sobota, 29 sierpnia 2009

Nadrabiam komiksowe zaległości...

...bo to niby przeca blog komiksowy, a o komiksach piszę mało. Parę tforów z za wielkiej wody ostatnio wchłonąłem, więc wiedzą się podzielę. Oczywiście zero nowych rzeczy, po świeżynki to nie do mnie. Ja teraz czytam Herodota, słucham pierwszych albumów Komet, i przymierzam się (jak mi Xboxa zreperują/wymienią) do obejrzenia 7 wspaniałych, Nosferatu i Obcych.
A, wessałem jeszcze parę polskich premier, ale raczej na mnie wrażenia pozytywnego nie zrobiły zanadto, poza Dworcem Centralnym, ale o nim to może kiedy indziej.
Jazda z tym żużlem. Lecę po kolei według subiektywnie określonej przydatności do spożycia.
Universe X - po pierwsze - dzięki dla Arcza za użyczenie tytułu do wessania (tak samo jak Earth X). Tytułem wstępu, dla leni, parę słów co było w poprzednim odcinku. Ziemia X w kapitalny sposób spinała często sprzeczne zawiłości mitologii universum Marvela. Celestialsi, Inhumansi, Eternalsi, Obserwatorzy, Galactus i jego specyficzna dieta, mutacje, supermoce, bogowie greccy i nordyccy - wszystko to świetnie do siebie pasowało, i tworzyło łącznie ciężki, postapokaliptyczny klimat świata superbohaterów. Dodatkowo świetnie przefasonowani zostali wszyscy znani i lubiani jako ci sami, ale 30 lat później - Kapitan A to zmęczony życiem wojownik który nie wierzy w swoją walkę, zwłaszcza że nie ma już tej Ameryki o którą zawsze walczył, Peter Parker ma depresje i wyhodował bemben, a Daredevila (który zginął) zastąpił nowy Śmiałek, który nie może umrzeć (Deadpool-stajli). Wszystko się świetnie splata, acz zostawia furteczkę, przez którą autorzy przeszli z poziomu Ziemi, na poziom Wszechświata.
I tu wchodzę ze swoją pinią o kontynuacji. O ile wcześniej wszystko się rewelacyjnie zazębiało, tak tutaj jest po prostu naćkanie wszystkich tych elementów universum, co pozostały po produkcji tomu pierwszego. Lepią się one średnio. Wszystko się toczy ponownie dokoła Kapitana, tyle że nie Ameryki (który jest tylko opiekunem), a Marvela. Marvel jest jednocześnie w świecie martwych (bo kojfnął), i żywych (bo się odrodził), i gdzieś poza czasem, bo część jego mocy wróciła się gdzieśtam po cośtam. W sumie Trójca Święta. I kolo jednocześnie działa na dwóch światach, bo chce hm... Zniszczyć? Odbudować? Nie odpowiem, sami się domyślacie. Oczywiście martwi nie wiedzą że są martwi, a żywi wiedzą że są żywi. Marvel robi sobie dzięki płaszczowi Cloaka warpowe skoki po pogrążonej w apokaliptycznej zimie kuli ziemskiej. Potrzebuje jakieś artefakty, by zyskać pełną moc. I jest tu Kosmiczna Kostka, parę innych gadżetów, po co właśnie mu one - nie wiadomo, ważne żeby wkomponować kolejne tajemnicze elementy universum. Są skoki po ziemi (Savage Land, NY, twierdza Dooma), są też poza ziemię (wspomniane zaświaty, Piekło, Limbo, przewija się Microverse, i cośtam jeszcze), wszystko to tak, by upchnąć więcej, ponad poziom ziemski, w końcu to Universe X, na Teutatesa!!! A więc przez całe 12 zeszytów (no i przez zerowy, i przez X, i przez pobocznych 5...) toczy się jakaś bełkotliwa gra, w której stawka jest duża, zasady nieznane, a wróg nieokreślony. Ot, takie wtapianie w warpowe skoki kolejne postaci i elementy mitologii. Średnio do siebie pasujące. Czasem jest głupio (Marvel równocześnie tu i tam), a czasem jeszcze bardziej głupio (płaszcz do warpowania w parę osób po kuli ziemskiej - tak, bo skraca podróże itd., płaszcz do warpowania całej ekipy która robi pielgrzymkę do Savage Land - nie, bo nie uda się zrobić efektu dramatycznego gdy po drodze zostaną zaatakowani), czasami dużo bardziej głupio (nieśmiertelny Daredevil II po rozerwaniu na kawałki okazuje się być wieloma Daredevilami II, totalny cartoon, albo np. członkowie ekipy Marvela, którzy raz się pojawiają, raz znikają, po jakimś czasie znów się pojawiają, czy ktoś tego pilnował???). Tak naprawdę trwający te prawie 20 zeszytów bełkot ma jeden cel - określić że jest jakaś ważna walka, i wykreować wroga, którego zabrakło w sumie w Earth X, i to wykreować tak, żeby na koniec wyskoczył on niby z dupy. Liipa. Żałością natomiast jest bandycka praktyka Marvela i autorów z zeszytami pobocznymi. Niby to są spinoffy dotyczące pobocznych postaci, które jak się ich nie lubi, to można je olać. Ale jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego kolejny zeszyt zaczyna się od pogrzebu kluczowej postaci, która była w poprzednim zeszycie jeszcze w pełni sił, no to cóż... kupcie zeszyt poboczny. Kit straszliwy, bo to zwyczajnie jest podzielenie fabuły i wciskanie kitu że seria ma tylko zeszytów 12 (a ma jeszcze 0, X i te nieszczęsne spinoffowe). Ogólnie - nie polecam tej serii, choć Earth X cały czas zachwalam i zachwalał będę. Strach się bać co przynosi Paradise X. A, i grafika - o ile nie pasowała mi grubo ciosana krecha Earth, to jednak grała ona z ciężkim klimatem tej serii. A tu... Taki klasyczny superhero rysunek... Lekki, miałki, zwyczajny. Takiej całości nie ratują oczywiście wcale okładki Rossa, składające się na duużą mozaikę.

