Dziś będzie dużo, ale krótko. Po kolei.
Film
9 - przerost designu nad fabułą? Wiem że to takie fantasowe, ale i tak naciągnięte i umiarkowanie logiczne. Steampunkowy Wall-E? Coś jakby. Niby grafika kapitalna, ale się zawiodłem, jak się zorientowałem jak ubogie to jest od strony 3D, bo większość załatwiają HI-resowe tekstury. Jednak - do oglądnięcia, choć Burton tego za dobrze nie upilnował.
Komiks
RG #1 Rijad nad Sekwaną - łyknąłem ze względu na Peetersa (w kolorze!), a ujęło mnie bezpretensjonalną opowieścią Dragona, gliniarza z doświadczeniami, który pokazuje jak naprawdę wygląda praca francuskich tajniaków i policji. Efekt odmienny od tego, który lansuje francuska kultura popularna (gliniarze to bydlaki, albo pierdoły, które bez swojego kierowcy taksówki nawet by sznurówek nie zawiązały). Nie przepadam za klimatami specsłużb i gliniarzy w komiksie (poza Loosersami chyba), ale tu mnie kupiono, czekam na kontynuację.
Baśnie #5 Cztery pory roku - typowy tom przejściowy, lepiący wątki pomiędzy ważnymi wydarzeniami. Atak drewnianych żołnierzyków za nami, prawdopodobny kontratak pewnie będzie miał miejsce w #6, więc Willingham motywy obyczajowe zamyka (wybory na burmistrza, poród Śnieżki, takie tam). Mniej intensywny tom od tych z kluczowymi wydarzeniami, ale z perspektywy fana serii stwierdzam że nieodzowny. Tak że fani go zaakceptują, a niefanów i tak odsyłam do tomu pierwszego. Fajnym kwiatkiem jest kronika II wojny światowej z udziałem Bigbyego. Koleś jest fejblowym Wolverinem i basta.
Torpedo #1 - zestaw mało skomplikowanych gangsterskich szortów o jeszcze mniej skomplikowanym bandziorno. Nowy Jork, lata 30-te, makaroniarski cyngiel, damulki warte grzechu (lub nie), porachunki mafijne, zlecenia, europejska kreska. Albo się w taki klimat wsiąka, albo nie. Z takiego klimatu wyrosło Sin City. Ja chcę więcej.
Henri Desire Landru - historia francuskiego seryjnego mordercy, działającego w okresie IWŚ. Elegancka kreska, Paryż z początku ubiegłego wieku, jedna z największych zagadek kryminalnych Francji minionego wieku. From Hell to to nie jest, ale konsumuje się ze smakiem. A że serial killaz niezmiennie nas fascynują, to na pewno album znajdzie fascynatów.
Opowieści z Hrabstwa Essex - ani liczne nagrody, które album zdobył, ani tłumaczenie Sztyba, ani liternictwo Olgi, ani format, dzięki któremu tom ma zapewniony totalny spust fanów komiksu na pewnym forum i miejsce w zestawieniach na komiks roku, nie przekonały mnie do tego dzieła. To miła, i rozciągnięta w akcji na niemal wiek, opowieść o zagubieniu i osamotnieniu pośród ludzi, tylko że ja nie jestem targetem. O emocjach wolę czytać w powieściach czy opowiadaniach, niż widzieć je na planszach komiksu. Jakoś tak mam. Komiks odchylający się od głównego nurtu głównego nurtu celujący w ten klimat rzadko trafia do mnie. Doceniam. Ale się nie jaram. Dlaczego nikt nikogo nie wybuchł? Dlaczego nie było laserów z dupy???
Importy
Promethea #2 - Moore, tak jak każdy geniusz, jest też wariatem. Drugi tom rozwija fabułę zarysowaną w tomie pierwszym zacnie, autor nie zapomina by swoje new age'owe rozważania złagodzić czasem co lepszym żartem, J.H. Williams szaleje formalnie, okładki olśniewają, ale i tak kopara do ziemi opada dopiero przy ostatnim zeszycie tomu. Moore przedstawia istotę magii na przykładzie kart tarota, o których wierszem mówią węże z kaduceusza, którego trzyma Promethea. Jedna strona zeszytu to opowieść o jednej z kart tarota i wykład o związanym z nią etapie powstania wszechświata i rozwoju ludzkości. W dodatku we wszystko motyw węża wplątany jest jako mutujące się DNA. Tak, Moore to wariat, a ja czekam już na kolejne 3 tomy.
Ziny
Karton #1 - premiera sezonu, cartoonowy magazin Jaszcza, Asu i Sztybora. Wyszło nieco z tego takie Jeju bis, i wychodzi na to że ilu zinów mieć w Polsce nie będziemy, to i tak za wszystkimi będą stały te same osoby. Pierwszy zeszyt nieco zawodzi, ale to chyba dlatego że część serii kartonowych zalicza dopiero swój start. Z dalszymi komentarzami wstrzymuję się do 2ki. Marek Lachowicz i KRL dają radę i tak, więc kupować, 5 zeta to żaden piniądz. A, i album zawiera jedną z najlepszych reklam sponsora ever.
Kolektyw #5 - temat przewodni Gra, kozakiem #1 antologii jest ponownie dla mnie Daniel Chmielewski, dający upust fascynacji Darrowem. Szkoda że akcji i dynamiki za grosz, ale zamiast zaskoczyć mnie 13-zgłoskowcem, Daniel położył mnie na łopatki rysunkami machin, których się z jego strony nie spodziewałem. Chyba że źle zrozumiałem coś, bo tam nazwisko Szymkiewicz gdzieś się przewija, ale tegoż kolegę raczej o rastry podejżewam.
Tak czy siak i Karton i Kolektyw w Łodzi kupić wypada.
Over.
Dobre komiksy, złe filmy, dobre gry, zła muzyka, dobre filmy, złe komiksy, dobra muzyka, złe gry, kumoterstwo i chwalenie znajomych, samochwalstwo a na dodatek spora ilość skisłej żółci.
niedziela, 27 września 2009
sobota, 26 września 2009
Sokół zaporoski
Zdanie puenty na dobry początek, bo nie mogę się powstrzymać: "Maksym Osa" to świetny komiks, i MUSICIE go przeczytać. Kropka.No to teraz od początku. Z timofowymi wydawnictwami miewam różnie, ale zdarzają się mu perełki, co trzeba przyznać, w dodatku atakujące mnie zupełnie znienacka. Tak jest właśnie z dziełem Igora Baranko, z którego dziełami nie dane mi było wcześniej obcować. Cieszę się, że nadrobiłem te pożałowania godne zaległości, i domagam się więcej.
Tytułowy Osa to ukraiński kozak. Lubi wypić, dać w mordę, chętnie sięga po szablę - choć nie brak mu rozumu - tylko że on w gorącej wodzie kompany. Właśnie wrócił z rozbojów (taki lokalny zwyczaj) w rodzinne strony. W domostwie ukochanej powitały go nie otwarte ramiona lubej, a strzelba jej nowego męża, w dodatku narzeczona go nie poznała, twierdząc że zginął. Bo i mogiła jest, z nagrobkiem, na którym widnieje jego nazwisko. O co więc chodzi, może walcząc z Turkami poległ, ale tego nie wie? I co do tego mają zaginiony skarb i historia o wilkołaku?
Baranko wstrzelił mnie od razu w klimat Dzikich Pól. Wąsaci kozaccy awanturnicy, polska szlachta, prawosławni duchowni pierdzący ogólnie w stronę katolików, zabobon, tajemnice... Tworzenie klimatu ułatwił Igorowi imponujący skill rysowniczy. Scenografia i kostiumy wyglądają jak na A.D. 1631 przystało, fizjonomie odpowiednio różnią się od siebie, mimika wyraźna, zrozumiała i nie przesadzona, a kreskowano-kropkowane detale przywodziły mi na myśl zabiegi stosowane przez Moebiusa, zanim odjechał w stronę minimalizmu. Może przesadzam z tym porównaniem. Może nie. Baranko i tak wytrzaskał mnie swoimi planszami po pysku. Głównym daniem jest tu historia, ale na bank wrócę do Maksyma, żeby napaść oczy rysunkami. Zacne są, to chyba właściwe określenie.
