środa, 11 lutego 2015

Komiksy roku 2014

Jest luty, czas na topkę za rok miniony. Sumaryczna Alei Komiksu, gdzie dołożyłem swoje trzy grosze o TUKEJ, tymczasem moja własna indywidualna lista poniżej, i bez systematyzowania, którego nie lubię.

Zdarzenie 1908 - czyli kolejna jazda Jacka Świdzińskiego, jeszcze bardziej popłynięta niż poprzednie dokonania. Specyficzne poczucie humoru, równie minimalistyczna co ekspresyjna (przynajmniej w kwestii mimiki) kreska, pogrywanie teoriami spiskowymi, no bomba to jest, do tego rozkoszna okładka. Komiks który utkwił w pamięci, a i tak mam ochotę powtórzyć,

Podobnie jak Parker #1: Łowca, czyli nowa seria hard boiled crime cośtam od Taurusa. Dla mnie rzecz doskonała. Można porównać do Torpedo, to znowu historia o frilanserskim gangsterze, tylko że ten jest akurat równie inteligentny co bezlitosny. Ma jednak zasady. Ktoś go wykolegował przy ostatnim skoku, więc nie ma zmiłuj, kasa musi zostać zwrócona, choćby musiał wywrócić do góry nogami całą organizację mafijną, i przy okazji odwalić kitę. Do tego znakomita kreska Cooke'a, delikatna, niedzisiejsza, idealnie dopasowana do komiksu rozgrywającego się w latach 60-tych. Biorąc pod uwagę kunszt narracyjny autora to jest kolejna rzecz którą pamiętam, ale i tak chcę powtórzyć, choć nie wiem kiedy znajdę na to czas (ale muszę, co ja zrobię).

Batman: Mroczne zwycięstwo i Catwoman: Rzymskie wakacje - u mnie ex aequo jako dwa albumy sklejające się w pewną całość. Mroczne zwycięstwo nie ma w sobie tej siły co Długie Halloween, niestety też jest przejazdem przez galerię złoczyńców w ilości jednej nowej twarzy na zeszyt, ale klimat i kreska robią swoje. Bardziej mi jednak podeszła mniej rozpasana Catwoman. Historia rozgrywa się w trakcie przygód Batmana więc dopełnia jego opowieść, rzuca nieco więcej światła na tą bohaterkę, no i kapitalnie wygląda. Kresce Sale'a sekunduje tu kolor niezawodnego Dave'a Stewarta, który kapitalnie połączył techniki, by komputer nie wyglądał na komputer, a efekt był znakomity. Lubię.

Fatale #1: Śmierć podąża za mną - kolejna kapitalna nowa seria, której doczekaliśmy się w zeszłym roku. Mieszanka czarnego kryminału i mitologii Lovecrafta, Los Angeles w latach 50-tych, kultyści, tajemne siły, mrok nie tylko nieznanego, ale też ludzkiej, pokręconej psychiki. Pragnę więcej, przed tomem drugim na pewno powtórzę początek serii. W końcu coś Brubakera które mnie przekonało że to naprawdę świetny pisarz (bo nieco sceptykiem byłem). Więcej ode mnie na ten temat O TU NA KOLOROWYCH.

Kot Rabina - lata całe trzeba było czekać na wydanie zbiorcze, no i w końcu jest. Finał się rozmywa i rozłazi lekko w szwach, ale pokraczna kreska Sfara i gadający kot robią robotę. Lubię bardzo, Kto nie załapał się na pierwsze tomy z Postu powinien nadrobić. Mieszanina kultur i religii zaprawiona refleksją i specyficznym poczuciem humoru. Komiks do którego się wraca (motyw przewodni tej listy chyba mi się zrobił taki).

Wolverine: Staruszek Logan - czyli jedna z najlepszych pozycji w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela (o której u mnie TU1 i TU2). Postapokaliptyczny spaghetti western oparty fabularnie na Bez przebaczenia Eastwooda, oczywiście zabełtany z marvelowskim universum. Inteligentna rozrywka w duchu postmodernistycznym. I moja ulubiona rzecz od Millara.

