środa, 16 września 2009

Benkarty Quentina

Zacznę krótko, żeby było wiadomo o co mi chodzi. I przygotować tych, co sa gotowi obrać mnie za dalsze uwagi gnojówką. Albo to Tarantino jest już dla mnie za stary, albo to ja jestem za młody na obecny etap jego kariery filmowej. Wynudziłem się. Momenty są, nawet znakomite, tak że parskałem śmiechem, ale pomiędzy nimi się nudziłem.


Quentin podąża dalej ścieżką, którą wyznaczył sobie przy okazji kręcenia drugiej części "Kill Billa". Rozwleczona fabuła, plejada negatywnych lub co najmniej dwuznacznych postaci, dłużyzny, dialogi o niczym, okazjonalna przemoc (czasem nawet dynamiczna), Ennio Morricone w tle, momentami niezłe one-linery. Quentin znowu skręcił film dla siebie, złożony z jego ulubionych patentów z cudzych filmów, podlanych jego sosem (skomponowanym na składnikach cudzej produkcji), onanizuje się piętrząc cytaty i nawiązania które wyłapią hardkorowcy, w dodatku narcystycznie, bo momentami robi to przed lustrem, cytując samego siebie.

Czy jest to film zły? Nie, ja tak nie uważam. Gdyby nie był to film QT, to stwierdził bym że nawet niezły, a reżyser dobrze rokuje, choć nie ma wyczucia, przeciągając sceny tak, że mało rolka z cyfrową taśmą filmową nie pęknie. Ale to film autora "Pulp Fiction" i "Wściekłych psów", od którego oczekuję więcej niż kolejnych wprawek formalnych, łączących jego ulubione elementy gatunków do których nawiązuje. A właśnie to, mam wrażenie, otrzymałem już po raz czwarty.

Marsową minę funduje już scena z okupowanej Francji, gdy przesympatyczny naziol tropiący Żydów zawraca głowę tubylca. Jego oślizgła uprzejmość bawi. Ale gdy scena z pustym dialogiem trwa już szóstą minutę, to ręce opadają. Podobnie jest z muzyką, otwierającą scenę. Ennio Morricone. Znaczy się mamy wojenny spaghetti-western. Tylko że Leone potrafił robić gęste dłużyzny. W moim odczuciu Tarantino, choć by nie wiem jak chciał, tak nie umi. Oj, nie umi, nie umi...

Ciąg nudnych i naciągniętych do granic (mojej, oczywiście) cierpliwości scen, przerywa rozpoczęcie 'Akcji Kino'. Przez pierwszą godzinę tak naprawdę zostają tylko wprowadzeni bohaterowie (czyli dzieje się tyle, co u Leone przez 5-10 minut). Jest więc drużyna tytułowych Benkartów, czyli Żydów, którzy na tyłach niemieckiego frontu mają skalpować nazioli, zadawać ból i ogólnie poniżać ubermenszów, mszcząc się za los swoich pobratymców. Czy świat już wiedział wtedy o Holokauście? O ile pamiętam nie, tak samo jak żabojadzcy mleczarze z tamtego okresu nie nalewali raczej mleka prosto od krowy prosto do szklanych butelek litrowych i nie zatykali ich kapslem. Ale co za różnica, to nie film historyczny. Gorzej, że Benkarty stanowią tak naprawdę scenografię i pretekst do wykrzesania postaci Aldo Raine'a, którego pierwszorzędnie zagrał Brad Pitt. Okazało się że potrafi on zrobić dla ludzkości więcej dobrego, niż adoptować kolejne dziecko z trzeciego świata. Raine to prosty brutal o akcencie południowca. Zna włoski. I domaga się skalpów faszystów. Pitt strzela one-linerami jakby pojono go nieustannie używkami. Wydyma dolną wargę, cedzi. I jest zajebisty. Przeciwwagą dla niego jest jedyny w teamie niemiec, Stiglitz, małomówny morderca, kapitalnie zagrany przez Schweigera. A reszta? No cóż. Są Żydami. I są okrutni. Podobno. I robią za tło dla Pitta. Huu huu, bojam siem. Bo ogólnie, postaci jest mnóstwo. Co jedna, to pomysł. Tylko ze na pomysłach się niestety kończy, a większość typków (np. bohaterski snajper) jest papierowa i nieciekawa.

Tak więc jest drużyna Benkartów, jest też młoda żydówka, która uciekła przed śmiercią, i chce odpłacić niemcom za mord jej rodziców, jest też planowana przez Brytoli operacja skasowania Niemiaszków, we współpracy z Benkartami. W połowie filmu splatają się losy tych pierwszych z Brytolem. No i historia zaczyna się rozwijać, a kilku Benkartów nawet ma szansę powiedzieć jakąś kwestię. Jest lepiej. Aż w końcu film się kończy.

Tarantino porwał się na przygodowe kino wojenne, z pod znaku "Tylko dla orłów", "Parszywej dwunastki", "Złota dla zuchwałych", i wielu innch produkcji. Gość z palmą porwał się na klasykę. I poległ. Bo w takim kinie liczy się akcja przemieszana z humorem. Owszem, jest i jedno i drugie. Zwykle występują naprzemiennie, jedno z nich co 5-10 minut. Dialogi się ciągną. A nie są to teksty formatu 'A jak mówią na Big Maka?'. One-linery trafiają. Trafia Pitt i gość grający wspomnianego poczciwego naziola. Efekt osłabia jednak długość całości, i ogrywanie zaskakujących patentów do znudzenia. Lipne jest lansowanie Eliego Rotha - z protegowanego QT jest nie lepszy aktor niż reżyser, charakterystykę Żyda-Niedźwiedzia (WTF???) otwiera fakt żę leje nazioli bejzbolem po łbach, a zamyka fakt, że naziole się go boją. Bojam się jeszcze bardziej.