Szczególnie ubawiła mnie jednak fabuła, i zabiegi zastosowane w jej stopniowym ujawnianiu, zwroty akcji, poszlaki, mieszanie wątków. "Maksym Osa" jest bowiem pierwszorzędnym czarnym kryminałem w stylu Hammetta. Main hero to tradycyjny noirowy detektyw. Wzgardzany przez większość wyżej sytuowanych, wplątany w większa sprawę ubogi cwaniak, ale jednak strzegący prawdy (którą gdy chce, to i tak nagina do swoich potrzeb) i sprawiedliwości. Zamiast popijać skocza i palić szlugi, kopci fajkę i uchlewa się bimbrem. Nie ma rewolweru ani colta 1911, ma szablę i samopały. Jest skarb, tajemnica, wszyscy są podejrzani, prawie każdy ma coś na sumieniu, jest femme fatale, jest w końcu głupek, może i nie kurduplawy, ale szpetny niczym Peter Lorre.
Komiks jeszcze raz szczerze polecam. Na pewno we wrażeniu, które na mnie zrobił, miało swój udział moje zamiłowanie do noirów, skręt w stronę ludowych podań i metafizyki po chłopsku, czy świetna jakość wydania, na którą ten komiks sobie bez wątpienia zasłużył. Kupcie. Przeczytajcie. Jak dla mnie to jeden z komiksów roku.
GONZO POLECA. Bez kitu!I poproszę więcej Baranki. "Eksterminatora 17" miał kiedyś Egmont wydać. Taaa...
środa, 16 września 2009
Benkarty Quentina
Zacznę krótko, żeby było wiadomo o co mi chodzi. I przygotować tych, co sa gotowi obrać mnie za dalsze uwagi gnojówką. Albo to Tarantino jest już dla mnie za stary, albo to ja jestem za młody na obecny etap jego kariery filmowej. Wynudziłem się. Momenty są, nawet znakomite, tak że parskałem śmiechem, ale pomiędzy nimi się nudziłem.
Quentin podąża dalej ścieżką, którą wyznaczył sobie przy okazji kręcenia drugiej części "Kill Billa". Rozwleczona fabuła, plejada negatywnych lub co najmniej dwuznacznych postaci, dłużyzny, dialogi o niczym, okazjonalna przemoc (czasem nawet dynamiczna), Ennio Morricone w tle, momentami niezłe one-linery. Quentin znowu skręcił film dla siebie, złożony z jego ulubionych patentów z cudzych filmów, podlanych jego sosem (skomponowanym na składnikach cudzej produkcji), onanizuje się piętrząc cytaty i nawiązania które wyłapią hardkorowcy, w dodatku narcystycznie, bo momentami robi to przed lustrem, cytując samego siebie.
Czy jest to film zły? Nie, ja tak nie uważam. Gdyby nie był to film QT, to stwierdził bym że nawet niezły, a reżyser dobrze rokuje, choć nie ma wyczucia, przeciągając sceny tak, że mało rolka z cyfrową taśmą filmową nie pęknie. Ale to film autora "Pulp Fiction" i "Wściekłych psów", od którego oczekuję więcej niż kolejnych wprawek formalnych, łączących jego ulubione elementy gatunków do których nawiązuje. A właśnie to, mam wrażenie, otrzymałem już po raz czwarty.
Marsową minę funduje już scena z okupowanej Francji, gdy przesympatyczny naziol tropiący Żydów zawraca głowę tubylca. Jego oślizgła uprzejmość bawi. Ale gdy scena z pustym dialogiem trwa już szóstą minutę, to ręce opadają. Podobnie jest z muzyką, otwierającą scenę. Ennio Morricone. Znaczy się mamy wojenny spaghetti-western. Tylko że Leone potrafił robić gęste dłużyzny. W moim odczuciu Tarantino, choć by nie wiem jak chciał, tak nie umi. Oj, nie umi, nie umi...
Ciąg nudnych i naciągniętych do granic (mojej, oczywiście) cierpliwości scen, przerywa rozpoczęcie 'Akcji Kino'. Przez pierwszą godzinę tak naprawdę zostają tylko wprowadzeni bohaterowie (czyli dzieje się tyle, co u Leone przez 5-10 minut). Jest więc drużyna tytułowych Benkartów, czyli Żydów, którzy na tyłach niemieckiego frontu mają skalpować nazioli, zadawać ból i ogólnie poniżać ubermenszów, mszcząc się za los swoich pobratymców. Czy świat już wiedział wtedy o Holokauście? O ile pamiętam nie, tak samo jak żabojadzcy mleczarze z tamtego okresu nie nalewali raczej mleka prosto od krowy prosto do szklanych butelek litrowych i nie zatykali ich kapslem. Ale co za różnica, to nie film historyczny. Gorzej, że Benkarty stanowią tak naprawdę scenografię i pretekst do wykrzesania postaci Aldo Raine'a, którego pierwszorzędnie zagrał Brad Pitt. Okazało się że potrafi on zrobić dla ludzkości więcej dobrego, niż adoptować kolejne dziecko z trzeciego świata. Raine to prosty brutal o akcencie południowca. Zna włoski. I domaga się skalpów faszystów. Pitt strzela one-linerami jakby pojono go nieustannie używkami. Wydyma dolną wargę, cedzi. I jest zajebisty. Przeciwwagą dla niego jest jedyny w teamie niemiec, Stiglitz, małomówny morderca, kapitalnie zagrany przez Schweigera. A reszta? No cóż. Są Żydami. I są okrutni. Podobno. I robią za tło dla Pitta. Huu huu, bojam siem. Bo ogólnie, postaci jest mnóstwo. Co jedna, to pomysł. Tylko ze na pomysłach się niestety kończy, a większość typków (np. bohaterski snajper) jest papierowa i nieciekawa.
Tak więc jest drużyna Benkartów, jest też młoda żydówka, która uciekła przed śmiercią, i chce odpłacić niemcom za mord jej rodziców, jest też planowana przez Brytoli operacja skasowania Niemiaszków, we współpracy z Benkartami. W połowie filmu splatają się losy tych pierwszych z Brytolem. No i historia zaczyna się rozwijać, a kilku Benkartów nawet ma szansę powiedzieć jakąś kwestię. Jest lepiej. Aż w końcu film się kończy.
Tarantino porwał się na przygodowe kino wojenne, z pod znaku "Tylko dla orłów", "Parszywej dwunastki", "Złota dla zuchwałych", i wielu innch produkcji. Gość z palmą porwał się na klasykę. I poległ. Bo w takim kinie liczy się akcja przemieszana z humorem. Owszem, jest i jedno i drugie. Zwykle występują naprzemiennie, jedno z nich co 5-10 minut. Dialogi się ciągną. A nie są to teksty formatu 'A jak mówią na Big Maka?'. One-linery trafiają. Trafia Pitt i gość grający wspomnianego poczciwego naziola. Efekt osłabia jednak długość całości, i ogrywanie zaskakujących patentów do znudzenia. Lipne jest lansowanie Eliego Rotha - z protegowanego QT jest nie lepszy aktor niż reżyser, charakterystykę Żyda-Niedźwiedzia (WTF???) otwiera fakt żę leje nazioli bejzbolem po łbach, a zamyka fakt, że naziole się go boją. Bojam się jeszcze bardziej.
Kłentin postanowił odbrązowić wojnę. W pewien sposób mu się to udało, bo zabarwił spiżowy pomnik podobną w barwie substancją, acz o dużo mniej szlachetnym pochodzeniu. Tylko że to też żadna nowość. Żydzi oprawcami, Hitler i Goebbels postaciami komicznymi, brytole klasycznie nadęci, a jedyną (WZGLĘDNIE) pozytywną postacią jest Murzyn, który decyduje się na masowe morderstwo zbrodniarzy z niewinnego powodu, jakim jest miłość. Nie czuję się zaskoczony, w "Parszywej dwunastce" jedyną nadzieję Aliantów stanowiła banda psychopatów i dewiantów.
Pan QT zekranizował po prostu swój kolejny mokry sen. Złożył hołd kinu gangsterskiemu, azjatyckiemu, spaghetti westernom, grindhousom, przyszła kolej na kino wojenne. I są pozytywy. I są momenty. Ale szkoda że Tarantino jest gwiazdą tego formatu, że nikt mu nie powie 'Quentin, oberżnij przynajmniej 20 minut, bo to momentami w gardle staje'. Docenił bym to. A tak - doceniam tylko momenty. Ale to ja. Całość doceniają krytycy i fani. I pewnie jakaś część z nich doceni nie tylko dlatego, że to kolejny film Wielkiego Reżysera.
