piątek, 10 lutego 2012

Szerlok: Reaktywacja

Nie, to nie jest reaktywacja bloga. Jak coś zdechnie, to lepiej pochować, niech nie śmierdzi. Po prostu w dobry sposób spędziłem dziś 2 godziny życia, i chcę się podzielić dobrem.

No dobra, to RACZEJ nie jest reaktywacja. Chyba przypomnialem sobie jak fajnie sobie coś od czapy popisać, moze mi wróci...

No doooobra, asekuruję się, co by kolega Godai nie ścignął mnie że miałem robić podcasty, starczyło mi ikry na bodajże 2, a teraz sobie jakby nigdy nic bloguję...


Poza tym narzeczona poszła się kompać, więc mam 5 minut na wklepanie 6ciu akapitsów.

end-of-offtopic.

Sherlock Holmes: Gra Cieni - nie pamiętam kiedy ostatnio tak czekałem na jakiś film, i kiedy jednocześnie moje oczekiwania i nadzieje zostały spełnione. Dlatego nie czytam zapowiedzi, nie oglądam trailerów, nie śledze przymiarek do kontynuacji. Nie lubię sobie dawać wkręcić hajpa, bo potem idę do kina, i zaliczam zwykle zawód. Bez ustawiania poprzeczki dla odmiany zawsze wygrywam. Bo jak jest poprzeczka, to trzeba ją przeskoczyć, co zwykle nie wychodzi, i potem jest smuteczek. No więc - nie tą razą.

Guy Ritchie zrobił film zgodnie ze znaną maksymą 'jak coś działa, to przy tym nie gmeraj, bo to spierdolisz'. A więc są znane elementy, ale jest parę bonusów, które nie psując zanadto szablonu jedynki dodają nieco zabawy. Ale po kolei.

Co powraca? Powraca galopada, przygody, mordobicia, zwroty akcji, znani bohaterowie i zagadki. Efekty są dobre, walki mają fajne choreografie, a gra toczy się znowu o wysoką stawkę, nawet wyższą. Powraca też Bond. Wróć. Powraca też Holmes. Jak zwykle arogancki, erudycyjny i sprawny fizycznie. Cholera, dlaczego ja wcześniej nie zauważyłem że Downey, markując brytyjski akcent, brzmi jak William Shatner? W każym razie - jest to co było, więc jak ktoś lubi jedynkę, to nie będzie zawodu. No ale wiadomo - powtórka z rozrywki to za mało, by spełnić oczekiwania.

Więc co nowego? Sporo rzeczy, nad niektórymi nieco ubolewam. W końcu pojawia się Moriarty, godny przeciwnik Sherlocka. Pojawia sie też brat Holmesa, grany przez jak zwykle świetnego w byciu sobią Stephena Frya. Podziwiam gościa za lubą konsekwencję, jaką okazuje w graniu gejów. Fabuła wychodzi też poza opłotki Londynu, rozpełzając się po różnych kawałkach zachodniej Europy. Akurat tego mi nieco szkoda, Londek był równoprawnym z Bondem... eee z Holmesem bohaterem jedynki. Tu go troszkę brak, ale za to z podróżami film nabrał spektakularności. I tu drugi minus. Więcej pościgów, galopady, jeszcze mniej analizy i dedukcji, na które brak czasu, i które są nieco zbędne, skoro od początku znamy antagonistę i część jego niecnych knowań, potem do końca filmu akcja, a w kulminacji związanie nitek (CZERWONEJ, de facto!!!) pajęczyny. W efekcie to nie film o największym (po Batmanie, oczywiście) dedektywie wszefczasuf, a taki retro Indiana Jones. I bawi, i szkoda. Ale to takie pierniczenie dziada, bo bawiłem się świetnie.

Co jeszcze bawi? Omylność Holmesa, któremu zdaża się tym razem w swoim przeroście ego niedocenić to możliwości sprzymierzeńców, to intelektu wroga. Wprowadza to pewnym scenom więcej nieprzewidywalności. Crossdressersko-kryptogejska scena w pociągu. Może przaśna, ale zabawna. Fachowy finał. Jeden z fajniejszych z blokbasterów ostatnich latach. Trucie psa. To się chyba nigdy nie zestarzeje.

No i jeszcze jedno.

Scena w lesie.

Prawdopodobnie najlepsza scena 3D, jaką widziałem.


Dlaczego, pytam się, kurwa: DLACZEGO W NASZYM ZAPYZIAŁYM KRAJU TEN FILM POKAZUJE SIĘ W 2D??? Różnej maści gówna, pierdoły dla dzieciarni, popularne superbohaterskie papki, to tak, i do obrzygu, a jak w końcu trafia się film który fajnie eksponuje przestrzenność (poza lasem np. scena z wodospadem, ze spadającymi drobinkami wody, parę innych), to się go daje bez trójwymiaru? A jak najdzie mnie ochota obejrzeć szitowatą i durną Zieloną Latarnię to muszę się męczyć z niewygodnymi (a dla okularnika którym jestem do kwadratu) brylami do 3D???


Co nie zmienia faktu, że pomimo ograniczenia roli Londynu, przerostu akcji nad kryminalnością fabuły czy oszczędzenia nam trzeciego wymiaru (którym normalnie rzygam, ale tu mi szczerze szkoda), jest to świetne kino rozrywkowe, ze świetną obsadą, fajnym humorkiem, dobrymi sekwencjami akcji i kapitalnie (po riczowemu) zmontowanymi rozkminkami Bonda. Szerloka. Szerbonda. Łareeeeeeeeewa. Kto zamierza poczekać na dobry rip w torentach, zamiast pójść na toto do kina, temu jestem gotów sypnąć solą w oczy. Małą ilością. Ale jednak.
No, to starczy blogowania na ten rok. BTW, czy ja pisałem już o "Przygodach młodego Sherlocka Holmesa"..?
Pod skryptem: ej, Downey naprawdę mówi jak William Shatner...

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ja na przykład mam Cie ciągle w rss i nieźle się zdziwiłem - ale powiem tak: fajnie się czyta Twoje notki, takich recenzji nie znajduje nigdzie, skrobnij cos czasem, pls:)

r. sienicki pisze...

Wiesz, wydaje mi się, że ten film nigdzie nie idzie w 3D. On po prostu jest dwuwymiarowy.

Przychylam. Doskonale się bawiłem. Teraz powinien wpaść tu Wonder, bo jego jest pełno zawsze kiedy ktoś chwali coś co mu się nie podobało.

Gonzo pisze...

Anonim-pochlebca - wow, jestem impressed, myślałem że ten gatunek już dawno temu wymarł, tak czy siak dzięx za uznanie.

Robercik - u nas jest w 2D, sekunda z góglem informuje że gdzieś tam zagranico da się zabukować bilety na projekcję w 3D. A Wonder? Wonder ma alergię na to że komuś się cokolwiek podoba, nawet nie musi sam mieć anty, może nawet nie znać. Jak tu chłopaka nie lubić???

Dziadu pisze...

"Sprawdź tego z BBC!"
i bloguj więcej ..bucu ;)

adler pisze...

Tobie też się zdaRZa, Gonz. pierdolnąć orta aż zęby bolą.