strona wizualna, która nie zestarzeje się w momencie, gdy nowe komputery będą w stanie generować o 50% polygonów więcej, niż te współczesne. To ponadczasowy triumf klasycznej animacji, udowadniający że była wielka i będzie wielka, i żadne CGI jej nie podskoczy, choć kalkulujący wszystko w dolarach producenci myślą inaczej. Producenci "Koraliny" wiedzieli, że w dobie Madagaskarów podejmują trudne wyzwanie. I w moim mniemaniu wygrali.

Obejrzyjcie to, koniecznie. Tak po prostu, by dać oczom się napaść, bo następny taki film powstanie pewnie najwcześniej za 5 lat.

Odrębną kwestią jest kwestia trójwymiarowości filmu, którą osiąga się dzięki super mega extra okularom (szkiełko czerwone, szkiełko niebieskie, najbiedniejsza metoda na osiąganie przestrzenności w obrazie chyba). To tak naprawdę pic na wodę, może i cały film kręcono tą techniką, ale wykorzystano to tylko w niektórych scenach. W większości dzięki okularom obraz nie jest tylko zamazany. W niektórych (igła przyszywająca guzik, występ cyrkowych myszy) to naprawdę robi wrażenie i wychodzi z ekranu. Za rzadko. Ale wystarczy, by ściąganie kinowego rippa z sieci mijało się z celem.

Akapit zamykający - każdy miłośnik animacji (a jak sądzę sporo ich jest wśród fanów komiksu ) powinien zobaczyć "Karolinę". To film dla fanów Burtona (bo reżyser, bo klimat). To także film dla miłośników zakręconych baśni o Alicji (bo fabuła, bo nawet kot odwala numer wyszczerzonego kocura z Cheshire, było to w książce, ktoś pamięta?). W końcu, to fajny film, który po prostu dobrze się ogląda. Kto wie, może za parę lat będzie to jeden z klasyków dziecięcej animacji, gdzieś obok disneyowskiego "Piotrusia Pana", czy bajek z Kaczorem Duffym. A o Pokemonach, "Gdzie jest Nemo", czy innym "Dzielnym Despero" i tak nikt nie będzie już pamiętał.

Na konieckoniec - Burton pewnie zgodził by się na propozycję kręcenia "Koraliny", gdyby sam nie robił Alicji. Ciekawe jak to wyjdzie w praniu...

i na dezert - da traila.


środa, 11 lutego 2015

Komiksy roku 2014

Jest luty, czas na topkę za rok miniony. Sumaryczna Alei Komiksu, gdzie dołożyłem swoje trzy grosze o TUKEJ, tymczasem moja własna indywidualna lista poniżej, i bez systematyzowania, którego nie lubię.

Zdarzenie 1908 - czyli kolejna jazda Jacka Świdzińskiego, jeszcze bardziej popłynięta niż poprzednie dokonania. Specyficzne poczucie humoru, równie minimalistyczna co ekspresyjna (przynajmniej w kwestii mimiki) kreska, pogrywanie teoriami spiskowymi, no bomba to jest, do tego rozkoszna okładka. Komiks który utkwił w pamięci, a i tak mam ochotę powtórzyć,

Podobnie jak Parker #1: Łowca, czyli nowa seria hard boiled crime cośtam od Taurusa. Dla mnie rzecz doskonała. Można porównać do Torpedo, to znowu historia o frilanserskim gangsterze, tylko że ten jest akurat równie inteligentny co bezlitosny. Ma jednak zasady. Ktoś go wykolegował przy ostatnim skoku, więc nie ma zmiłuj, kasa musi zostać zwrócona, choćby musiał wywrócić do góry nogami całą organizację mafijną, i przy okazji odwalić kitę. Do tego znakomita kreska Cooke'a, delikatna, niedzisiejsza, idealnie dopasowana do komiksu rozgrywającego się w latach 60-tych. Biorąc pod uwagę kunszt narracyjny autora to jest kolejna rzecz którą pamiętam, ale i tak chcę powtórzyć, choć nie wiem kiedy znajdę na to czas (ale muszę, co ja zrobię).