Quentin podąża dalej ścieżką, którą wyznaczył sobie przy okazji kręcenia drugiej części "Kill Billa". Rozwleczona fabuła, plejada negatywnych lub co najmniej dwuznacznych postaci, dłużyzny, dialogi o niczym, okazjonalna przemoc (czasem nawet dynamiczna), Ennio Morricone w tle, momentami niezłe one-linery. Quentin znowu skręcił film dla siebie, złożony z jego ulubionych patentów z cudzych filmów, podlanych jego sosem (skomponowanym na składnikach cudzej produkcji), onanizuje się piętrząc cytaty i nawiązania które wyłapią hardkorowcy, w dodatku narcystycznie, bo momentami robi to przed lustrem, cytując samego siebie.
Czy jest to film zły? Nie, ja tak nie uważam. Gdyby nie był to film QT, to stwierdził bym że nawet niezły, a reżyser dobrze rokuje, choć nie ma wyczucia, przeciągając sceny tak, że mało rolka z cyfrową taśmą filmową nie pęknie. Ale to film autora "Pulp Fiction" i "Wściekłych psów", od którego oczekuję więcej niż kolejnych wprawek formalnych, łączących jego ulubione elementy gatunków do których nawiązuje. A właśnie to, mam wrażenie, otrzymałem już po raz czwarty.
Marsową minę funduje już scena z okupowanej Francji, gdy przesympatyczny naziol tropiący Żydów zawraca głowę tubylca. Jego oślizgła uprzejmość bawi. Ale gdy scena z pustym dialogiem trwa już szóstą minutę, to ręce opadają. Podobnie jest z muzyką, otwierającą scenę. Ennio Morricone. Znaczy się mamy wojenny spaghetti-western. Tylko że Leone potrafił robić gęste dłużyzny. W moim odczuciu Tarantino, choć by nie wiem jak chciał, tak nie umi. Oj, nie umi, nie umi...
Ciąg nudnych i naciągniętych do granic (mojej, oczywiście) cierpliwości scen, przerywa rozpoczęcie 'Akcji Kino'. Przez pierwszą godzinę tak naprawdę zostają tylko wprowadzeni bohaterowie (czyli dzieje się tyle, co u Leone przez 5-10 minut). Jest więc drużyna tytułowych Benkartów, czyli Żydów, którzy na tyłach niemieckiego frontu mają skalpować nazioli, zadawać ból i ogólnie poniżać ubermenszów, mszcząc się za los swoich pobratymców. Czy świat już wiedział wtedy o Holokauście? O ile pamiętam nie, tak samo jak żabojadzcy mleczarze z tamtego okresu nie nalewali raczej mleka prosto od krowy prosto do szklanych butelek litrowych i nie zatykali ich kapslem. Ale co za różnica, to nie film historyczny. Gorzej, że Benkarty stanowią tak naprawdę scenografię i pretekst do wykrzesania postaci Aldo Raine'a, którego pierwszorzędnie zagrał Brad Pitt. Okazało się że potrafi on zrobić dla ludzkości więcej dobrego, niż adoptować kolejne dziecko z trzeciego świata. Raine to prosty brutal o akcencie południowca. Zna włoski. I domaga się skalpów faszystów. Pitt strzela one-linerami jakby pojono go nieustannie używkami. Wydyma dolną wargę, cedzi. I jest zajebisty. Przeciwwagą dla niego jest jedyny w teamie niemiec, Stiglitz, małomówny morderca, kapitalnie zagrany przez Schweigera. A reszta? No cóż. Są Żydami. I są okrutni. Podobno. I robią za tło dla Pitta. Huu huu, bojam siem. Bo ogólnie, postaci jest mnóstwo. Co jedna, to pomysł. Tylko ze na pomysłach się niestety kończy, a większość typków (np. bohaterski snajper) jest papierowa i nieciekawa.
Tak więc jest drużyna Benkartów, jest też młoda żydówka, która uciekła przed śmiercią, i chce odpłacić niemcom za mord jej rodziców, jest też planowana przez Brytoli operacja skasowania Niemiaszków, we współpracy z Benkartami. W połowie filmu splatają się losy tych pierwszych z Brytolem. No i historia zaczyna się rozwijać, a kilku Benkartów nawet ma szansę powiedzieć jakąś kwestię. Jest lepiej. Aż w końcu film się kończy.
Tarantino porwał się na przygodowe kino wojenne, z pod znaku "Tylko dla orłów", "Parszywej dwunastki", "Złota dla zuchwałych", i wielu innch produkcji. Gość z palmą porwał się na klasykę. I poległ. Bo w takim kinie liczy się akcja przemieszana z humorem. Owszem, jest i jedno i drugie. Zwykle występują naprzemiennie, jedno z nich co 5-10 minut. Dialogi się ciągną. A nie są to teksty formatu 'A jak mówią na Big Maka?'. One-linery trafiają. Trafia Pitt i gość grający wspomnianego poczciwego naziola. Efekt osłabia jednak długość całości, i ogrywanie zaskakujących patentów do znudzenia. Lipne jest lansowanie Eliego Rotha - z protegowanego QT jest nie lepszy aktor niż reżyser, charakterystykę Żyda-Niedźwiedzia (WTF???) otwiera fakt żę leje nazioli bejzbolem po łbach, a zamyka fakt, że naziole się go boją. Bojam się jeszcze bardziej.
Kłentin postanowił odbrązowić wojnę. W pewien sposób mu się to udało, bo zabarwił spiżowy pomnik podobną w barwie substancją, acz o dużo mniej szlachetnym pochodzeniu. Tylko że to też żadna nowość. Żydzi oprawcami, Hitler i Goebbels postaciami komicznymi, brytole klasycznie nadęci, a jedyną (WZGLĘDNIE) pozytywną postacią jest Murzyn, który decyduje się na masowe morderstwo zbrodniarzy z niewinnego powodu, jakim jest miłość. Nie czuję się zaskoczony, w "Parszywej dwunastce" jedyną nadzieję Aliantów stanowiła banda psychopatów i dewiantów.
Pan QT zekranizował po prostu swój kolejny mokry sen. Złożył hołd kinu gangsterskiemu, azjatyckiemu, spaghetti westernom, grindhousom, przyszła kolej na kino wojenne. I są pozytywy. I są momenty. Ale szkoda że Tarantino jest gwiazdą tego formatu, że nikt mu nie powie 'Quentin, oberżnij przynajmniej 20 minut, bo to momentami w gardle staje'. Docenił bym to. A tak - doceniam tylko momenty. Ale to ja. Całość doceniają krytycy i fani. I pewnie jakaś część z nich doceni nie tylko dlatego, że to kolejny film Wielkiego Reżysera.
sobota, 29 sierpnia 2009
Nadrabiam komiksowe zaległości...
...bo to niby przeca blog komiksowy, a o komiksach piszę mało. Parę tforów z za wielkiej wody ostatnio wchłonąłem, więc wiedzą się podzielę. Oczywiście zero nowych rzeczy, po świeżynki to nie do mnie. Ja teraz czytam Herodota, słucham pierwszych albumów Komet, i przymierzam się (jak mi Xboxa zreperują/wymienią) do obejrzenia 7 wspaniałych, Nosferatu i Obcych.
A, wessałem jeszcze parę polskich premier, ale raczej na mnie wrażenia pozytywnego nie zrobiły zanadto, poza Dworcem Centralnym, ale o nim to może kiedy indziej.
A, wessałem jeszcze parę polskich premier, ale raczej na mnie wrażenia pozytywnego nie zrobiły zanadto, poza Dworcem Centralnym, ale o nim to może kiedy indziej.
Jazda z tym żużlem. Lecę po kolei według subiektywnie określonej przydatności do spożycia.
Universe X - po pierwsze - dzięki dla Arcza za użyczenie tytułu do wessania (tak samo jak Earth X). Tytułem wstępu, dla leni, parę słów co było w poprzednim odcinku. Ziemia X w kapitalny sposób spinała często sprzeczne zawiłości mitologii universum Marvela. Celestialsi, Inhumansi, Eternalsi, Obserwatorzy, Galactus i jego specyficzna dieta, mutacje, supermoce, bogowie greccy i nordyccy - wszystko to świetnie do siebie pasowało, i tworzyło łącznie ciężki, postapokaliptyczny klimat świata superbohaterów. Dodatkowo świetnie przefasonowani zostali wszyscy znani i lubiani jako ci sami, ale 30 lat później - Kapitan A to zmęczony życiem wojownik który nie wierzy w swoją walkę, zwłaszcza że nie ma już tej Ameryki o którą zawsze walczył, Peter Parker ma depresje i wyhodował bemben, a Daredevila (który zginął) zastąpił nowy Śmiałek, który nie może umrzeć (Deadpool-stajli). Wszystko się świetnie splata, acz zostawia furteczkę, przez którą autorzy przeszli z poziomu Ziemi, na poziom Wszechświata.