Kłentin postanowił odbrązowić wojnę. W pewien sposób mu się to udało, bo zabarwił spiżowy pomnik podobną w barwie substancją, acz o dużo mniej szlachetnym pochodzeniu. Tylko że to też żadna nowość. Żydzi oprawcami, Hitler i Goebbels postaciami komicznymi, brytole klasycznie nadęci, a jedyną (WZGLĘDNIE) pozytywną postacią jest Murzyn, który decyduje się na masowe morderstwo zbrodniarzy z niewinnego powodu, jakim jest miłość. Nie czuję się zaskoczony, w "Parszywej dwunastce" jedyną nadzieję Aliantów stanowiła banda psychopatów i dewiantów.

Pan QT zekranizował po prostu swój kolejny mokry sen. Złożył hołd kinu gangsterskiemu, azjatyckiemu, spaghetti westernom, grindhousom, przyszła kolej na kino wojenne. I są pozytywy. I są momenty. Ale szkoda że Tarantino jest gwiazdą tego formatu, że nikt mu nie powie 'Quentin, oberżnij przynajmniej 20 minut, bo to momentami w gardle staje'. Docenił bym to. A tak - doceniam tylko momenty. Ale to ja. Całość doceniają krytycy i fani. I pewnie jakaś część z nich doceni nie tylko dlatego, że to kolejny film Wielkiego Reżysera.

10 komentarzy:

Kaj-Man pisze...

Bardzo fajny tekścik. Zgadzam się z nim w pełni. Może poza tym, że nie wynudziłem się aż tak bardzo. Dla mnie dłużyzny to znak firmowy Tarantino, więc byłem przygotowany.

Gonzo pisze...

tu się nie zgodzę. dłużyzny to znak firmowy Leone, którego Tarantino od paru filmów usiłuje podrabiać, ze średnim IMHO efektem. Znakiem firmowym Tarantino były dobre dialogy, ciekawe, nawet jeśli o niczym. Były.

klc pisze...

Podobnie jak z Twoją notką o "Terminatorze" mogę się tylko podpisać pod tym, co wypłodziłeś. Nuda i flaki z olejem. I ewidentny brak pomysłu na całość. Znaczy, QT miał pomysły na jakieś trzy różne filmy i chciał je zmieścić w jednym. I nie udało się. A poza tym, kurde, jak idę do kina na film "Inglourious Basterds", to chcę zobaczyć film o Basterdach, a nie o Basterdach bez Basterdów.
Aha, i masz ode mnie +10 do lansu za zjebanie Eliego Rotha. Nie wiem, co on robił na ekranie, ale nie powinien się tam znaleźć.

adler pisze...

moi koledzy sie w większości niestety bezkrytycznie spuszczają nad tym filmem jak nad Japończycy nad gimnazjalistką.

lewar pisze...

Podobał mnie się. Ale nie będę dyskutował, ani się spuszczał. Bo nie ma sensu - czego innego oczekujemy po Terpentino. Lubie typa, ale uber fanem nie byłem nigdy i nie spodziewałem się, że mną pomiecie. Dostałem 2h rozrywki. Dłużyzny wyczuwalne, ale usprawiedliwione imho. Eli Roth? Postać zajebista, tylko bardziej rozwinięta w press packach niż w samym filmie. O tak - z tym przedstawieniem bohaterów, to rzeczywiśćie słabo. Eli Roth? Beznadziejny aktor. Ale kij - ubawiłem się. Z Kwentinem mam jak ze Smithem - jarał niegdyś, a ostatnie dokonania to se mogę obejrzeć jak mam chwilę wolnego.
Grindhouse ssał.
Planet Terror rządził.

THIRDEYE pisze...

Mnie sie podobal, chociaz zgadzam sie z niektorymi Twoimi "zarzutami". Co do skrocenia o 20 minut to mnie sie wydaje ze bedzie wersja rezyserska, ktora bedzie jeszcze dluzsza, bo w filmie nie widzialem kilku scen ktore byly w trailerze. Ale moge sie mylic.

klc pisze...

@"Grindhouse ssał.
Planet Terror rządził."

Jak rozumiem, chodzi o to, że "Death Proof" ssał?

Gonzo pisze...

co do terrora i grindhousa to zapewne, a i ja tak myślę.

co do trailera i wersji reżyserskiej - cut kinowy to inny cut niż ten z... Wenecji? Cannes? będzie dir cut albo i nie, dotąd nie doczekaliśmy się pełnej wersji Kill Billi, a u QT zwykle i tak wersje kinowe to wersje reżyserskie, więc co on ma zmieniać?

Bartek pisze...

"[...] szkoda że Tarantino jest gwiazdą tego formatu, że nikt mu nie powie 'Quentin, oberżnij przynajmniej 20 minut, bo to momentami w gardle staje'. Docenił bym to."

No, Weinsteinowie chcieli mu oberżnąć [he. he.] 40 minut filmu. I jak dla mnie dobrze, że do tego nie doszło.
http://film.onet.pl/0,0,1987671,wiadomosci.html

klc pisze...

40 minut? Czyli mniej więcej tyle, ile trwają wszystkie sceny z Bastardami? :p Może i trzeba było, choćby po to, by zachować je na jakiś lepszy film. A całą resztę po prostu wyrzucić na śmietnik. Bo tam jej miejsce.