Batman: Mroczne zwycięstwo i Catwoman: Rzymskie wakacje - u mnie ex aequo jako dwa albumy sklejające się w pewną całość. Mroczne zwycięstwo nie ma w sobie tej siły co Długie Halloween, niestety też jest przejazdem przez galerię złoczyńców w ilości jednej nowej twarzy na zeszyt, ale klimat i kreska robią swoje. Bardziej mi jednak podeszła mniej rozpasana Catwoman. Historia rozgrywa się w trakcie przygód Batmana więc dopełnia jego opowieść, rzuca nieco więcej światła na tą bohaterkę, no i kapitalnie wygląda. Kresce Sale'a sekunduje tu kolor niezawodnego Dave'a Stewarta, który kapitalnie połączył techniki, by komputer nie wyglądał na komputer, a efekt był znakomity. Lubię.

Fatale #1: Śmierć podąża za mną - kolejna kapitalna nowa seria, której doczekaliśmy się w zeszłym roku. Mieszanka czarnego kryminału i mitologii Lovecrafta, Los Angeles w latach 50-tych, kultyści, tajemne siły, mrok nie tylko nieznanego, ale też ludzkiej, pokręconej psychiki. Pragnę więcej, przed tomem drugim na pewno powtórzę początek serii. W końcu coś Brubakera które mnie przekonało że to naprawdę świetny pisarz (bo nieco sceptykiem byłem). Więcej ode mnie na ten temat O TU NA KOLOROWYCH.

Kot Rabina - lata całe trzeba było czekać na wydanie zbiorcze, no i w końcu jest. Finał się rozmywa i rozłazi lekko w szwach, ale pokraczna kreska Sfara i gadający kot robią robotę. Lubię bardzo, Kto nie załapał się na pierwsze tomy z Postu powinien nadrobić. Mieszanina kultur i religii zaprawiona refleksją i specyficznym poczuciem humoru. Komiks do którego się wraca (motyw przewodni tej listy chyba mi się zrobił taki).

Wolverine: Staruszek Logan - czyli jedna z najlepszych pozycji w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela (o której u mnie TU1 i TU2). Postapokaliptyczny spaghetti western oparty fabularnie na Bez przebaczenia Eastwooda, oczywiście zabełtany z marvelowskim universum. Inteligentna rozrywka w duchu postmodernistycznym. I moja ulubiona rzecz od Millara.

Kroniki Jerozolimskie - czyli Guy Delisle opisuje co widział na Bliskim Wschodzie. Relacje pomiędzy Izraelczykami a Palestyńczykami, żydowscy osadnicy, czekałty pomiędzy strefami i na drogach i wielki mur, będący motywem przewodnim ale i pewną metaforą tego, co tam się dzieje, a wszystko to postawione na ziemi, która kryje w sobie tysiące lat historii różnych ludów i kultur. Ktoś zarzucał, że Delisle jest tu głupkiem z Zachodu co nie ogarnia świata do którego trafił i sobie rysuje zubożoną wizję świata oczami człowieka z Ameryki Północnej. Może. Mnie akurat to pasiło, bo nie nadyma się, nie próbuje być analitykiem, mało komentuje, pokazuje co widział. Odwrotnie miałem przy Palestynie Joe Sacco, który wkręcił się w temat za bardzo, drąży ale strasznie jednostronnie i monotonnie. Dał się wchłonąć nie tyle tematowi, co określonej perspektywie i bohaterom tematu, i jest do przegięcia tendencyjny w sposób który nie przystoi reporterowi. Delisle przez swoją pozę turysty jest bezpretensjonalny i omija podobną pułapkę.

Locke & Key #1: Witamy w Lovecraft - tytuł już sugeruje gdzie prowadzi nas kolejna nowa seria. Groza, tajemnica, niekoniecznie Wielcy Przedwieczni. Miałem problem z rysunkiem lekki, ale fabuł mnie wessała, trochę niedopowiedzeniami które doczekają się rozwinięcia w tomach kolejnych, a trochę samym pomysłem domostwa, gdzie drzwi otwarte odpowiednimi kluczami mogą nas zaprowadzić w dziwne miejsca. No i do tego rodzina związana z tym miejscem. Czekam na ciąg dalszy, więcej od mua O TUKEJ.

Saga #1 - początek kolejnej nowej serii. Fajnie się czyta, rysunek może nie wybitny ale przy konwencji się sprawdza. Niby nic, rodzinna space opera ocierająca się o szekspirowskiego Romea i Julię, ale w trakcie lektury wsiąkłem w tą opowieść. Nie jaram się, nie rozumiem ochów i achów, nie kumam tych Eisnerów wszystkich, ale chętnie dalsze losy bohaterów poznam.