I tu wchodzę ze swoją pinią o kontynuacji. O ile wcześniej wszystko się rewelacyjnie zazębiało, tak tutaj jest po prostu naćkanie wszystkich tych elementów universum, co pozostały po produkcji tomu pierwszego. Lepią się one średnio. Wszystko się toczy ponownie dokoła Kapitana, tyle że nie Ameryki (który jest tylko opiekunem), a Marvela. Marvel jest jednocześnie w świecie martwych (bo kojfnął), i żywych (bo się odrodził), i gdzieś poza czasem, bo część jego mocy wróciła się gdzieśtam po cośtam. W sumie Trójca Święta. I kolo jednocześnie działa na dwóch światach, bo chce hm... Zniszczyć? Odbudować? Nie odpowiem, sami się domyślacie. Oczywiście martwi nie wiedzą że są martwi, a żywi wiedzą że są żywi. Marvel robi sobie dzięki płaszczowi Cloaka warpowe skoki po pogrążonej w apokaliptycznej zimie kuli ziemskiej. Potrzebuje jakieś artefakty, by zyskać pełną moc. I jest tu Kosmiczna Kostka, parę innych gadżetów, po co właśnie mu one - nie wiadomo, ważne żeby wkomponować kolejne tajemnicze elementy universum. Są skoki po ziemi (Savage Land, NY, twierdza Dooma), są też poza ziemię (wspomniane zaświaty, Piekło, Limbo, przewija się Microverse, i cośtam jeszcze), wszystko to tak, by upchnąć więcej, ponad poziom ziemski, w końcu to Universe X, na Teutatesa!!! A więc przez całe 12 zeszytów (no i przez zerowy, i przez X, i przez pobocznych 5...) toczy się jakaś bełkotliwa gra, w której stawka jest duża, zasady nieznane, a wróg nieokreślony. Ot, takie wtapianie w warpowe skoki kolejne postaci i elementy mitologii. Średnio do siebie pasujące. Czasem jest głupio (Marvel równocześnie tu i tam), a czasem jeszcze bardziej głupio (płaszcz do warpowania w parę osób po kuli ziemskiej - tak, bo skraca podróże itd., płaszcz do warpowania całej ekipy która robi pielgrzymkę do Savage Land - nie, bo nie uda się zrobić efektu dramatycznego gdy po drodze zostaną zaatakowani), czasami dużo bardziej głupio (nieśmiertelny Daredevil II po rozerwaniu na kawałki okazuje się być wieloma Daredevilami II, totalny cartoon, albo np. członkowie ekipy Marvela, którzy raz się pojawiają, raz znikają, po jakimś czasie znów się pojawiają, czy ktoś tego pilnował???). Tak naprawdę trwający te prawie 20 zeszytów bełkot ma jeden cel - określić że jest jakaś ważna walka, i wykreować wroga, którego zabrakło w sumie w Earth X, i to wykreować tak, żeby na koniec wyskoczył on niby z dupy. Liipa. Żałością natomiast jest bandycka praktyka Marvela i autorów z zeszytami pobocznymi. Niby to są spinoffy dotyczące pobocznych postaci, które jak się ich nie lubi, to można je olać. Ale jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego kolejny zeszyt zaczyna się od pogrzebu kluczowej postaci, która była w poprzednim zeszycie jeszcze w pełni sił, no to cóż... kupcie zeszyt poboczny. Kit straszliwy, bo to zwyczajnie jest podzielenie fabuły i wciskanie kitu że seria ma tylko zeszytów 12 (a ma jeszcze 0, X i te nieszczęsne spinoffowe). Ogólnie - nie polecam tej serii, choć Earth X cały czas zachwalam i zachwalał będę. Strach się bać co przynosi Paradise X. A, i grafika - o ile nie pasowała mi grubo ciosana krecha Earth, to jednak grała ona z ciężkim klimatem tej serii. A tu... Taki klasyczny superhero rysunek... Lekki, miałki, zwyczajny. Takiej całości nie ratują oczywiście wcale okładki Rossa, składające się na duużą mozaikę.
Gotham Central #1 - czyli takie "Zawód Policjant" osadzone akcją - jak tytuł wskazuje - w Gotham. Codzienne śledztwa, akcje i zawodowe rozterki ekipy jednego z komisariatów w Gotham. Czyta się to dobrze, jest to po prostu - klimat kryminalnych seriali telewizyjnych o nowojorskich gliniarzach - tylko że w świecie DC. A więc - kompleksy wynikające z działalności Batmana (który zamiata po gliniarzach gdy nie dają rady), dziwacy, a bywa że i superłotrzy, z którymi trzeba się mierzyć, choć jest się 'tylko' policją i takie tam. Porządne, ciekawi mnie co dzieje się w kolejnych tomach, bo to takie prawdziwe życie jest na uboczu świata superbohaterów, tylko że... No jak dla mnie mało komiksowe toto. Wolał bym to przeczytać w postaci powieści. Albo obejrzeć serial telewizyjny. Jak mam komiks w świecie superherosów, to wolę z superherosami, którzy odwalają superheros-akcje, nie pocą się, i po spuszczeniu w pojedynkę wpierdolu naćpanym gangsterom z triady puentują wszystko czerstwym one-linerem. Tak czy siak - dobre, moja polecać, kiedyś (jak przerobię wszystkie a-must-ready) chętnie nadrobię pozostałe tomy.
Promethea #1 - no łaaadnie... Najlepsza seria Moore'a to to może nie jest, ale po pierwszym trejdzie zapowiada się smacznie. Z typową dla siebie oryginalnością (hehe) Alan wymieszał formułę komiksu superbohaterskiego z tekstami kultury, jest tu sporo mitów, legend i baśni (powstało toto przed Fables, jak ktoś szuka spisku), wszystko w sosie New Age i lekkiego SF, czy też cyberpunku, cokolwiek. Tytułowa Promethea to postać z mitów, opowiadań, podań, wierszy i komiksów, której istnienie uzależnione jest od tego, że ktoś w nią wierzy, o niej czyta, wymyśla jej historie. Jest to powiedzmy sobie postać przechodnia (co jakiś czas kolejne pokolenie ma swoją nową Prometheę), której potęga wynika z siły fantazji. Jej siła powiązana jest z greckim Hermesem i egipskim Horusem. To jednak nie wszystko - potęga tej bohaterki powiązana jest z surrealistycznie ukazaną Immaterią, czyli światem zbudowanym na ludzkich marzeniach i fantazjach. Skojarzenia z gaimanowskim Śnieniem jak najbardziej właściwe. Z Niekończącą się opowieścią jeszcze właściwsze. Historię obserwujemy z perspektywy nowego wcielenia tej wojowniczki, która nawiedziła cichą i spokojną, acz nazbyt ciekawską studentkę. Oczywiście to początek gry o wielką stawkę, nie wiem jeszcze jaką, bo to tajemnicze, czyhają różni magowie, czyha organizacja (kult?) co nazywa się Temple. Czyta się znakomicie, zwłaszcza że Moore postanowił pogiętą mistykę przełamać dystansem i poczuciem humoru (świetne wejście postaci z 6-tego zeszytu - owocu grafomańskich pomysłów scenarzystów pulpowego komiksu o Prometei). Całości dopełniają zacne rysunki J.H. Williamsa III. Miłośnicy wynajdywania popkulturalnych puzzli, czy to z zakresu sztuk plastycznych, czy też czerpiących z komiksu - znajdą tu sporo dla siebie - każda okładka to nawiązanie raz do Muchy, raz do Warhola, są odniesienia do Alicji w krainie czarów, są nawiązania do Nemo McKay'a. No i są świetne wstawki z komiksem w komiksie, o płaczącym gorylu... Ale to nie ma sensu tłumaczyć. Szczerze polecam, a kolejne tomy cyklu zawędrowały u mnie do górnej części komiksowej listy zakupów. A tu macie prewiu.
