poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Księżycowi naziści muszą umrzeć

Kosmiczni naziole w końcu najechali Ziemię, a ja dzięki tej dziwacznej produkcji doświadczyłem autentycznego katharsis. To jest jeden z tych filmów, dla których wymyślono kina, czego najlepszym dowodem ocena Pawła P. Felisa w Co jest Grane - 3/6, z czego ta trzecia gwiazdka to za niezależność produkcji i sponsoring internautów.

Kurwa mać.

Co to wogóle za upośledzony argument, usprawiedliwiający ilość gwiazdek???

A. Sory. Wyborcza. Jak mogło mnie tak bezsensownie ponieść. Przecież wiadomo że jak film zarejestrowało na 8-milimetrowej taśmie dwóch studentów, na co dzień pasających kozy w jakimś państwie trzeciego świata, to jaki film by nie był, to i tak dostanie więcej gwiazdek niż porządna, nienudząca, ale zrealizowana przez korporację mielkonka z juesej. Jak pastuchy są z Iranu, to pięć gwiazdek murowane. Jak reżyser znany to i 6 będzie.

Sory za dygresję.

Jeszcze raz.

Iron Sky. Rzesza kontratakuje.

A więc faszyści po przedupieniu wojny zaszyli się po ciemnej stronie księżyca, cały czas ćwiczą się w hailowaniu i maszerowaniu, przygotowują na atak ze strony Ziemian, równocześnie planując własne, ostateczne natarcie. Ubermensze uczą dzieci bzdur w duchu goebbelsowskiej propagandy, pokazując na przykład Dyktatora Chaplina jako krótki metraż, który ani trochę nie kpi z Hitlera. Hasło Heil Hitler wyszło swoją drogą z mody, bo jest kolejny, dogorywający zresztą fuhrer.

Szwaby na ksieżycu zbroiły by się pewnie do skutku, bo technologicznie są w swojej industrialnej bazie w kszgtałcie swastyki nieco w tyle za resztą świata, gdyby nie najnowsza misja NASA. Long story short - naziści potrzebują nowej technologii, i liczą na to że czarny kosmonauta-figurant im pomoże skołować nieco gadżetów z ziemi.

Fabuła jest generalnie średnia, ale nadrabia poziomem kuriozalności i śmierteną powagą szwabów, którzy cały czas pieprzą coś o nieskazitelności aryjskiej rasy, wywarkują rozkazy i tytułują się totalnie kretyńskimi rangami. To nie przygłupy z Allo, allo, to nieśmiertelna Rzesza, która przycupnęła w celach regeneracji w zacienionej części satelity.

Co innego reszta świata. Obowiązkowy 'wyluzowany czarnuch' jest jednocześnie właśnie polewką z Murzyna obowiązkowego na każdym amerykańskim obrazku, z lądowaniem na księżycu włącznie. Gościa kupuję. Co innego ze skretyniałą Panią Prezydent, która już jest w swojej groteskowości przeszarżowana, podobnie jak jej asystentka. Szkoda że zabrakło konsekwencji w budowaniu absurdu poważnym ujęciem głupiego niby pomysłu (nazi+der kosmos=kupa śmiechu). Było by jeszcze lepiej, bo to oko jest puszczane momentami w zbyt oczywisty, toporny sposób.

Nie zmienia to jednak wymiaru całości. W scenie walki kosmicznej (bo są i takowe) nie zabrakło Cwałowania Walkirii, zresztą nie zabrakło i inych odwołań do Wagnera/mitologii nordyckiej. Uberstatek kosmiczny to Gotterdamerung. Poza tym obowiązkowo nawiązanie do najbardziej memogennej sceny z Upadku, wybuchy, nieco strzelania, polewka, 'take me to your leader'. Generalnie dobra, bezpretensjonalna rozrywka, wszystko to, co obiecywał trailer, a czego nawet po trailerze nie zrozumiał recenzent wyborczej.

Hidden bonus - jedna z bohaterek niemal cały film spędza w mundurze. Panie Felis - to takie niuanse zapewniają filmom dodatkowe gwiazdki, a nie sposób finansowania!!!

Cóż mogę dodać? Jak na niezależną produkcję to realizacja świetna. Może nie są to efekty godne George'a Lucasa, ale za to odbiór całości na pewno lepszy niż jego ostatnie dzieła. Kosmiczne zeppeliny, laska w mundurze i muzyka zrobiona przez gości z Laibach.

Czego chcieć więcej?

Nazistów na dinozaurach! Bo zombie już byli.

Albo NKWD, atakującego ze swojej tajnej bazy na Marsie. I ta opcja jest wcale nie wykluczona, bo ostatnie ujęcie, po przejeździe przez kosmos, pokazuje właśnie, nomen omen, Czerwoną Planetę.


Oby.

Meanwhile on earth:


               

sobota, 28 kwietnia 2012

Lost Girls

Niby przewidywalne, ale Moore znowu mnie zaskoczył, pokazując coś oczywistego w niezwykły sposób. Jego Zagubione Dziewczęta dopełniają chyba zestaw wydanych u nas dzieł tego autora, który każdy fan komiksu mieć powinien. Sory. Dopełniają mój zestaw. W dalszym ciągu nikt nie wydał Promethei, ale to inna bajka. A ja nie mam ciągle żadnego Swamp Thinga. Tak czy inaczej - długo odwlekaną premierę tego komiksu osobiście uważam za święto.

Prawie każdy zainteresowany wie o co tu chodzi. Dorotka z Czarnoksieżnika z Oz, Alicja z Alicji w kranie czarów i Wanda z Piotrusia Pana żyją w realnym świecie, poznają się wzajemnie, pieprzą w każdy możliwy sposób, w międzyczasie kopulując z każdym napotkanym i napotkaną. Moore to wariat, wiadomo, nie ma szoku, acz wieje tanim trollem. Tylko że u tego typa trolling jest poniżej godności, jak on coś robi, to temat ma dogłębnie przemyślany, i ważne jest dla niego zarówno co chce powiedzieć, o czym, jak i w jaki sposób to wyrazić. Tym bardziej nie można tanim trollowaniem nazwać dzieła, które powstawało półtorej dekady.

