sobota, 28 listopada 2009

O Alanie kolejnych słów kilka...


Tym razem nie zacznę od stwierdzenia że Moore to wariat. Bo to mało odkrywcze, niezbyt oryginalne, w dodatku powtarzał bym sam siebie. Zamiast pitolić po próżnicy przejdę do tematu.
W końcu pochłonąłem Prometheę. 'W końcu' jest dosyć umowne, bo oznacza 'jakiś miesiąc temu', 'pochłonąłem' też jest mało precyzyjne, bo skonsumowałem 31 z 32 zeszytów serii. Ale mam alibi. Chyba całkiem niezłem. Ale to potem.

O tej zamkniętej serii, wydawanej w ramach America's Best Comics już wspominałem, przy okazji pierwszego i drugiego trejda. Po wchłonięciu kolejnych trzech mogę stwierdzić, że ten cykl jest kolejnym dowodem na to, że Alan to wizjoner o percepcji świata powiedzmy sobie że odmiennej od ogółu.
Cykl zaczyna się od wprowadzenia tytułowej Prometei w alternatywną współczesność. Od naszego świata rzeczywistość komiksu różni się większą obecnością technologii, oraz istnieniem tak zwanych science heroes, czyli po prostu superbohaterów. Promethea to science heroina, niby Wonder Woman, ale taka inna. Ma atrybuty Hermesa i Thota, jego egipskiego odpowiednika, ma także nieco wspólnego z Prometeuszem oczywiście. Tak naprawdę Promethea to nie tyle postać, co idea. Idea opowieści, narracji, fantazji. Jako idea, nie jest konkretną postacią, nawiedza tylko co jakiś czas kolejną osobę jako 'nosiciela' idei, jej awatar. Zwykle nawiedza tych, którzy pielęgnują swoją twórczością pamięć o niej. Istnieje od setek, a nawet tysięcy lat, nawiedza kolejno malarzy, pisarzy, autorów komiksów, a oni, natchnieni duchem Promethei (uogólniając) walczą o sprawiedliwość i pokój na ziemi.
Szybko okazuje się, że tak naprawdę przygody superbohaterki to dla Moore'a tylko pretekst. Fabuła serii jest fasadą eseju o naturze rzeczywistości. Nie. Poważnie. Nie robię sobie jaj. Moore rozkręca się stopniowo. Najpierw mamy normalną dziewczynę, która poznaje moce wykraczające poza znaną jej rzeczywistość. Staje się Prometheą. Jako superbohaterka/bogini/apostoł/cokolwiek szybko odkrywa dualistyczną naturę wszechświata, pojmowanego dużo szerzej niż my na niego patrzymy. Jest świat realny. Jest też Immateria, sfera na krztałt Fantazji z "Niekończącej się opowieści" (jak poprzednio wspominałem - seria ma silne związki z tą książką/filmem). Obie sfery okazują się być dwoma stronami medalu. Immateria to coś jak Śnienie z "Sandmana". Nie da się istnieć tylko w jednym wymiarze, najwyżej się nie jest świadomym tego drugiego.
Po czym okazuje się że to dopiero początek wykładu. Moore na przykładzie kart Tarota opowiada funkcję jego kart, historię świata, niezależnie od tego historię ludzkości. Dzięki temu bohaterka poznaje naturę magii. A wszystko to wierszem tłumaczją jej węże z kaduceusza.
Świadoma metafizycznej natury wszechświata, dopiero teraz zostaje rzucona na głęboką wodę, gdy podóżuje po zaczerpniętym z hermetycznej kabały Drzewie Życia. O ile poznanie Immaterii wydawało się poznaniem drugiej połowy wszechrzeczy, o tyle gry Prometea rozpoczyna wędrówkę po 'gałęziach drzewa', okazuje się że Immateria i świat realny to zaledwie tego drzewa korzenie.
Moore jedzie ostro. Po raz kolejny ma pole do popisu erudycją, i skrzętnie to wykorzystuje. Immateria to świat, gdzie przenikają się znane motywy literackie, ale też rzeczywistość. Parokrotnie pojawia się niejaki Crowley, zresztą związek całej serii z tą ciekawą postacią jest dość duży. Moore posiłkuje się hermetyczną kabałą, nawiązuje do działań brytyjskich mistyków, odnosi się do wspomnianego już tarota, magii... Cała seria ma co prawda fabułę, ale to tak naprawdę egzegeza na temat nadnaturalnej i niematerialnej istoty rzeczywistości. Jak wspomniałem - esej o tym, co wykracza poza możliwość poznania, zmierzenia, oznaczenia etykietką i odstawienia na półkę. Całość robi solidne wrażenie. Momentami jednak miałem wrażenie że autor z lekka bełkoce, zwłaszcza w totalnie zakręconym i zamotanym w supeł finale.
Moore, jak wiadomo, lubi wielkie BUM! na grande finale. Tak było w "Łoczmenach", "V jak Vendetta", czy "LXG:Czarne Dossier". Podobnie jest i tutaj. Biorąc pod uwagę naturę i wymiar tej historii, możecie wykombinować sobie skalę tego wybuchu. Bywa jednak, że finał, zamiast rozłożyć na łopatki, funduje zmarszczkę na czole połączoną z efektem 'WTF?', co miało w moim przypadku miejsce przy Dossier. No i podobnie jest tutaj. Warstwy rzeczywistości zaplatają się, przenikają, zachodzą na siebie, łączą wzajemnie. Moore nie tylko puszcza oko do czytelnika, jak ma to miejsce przez 30 zeszytów, ale po prostu parzy mu prosto w twarz. Zacierają się granice pomiędzy rzeczywistością odbiorcy, rzeczywistości dzieła, będącą jego światem wyobraźni, a światem wyobraźni bohaterów komiksu. A może to jedno i to samo? A może i nie? Nie zamierzam się wdawać w szczegóły (bo spoilery i wogl), ale bez względu na to czy nadinterpretuję czy nie, to chyba właśnie do tego typu rozważań chciał skłonić odbiorcę Moore. W moim przypadku się udało, chociaż nie jestem pewien czy dobrze go zrozumiałem.
Po wielkim wybuchu (dosłownie i w przenośni), następuje epilog. Łagodny i spokojny. Po nim, w ostatnim zeszycie, jest... Sam nie wiem co, bo jeszcze tego nie przeczytałem. Nie jestem gotów. Formalnie w każdym razie Moore znowu przyszalał. 32 zeszyt serii to taka komiksowa "Gra w klasy". Można czytać po stronie, można według numeracji, można też zeszyt rozbebeszyć (chyba, w trejdzie inaczej to rozwiązano), i ułożyć sobie z niego wielką planszę, z rysunkiem Prometei, i galaktyką hipertekstów. Rysunki postaci, dymki, linki, odniesienia, a wszystko to zaplata się po planszy złożonej z połowy stron komiksu. Druga połowa stron tworzy drugi rysunek pełen połączonych rysunków i informacji. Jak kupię kiedyś zeszytowe wydanie to rozłożę sobie na podłodze i przeczytam. Po stronie nie zamierzam dziubać. Pomniejszona wersja daje tylko wgląd na wygląd całości, ale sie to trudno czyta. Kiedyś to skonsumuję, może w końcu zrozumiem w pełni intencje autora.
Wessanie tej serii zwróciło mi uwagę na prostą rzecz, której kiedyś nie byłem aż tak świadom. Moore to nie tylko klasyk, mistrz, komiksowy rewolucjonista i anarchista. To nie tylko klasa sama w sobie jeśli chodzi o pisanie fabuł komiksowych. Facet tak naprawdę wykorzystuje swoje seria komiksowe, by sprzedać swój punkt widzenia na jakiś temat w formie takiego zawoalowanego eseju. I robi to z zajebistym wdziękiem. "V4V" to rozważania na temat różnic między jednostką a społeczeństwem oraz wagi indywidualizmu i obywatelskiego sprzeciwu. "Łoczmeni" tak naprawdę dotyczą różnic między obiektywnym dobrem będącym subiektywnym złem, a subiektywnym dobrem, będącym obiektywnym złem, to także pytanie, na przykładzie dualizmu Rorschach/Veidt, które jest którym. LXG - fantazja, narracja, opowiadanie, zmyślanie. Przynajmniej w przypadku Dossier. "Promethea" - mistyka i fantazja, oraz ich umowna opozycja w stosunku do świata rzeczywistego. Po prostu zuch chłopak. Na koniec linek do Bane'a, który opisuje wrazenia z lektur innego murowego wykładu - tym razem na temat (ogólnie sprawę ujmując) pornografii.