Universe X - po pierwsze - dzięki dla Arcza za użyczenie tytułu do wessania (tak samo jak Earth X). Tytułem wstępu, dla leni, parę słów co było w poprzednim odcinku. Ziemia X w kapitalny sposób spinała często sprzeczne zawiłości mitologii universum Marvela. Celestialsi, Inhumansi, Eternalsi, Obserwatorzy, Galactus i jego specyficzna dieta, mutacje, supermoce, bogowie greccy i nordyccy - wszystko to świetnie do siebie pasowało, i tworzyło łącznie ciężki, postapokaliptyczny klimat świata superbohaterów. Dodatkowo świetnie przefasonowani zostali wszyscy znani i lubiani jako ci sami, ale 30 lat później - Kapitan A to zmęczony życiem wojownik który nie wierzy w swoją walkę, zwłaszcza że nie ma już tej Ameryki o którą zawsze walczył, Peter Parker ma depresje i wyhodował bemben, a Daredevila (który zginął) zastąpił nowy Śmiałek, który nie może umrzeć (Deadpool-stajli). Wszystko się świetnie splata, acz zostawia furteczkę, przez którą autorzy przeszli z poziomu Ziemi, na poziom Wszechświata.I tu wchodzę ze swoją pinią o kontynuacji. O ile wcześniej wszystko się rewelacyjnie zazębiało, tak tutaj jest po prostu naćkanie wszystkich tych elementów universum, co pozostały po produkcji tomu pierwszego. Lepią się one średnio. Wszystko się toczy ponownie dokoła Kapitana, tyle że nie Ameryki (który jest tylko opiekunem), a Marvela. Marvel jest jednocześnie w świecie martwych (bo kojfnął), i żywych (bo się odrodził), i gdzieś poza czasem, bo część jego mocy wróciła się gdzieśtam po cośtam. W sumie Trójca Święta. I kolo jednocześnie działa na dwóch światach, bo chce hm... Zniszczyć? Odbudować? Nie odpowiem, sami się domyślacie. Oczywiście martwi nie wiedzą że są martwi, a żywi wiedzą że są żywi. Marvel robi sobie dzięki płaszczowi Cloaka warpowe skoki po pogrążonej w apokaliptycznej zimie kuli ziemskiej. Potrzebuje jakieś artefakty, by zyskać pełną moc. I jest tu Kosmiczna Kostka, parę innych gadżetów, po co właśnie mu one - nie wiadomo, ważne żeby wkomponować kolejne tajemnicze elementy universum. Są skoki po ziemi (Savage Land, NY, twierdza Dooma), są też poza ziemię (wspomniane zaświaty, Piekło, Limbo, przewija się Microverse, i cośtam jeszcze), wszystko to tak, by upchnąć więcej, ponad poziom ziemski, w końcu to Universe X, na Teutatesa!!! A więc przez całe 12 zeszytów (no i przez zerowy, i przez X, i przez pobocznych 5...) toczy się jakaś bełkotliwa gra, w której stawka jest duża, zasady nieznane, a wróg nieokreślony. Ot, takie wtapianie w warpowe skoki kolejne postaci i elementy mitologii. Średnio do siebie pasujące. Czasem jest głupio (Marvel równocześnie tu i tam), a czasem jeszcze bardziej głupio (płaszcz do warpowania w parę osób po kuli ziemskiej - tak, bo skraca podróże itd., płaszcz do warpowania całej ekipy która robi pielgrzymkę do Savage Land - nie, bo nie uda się zrobić efektu dramatycznego gdy po drodze zostaną zaatakowani), czasami dużo bardziej głupio (nieśmiertelny Daredevil II po rozerwaniu na kawałki okazuje się być wieloma Daredevilami II, totalny cartoon, albo np. członkowie ekipy Marvela, którzy raz się pojawiają, raz znikają, po jakimś czasie znów się pojawiają, czy ktoś tego pilnował???). Tak naprawdę trwający te prawie 20 zeszytów bełkot ma jeden cel - określić że jest jakaś ważna walka, i wykreować wroga, którego zabrakło w sumie w Earth X, i to wykreować tak, żeby na koniec wyskoczył on niby z dupy. Liipa. Żałością natomiast jest bandycka praktyka Marvela i autorów z zeszytami pobocznymi. Niby to są spinoffy dotyczące pobocznych postaci, które jak się ich nie lubi, to można je olać. Ale jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego kolejny zeszyt zaczyna się od pogrzebu kluczowej postaci, która była w poprzednim zeszycie jeszcze w pełni sił, no to cóż... kupcie zeszyt poboczny. Kit straszliwy, bo to zwyczajnie jest podzielenie fabuły i wciskanie kitu że seria ma tylko zeszytów 12 (a ma jeszcze 0, X i te nieszczęsne spinoffowe). Ogólnie - nie polecam tej serii, choć Earth X cały czas zachwalam i zachwalał będę. Strach się bać co przynosi Paradise X. A, i grafika - o ile nie pasowała mi grubo ciosana krecha Earth, to jednak grała ona z ciężkim klimatem tej serii. A tu... Taki klasyczny superhero rysunek... Lekki, miałki, zwyczajny. Takiej całości nie ratują oczywiście wcale okładki Rossa, składające się na duużą mozaikę.
Gotham Central #1 - czyli takie "Zawód Policjant" osadzone akcją - jak tytuł wskazuje - w Gotham. Codzienne śledztwa, akcje i zawodowe rozterki ekipy jednego z komisariatów w Gotham. Czyta się to dobrze, jest to po prostu - klimat kryminalnych seriali telewizyjnych o nowojorskich gliniarzach - tylko że w świecie DC. A więc - kompleksy wynikające z działalności Batmana (który zamiata po gliniarzach gdy nie dają rady), dziwacy, a bywa że i superłotrzy, z którymi trzeba się mierzyć, choć jest się 'tylko' policją i takie tam. Porządne, ciekawi mnie co dzieje się w kolejnych tomach, bo to takie prawdziwe życie jest na uboczu świata superbohaterów, tylko że... No jak dla mnie mało komiksowe toto. Wolał bym to przeczytać w postaci powieści. Albo obejrzeć serial telewizyjny. Jak mam komiks w świecie superherosów, to wolę z superherosami, którzy odwalają superheros-akcje, nie pocą się, i po spuszczeniu w pojedynkę wpierdolu naćpanym gangsterom z triady puentują wszystko czerstwym one-linerem. Tak czy siak - dobre, moja polecać, kiedyś (jak przerobię wszystkie a-must-ready) chętnie nadrobię pozostałe tomy.
Promethea #1 - no łaaadnie... Najlepsza seria Moore'a to to może nie jest, ale po pierwszym trejdzie zapowiada się smacznie. Z typową dla siebie oryginalnością (hehe) Alan wymieszał formułę komiksu superbohaterskiego z tekstami kultury, jest tu sporo mitów, legend i baśni (powstało toto przed Fables, jak ktoś szuka spisku), wszystko w sosie New Age i lekkiego SF, czy też cyberpunku, cokolwiek. Tytułowa Promethea to postać z mitów, opowiadań, podań, wierszy i komiksów, której istnienie uzależnione jest od tego, że ktoś w nią wierzy, o niej czyta, wymyśla jej historie. Jest to powiedzmy sobie postać przechodnia (co jakiś czas kolejne pokolenie ma swoją nową Prometheę), której potęga wynika z siły fantazji. Jej siła powiązana jest z greckim Hermesem i egipskim Horusem. To jednak nie wszystko - potęga tej bohaterki powiązana jest z surrealistycznie ukazaną Immaterią, czyli światem zbudowanym na ludzkich marzeniach i fantazjach. Skojarzenia z gaimanowskim Śnieniem jak najbardziej właściwe. Z Niekończącą się opowieścią jeszcze właściwsze. Historię obserwujemy z perspektywy nowego wcielenia tej wojowniczki, która nawiedziła cichą i spokojną, acz nazbyt ciekawską studentkę. Oczywiście to początek gry o wielką stawkę, nie wiem jeszcze jaką, bo to tajemnicze, czyhają różni magowie, czyha organizacja (kult?) co nazywa się Temple. Czyta się znakomicie, zwłaszcza że Moore postanowił pogiętą mistykę przełamać dystansem i poczuciem humoru (świetne wejście postaci z 6-tego zeszytu - owocu grafomańskich pomysłów scenarzystów pulpowego komiksu o Prometei). Całości dopełniają zacne rysunki J.H. Williamsa III. Miłośnicy wynajdywania popkulturalnych puzzli, czy to z zakresu sztuk plastycznych, czy też czerpiących z komiksu - znajdą tu sporo dla siebie - każda okładka to nawiązanie raz do Muchy, raz do Warhola, są odniesienia do Alicji w krainie czarów, są nawiązania do Nemo McKay'a. No i są świetne wstawki z komiksem w komiksie, o płaczącym gorylu... Ale to nie ma sensu tłumaczyć. Szczerze polecam, a kolejne tomy cyklu zawędrowały u mnie do górnej części komiksowej listy zakupów. A tu macie prewiu.piątek, 21 sierpnia 2009
Polska-Anglia 1:0?