Historie trzech klasycznych bohaterek literatury dziecięcej to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. To osnowa historii. Panie spotykają się w austriackim hotelu, znajdują wspólny język, orientują się że coś je łączy. Tym czymś jest burzliwa młodość, która ukształtowała ich charaktery i seksualność (można to w ogóle oddzielać? czy zgodnie z obecnymi doktrynami seksualność już nie istnieje, jest tylko wymysłem kulturowym? tak pytam, bo nie ogarniam). Każda zaliczyła swój osobliwy rytuał przejścia, gdy zaznała rozkoszy cielesnych, jednocześnie zatapiając się w świecie fantazji, głównie tych seksualnych.

Moore na nowo przerabia klasyczne bajki. Panie opowiadają sobie swoje historie, pełne wymuszonej perwersji, gwałtu, pedofilii, także kazirodztwa. Nie ma tu chyba tabu które by się nie załapało do kompletu. No tylko nekrofilii brak. Jednocześnie Moore odnosi się w najważniejszych akcentach głównie do motywów znanych z pierwowzorów. U Alicji jest i buteleczka 'wypij mnie', i Pan Stonoga, i Szalony Kapelusznik. Dorotka spotyka na swej drodze do uświadomienia sobie własnej seksualności i Blaszanego Drwala, i Stracha na Wróble, i Strachliwego Lwa. Jest i Zła Wiedźma, i Dobra Wróżka, z czego jedna pod postacią macochy, a druga miłej dziwki, kojarzącej się Dorotce z mamą. Moore po prostu zrobił wiwisekcję bajek, wywrócił je na lewą stronę i przepuścił przez filtr psychoanalizy. W końcu i Dorotka, i Wanda miały w swoich ni to snach, ni to doznaniach, do czynienia z lotem, kojarzonym przez Freuda dość jednoznacznie. I tak dalej, i tak dalej.

Jak to u Moore'a, wrażenie robi precyzyjna konstrukcja całości. To trzy części, każda podzielona na 10 misternie ułożonych rozdziałów. To komiksowy Dekameron. Bohaterki naprzemiennie opowiadają sobie swoją bajkową, przesyconą perwersyjnym erotyzmem przeszłość. Równolegle bohaterki i bohaterowie poświęcają się lekturze kolportowanej w hotelu Białej Księgi, w której na przykład nieznane literaturoznawcom erotyczne ekscesy Doriana Graya zdobią malunki stylizowane na Egona Schielego. Odwołań plastycznych jest zresztą cała masa. Bywa że opowiadanie z Białej Księgi trwa równolegle z retrospekcją jednego z bohaterów. Szkatułkowość w czystej postaci. Gdy bohaterki udają się obejrzeć balet, narracja związana z widowiskiem splata się z kameralną orgią, jaką urządzają one sobie siedząc wśród publiczności. Skojarzenia z piracką opowieścią ze Strażników wydają się być naturalne.

Całość jest po prostu utopiona w secesji. Wspomniany Schiele, Mucha, inni artyści z epoki, stylizacje wizualne, czy balet, oczywiście też z tamtych lat. Nad bohaterkami unosi się dekadencka, fin de siecle'owa aura, aura wieku który jakby nie odszedł ze swoim końcem, a który zakończyła definitywnie dopiero wojna (akcja komiksu dzieje się na przełomie lat 1913-1914). Spotkania, orgie i rozmowy bohaterek, o czysto terapeutycznym charakterze, przpominają o narodzinach psychoanalizy, która powstawała przecież właśnie w tamtym okresie w Austrii (do czego odnosi się zresztą jedna z postaci). Wszystko w tym komiksie jest nie tylko na swoim miejscu, ale także w swoim czasie.

Poechowałem i poachałem nad strukturą i atmosferą, ale czas wrócić do tego, że ten komiks to po prostu porno. Porno, jak to - o ile pamiętam - Moore ujął, którego nie da się czytać jedną ręką. I dlatego że format i masa za duże. I dlatego, że chociaż na prawie każdym kadrze cycki i obscena, ale to nie komiks do fapowania. Do achowania i ochowania nad fabułą i narracją? Dla mnie tak. Wracając do mojej teorii że każdy kolejny komiks Moorea to tak naprawdę esej, który dla niepoznaki ma fabułę - tak samo jest i tutaj. To komiks o naturze pornografii, seksualności i fantazji seksualnych. Moore pięknie odnosi się do porno dotyczącego kazirodztwa, płentując że to przecież nie kazirodztwo, a idea kazirodztwa. Więc przecież wszystko jest OK. Bo pornografia to stymulator fantazji, a w nich możemy przecież wszystko, czemu poświęcony jest następujący kawałek:

Pornografia to zaczarowane ogrody, w których najskrytsze i najwrażliwsze z naszych licznych natur mogą się bawić bezpiecznie. To... och, ta pani pizda. Ależ ciepła...

I to chyba najlepiej płentuje, co Moore ma w tym komiksie do powiedzenia, i na czego poparcie napisał scenariusz na ponad 300 stron.

Oddzielny akapit należy się Melindzie Gebbie, żonie scenarzysty, autorce strony wizualnej. Początkowo miałem problem z niekiedy pokracznymi dla mnie postaciami. Nie wiem, czy z kolejnymi stronami kupiłem konwencję, czy lata praktyki poprawiły warsztat Melindy. Na pewno świetnie sprawdza się ona jako artysta dysponujący kilkoma różnymi stylami i technikami. Narracje bohaterek są obdarzone indywidualną oprawą, kolejne opowiadania z Białej Księgi mają swój indywidualny styl, a wszystko to utrzymuje się w klimatach nawiązujących do epoki (na tyle, na ile jest w stanie pojąć to mój mały, nieakademiopiękny rozumek). Koncepcje narracyjne Moore'a i realizacja Gebbie tworzą tu po prostu spójną całość.