Kroniki Jerozolimskie - czyli Guy Delisle opisuje co widział na Bliskim Wschodzie. Relacje pomiędzy Izraelczykami a Palestyńczykami, żydowscy osadnicy, czekałty pomiędzy strefami i na drogach i wielki mur, będący motywem przewodnim ale i pewną metaforą tego, co tam się dzieje, a wszystko to postawione na ziemi, która kryje w sobie tysiące lat historii różnych ludów i kultur. Ktoś zarzucał, że Delisle jest tu głupkiem z Zachodu co nie ogarnia świata do którego trafił i sobie rysuje zubożoną wizję świata oczami człowieka z Ameryki Północnej. Może. Mnie akurat to pasiło, bo nie nadyma się, nie próbuje być analitykiem, mało komentuje, pokazuje co widział. Odwrotnie miałem przy Palestynie Joe Sacco, który wkręcił się w temat za bardzo, drąży ale strasznie jednostronnie i monotonnie. Dał się wchłonąć nie tyle tematowi, co określonej perspektywie i bohaterom tematu, i jest do przegięcia tendencyjny w sposób który nie przystoi reporterowi. Delisle przez swoją pozę turysty jest bezpretensjonalny i omija podobną pułapkę.

Locke & Key #1: Witamy w Lovecraft - tytuł już sugeruje gdzie prowadzi nas kolejna nowa seria. Groza, tajemnica, niekoniecznie Wielcy Przedwieczni. Miałem problem z rysunkiem lekki, ale fabuł mnie wessała, trochę niedopowiedzeniami które doczekają się rozwinięcia w tomach kolejnych, a trochę samym pomysłem domostwa, gdzie drzwi otwarte odpowiednimi kluczami mogą nas zaprowadzić w dziwne miejsca. No i do tego rodzina związana z tym miejscem. Czekam na ciąg dalszy, więcej od mua O TUKEJ.

Saga #1 - początek kolejnej nowej serii. Fajnie się czyta, rysunek może nie wybitny ale przy konwencji się sprawdza. Niby nic, rodzinna space opera ocierająca się o szekspirowskiego Romea i Julię, ale w trakcie lektury wsiąkłem w tą opowieść. Nie jaram się, nie rozumiem ochów i achów, nie kumam tych Eisnerów wszystkich, ale chętnie dalsze losy bohaterów poznam.

Piaskowa Opowieść - szaleństwo. Psychodeliczna jazda w duchu krótkich animacji Terry'ego Guilliama. Opowieść drogi po mózgu artysty trawionym substancjami psychoatkywnymi. Czy coś. Choć ponoć Jim Henson nie ćpał, bo nie musiał, sam był dostatecznym przekrętasem. Nie ma sensu opowiadać o czym to jest, najważniejsze jak to wygląda, a Ramon Perez pokazał tu klasę. No i Timof naprawdę fajnie to wydał. Zdaje się że nie gorzej od oryginału.

Rork integral #2 - fajnie mieć w końcu na półce kompletną serię, której brak mnie męczył przez ostatnią dekadę. Lubię rysunki Andreasa. Mniej podoba mi się strona, w którą fabuła odjeżdża gdzieś w połowie, ale i tak - fajnie mieć, bo to ta klasyka którą mieć warto.

Mysia Straż #1: Jesień 1152 - gdybym miał dzieci, to kupił bym im ten komiks. Oczywiście gdyby go jeszcze nie miał. Albo bym im kupił, bo zniszczą, a ja chcę zachować swoją kopię w stanie używalności, bo zamierzam do niej wracać, Waleczność, prawość, przyjaźń, a wszystko to w wykonaniu myszy, żyjących w społeczności na wzór średniowiecza. Pierwszy tomik jest dość wątły (podobnie jak i drugi zdaje się), ale mniejsza o to, to wstęp do przygody, w dodatku wybornie narysowanej. Więcej ŁO TU.

Poza tym parę reedycji było, ale poza Rorkiem zakładam że za mało wody w Wiśle upłynęło. No i Berserk, fajny start fajnej mangi, więcej o TUKEJ. Następnym razem pewnie napiszę cośtam o giereczkach,

4 komentarze:

Kendo pisze...

Fajnie, że znowu piszesz.

Spence pisze...

Hasło ulubiony komiks Millara odpala mi komentarz "Wolverine #32" z Aandrewsem. Ale on chcial zrobic miniserie z tegoi Eisner go sprowadzil na dobra droge. Więc to jest komiks w sumie Millara z redakcją Eisnera. I Chosen nie czytalem :c

Gonzo pisze...

@Kendo - dzięki

@Spence - nie będę kłamał że czytałem wszystko Millara, ale akurat Civil War był dla mnie taki se i #32 wogóle mi nie zapadł w pamięć...

Gonzo pisze...

tfu civil war, ENEMY OF THE STATE, jeżu...