5 komentarzy:

Bane pisze...

Moore to gość, w przypadku którego zwrot "szalony geniusz" staje się eufemizmem. Na jego widok "there is nothing you can do but bow down". Recenzja zachęca, ale jednocześnie boję się, że całość wizji autora będzie nie do ogarnięcia przez zwykłego śmiertelnika takiego jak ja.

Przemek pisze...

no właśnie to nie tyle wizja, co łopotalogiczne wytłumaczenie zagadnienia rozłożonego na czynniki pierwsze. no i finał, wiadomo...

Bane pisze...

Czymkolwiek by to nie było i tak prędzej czy później sprawdzę, tak jak wszystko od Moore'a.

Bane pisze...

No i jest obiecana recenzja "Supreme: The Story of the Year".

Anonimowy pisze...

Witam,

Studio Thunderbull nawiąże współpracę z artystami tworzącymi komiksy. Jeżeli masz talent i chcesz aby Twoje prace ujrzały światło dzienne i odniosły sukces, możemy Ci w tym pomóc. Poszukujemy ludzi, którzy tworzą komiksy, aby publikować je na mobilnych platformach takich jak iPhone czy Android. Współpraca miałaby polegać na dostarczeniu przez Pana gotowego komiksu w formie elektronicznej, a następnie my go publikujemy. Jeżeli chodzi o formy, w jakich może zostać wydana publikacja, to są dwie: płatna i darmowa. Forma publikacji płatnej polega na tym, że konsument ostateczny płaci za produkt - w tym momencie Pan otrzymuje tantiemy za każdą sprzedaż (rozliczamy się na podstawie raportów z firmy Apple dotyczących sprzedaży produktów). Forma darmowa polega na tym, że klient ostateczny nie płaci za produkt i Pan nie dostaje za to żadnych pieniędzy. Jeżeli zdecyduje się Pan na współpracę z nami, to prosimy o przysłanie portfolio i o podanie swojego numeru telefonu, abyśmy mogli skontaktować się Panem.

e-mail:Bezkitu@me.com
Pozdrawiam,
Grzegorz Zwoliński