Cóż mogę dodać? Ten komiks to A-MUST-HAVE dla każdego, kto uważa się za fana komiksu. Lepsze takie jedne Zagubione Dziewczęta niż 3-4 inne komiksy, które można za tą cenę kupić. To też dowód na to, że pornografia może być O CZYMŚ, nawet jeśli tym CZYMŚ jest istota i historia pornografii. I nie musi być koniecznie paszą dla oczu, napędzającą fapowanie. Fajnie też, że ktoś potrafi tak wnikliwie i ciekawie analizować takie komiksy jak na przykład dr Lech Nijakowski na sympozjum w Collegium Civitas. Szkoda że redaktor Chudoliński i tłumacz dzieła nie połapali się że nie mają za dużo ciekawego do powiedzenia, i nie skrócili swojego 30-minutowego wstępu do minut 5-ciu, by pozostawić doktorowi resztę z godziny na przedstawienie jego punktu widzenia. Mam nadzieję że będzie jeszcze okazja posłuchać o spojrzeniu tego pana na pornografię, choć nie wiem jaka miała by ona być. Zagubione Dziewczęta to komiks jedyny w swoim rodzaju, i nie wiem kiedy będzie nam dane mieć kolejną premierę tego formatu.




Pod skryptem: czy ktoś może mi wyjaśnić jeszcze raz - dlaczego grzbiety komiksów Timofa raz mają napis od góry do dołu, a raz z dołu do góry??? Timof? No powiedz, kto tego nie ogarnia i to spieprzył?

Ale tak czy siak - znak jakości (wirtualnie, bo nie chce mi sie go po kompie szukać, na nieswoim robie  :/ ).
EDIT: dzięki Robertu Adleru znak jakości wraca na swoje miejsce, czyli do postów o rzeczach co kopią dupę, tak że konkurencji powinno być wsytd. Autor znaku, przypominam, to Jaszczu.

Włala.


środa, 18 kwietnia 2012

Powrót półgłówków

Z wiekiem urósł mi brzuch, wypadło trochę włosów, broda lekko posiwiała, mam za to wyższy Gamescore w Xbox Live, ale Beavis i Butt-Head powrócili do MTV tacy sami jak dawniej. Tak samo głupi i ograniczeni, tak samo obleśnie się rechoczący, ciągle robiący wszystko w najgorszy z możliwych sposób. Nie postarzeli się ani o rok, nie zmienili fryzur, nawet koszulki mają te same. To dalej ta sama mieszanina anarchii, bezczelności, głupoty i gówniarskiego, pozowanego nihilizmu. Jak byłem w ogólniaku to nie byłem w stanie tych kolesi nie lubić. Znajomi też. Powrót B&B do MTV to jak powrót kumpli, tym fajniejszy, że można powiedzieć że upływ czasu ich nie zepsuł.

No niestety powiedzieć tego nie można o MTV, która ofiarowała tą animkę światu. Zmieniły się MTV, czasy, kultura, i oczywiście widownia stacji. W Music TV nie ma już prawie miejsca na muzykę, są kretyńskie reality show o spektrum zagadnień pokrywającym się z ulubionymi tematami tabloidów. Tylko politycy się chyba nie łapią, bo ich gówniażerka nie lubi. MTV była w latach 80-90 ikoną, Beavis i Butt-head byli jednym ze sztandarów. Sztandar znowu się podnosi, ale maszt ma mniętki niby uwiąd prącia.

B&B te naście lat temu polewali z zupełnie innej rzeczywistości. Z napinających klatę metalowców, z niedogolonych grandżowców, psychodelicznych teledysków, bo to wszystko było tak samo częścią mainstreamu, jak Boy George ('huhhhuhhh, he's a boy? No way!!! huuhhhuhuhuuhuh'). Byli krzywym zwierciadłem polewającym autoironicznie z tego, co serwuje MTV. Byli karykaturą statystycznego widza tego kanału. Teraz dalej są przygłupami z lat 90tych z metalową zajawką, ale ich żarty to jak kopanie leżącego. Polewanie z teledysku LMFAO, których oglądanie jest dla mnie tak samo nużące jak słuchanie? Trochę jak darcie łacha z bloga Kasi Tusk. Cel zbyt łatwy, który jednocześnie nie zapracował sobie żeby z niego polewać, bo wykpiwanie byle kogo jest średnie. Wolę jak drze się łacha z KOGOŚ WIELKIEGO. Na z przykład Metalliki albo z matki Grycan z córkami. No niestety. Tak samo fragment reality show od gościu co woli oglądać porno niż mieć dziewczynę, bo tak łatwiej, to jak sprzedanie kopa śpiącemu spanielowi. Rechot z Ekipy Filladelfia, czy jak się nazywają ci idioci? Sprzedanie plaskacza marudnemu 5-latkowi.

Może to dalej wyraz autoironii MTV, która potrafi (albo raczej pozwala Mike'owi Judge'owi) pośmiać się z własnych chorych płodów. Nie wiem tylko czy to gdziekolwiek MTV zaprowadzi. Odwoływanie się do głupot puszczanych obecnie, Zmierzchu i temu podobnych? Nie no spoko, przyznam że rechotałem. Starzy fani B&B pewnie też, bo ci dwaj kretyni są nie do zdarcia, nie ważne z czego drą łącha. Co jednak na to cała młoda generacja, z grzywkami, w raybanach, płacząca że dostała na urodziny iPoda w białej, nie w czarnej obudowie? Raczej nie mają za dużo znajomych takich jak ta para debili, odrażających swoimi niemodnymi butami, niedbałością fryzury pozbawioną wystudiowania, czy koszulkami kapel które nie są fajne nawet w kategorii 'tak słabe że się z tym obnoszę'.

A może sie dopieprzam, bo za mojego młodu trawa była zieleńsza, a woda bardziej mokra. Może polewka z totalnej padaczki jednak zaskoczy, udowadniając że jednak to co się dzieje z MTV to ślepa uliczka. Bym chciał. Ale w to wątpię. Bo kiedyś nie było internetów, a teraz są. Jak chcę coś fajnego, to to sobie guglam. Chcę odmóżdżającą papkę, to włączam telewizor. Temat zmian w dostępie do dóbr kultury w epoce przedinternetowej, w porównaniu do chwili obecnej jest zbyt szeroki, by w niego jechać, więc tu dygresję brutalnie urywam.