Z góry informuję osoby które mogą mieć co do tego wątpliwości, że nie będę obiektywny, bo Maro to mój ziom. Ba, bawet rysownik komiksu do mego scenariusza, który jeszcze parę lat i ma szansę stać się polskim komiksowym Duke Nukem Forever. O ile oczywiście ukaże się kontynuacja Funky'ego Kovala. Bo jak nie, to mamy zaklepane 2-gie miejsce.
"Frankenstein's Womb" to długo oczekiwany debiut Marka w Stanach i w reszcie cywilizowanego świata, debiut o tyle ważny, bo (o ile ktoś nie wie), do scenara Warrena Ellisa. Tego od Transmetropolotana, Desolation Jonesa i Authority. Biało-Czerwoni dali radę. Obywatele Zjednoczonego Królestwa nieco mniej. Po kolei.
"Frankenstein's Womb" to długo oczekiwany debiut Marka w Stanach i w reszcie cywilizowanego świata, debiut o tyle ważny, bo (o ile ktoś nie wie), do scenara Warrena Ellisa. Tego od Transmetropolotana, Desolation Jonesa i Authority. Biało-Czerwoni dali radę. Obywatele Zjednoczonego Królestwa nieco mniej. Po kolei.
Historia opowiedziana jest z perspektywy Mary Shelley, przyszłej autorki powieści o najsławniejszym chyba człowieku poskładanym ze zwłok. Shelley podróżuje po Niemczech razem ze swym przyszłym mężem i kuzynką. Zatrzymują się przy zamku Frankenstein, i coś kusi Shelley by wejść do środka, gdzie spotyka Potwora. Potwór, echo dawnych wydażeń, nie wiadomo żywy czy tez nie (o ile można go rozpatrywać w tych kategoriach), przemawia. Gada, gada i gada, i tak do końca komiksu. Pokazuje przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, prawie jak by go Dickens wymyślił. Wizje innych czasów jakoś tak mi się też z "From Hellem" skojarzyły, choć to nie ta klasa ani trochę. Więc Potwór gada o alchemii, nieco bełkotliwie filozofuje, a także wieści rewolucje naukową, której on - wskrzeszeniec - jest początkiem i zarazem symbolem. Dlaczego to mówi właśnie Shelley? W sumie nie wiem, mam tylko po przeczytaniu domysły. Po co? No wiadomo, po co mówi się takie zeczy pisarce. Co z tego wynika? Też nie wiem. Chyba liczyłem na co innego - jakąś oryginalną genezę Frankensteina, jakiekolwiek zwroty akcji, a nie trwający przez 2/3 komiksu dialogomonolog o związkach mistyki z nauką.
Ellis niby sobie oryginalnie wykombinował, bo inaczej niz wszyscy, ale żeby to jakoś fascynowało, to przyznać nie mogę. Duszny, gotycki klimat dobrze oddał swymi rysunkami Marek, szkoda tylko że przy takiej fabule nie miał zbyt dużego pola do popisu. Splash z pędzącą karetą robi wrazenie, fajnie narysowany jest Frankenstein, podobnie mroczne wejścia zamku, zabawa cieniem, ale smutna pani pojawiająca się w większości kadrów i dziwująca się zasłyszanej opowieści wrażenia nie robi, bo i jak - po prostu jest fachowa. Tak samo jak fachowo i z klasą narysowany jest komiks. Nieco tajemniczy, ponury, ale i poprzez treść pozbawiony raczej scen, które mogą porwać sposobem rysowania. Co nie znaczy, ze Maro nie próbował, i nie zrobił co się dało, gdy się dało. Szacuneczek
Płenta - Maro pokazał możliwości, to pewne, choć komiks rynku nie zawojuje raczej. Fani Ellisa po niego sięgną, i dobrze, może ktoś inny też, i nazwisko Oleksicki pójdzie w świat. Może za lat parę doczekamy się jakiejś porządnej serii w Vertigo czy w Marvelu rysowanej przez Polaka? Nie wykluczone. Wystąpienie w jednym komiksie jako współpracownik Ellisa i pokazaniek klasy to osiągnięcie które zwraca uwagę, i to jest chyba przy okazji "Frankenstein's Womb" najwazniejsze.
sobota, 15 sierpnia 2009
Żyd, Arab i Murzyn idą na miasto...
Wpis otwiera zdanie jak z rasistowskiego żartu, ale tak naprawdę to pomysł (w uproszczeniu, duuużym) na fabułę jednego z najlepszych filmów minionej dekady.
"Nienawiść" to historia o trzech kumplach. Vincent, Hubert i Said znają się z osiedla. Życie na przedmieściach nie rozpieszcza, zwłaszcza że trwają właśnie zamieszki ('my' kontra Policja). Perspektyw zero, pracy zero, co najwyżej można dostać pałą w plery, albo dilować prochami jak Hubert. Można też ćwiczyć boks w hali sportowej, ale w takiej dzielnicy trzeba się liczyć z tym, że każdego dnia może ona spłonąć. Nastroje ogólnie kiepskie, wszyscy nerwowi, a gliniarze skorzy do nadużywania uprawnień, zwłaszcza że któryś z nich zgubił swoją klamkę, a jeden z chłopaków ją znalazł... Każdy kto odpowiednio kojarzy nazwisko Hitchcock wie, co oznacza ten znaleziony pistolet.
Mathieu Kassovitz swoim dziełem ponad dekadę temu pieprznął mnie prosto w czoło. Skręcił film prawie że idealny. Wielopłaszczyznowy. Dosadny. Życiowy. Świetnie skręcony. Wogóle nie nudny, w dodatku utkany na dobrych i zabawnych, choć niby błachych dialogach. Wspomniane już trio od popołudnia do późnych godzin porannych przez niemal dobę włóczy się po przedmieściach Paryża. Dzieje się i dużo, i nic. Po kolei.
Kassovitz skręcił film o pewnym miejscu w pewnym czasie. To okres zadym pomiędzy imigrantami a żabojadzką policją, po tym, jak przykuty do kaloryfera tubylec obcego pochodzenia dostał kulkę od gliniarzy. Sprawa prawie jak Rodneya Kinga, ale tamten tylko dostał wpierdol, a i tak w L.A. zawrzało. Przedmieścia Paryżewa też się zatrzęsły w posadach, upadając w końcu na jedno kolano po parunastu latach - w roku 2005. Sceny z płonących przedmieść w Wiadomościach widział chyba prawie każdy. "Nienawiść" zagląda za kulisy zadymy, pokazuje pozbawioną perspektyw egzystencję w betonowym getcie, narwanych gliniarzy, wynikającego z braku możliwości wkurwa mieszkańców, biedotę, długi, i - dalej tym tropem idąc - drogę do drobnych, a potem większych przestępstw. To dzielnica ludzi, którzy zosali wpuszczeni do wielkiego europejskiego mocarstwa, a potem pozostawieni sami sobie.
"Nienawiść" to też bardziej uniwersalny film o kulturze miejskiej, nie tylko tej francuskiej. Jest tu miejsce na skrecze w miejskiej dżungli (świetne wejście Cut Killera), break dance, czy tagi na radiowozach. To opowieść o chłopakach z betonowego zadupia, dla których oznaką tego że się żyje jest to, że się buntuje i robi swoje. Inne. Własne. Takie, jak grillowanie na dachu mrówkowca.