Gotham Central #1 - czyli takie "Zawód Policjant" osadzone akcją - jak tytuł wskazuje - w Gotham. Codzienne śledztwa, akcje i zawodowe rozterki ekipy jednego z komisariatów w Gotham. Czyta się to dobrze, jest to po prostu - klimat kryminalnych seriali telewizyjnych o nowojorskich gliniarzach - tylko że w świecie DC. A więc - kompleksy wynikające z działalności Batmana (który zamiata po gliniarzach gdy nie dają rady), dziwacy, a bywa że i superłotrzy, z którymi trzeba się mierzyć, choć jest się 'tylko' policją i takie tam. Porządne, ciekawi mnie co dzieje się w kolejnych tomach, bo to takie prawdziwe życie jest na uboczu świata superbohaterów, tylko że... No jak dla mnie mało komiksowe toto. Wolał bym to przeczytać w postaci powieści. Albo obejrzeć serial telewizyjny. Jak mam komiks w świecie superherosów, to wolę z superherosami, którzy odwalają superheros-akcje, nie pocą się, i po spuszczeniu w pojedynkę wpierdolu naćpanym gangsterom z triady puentują wszystko czerstwym one-linerem. Tak czy siak - dobre, moja polecać, kiedyś (jak przerobię wszystkie a-must-ready) chętnie nadrobię pozostałe tomy.

Promethea #1 - no łaaadnie... Najlepsza seria Moore'a to to może nie jest, ale po pierwszym trejdzie zapowiada się smacznie. Z typową dla siebie oryginalnością (hehe) Alan wymieszał formułę komiksu superbohaterskiego z tekstami kultury, jest tu sporo mitów, legend i baśni (powstało toto przed Fables, jak ktoś szuka spisku), wszystko w sosie New Age i lekkiego SF, czy też cyberpunku, cokolwiek. Tytułowa Promethea to postać z mitów, opowiadań, podań, wierszy i komiksów, której istnienie uzależnione jest od tego, że ktoś w nią wierzy, o niej czyta, wymyśla jej historie. Jest to powiedzmy sobie postać przechodnia (co jakiś czas kolejne pokolenie ma swoją nową Prometheę), której potęga wynika z siły fantazji. Jej siła powiązana jest z greckim Hermesem i egipskim Horusem. To jednak nie wszystko - potęga tej bohaterki powiązana jest z surrealistycznie ukazaną Immaterią, czyli światem zbudowanym na ludzkich marzeniach i fantazjach. Skojarzenia z gaimanowskim Śnieniem jak najbardziej właściwe. Z Niekończącą się opowieścią jeszcze właściwsze. Historię obserwujemy z perspektywy nowego wcielenia tej wojowniczki, która nawiedziła cichą i spokojną, acz nazbyt ciekawską studentkę. Oczywiście to początek gry o wielką stawkę, nie wiem jeszcze jaką, bo to tajemnicze, czyhają różni magowie, czyha organizacja (kult?) co nazywa się Temple. Czyta się znakomicie, zwłaszcza że Moore postanowił pogiętą mistykę przełamać dystansem i poczuciem humoru (świetne wejście postaci z 6-tego zeszytu - owocu grafomańskich pomysłów scenarzystów pulpowego komiksu o Prometei). Całości dopełniają zacne rysunki J.H. Williamsa III. Miłośnicy wynajdywania popkulturalnych puzzli, czy to z zakresu sztuk plastycznych, czy też czerpiących z komiksu - znajdą tu sporo dla siebie - każda okładka to nawiązanie raz do Muchy, raz do Warhola, są odniesienia do Alicji w krainie czarów, są nawiązania do Nemo McKay'a. No i są świetne wstawki z komiksem w komiksie, o płaczącym gorylu... Ale to nie ma sensu tłumaczyć. Szczerze polecam, a kolejne tomy cyklu zawędrowały u mnie do górnej części komiksowej listy zakupów. A tu macie prewiu.

2 komentarze:

Christof pisze...

Kurcze kusisz tą Prometheą i Gotham Central, trzeba będzie poszukać w tych no echym sklepach...[wink wink]

Paradise X próbuje wytłumaczyć wszystko, w sensie zasady funkcjonowania wszystkich Marvelowskich wszechświatów. Nie wyszło to imho dobrze choć wątek tworzenia zaświatów 'na miarę naszych możliwości' to fajny pomysł.

Gonzo pisze...

No właśnie problem Universe'a jużpolega na wtrynianiu wszysztkiego co się dało w mało racjonalny (jeśli wogóle można użyć tego słowa w tym przypadku) sposób, ot tak, byle więcej się zmiesciło. Jeśli w Paradajsie poszli dalej o oo jaa cieee :/ Jak to sie ma do U X?

a z tych no, echm sklepów to skorzystaj, zwłaszcza w przypadku Promethei. GC jest okej, ale no... trykotów mało :] w sensie taki policyjny konwencjonalny kryminał w niekonwencjonalnym mieście.