Może jednak mimo wszystko gówniażerka to podchwyci, wierząc na słowo w kultowość marki, i jej się to w trakcie autentycznie spodoba. Ja jednak mówię pas, z jednego konkretnego powodu. Lektor i tłumaczenie. W tym przypadku to coś porównywalnego z dubbingowanymi Star Warsami. Rozumiem że seriale z napisami to morderstwo ratingów, może więc młodzież się skusi. Usłyszy lektora, i stwierdzi że żenadź. Ja tam jednak daję sobie na wstrzymanie, czekam aż seria dojdzie do końca, i zapodaję komplet na kanale torrent. W oryginale. Bo ten chamski bełkot i rechot trzeba słuchać i oglądać w wersji oryginalnej, tak jak te 15 lat temu. Inaczej nie daje rady. Może przesadzam, ale przypuszczam że nie tylko ja tak mam.

Tak więc - dziękuję MTV za powrót ikon z czasów młodości. Ja te ikony sobie chętnie piracko pooglądam, albo nawet kupię na DVD (oczywiście w Anglii, bo u nas jeśli wogóle wyjdzie, to za chorą sumę). Ale męczył uszu przed telewizorem nie będę. Jeśli starzy fani zleją to w Polsce na przykład z tego powodu, a młoda generacja nie zakuma zajawki, to potem się okaże że jednak powrót B&B był niepotrzebny, co dobitnie udowadniają ratingi. I znikną z polskiej ramówki.

Niech znikają. Mam to w dupie. Jak to mawiała major Motoko Kusanagi - sieć jest długa, szeroka i głęboka, więc udławcie się tym swoim chujowym lektorem.

sobota, 10 marca 2012

Conan de barbarian

O ile pamiętam, to prawdopodobnie pierwszym komiksem jaki czytałem, który nie był Tytusem, Christą albo Baranowskim (ciekawe swoją drogą, myślę PAPCIO, piszę TYTUS), był Conan: Klejnoty Gwahlura. JAk przypuszczam, czytałem go jeszcze zanim poznałem Thorgala, i jako że byłem 7 czy 8-letnim pacholęciem, to jest to (obok Diuny Lyncha czy filmów z Brucem Lee) jeden z głównych czynników które zryły mi baniak.

Oczywiście Conany z Arnoldem uwielbiam jak każdy fan Arnolda, fantasy, lubujący się w akcyjnych B-movies. Z Czerwoną Sonią włącznie. Takim fanem jestem. Więc nowej adaptacji książek których na oczy nie widziałem oczywiście nie mogłem przegapić.

Oczywiście przegapiłem.

Ale nadrobiłem!!!

Nowy Conan rozwalił mnie początkiem. Przejeżdżając po mapie świata pokazuje Atlantydę jako sąsiada zachodniej Afryki, jest mgnienie Uroborosa, po czym przechodzi do Cymerii, która okazuje się być średniowieczną Szkocją. Bitwa, w trakcie której na świat przychodzi tytułowy bohater, wygląda jak wyjęta z Nieśmiertelnego, tylko że jest krwawsza. Ojcem herosa okazuje się być Ron Perlman. Hellloooo, Hellboy indahaus? Rolę narratora, pozwalającego zanurzyć się w świecie, odgrywa znajomy głos Morgana Freemana. Przygrywa celtycka muzyczka. Poznajemy młodego Conana, i już jest krwawo. Pięknie. Zapowiada się świetny film.

Kończy się etap młodzieńczy, przechodzimy do fabuły. I jest dupa. Bo fabuła klęczy w kąciku i prosi o dobicie, a dorosły Conan jest, kurde... Jakiś taki mało Conanowaty...

Ja nie twierdzę że typ jest zły! Ma mięśnie, długie kruczoczarne włosy (o ile pamiętam to była kwintesencja Conana), tylko że jest daleki od figury archetypowego barbariana. Za gładki jest. Za często się uśmiecha. Garnitury mógłby reklamować. Albo przynajmniej perfum o zapachu piżma. No niestety, komiksy, filmy i malunki Frazetty tak mi jego obraz ukrztałtowały. Grubiej ciosany powinien być, więcej grubiaństwa i okrucieństwa... Acz tacy herosi dziś się nie sprzedają, widać nie pasują drugim połowom, które ze sobą zaciągają do kina fani filmów z lat 80tych. Trudno. Bywa. Mógłby go niby zagrać Rock. Albo Vin Diesel... Stop! Ten to by z długimi włosami groteskowo wyglądał... Ale dało by sie znaleźć kogoś właściwego, nie?

Więc jest dark fantasy, fajnie rozegrane są geograficzne klimaty fantastycznego świata, w którym widać co jest Szkocja, co Persja, a dark empire to Rzymianie (sztandary, zbroje czy tarcze sąd dość sugestywne). To jest fajne, krew jest fajna. Szkoda że całość jest sztampowa i nudzi. Wyszło na to że Król Skorpion, który był pozbawiony o ile pamiętam krwi, i którego zapamiętałem jako takiego 'gorszego Conana', zapadł mi w pamięci jako film przyjemniejszy niż to. Ba. Mało powiedziane. Zapadł mi w pamięci. Z nowego Conana już nic nie pamiętam.

Poza jednym.

W pamięć zapadł mi Stephen Lang, jako main villain, dość autentyczny w roli skurwiela, ale on to w twarzy ma praktycznie wypisane.

Druga sprawa to Jason Momoa jako Conan. Jako Cymeryjczyk gość mi nie grał. Zbyt gładki, zbyt miły uśmiech... Ej! On ma uśmiech!!! To żaden barbarzyńca!!! To nie tak!!!

Ale.


Jeśli dojdzie do ekranizowania Slaine'a, to osobiście będę typowi kibicował. Umięśniony, sprawny fizycznie, zbliżony z gęby i - co najważniejsze - obdarzony podobnym rodzajem charyzmy co Mac Roth. Trochę łajdak, trochę bandzior, ale gładki, jednak nie na sposób Hana Solo. Gość ma w oczach wypisaną nieobliczalność i tendencję do okrucieństwa, ale ma to specyficzne COŚ. Gdzieś pomiędzy uwiedzeniem dziewicy, a spaleniem wioski pełneju niewinnych wieśniokuff. Celt jak się masz. Jak by mu tylko włosy naprostować, nażelować i ściąć, wsadzić w łapę topór a nie miecz, dać to produkować HBO, oraz obsadzić Buscemiego w roli Ukko, to byłby murowany hit!!!