"Nienawiść" to też opowieść o przyjaźni. O trzech, zupełnie różnych od siebie kolegach. O przyjaźni mimo wszystko - pomimo różnic psychicznych i etnicznych. Vincent, Żyd, jest ostro narwany, naoglądał się za dużo filmów z De Niro i kozaczy. Jest jak Vega z Pulpa, wozi się i ma dziwne spojrzenie na szacunek, którym każdy powinien go dążyć, bo jak nie, to będzie źle. Czarny Hubert jest - podobnie jak Jackson w Pulpie - głosem rozsądku. Diluje dragami, bo życie nie rozpieszcza, ale to on wydaje się na świat patrzeć w najbardziej zrównoważony sposób. Said, Arab, jako Trzeci Muszkieter, jest mediatorem pomiędzy przeciwieństwami, jakimi są jego koledzy. Pomijając Saida, pozostali koledzy wydają się być jak wspomniani Winfield i Vega, zwłaszcza że jedno imię się powtarza, choć to ślepy zaułek, w końcu każdy z bohaterów ma imię wzięte od swojego prywatnego imienia.
"N" jest więc opowieścią o przyjaźni, tolerancji i lojalności, stawaniu za sobą ramię w ramię, nie ważne czy trzeba dać komuś w ryj czy ukraść samochód. Owszem, są tarcia, ale w końcu takie jest życie.
"N" to film który w nienachalny sposób drąży sprawy moralne. Pistolet w ręku, a kolega właśnie umiera. Co dalej? Jest narwany Vince, jest stonowany Hubert, są nornalni i są zdegenerowani gliniarze. Co najwazniejsze - jest też świetny i gęsty jak smoła finał, który drąży te sprawy bardziej niż całe poprzednie 80 minut.
"N" to film świetnie zrobiony, na każdym poziomie. Od samego początku robi wrażenie. Otwierają go czarno-białe sceny dokumentalne z zamieszek, po czym przechodzi w monohromatyczną (bo niby paradokumentalną) rzeczywistość. Kassovitz jedzie fenomenalnymi długimi ujęciami z ruchomą kamerą, które co jakiś czas kazały mi mówić cicho pod nosem ' ja jebię...'. To film nowoczesny, dosadny, naturalistyczny, ale nie przekombinowany formalnie, jednak w montażu czuć pazur, wymagany w filmie o trudnym życiu na przdmieściach. Kopie dupę scena gdy chłopaki idą ze zdewastowanej hali Huberta by Czarny zrobił deal. Zaskakuje scena, gdy Cut Killer czesze na tarntejblach, a kamera jedzie nad osiedlem. A wszyscy go słyszą. A Vince sie wkurwia, że gość przegina. Bo w tym filmie (jak w nieszczęsnej dogmie, czy świetnym "Zapaśniku"), starającym się w końcu być blisko rzeczywistości, muzyka jest obecna tylko wtedy, gdy słyszą ją bohaterowie.
Oddzielną sprawą są właśnie bohaterowie - swojscy, osiedlowi, autentyczni. Kolesie szlajają się odziani w dresiwa i gadają o czym się da. O odcinku "Ukrytej Kamery", o tym który pierdnął, czy o tym, kto kogo ostatnio posunął. Gadki z życia, bez nadęcia, bez obsceny, trochę jak z Kevina Smitha, ale bez jego błazenady. Galeria pozostałych postaci też jest niekiepska. Spotykają lokalnych ziombojów, narąbanego typa na mieście, nachalnie starają się rwać dupy na wernisażu, wbijają do lekko odjechanego zioma Saida o swojskiej ksywce 'Asterix', czy wysłuchują życiowych mądrości staruszka, który dopiero co wyszedł ze sracza, i wspomina Syberię.
Film ogląda się świetnie i mógłbym tak teraz długo wymieniać za co. Strona wizualna, dialogi, fabuła, składająca się na paropoziomową przypowieść o rzeczach różnych, klepiący w dekiel finał. Widziałem ten film lata temu do ogólniaka łażąc, w telewizji, i pamiętałem, że zrobił na mnie duże wrażenie. Oglądałem wtedy sporo kina nocnego, a było wtedy na czym w TVP oko zawiesić. Do dziś pamiętam że "Taksówkarz" (do którego tu Kassovitz kilkakrotnie nawiązuje) obrócił moje postrzeganie kina o 180 stopni. A "Nienawiść" po prostu mnie zmiażdżyła, i uważałem ją za jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem. Nie pamiętałem za co. Już pamiętam. I - choć tego raczej nie robię - tym razem szczerze wszystkim polecam zakup. Film w 200% wart tych 20 dzika, jakich sobie za niego życzą. Wielkie kino.
"Nienawiść" to historia o trzech kumplach. Vincent, Hubert i Said znają się z osiedla. Życie na przedmieściach nie rozpieszcza, zwłaszcza że trwają właśnie zamieszki ('my' kontra Policja). Perspektyw zero, pracy zero, co najwyżej można dostać pałą w plery, albo dilować prochami jak Hubert. Można też ćwiczyć boks w hali sportowej, ale w takiej dzielnicy trzeba się liczyć z tym, że każdego dnia może ona spłonąć. Nastroje ogólnie kiepskie, wszyscy nerwowi, a gliniarze skorzy do nadużywania uprawnień, zwłaszcza że któryś z nich zgubił swoją klamkę, a jeden z chłopaków ją znalazł... Każdy kto odpowiednio kojarzy nazwisko Hitchcock wie, co oznacza ten znaleziony pistolet.Mathieu Kassovitz swoim dziełem ponad dekadę temu pieprznął mnie prosto w czoło. Skręcił film prawie że idealny. Wielopłaszczyznowy. Dosadny. Życiowy. Świetnie skręcony. Wogóle nie nudny, w dodatku utkany na dobrych i zabawnych, choć niby błachych dialogach. Wspomniane już trio od popołudnia do późnych godzin porannych przez niemal dobę włóczy się po przedmieściach Paryża. Dzieje się i dużo, i nic. Po kolei.
Kassovitz skręcił film o pewnym miejscu w pewnym czasie. To okres zadym pomiędzy imigrantami a żabojadzką policją, po tym, jak przykuty do kaloryfera tubylec obcego pochodzenia dostał kulkę od gliniarzy. Sprawa prawie jak Rodneya Kinga, ale tamten tylko dostał wpierdol, a i tak w L.A. zawrzało. Przedmieścia Paryżewa też się zatrzęsły w posadach, upadając w końcu na jedno kolano po parunastu latach - w roku 2005. Sceny z płonących przedmieść w Wiadomościach widział chyba prawie każdy. "Nienawiść" zagląda za kulisy zadymy, pokazuje pozbawioną perspektyw egzystencję w betonowym getcie, narwanych gliniarzy, wynikającego z braku możliwości wkurwa mieszkańców, biedotę, długi, i - dalej tym tropem idąc - drogę do drobnych, a potem większych przestępstw. To dzielnica ludzi, którzy zosali wpuszczeni do wielkiego europejskiego mocarstwa, a potem pozostawieni sami sobie.
"Nienawiść" to też bardziej uniwersalny film o kulturze miejskiej, nie tylko tej francuskiej. Jest tu miejsce na skrecze w miejskiej dżungli (świetne wejście Cut Killera), break dance, czy tagi na radiowozach. To opowieść o chłopakach z betonowego zadupia, dla których oznaką tego że się żyje jest to, że się buntuje i robi swoje. Inne. Własne. Takie, jak grillowanie na dachu mrówkowca.
"Nienawiść" to też opowieść o przyjaźni. O trzech, zupełnie różnych od siebie kolegach. O przyjaźni mimo wszystko - pomimo różnic psychicznych i etnicznych. Vincent, Żyd, jest ostro narwany, naoglądał się za dużo filmów z De Niro i kozaczy. Jest jak Vega z Pulpa, wozi się i ma dziwne spojrzenie na szacunek, którym każdy powinien go dążyć, bo jak nie, to będzie źle. Czarny Hubert jest - podobnie jak Jackson w Pulpie - głosem rozsądku. Diluje dragami, bo życie nie rozpieszcza, ale to on wydaje się na świat patrzeć w najbardziej zrównoważony sposób. Said, Arab, jako Trzeci Muszkieter, jest mediatorem pomiędzy przeciwieństwami, jakimi są jego koledzy. Pomijając Saida, pozostali koledzy wydają się być jak wspomniani Winfield i Vega, zwłaszcza że jedno imię się powtarza, choć to ślepy zaułek, w końcu każdy z bohaterów ma imię wzięte od swojego prywatnego imienia.
"N" jest więc opowieścią o przyjaźni, tolerancji i lojalności, stawaniu za sobą ramię w ramię, nie ważne czy trzeba dać komuś w ryj czy ukraść samochód. Owszem, są tarcia, ale w końcu takie jest życie.