Piaskowa Opowieść - szaleństwo. Psychodeliczna jazda w duchu krótkich animacji Terry'ego Guilliama. Opowieść drogi po mózgu artysty trawionym substancjami psychoatkywnymi. Czy coś. Choć ponoć Jim Henson nie ćpał, bo nie musiał, sam był dostatecznym przekrętasem. Nie ma sensu opowiadać o czym to jest, najważniejsze jak to wygląda, a Ramon Perez pokazał tu klasę. No i Timof naprawdę fajnie to wydał. Zdaje się że nie gorzej od oryginału.

Rork integral #2 - fajnie mieć w końcu na półce kompletną serię, której brak mnie męczył przez ostatnią dekadę. Lubię rysunki Andreasa. Mniej podoba mi się strona, w którą fabuła odjeżdża gdzieś w połowie, ale i tak - fajnie mieć, bo to ta klasyka którą mieć warto.

Mysia Straż #1: Jesień 1152 - gdybym miał dzieci, to kupił bym im ten komiks. Oczywiście gdyby go jeszcze nie miał. Albo bym im kupił, bo zniszczą, a ja chcę zachować swoją kopię w stanie używalności, bo zamierzam do niej wracać, Waleczność, prawość, przyjaźń, a wszystko to w wykonaniu myszy, żyjących w społeczności na wzór średniowiecza. Pierwszy tomik jest dość wątły (podobnie jak i drugi zdaje się), ale mniejsza o to, to wstęp do przygody, w dodatku wybornie narysowanej. Więcej ŁO TU.

Poza tym parę reedycji było, ale poza Rorkiem zakładam że za mało wody w Wiśle upłynęło. No i Berserk, fajny start fajnej mangi, więcej o TUKEJ. Następnym razem pewnie napiszę cośtam o giereczkach,

czwartek, 26 grudnia 2013

Moje komiksy roku 2013

Rok się kończy, konkurs tam jakiś trwa, ja się lenię, czas na bilans. Wynika mi że to był dobry rok, bo było naprawdę dużo dobrych tytułów. Duża część z nich, co cieszy, to produkcje polskie. No to jadziem.

Z  naszych rzeczy w mojej opinii wygrywają Maszinowcy z Samojlikiem. Pierwsi trafili do mnie głównie dwoma tytułami. Wiem że podobno Maczużnik do komiks roku, ale mnie najbardziej sponiewierała Warszawa Mazola. Komiks, taki normalny, z narracją w kadrach, ale bez rysunków. Można? Można. I to niezmiernie śmieszy jednocześnie, żadna tam nieciekawa gra formalna. Michał Rzecznik... No cóż. Często się mówi że ktoś wyważył otwarte drzwi. Tu jest nieco inaczej. Michał wyważył drzwi zamknięte, ale takie o których nikt nie miał pojęcia. Fenomenalna książeczka jak dla mnie.

Drugi strzał Maszynistów który mnie trafił to A niech cię, Tesla! Jacka Świdzińskiego. Obłędne poczucie humoru (jak zawsze) kapitalnie współgrające z minimalistycznym, ale niesamowicie obrazowym rysunkiem (też jak zawsze). Jest nieco tytułowego tesli, dziwacznych urządzeń, agentów, strzelaniny, splecione wątki, humor. Znakomita rzecz.

A Samojlik - wiadomo. Norka Zagłady to kolejny kapitalnie narysowany komiks przygodowy dla dzieciaków, nafaszerowany popkulturowymi mrugnięciami okiem, co by się czytający go tatusiowie nie nudzili zanadto. Bartnik Ignat i skarb puszczy - zamiast animorfów historia, ale też komiks o walorach edukacyjnych, znowu bez nachalności. Ten pan wysoko ustawia poprzeczkę dla nowego komiksu dla dzieciaków. I dobrze.

Nieco (ale niewiele) niżej na podium kolejne dwie pozycje. 566 kadrów Dennisa Wojdy, jedna z najfajniejszych rzeczy roku, może jednak nad Samojlikiem, nie wiem. Bezpretensjonalna saga rodzinna, w dodatku tworzona eksperymentalnie, kadr po kadrze, a składająca się na spójną opowieść. Więcej na ten temat o TUKEJ. Tam niżej.