A Conan nowy?

Nokurwa.

Trochę szkoda czasu...

Pod skryptem: wracam pewnie blogowo do komiksu, bo właśnie nadrabiam zagraniczne trejdy Hellboya, i wierzcie mi, zajebistym Dziki Gon, ktory teraz ma u nas wyjść jest, i nie omieszkam fapowaniem się podzielić...

środa, 15 lutego 2012

Obywatel Czech

Jeśli jakiś naród brzmi tak, jakby samym swoim językiem chciał zakpić z innej nacji (na przykład naszej), to trudno od niego oczekiwać powagi. Nawet jak ma się do czynienia z najwyższymi urzędami państwowymi. "Obywatel Havel", film o najlepiej chyba kojarzonym w Polsce Czechu, nie zawodzi raczej tego typu oczekiwań.

Ten dokument, przez szereg lat tropiący czeskiego prezydenta, pokazuje go z różnych stron. Jest w nim mąz stanu, jest (wcale nie samozwańcza) moralność narodu, jest poczucie humoru. Jest duża doza autodystansu, oraz brak nieomylności. Havel to gość który zmienił razem z paroma innymi Czechy, ale to normalny facet. Zapali, napije się, pośmieje, zapali kolejnego papierosa, wypije kolejne piwo. Jednocześnie nie zapomina jaką odgrywa rolę, co go widać w trakcie filmu z czasem coraz bardziej męczy. Gość z krwi i kości. Zabawnie wygląda że ten kurduplawy Czech z wąsem jest gościem wobec którego lekką tremę objawia jeden z Rolling Stonesów, pytając go o czeską restaurację. A Havel generalnie ma wywalone. Stonesi na nim wrażenia nie robią, Clinton nie robi, a z Vaclava Klausa ogólnie drze łacha. Choć czuje się wobec niego niejednoznacznie. Trochę jako prezydent wobec obywatela. Trochę jako uczeń wobec nauczyciela. Ogólnie niejednoznacznie.


Trudno ocenić ten dokument jako film, łatwiej jako obraz człowieka, bo to tego typu dzieło. Havel to postać z jednej strony wyniesiona w nim ponad masy, z drugiej nie pozbawiona wad. Gość chce być w porządku wobec zasad, moralności, wobec siebie. Z drugiej strony ulega podszeptom doradców, którzy podpowiadają co słuszne (scena ze strajkiem w telewizji). To w końcu typ totalnie mający w dupie wielką politykę - o swojej drugiej żonie mówi jako o zasłonie dymnej, co odwróci uwagę francuskiego prezydenta. Ma wziąć udział w uroczystym obiedzie w USA, ale gardzi ich kuchnią (gdzie pieprz? gdzie musztarda???), więc uważa że to ich wina, że gdyby potrafili choć zupe zrobić, to by wyszedł po pierwszym daniu, a tak to wogóle na obiad nie zajrzy. Ogólnie rzecz biorąc - swój chłop.

I tu ogarnia mnie lekki żal. Czesi nei tylko doprowadzili do tego, że mają całą stolicę, to jeszcze pozwolili sobie mieć prezydenta, o którym można zrobić fajny film. I ja im tego prezydenta i filmu szczerze zazdroszczę. Po filmie, który puściła polska telewizja, chwilę się zastanawiałem, co by można u nas zrobić. Albo o Lechu, co nie chciał a musiał, i generalnie dotąd z gramatyką ma na bakier. Havel wiadomo, dramaturg. Inna bajka. Albo o Olku, co to jak nie miał choroby tropikalnej, to każemu wmawiał ze średnim efektem że jest prezydentem wszystkich Polaków, choć generalnie starej nomenklaturzen raczej ristekpy składał. Havel wiadomo, nie z tej gliny. A potem mieliśmy Lecha Drugiego, co to albo sie kłócił w którym samolocie siądzie i gdzie i z kim się spotka, albo o ziemniaki się obrażał. Co mi przypomina scenę z filmu, gdzie Havel ogląda przed reelekcją spotkanie izb bodajrze parlamentu, co decydują o wyborze prezydenta, słucha monologu gościa z partii republikańskiej, który wiesza na nim psy, że Havel nie godzien itp, i po prostu jawnie, przed kamerą z gościa polewa, parskając śmiechem. Lech K. to by się chyba zadławił prędzej.

No niestety. Szkoda mi. I że polska kinematografia nie wypluła tak zdystansowanego filmu o prezydencie-ikonie-człowieku, i że niestety nie grozi nam że się tego typu postaci doczekamy. A niepoważni, niefrasobliwi Czesi taką postać mają. I ja jej im szczerze zazdroszczę.

piątek, 10 lutego 2012

Moje komiksy roku 2011

Zerkam od jakiegoś czasu na wyniki głosowania na komiks roku i przyznam że nie ogarniam,. Refleksje na ten temat, jak również czy podawanie wyników głosowania w trakcie głosowania ma sens, i co może z tego wyniknąć, zostawię sobie raczej na później. Temczasem - cholera, long time no blogin', więc może podsumuję na tyle lapidarnie na ile mnie stać minione 12 miesięcy na naszym ryneczku. Co sądzę o polskim komiksie jako-takim można przeczytać na Kolorowych, a u siebie po prostu wymienię albumy co mi w trakcie roku najbardziej podeszły. W chronologii według wyników głosowania na moment obecny. Oczywiście - nie dałem rady wessać wszystkiego co się u nas wydaje, przez co moja subiektywność jest podwójna. No i wybaczcie mi brak okładek, bo za dużo tego, a ja jestem leniwe dość bydlę.

Czasem - jedno z zaskoczeń, bo od pierwszych informacji do premiery stosunkowo mało czasu minęło. Fajna historia Grześka Janusza, może nie najlepsza jaką napisał, ale na typowym dla niego wysokim poziomie poniżej którego nie schodzi. Fajne drugie dno, które można sobie interpretować po swojemu - o czym to w ogóle niby jest. Rewelacyjna krecha Kolca, który rozwija się jak szalony. Oby nie przestawał, a palma mu nie odbiła, to za 5 lat wygryzie Trusta z intratnych zleceń, i rzeczony może weźmie się znowu za komiksy inne niż zamawiane. Albo i nie.

