środa, 15 lutego 2012

Obywatel Czech

Jeśli jakiś naród brzmi tak, jakby samym swoim językiem chciał zakpić z innej nacji (na przykład naszej), to trudno od niego oczekiwać powagi. Nawet jak ma się do czynienia z najwyższymi urzędami państwowymi. "Obywatel Havel", film o najlepiej chyba kojarzonym w Polsce Czechu, nie zawodzi raczej tego typu oczekiwań.

Ten dokument, przez szereg lat tropiący czeskiego prezydenta, pokazuje go z różnych stron. Jest w nim mąz stanu, jest (wcale nie samozwańcza) moralność narodu, jest poczucie humoru. Jest duża doza autodystansu, oraz brak nieomylności. Havel to gość który zmienił razem z paroma innymi Czechy, ale to normalny facet. Zapali, napije się, pośmieje, zapali kolejnego papierosa, wypije kolejne piwo. Jednocześnie nie zapomina jaką odgrywa rolę, co go widać w trakcie filmu z czasem coraz bardziej męczy. Gość z krwi i kości. Zabawnie wygląda że ten kurduplawy Czech z wąsem jest gościem wobec którego lekką tremę objawia jeden z Rolling Stonesów, pytając go o czeską restaurację. A Havel generalnie ma wywalone. Stonesi na nim wrażenia nie robią, Clinton nie robi, a z Vaclava Klausa ogólnie drze łacha. Choć czuje się wobec niego niejednoznacznie. Trochę jako prezydent wobec obywatela. Trochę jako uczeń wobec nauczyciela. Ogólnie niejednoznacznie.


Trudno ocenić ten dokument jako film, łatwiej jako obraz człowieka, bo to tego typu dzieło. Havel to postać z jednej strony wyniesiona w nim ponad masy, z drugiej nie pozbawiona wad. Gość chce być w porządku wobec zasad, moralności, wobec siebie. Z drugiej strony ulega podszeptom doradców, którzy podpowiadają co słuszne (scena ze strajkiem w telewizji). To w końcu typ totalnie mający w dupie wielką politykę - o swojej drugiej żonie mówi jako o zasłonie dymnej, co odwróci uwagę francuskiego prezydenta. Ma wziąć udział w uroczystym obiedzie w USA, ale gardzi ich kuchnią (gdzie pieprz? gdzie musztarda???), więc uważa że to ich wina, że gdyby potrafili choć zupe zrobić, to by wyszedł po pierwszym daniu, a tak to wogóle na obiad nie zajrzy. Ogólnie rzecz biorąc - swój chłop.

I tu ogarnia mnie lekki żal. Czesi nei tylko doprowadzili do tego, że mają całą stolicę, to jeszcze pozwolili sobie mieć prezydenta, o którym można zrobić fajny film. I ja im tego prezydenta i filmu szczerze zazdroszczę. Po filmie, który puściła polska telewizja, chwilę się zastanawiałem, co by można u nas zrobić. Albo o Lechu, co nie chciał a musiał, i generalnie dotąd z gramatyką ma na bakier. Havel wiadomo, dramaturg. Inna bajka. Albo o Olku, co to jak nie miał choroby tropikalnej, to każemu wmawiał ze średnim efektem że jest prezydentem wszystkich Polaków, choć generalnie starej nomenklaturzen raczej ristekpy składał. Havel wiadomo, nie z tej gliny. A potem mieliśmy Lecha Drugiego, co to albo sie kłócił w którym samolocie siądzie i gdzie i z kim się spotka, albo o ziemniaki się obrażał. Co mi przypomina scenę z filmu, gdzie Havel ogląda przed reelekcją spotkanie izb bodajrze parlamentu, co decydują o wyborze prezydenta, słucha monologu gościa z partii republikańskiej, który wiesza na nim psy, że Havel nie godzien itp, i po prostu jawnie, przed kamerą z gościa polewa, parskając śmiechem. Lech K. to by się chyba zadławił prędzej.

No niestety. Szkoda mi. I że polska kinematografia nie wypluła tak zdystansowanego filmu o prezydencie-ikonie-człowieku, i że niestety nie grozi nam że się tego typu postaci doczekamy. A niepoważni, niefrasobliwi Czesi taką postać mają. I ja jej im szczerze zazdroszczę.

1 komentarz:

kendo pisze...

Nie wiem dlaczego wtedy na ten wpis nie trafiłem, dopiero teraz szukając wpisu o komiksie Moore`a:-)

W każdym bądź razie też oglądałem w kwietniu ten film na tvp i zgadzam się z wszystkim co napisałeś.
Havel jest klasa.
A że stolicy im nie zburzyli i jest teraz najładniejszym (w mojej opinii) miastem w Europie to inna sprawa, bo Czesi zwyczajnie dali dupy Niemcom, od razu się poddając. I teraz mają super piękną stolicę w śmiesznie małym kraju, gdzie inne miasta nie wiem czy w pierwszej trzydziestce polskich by się znalazły pod względem urody i wielkości. Pewnie nie. Praga to swego rodzaju kuriozum. Ogromne piękne miasto, które ma się nijak do reszty kraju.
Choć akurat Havel na siedzibę w nim zasługiwał.