Pozycja ostatnia to Trust. Album wiadomego autora. Różne rzeczy można o Przemku pisać, ale ja tam niezmiennie do jego technik i warsztatu mam rispekt, nie ważne że z pełnowymiarowych komiksów od niego doczekaliśmy się tylko coś tam o Figurskim i Wojewódzkim, no i komiks unijny. Tym razem grubaśna antologia prac różnych i wszelakich. Jeszcze nie przejrzałem/czytałem całego, ale poraziło mnie parę plansz, zaskakujących rysunkiem, którym bym się u Przema nie spodziewał, że tak umie i może.

Coś na pewno jeszcze było, ale lecę dalej. Propozycje zagraniczne.

Joe Sacco i Strefa Bezpieczeństwa Goražde - dla mnie tegoroczny #1. Emocjonalnie niszcząca relacja z Bałkanów. Spotkałem się z zarzutem że to komiks o jednostronnej perspektywie, ale to nie reportaż o całej wojnie i wszystkich stronach konfliktu, ale o jednej enklawie, gdzie ludzie starają się żyć dalej, choć skala wszechogarniającego skurwysyństwa rejestruje niemożliwie wysoki poziom. Więcej o tym też TUKEJ (linek ten sam co poprzednio).

Oczywisty numer dwa - Kot Rabina i Joann Sfaar. Długo trzeba było czekać na tom trzeci, oczekiwanie wynagradza otrzymanie integrala aż do tomu piątego. Historia tytułowego kota który zaczął mówić i komentuje sytuację w swojej rodzinie algierskich Żydów. Przenikanie się kultur i religii, ze szczególnym uwzględnieniem tradycji talmudycznej to baza do przewrotnych spostrzeżeń i komentarzy zwierzaka. Wymiar całości jest w oczywisty sposób humanistyczny i niechętny wobec wszelkich przejawów nietolerancji (w końcu to tak naprawdę komiks o współistnieniu), ale nie zabrakło też paru zdań krytyki pod adresem Izraela. Nie jest jednak moralizatorsko i dydaktycznie, humor jak wspomniałem przewrotny, a kreska momentami cudownie wręcz groteskowa. Mistrz.

Numer trzy - Jaś Ciekawski - podróż do wnętrza oceanu. Podróż jest w najlepszym 3D na świecie, warto się zapoznać bo wizualnie oszałamia ta historyjka, o czym niedawno zresztą pisałem TUKEJ.

Na podium powinien się chyba też znaleźć Fotograf, razem z Jasiem na trzecim miejscu. Komiks wyjątkowy - podróż do ogarniętego wojną Afganistanu razem z Lekarzami Bez Granic. Choć historia rozgrywa się nie współcześnie, a w latach 80-tych, daje ciekawe spojrzenie na ten kraj i odpowiedź na pytanie - dlaczego nikt nigdy go nie podbił? Gęsta struktura klanowa i nieprzychylne człowiekowi ukształtowanie terenu to pierwsze odpowiedzi. Sam komiks jest natomiast o tyle wyjątkowy, że przedstawia podróż tytułowego fotografa, jego przygody i problemy, w formie pamiętnika, przerywanego co chwilę serią autentycznych zdjęć które trzaskał bez opamiętania.

Opuszczamy podium, jadę już bez numeracji miejsc.

Rzeczy dobre, które dziwnym trafem dotarły do nas dopiero teraz:

Liga Niezwykłych Gentlemanów. Czarne akta - dowód na absolutne odjechanie Alana Moore'a. Historia spajająca tom 2 i 3, będąca czymś... Nie wiem, pośrednim między komiksem a tradycyjną książką? Ciekawa gra formą, Harker i Quatermain wykradają tytułowe akta, by pomiędzy własnymi przygodami przeglądać ich zawartość. To okazja dla czytelnika by poznać wcześniejsze i późniejsze losy kolejnych lig, utrzymane w formie literackiej charakterystycznej dla epoki. Jest zaginiony tekst Szekspira, jest bitnikowski bełkot, jest tekst Crowleya (oczywiście opublikowany pod nazwiskiem jego literackiego odpowiednika), i najlepszy ze wszystkich, tekst w którym Jeeves i Wooster walczą z poczwarami ze świat Lovecrafta. Więcej pisałem o TUKEJ. Nie. Czekajcie. To się POWINNO znaleźć na podium...