Pinokio - może mnie nie powalił całościowo pierwotnie, ale wizualnie to jest majstersztyk, gry konwencjami (i narracyjnymi, i plastycznymi) to rewelacja, a zabawa z pierwowzorem przednia. Wydane też świetnie, więc mus.

Pluto - moja osobista ulubiona seria która wychodzi w normalnym trybie w naszym pięknym kraju. Wizualnie - manga bez przegiętych oczu. Dynamiczna dynamika, mimiczna mimika. Fabularnie - kapitalna historia z wykorzystaniem robotów by mówić o istocie człowieczeństwa i ludzkiej dehumanizacji. Wszystko w konwencji kryminału. Każdy, kto zlewa ten komiks, bo nie lubi mangi, czyni głupio - i tyle.

Szkicownik KRLa - no może to nie komiks, ale robota komiksiarza, było nie było. Jak by to powiedzieć... to nietuzinkowe wydawnictwo pozwala zajrzeć do głowy jednego z ciekawszych i chyba też bardziej pokręconych autorów pokolenia... hmmm... średniego? Szkice, projekty, generalnie najlepszy komiksowy odpowiednik dodatków z DVD pozbawionych filmu, ale że my te filmy raczej dobrze znamy, to nie ma żalu.

Amerykański Wampir - Vertigo takie, jakie lubię. Rysunkowo może bez urywania dupy ale na poziomie, ważne że rysunkiem po oczach nie kole. Fabularnie wampirzy western, czyli miks niemal idealny, bonusowo main hero to interesujący skurwiel i łach jakich mało. Dodatkowo fajne zestawienie ducha przemian tamtych czasów - wampir amerykański jest nową rasą krwiopijcy, jeszcze bardziej wyzbytego zasad niż jego poprzednicy ze Starego Lądu. Ergo - patrzaj Europo, jakiego przebydlaka sama stworzyłaś i poszczułaś na świat, z sobą włącznie. Dobre, czekam na ciąg dalszy.

Diefenbach - wizualnie mistrzostwo, Dürer pełną gębą. Całość ascetyczna w fabule i narracji jakby, ale wszystko buduje kapitalny, skandynawski taki klimat. A że ponoć to komiks w klimatach blackmetalowych, to coś jest na rzeczy. Ale jak się ma to do poprzedniego tomu? Czyżby to prequel? Mnie tak wynika, a że mało kto ośmielił się zestawić w recenzji fabułę z tomem poprzednim, to nie mam przesłanek, może jestem w podejściu osamotniony. Muszę kiedyś spytać Benka. Może będzie litościwy, zachowa powagę i odpowie szczerze. Tak czy siak - czekam na kontynuację, oby wyszła szybciej niż później.

Mglisty Billy - no to też trudno nazwać komiksem, a przynajmniej całość wydawnictwa. Dziwna rzecz, taka niby infantylna ale kripi, trochę klimatu E.A. Poe, nieco wrażliwości Burtona, duchy, upiory, nieco obleśności w wersji dziecięcej, jakieś pijawki i robale. Przyjemna choć niejednoznaczna lektura, tu jakieś pamiętniki, historyjka komiksowa, potem dziwaczne ogłoszenia. Tak czy siak - wspominam bardzo przyjemnie, za te burtonowo-poowe klimaciki które uwielbiam, nawet jak zinfantylizowane.

Wybryki Xinophixeroxa - może fabularnie mniej mi robiło toto niż poprzednie rzeczy Sandovala, ale wizualnie robi jak zawsze ten pan, nie widzę sensu rozwijać myśli. Jak się lubi jego krechę i sposób operowania farbkami to się nie potrzebuje więcej słów zachęty, tylko się to łyka.

Wiedźmin: Racja Stanu - bo to komiks środka jakiego w Polsce brakuje, w dodatku naprawdę na poziomie. Nie jest to Sztuka przez duże S, nie zmieni nikomu życia przesłaniem, Klimek może nieco za bardzo stara się ciągnąć krechę po frankofońsku (ja tam lubię jak ktoś stawia bardziej na mazy w autorskim stylu), ale spokojnie mógł by się ten komiks wydać na rynku zachodnioeuropejskim, i raczej nie wyróżniał by się w sposób negatywny, prędzej pozytywny (z drugiej strony - ja przecież nic kurwa nie wiem o komiksie frankofońskim, więc co ja pierdolę???). Dobre ujęcie Wiedźmina, fachowa oprawa, chciał bym takich rzeczy naszej produkcji więcej.

Corto Maltese: Złoty dom w Samarkandzie - bo Pratt to Pratt i już za ten fakt należy się owacja że Post w końcu wydał kolejny tom tego znakomitego cyklu.

Rewolucje. Na morzu - bombeczka, chyba moja ulubiona pozycja polskiej produkcji tego roku. Skutnikowa krecha i malunek jak to zwykle, choć dupogęby mniej dupowate, a akwarelek jakby więcej i subtelniej i w ogóle. Fabuła jest po prostu nośnikiem zupełnie służebnym tutaj wobec narracji, która jest pierwszorzędna, na co nigdzie w recenzjach uwagi nie zwróciłem, żeby ktoś to zaakcentował. Bo nie chodzi jak dla mnie tutaj o to co jest opowiedziane, a jak. Proste historyjki bohaterów nie ruszają zanadto, bawi operowanie napięciem, ciekawością odbiorcy (czyli moją, nie wiem jak u innych), konsekwencja i konstrukcja całości precyzyjna niczym szwajcarski zegarek. A najlepsze jest łączenie wątków, będące jakby komiksowym odpowiednikiem jednego długiego ujęcia na cały film. Zero przeskoków scen. Zero nagłych zmian miejsca akcji. Wszystko w ten czy inny sposób się lepi, od początku, aż do samego końca. Mojego, albo jej.

Sorry.

Nie ten film.