"N" to film który w nienachalny sposób drąży sprawy moralne. Pistolet w ręku, a kolega właśnie umiera. Co dalej? Jest narwany Vince, jest stonowany Hubert, są nornalni i są zdegenerowani gliniarze. Co najwazniejsze - jest też świetny i gęsty jak smoła finał, który drąży te sprawy bardziej niż całe poprzednie 80 minut.
"N" to film świetnie zrobiony, na każdym poziomie. Od samego początku robi wrażenie. Otwierają go czarno-białe sceny dokumentalne z zamieszek, po czym przechodzi w monohromatyczną (bo niby paradokumentalną) rzeczywistość. Kassovitz jedzie fenomenalnymi długimi ujęciami z ruchomą kamerą, które co jakiś czas kazały mi mówić cicho pod nosem ' ja jebię...'. To film nowoczesny, dosadny, naturalistyczny, ale nie przekombinowany formalnie, jednak w montażu czuć pazur, wymagany w filmie o trudnym życiu na przdmieściach. Kopie dupę scena gdy chłopaki idą ze zdewastowanej hali Huberta by Czarny zrobił deal. Zaskakuje scena, gdy Cut Killer czesze na tarntejblach, a kamera jedzie nad osiedlem. A wszyscy go słyszą. A Vince sie wkurwia, że gość przegina. Bo w tym filmie (jak w nieszczęsnej dogmie, czy świetnym "Zapaśniku"), starającym się w końcu być blisko rzeczywistości, muzyka jest obecna tylko wtedy, gdy słyszą ją bohaterowie.
Oddzielną sprawą są właśnie bohaterowie - swojscy, osiedlowi, autentyczni. Kolesie szlajają się odziani w dresiwa i gadają o czym się da. O odcinku "Ukrytej Kamery", o tym który pierdnął, czy o tym, kto kogo ostatnio posunął. Gadki z życia, bez nadęcia, bez obsceny, trochę jak z Kevina Smitha, ale bez jego błazenady. Galeria pozostałych postaci też jest niekiepska. Spotykają lokalnych ziombojów, narąbanego typa na mieście, nachalnie starają się rwać dupy na wernisażu, wbijają do lekko odjechanego zioma Saida o swojskiej ksywce 'Asterix', czy wysłuchują życiowych mądrości staruszka, który dopiero co wyszedł ze sracza, i wspomina Syberię.
Film ogląda się świetnie i mógłbym tak teraz długo wymieniać za co. Strona wizualna, dialogi, fabuła, składająca się na paropoziomową przypowieść o rzeczach różnych, klepiący w dekiel finał. Widziałem ten film lata temu do ogólniaka łażąc, w telewizji, i pamiętałem, że zrobił na mnie duże wrażenie. Oglądałem wtedy sporo kina nocnego, a było wtedy na czym w TVP oko zawiesić. Do dziś pamiętam że "Taksówkarz" (do którego tu Kassovitz kilkakrotnie nawiązuje) obrócił moje postrzeganie kina o 180 stopni. A "Nienawiść" po prostu mnie zmiażdżyła, i uważałem ją za jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem. Nie pamiętałem za co. Już pamiętam. I - choć tego raczej nie robię - tym razem szczerze wszystkim polecam zakup. Film w 200% wart tych 20 dzika, jakich sobie za niego życzą. Wielkie kino.
środa, 12 sierpnia 2009
G.I.Joe
No i wykrakałem. Kolejny letni chicior, czyli ekranizacja... zestawu zabawek, okazał się niewypałem. Ba, wpadką sezonu tak naprawdę. Co nie zmienia faktu, że bawiłem się na nim świetnie.
Zasługa pewnie leży po stronie ekipy z którą poszedłem (Łukasz&Konrad, czyli Motyw Reprazent, i połowa załogi 2guys1blog, czyli Makowiec). Bez celnych uwag pokroju 'a więc on jednak to przeżył' ten film nie byłby taki zabawny.
Może po kolei. Szał na zabawki G.I.Joe dotarł do Polski pod koniec mojej podstawówki. Miałem dwóch kolesi z Tiger Force, paru z G.I., najwięcej jednak z Cobry, ba, nawet pojazd Cobry miałem. Zresztą Cobra jako bardziej wykręcona (czasem w niebezpieczną jak na fantazję dziecka stronę) ciekawiła mnie zawsze dużo bardziej. Były komiksy, albumy z nalepkami (te dotarły do nas dzięki kolegom z rodziną w USA jeszcze w latach 80-tych), serial animowany dość kwaśny animowany pełen metraż. Po prostu szał jak transformersy.
No i skoro zmieniające krztałty roboty doczekały się własnej produkcji, która okazała się być sukcesem, to dlaczego nie zerkanizować i opowiesci o dzielnych amerykańskich wojakach, walczących z popaprańcami mówiącymi z dziwnym akcentem? Wykorzystując podobną formułę dla małych u duzych chłopców?
Zasługa pewnie leży po stronie ekipy z którą poszedłem (Łukasz&Konrad, czyli Motyw Reprazent, i połowa załogi 2guys1blog, czyli Makowiec). Bez celnych uwag pokroju 'a więc on jednak to przeżył' ten film nie byłby taki zabawny.
Może po kolei. Szał na zabawki G.I.Joe dotarł do Polski pod koniec mojej podstawówki. Miałem dwóch kolesi z Tiger Force, paru z G.I., najwięcej jednak z Cobry, ba, nawet pojazd Cobry miałem. Zresztą Cobra jako bardziej wykręcona (czasem w niebezpieczną jak na fantazję dziecka stronę) ciekawiła mnie zawsze dużo bardziej. Były komiksy, albumy z nalepkami (te dotarły do nas dzięki kolegom z rodziną w USA jeszcze w latach 80-tych), serial animowany dość kwaśny animowany pełen metraż. Po prostu szał jak transformersy.
No i skoro zmieniające krztałty roboty doczekały się własnej produkcji, która okazała się być sukcesem, to dlaczego nie zerkanizować i opowiesci o dzielnych amerykańskich wojakach, walczących z popaprańcami mówiącymi z dziwnym akcentem? Wykorzystując podobną formułę dla małych u duzych chłopców?
Jak pomyślano, tak zrobiono, reżyserią zajął się facet od Mumii, zakładając że ta produkcja będzie dla niego przepustką do wymażonego Bonda. Naiwniak.
Więc jest źle. Zamiast zróżnicowanego teamu przekoloryzowanych indywidualności, mamy tak naprawdę przekrój przez szereg płaskich postaci. Jest dzielny amerykański Heros Z Przeszłością, jest Twarda Laska, jest Wielki Szef, jest Śmieszny Murzyn. Tyle po stronie Dobrych. Źli to Druga Twarda Laska, Szalony Naukowiec, Geniusz Zbrodni, i Armia Anonimowych Kolesi Z Durszlakami Na Ryjach. A, zapomniałem, obie strony mają po nindży, dla niepoznaki dobry jest na czarno, zły na biało. Koniec.
Fabuła jest hardkorowo głupia, od spisku, aż po poszczególne rozwiązania (amerykańska baza szkockiego producenta broni w Kirgistanie? heloooooł? tonący lód???). Dialogi są marne, one-linery i żarciki czasem bawią, ale to głównie nieporadnością. Facepalm gwarantowany. Łukasz się kulił z wrażenia na fotelu. Akcja nie za często, i nie za ładna, fajne bywają wybuchy i dwie scenki w sumie (naparzanka dzieci-ninja i coś jeszcze). Efekty żenują, takiej taniości dawno nie widziałem. Piewsi X-meni byli lepiej zrobieni.
Zasadniczo jest bieda, ale rechotaliśmy zdrowo, podobnie jak i reszta sali. Inaczej się nie dało. Przypuszczam że to dzieło nabiera uroku w miarę picia, i okaże się kamerlanoimprezowym killerem na następny rok.
Co dziwne, ten radosny gniot okazał się hitem tygodnia w Stanach, i będzie dwójka (a może i trylogia). Dennis Quaid się wkopał. A wszystko z miłości do własnego dziecka, fana G.I.Joe. To chyba koniec jego kariery.
Ten film jest denny. Jest gorszy od nowego Terminatora i Transformerów. Dzieli je przepaść jeżeli chodzi o wykonanie. Co nie zmienia faktu, że - jak pisałem - bawiłem się przednio. Ale nie o taki odbiór chyba chodziło autorom. Pamiętajcie że ostrzegałem. To film na wyjątkowo niskim poziomie, który jednak daje niezły fun.
Subskrybuj:
Posty (Atom)