Batman: Długie Halloween - już pięć lat temu dziwiłem się, że tego komiksu nie wydano jeszcze w Polsce. No i w końcu go mamy. Jeden z najlepszych komiksów o Batmanie, kapitalnie oddający uwielbiany przeze mnie klimat wynaturzonej bajeczki, przepuszczonej przez filtr zdemoralizowania które towarzyszy światu dorosłych, bonusowo rodzina Corleone. Czy jak im tam. Absolutny must-have, więcej o TUKEJ.

Kick-Ass - baza do popularnego filmu, jeden z przykładów na to, że pierwowzory zwykle są dużo lepsze. Pastisz komiksu superbohaterskiego dla nastolatków, zabawa formą nieco w duchu Strażników, ale biorąca na warsztat nie ponurych, posągowych herosów ze świata DC, a nastoletnich bohaterów pokroju Spider-Mana, nie tylko zresztą. Millar szydzi z naiwnego idealizmu komiksów dla nastolatów, i leci po bandzie, momentami bez hamulców. Dobre. Bardzo. Acz bez przesady. Jednakowoż lepsze stanowczo niż złagodzony film, który jednocześnie stara się być pastiszem, z drugiej strony filmowców nie stać było w paru scenach na brak kompromisów, by w finale dżampnąć szarka.

Tyle w temacie nowości na które trzeba było długo czekać. Na listę w sumie powinny trafić też dwie reedycje, po pierwsze Strażnicy, bo to dzieło niezmiennie wielkie, a dopiero obecne wydanie oddaje mu należyty szacunek. All hail Alan Moore, aż dziw że nigdy nie pisałem o tym komiksie, tylko w jego kontekście. Z drugiej strony - hej, to Strażnicy, każdy powinien ich znać, nie ma sensu opisywać oczywistości. Kiedyś pewnie coś popełnię. Druga rzecz z reedycji do Marvels z WKKM,  niedawno wydani przez Muchę, teraz trafili pod strzechy kioskowo. Uwielbiam statyczną epickość mazów Rossa, jak również fakt, że życiorys fotografa jest tu scenariuszową bazą by prześledzić trzy czy cztery dekady historii amerykańskiej superbohaterszczyzny. Lubię bardzo. Więcej TUKEJ. Poza tym oczywiście reedycja pierwszego tomu Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Było w pytałke i jest w pytałke. Takoż samo Przybysz. I Pjongjang. Obrodziło dodrukami zajebistych rzeczy. Nie wspominam o Calvinie i Hobbesie, tu nie da się wskazać jednego tomu, bo seria niszczy jako całość.

Hilda i troll - pięknie rysowany i przednio wydany komiks familijny. Historyjka krótka, wątła, ale nadrabia estetyką i tym nieuchwytnym klimatem, który kojarzy ni się z Doliną Muminków.

Zaduszki - nieco głupio że aż tak nisko na liście, ale jak już pisałem - nie o kolejność tu idzie, więc pewnie alfabet zawinił. Historia babci i wnuczki, które z Izraela przylatują do niechętnej niezmiernie Żydom Polski, by odzyskać kamienicę. Historia ma sporo twistów, więc nie ma sensu zdradzać jak się rozwija, Rutu Modan jest tu rozkosznie przewrotna, ciekawie i niestereotypowo patrzy tu na społeczne relacje izraelsko-polskie, w dodatku dawno (jeśli wogóle) nie było tak bogato w komiksie zagranicznym zobrazowanej Warszawy. Polecam.

Fistaszki - każde. Zawsze.

Poza listą - Rork integral numero uno, w ciemno, bo pewnie by się załapał, jak bym zdążył nabyć i przeczytać. Lubię tą kreskę, a najbardziej mi podchodziła z tajemniczym klimatem białowłosego. W końcu okazja poznać całą serię, od dawna już nieobecną na rynku, bo przegapiłem. A w ciemno zakładam że warto. Pamiętam tylko że Cmentarzysko katedr niszczy wizualnie, chętnie się przekonam i dam zniszczyć. Poza listą także drugi tom Hildy, z tych samych powodów.