Bler 2: Zapomnij o przeszłości - inny kierunek niż tom pierwszy, z dekonstrukcji superbohatera zrobił się nagle Philip K. Dick. Ciekawi mnie jak z tego Rafał wybrnie, czy nie będzie jak z Matrixami, które w połowie sprawiały jeszcze wrażenie że autorzy wiedzą o co im chodzi, ale nie mówią wszystkiego, a na koniec okazało się że nie, jednak nie, po prostu przeciągali gluta. Zakładam że Rafał wie co robi, ma u mnie kredyt, nie przeszkadza mi że to na poważnie (postironia, lol [i SIC! na raz]).

La Masakra - tytuł mówi wszystko. Prosta krecha w stylu jakby-prasowym, poczucie humoru które specyfiką i brakiem tabu oscyluje między Raczkowskim i Pythonami, tylko że bardziej dosadne. Kupy, kopulacja, urywanie łbów. Byłem wniebowzięty. Czarna Koperta na BFK moim polskim komiksem roku? Chyba jednak tak. Sorry Mateusz. Jerzego Szyłaka nie przepraszam, zdaje się że wie że i tak jestem (byłem?) jego hejterem, więc mu raczej wszystko jedno.

Torpedo - nie ważne który tom, była to moja ulubiona wychodząca u nas normalnie seria, dopóki się nie skończyła (pałeczkę przejął Pluto). Bezbłędna kreska, świetny klimat, słowne wygibańce i megaskurwiel w roli głównej. Miller by tak chciał, ale nie umi.

Wyszło mi 14 pozycji. Nie. 15. Chyba. Część się nie załapała w głosowaniu, bo limit do 10 pozycji jest, musiałem więc eliminować na niejasnych nawet dla mnie samego zasadach. Parę pozycji z listy na bank doczytam, ale parę innych pozycji się nie załapało do zestawienia, i w sumie nie wiem dlaczego ich tam nie ma, gdyż powinny. No to jazda:

LXG: Stulecie - 1969 - Moore jest Moore, znaczy wariat erudyta o niesamowitej wręcz fantazji. Czarne Dosje mnie zniszczyło swego czasu, pierwszy tom Stulecia już niekoniecznie, a tu znowu pięknie jest i cudownie jest. Era wodnika, wolna miłość, narkotyki. Tona nawiązań które tym razem jestem w stanie wyłapać - the Ruttles, odpowiednik Jaggera śpiewający odpowiednik "Sympathy for the Devil", o odpowiedniku Crowleya nie wspominając. Intrygujące zakończenie, czekam na zamknięcie tomu trzeciego niezmiernie.

Fistaszki - WTF??? Wyszły w zeszłym roku aż dwa tomy, oba znakomite, bo i bohaterowie są lepiej rozwinięci, i Snoopy bardziej ukrztałtowany, jest więcej emo-głębi filozoficznej, słowem mus totalny. Czyżby każdy z jurorów myślał 'e, pewnie kto inny to już zarekomendował'???

Logikomiks - strzał z końca roku, ale celny stanowczo. I mocny. Czysta, precyzyjna kreska, dobrze oddająca mimikę postaci, do której w większości komiksu się sprowadza. Miłe kolorki. Ciekawa biografia głównego bohatera (fakt, że fabularyzowana), równie ciekawa jak losy nowożytnej matematyki, logiki i filozofii. Wszystko ładnie wytłumaczone, niebanalna konstrukcja fabuły: historia Russela, logika, będąca historią jego i zmian w logice, tak naprawdę prowadzi do pewnych sugestii co do ludzkiego myślenia w kontekście wojny, a to wszystko spina epilog ze sceną z "Oresteji" Ajschylosa. Jak dla mnie to jest kolejne wzięcie wszystkiego w cudzysłów, i zwrot autorów poprzez antycznych bohaterów do reszty UE, by nie zostawiać Grecji w dupie, zdanej na samą siebie, bo tak Europejczykom nakazuje rachunek zysków i strat, które mogą wyniknąć z wysupłania na nią kasy. Mogę być w błędzie i to srogim, bo komiks miał premierę pierwotnie ponad 2 lata temu, i temat europejskiej pomocy dla Aten nie był bieżącym zmartwieniem unijnych polityków, ale mogę też nie być. W końcu Grecja nie upadła ekonomicznie z dnia na dzień. Ale to tak na marginesie, bo wzmianki o tym w komiksie nie ma, a to i tak świetna rzecz.

Poza tym podobała mi się też Biblia Bisleya, ale czy to komiks? No nie. Ale Szkicownik KRLa to szkicownik a nie komiks, więc co tam, niektórzy strasznie skopali ten album, ale ja tam ołówkowe mazy Simona lubię, więc dołączam do swojego zesawu.

Poza tym zniszczył mnie z totalnej zaskoczki tomik FOR: Komiksy o tematyce ekonomicznej, czyli antologia trzeciej edycji konkursu Fundacji For. Zaskakująco wysoki poziom, fabuły niby ekonomiczne, ale z pogranicza fantastyki i nowej przygody, aco najlepsze - komiks zupełnie darmowy. Po prostu trzeba-to-mieć

No dobra. Kłamię szpetnie. Po koszmarnej lekturze dwóch tomów poprzednich i nerwowym wbijaniu sobie przy tym paznokci w udo, widząc co zebrało nagrody tudzież wyróżnienia speców od ekonomii, zdecydowałem że nie chcę tego więcej oglądać. Ani czytać. Ale może ktoś się na to zdobył i potwierdzi że poziom rodzimego komiksu ekonomicznego rośnie. Mnie nic na ten temat jednak nie wiadomo. Wszystko pewnie przez to ,że miałem pomysł na dobry krótki komiks o bodajże podatkach, KRL o ile pamiętam wyraził zainteresowanie pomysłem którego jeszcze nie poznał, niestety nie nastąpił nigdy etap przekazania scenariusza (bo i etap spisania go też nie nastąpił), przez co cały krajowy gatunek na tym cierpi.

Więcej grzechów nie pamiętam, żałuję tylko że nie zmieściłem się w dziesięciu pozycjach.

W sumie to nie.

Tak szczerze to wcale nie żałuję.

To nie plebiscyt organizowany przez organizację nieokreślonej proweniencji, ani prestiżowy magazyn, tylko mój blog, którego nie aktualizowałem przez półtora roku. Mogę na nim sobie pozwolić na łamanie zasad z taką samą konsekwencją, jak na totalny brak zasad, łamany czasem dla urozmaicenia zasadami.

O tak!

Do następnego.

Pod skryptem - dla wymienionych znak jakości Gonza, ale nie mam go pod ręką, więc go sobie teraz weźcie i wyobraźcie.

Szerlok: Reaktywacja

Nie, to nie jest reaktywacja bloga. Jak coś zdechnie, to lepiej pochować, niech nie śmierdzi. Po prostu w dobry sposób spędziłem dziś 2 godziny życia, i chcę się podzielić dobrem.

No dobra, to RACZEJ nie jest reaktywacja. Chyba przypomnialem sobie jak fajnie sobie coś od czapy popisać, moze mi wróci...

No doooobra, asekuruję się, co by kolega Godai nie ścignął mnie że miałem robić podcasty, starczyło mi ikry na bodajże 2, a teraz sobie jakby nigdy nic bloguję...


Poza tym narzeczona poszła się kompać, więc mam 5 minut na wklepanie 6ciu akapitsów.

end-of-offtopic.

Sherlock Holmes: Gra Cieni - nie pamiętam kiedy ostatnio tak czekałem na jakiś film, i kiedy jednocześnie moje oczekiwania i nadzieje zostały spełnione. Dlatego nie czytam zapowiedzi, nie oglądam trailerów, nie śledze przymiarek do kontynuacji. Nie lubię sobie dawać wkręcić hajpa, bo potem idę do kina, i zaliczam zwykle zawód. Bez ustawiania poprzeczki dla odmiany zawsze wygrywam. Bo jak jest poprzeczka, to trzeba ją przeskoczyć, co zwykle nie wychodzi, i potem jest smuteczek. No więc - nie tą razą.

Guy Ritchie zrobił film zgodnie ze znaną maksymą 'jak coś działa, to przy tym nie gmeraj, bo to spierdolisz'. A więc są znane elementy, ale jest parę bonusów, które nie psując zanadto szablonu jedynki dodają nieco zabawy. Ale po kolei.

Co powraca? Powraca galopada, przygody, mordobicia, zwroty akcji, znani bohaterowie i zagadki. Efekty są dobre, walki mają fajne choreografie, a gra toczy się znowu o wysoką stawkę, nawet wyższą. Powraca też Bond. Wróć. Powraca też Holmes. Jak zwykle arogancki, erudycyjny i sprawny fizycznie. Cholera, dlaczego ja wcześniej nie zauważyłem że Downey, markując brytyjski akcent, brzmi jak William Shatner? W każym razie - jest to co było, więc jak ktoś lubi jedynkę, to nie będzie zawodu. No ale wiadomo - powtórka z rozrywki to za mało, by spełnić oczekiwania.

Więc co nowego? Sporo rzeczy, nad niektórymi nieco ubolewam. W końcu pojawia się Moriarty, godny przeciwnik Sherlocka. Pojawia sie też brat Holmesa, grany przez jak zwykle świetnego w byciu sobią Stephena Frya. Podziwiam gościa za lubą konsekwencję, jaką okazuje w graniu gejów. Fabuła wychodzi też poza opłotki Londynu, rozpełzając się po różnych kawałkach zachodniej Europy. Akurat tego mi nieco szkoda, Londek był równoprawnym z Bondem... eee z Holmesem bohaterem jedynki. Tu go troszkę brak, ale za to z podróżami film nabrał spektakularności. I tu drugi minus. Więcej pościgów, galopady, jeszcze mniej analizy i dedukcji, na które brak czasu, i które są nieco zbędne, skoro od początku znamy antagonistę i część jego niecnych knowań, potem do końca filmu akcja, a w kulminacji związanie nitek (CZERWONEJ, de facto!!!) pajęczyny. W efekcie to nie film o największym (po Batmanie, oczywiście) dedektywie wszefczasuf, a taki retro Indiana Jones. I bawi, i szkoda. Ale to takie pierniczenie dziada, bo bawiłem się świetnie.

Co jeszcze bawi? Omylność Holmesa, któremu zdaża się tym razem w swoim przeroście ego niedocenić to możliwości sprzymierzeńców, to intelektu wroga. Wprowadza to pewnym scenom więcej nieprzewidywalności. Crossdressersko-kryptogejska scena w pociągu. Może przaśna, ale zabawna. Fachowy finał. Jeden z fajniejszych z blokbasterów ostatnich latach. Trucie psa. To się chyba nigdy nie zestarzeje.

No i jeszcze jedno.

Scena w lesie.

Prawdopodobnie najlepsza scena 3D, jaką widziałem.


Dlaczego, pytam się, kurwa: DLACZEGO W NASZYM ZAPYZIAŁYM KRAJU TEN FILM POKAZUJE SIĘ W 2D??? Różnej maści gówna, pierdoły dla dzieciarni, popularne superbohaterskie papki, to tak, i do obrzygu, a jak w końcu trafia się film który fajnie eksponuje przestrzenność (poza lasem np. scena z wodospadem, ze spadającymi drobinkami wody, parę innych), to się go daje bez trójwymiaru? A jak najdzie mnie ochota obejrzeć szitowatą i durną Zieloną Latarnię to muszę się męczyć z niewygodnymi (a dla okularnika którym jestem do kwadratu) brylami do 3D???


Co nie zmienia faktu, że pomimo ograniczenia roli Londynu, przerostu akcji nad kryminalnością fabuły czy oszczędzenia nam trzeciego wymiaru (którym normalnie rzygam, ale tu mi szczerze szkoda), jest to świetne kino rozrywkowe, ze świetną obsadą, fajnym humorkiem, dobrymi sekwencjami akcji i kapitalnie (po riczowemu) zmontowanymi rozkminkami Bonda. Szerloka. Szerbonda. Łareeeeeeeeewa. Kto zamierza poczekać na dobry rip w torentach, zamiast pójść na toto do kina, temu jestem gotów sypnąć solą w oczy. Małą ilością. Ale jednak.
No, to starczy blogowania na ten rok. BTW, czy ja pisałem już o "Przygodach młodego Sherlocka Holmesa"..?
Pod skryptem: ej, Downey naprawdę mówi jak William Shatner...