niedziela, 25 października 2009

Horror Festival

Nie jestem szczególnym fanem horrrrrorów. Tak samo jak nie jestem szczególnym fanem sensacji, SF czy komedii. Dobre filmy lubię, a kwestie gatunkowe zlewam. To podobnie jak z komiksami mam. Dobrym trykotem nie gardzę, acz to nie znaczy że wolę kaptena amerykę wbitego w kostium od Goona czy czegoś innego.

Tak więc trafiłem na Horror Festiwal, jedną z niewielu filmowych imprez tematycznych, I nie było źle, acz rewelacyjnie też nie. Poniżej mój raport dla zainteresowanych programem, co się nie załapali, ale są gotowi zakupić filmy z amazona, albo posiąść je inną drogą.

Czwartek (22.10)

Diagnosis: Death - produkcja nowozelandzka, jak się dowiedziałem - podpinająca się pod nurt Kiwi Gothic. Taka nazwa zobowiązuje. Niemal kryminalna tajemnica, pałentająca się między wierszami, i para bohaterów, dwoje osób z nowotworem, decydujące się na eksperymentalne leczenie. Choroba, prochy, halucynacje, wizje, czarny humor i dobre dialogi. Przy tym filmie Tarantino wychodzi na trzeciorzędnego tekstopisarza. Troche mroku, psychodela, zajebisty autodystans. Dobra rozrywka.

Szorty:

Head to Love - takie dosyć oczywiste i klasyczne. Dobrze skręcone. Ciekawostka - w dużej części polska robota.
Night of the Hell Hamsters - pastisz, nawet zabawny, ale IMO pomysł okazał się lepszy od realizacji. W trakcie seansu wywoływania ducha wredne bydle nawiedza chomika w klatce. Potem masakra, odgryzione genitalia i krew. Z humorkiem. Nie z humorem.

Das Floss - animka plastelinowa o dwóch rozbitkach na tratwie. Nie wiem co komuś zasugerowało że toto ma cokolwiek wspólnego z horrorami. Takie tam. Głód, pragnienie i rekiny.

Virtual Dating - biedne takie, pseudo feministyczny bełkot mający (jak mniemam) ukazać bestialastwo dyktatury samczych szowinistycznych świń. Tylko że to zwyczajnie jest durne.

Eel Girl - krótkie, bez głębi, ładnie zrobione i fajnie udźwiękowione. Cunningham by się tego raczej nie powstydził. No i to dzieło typka od Chomików.

Welgunzer - żaden tam horror. Czyste SF bawiące się paradoksem czasowym. Podwójnym. I z humorem. Jak dla mnie najlepszy szorciak w zestawie.

Brother's Keeper - nudne i słabe, gdzieś taką historię już widziałem (bracia z boską misją, jeden widzi cel, drugi w imię boże zabija, aż do...). Taki tam bełkot.

Das Zimmer - wariacja na temat "Zagubionej autostrady". Już to znam.

Mavela - ostro pojebane. Film dla każdego, kto chciałby zobaczyć typka o facjacie Miśka Koterskiego, dymającego sedes. I nie tylko. Nie wnikajcie. Obejrzyjcie.

Piła VI - wbrew autorytetom pokroju Kamila Śmiałkowskiego, przy okazji premiery 2-giej części cyklu, stwierdziłem że to do chuja jest niepodobne. No może przesadzam, zwyczajnie mi się nie podobało, 1-ka wyczerpała pomysł. A tu już 6-tka. OLABOGA. Pozwoliłem sobie spasować.


Piątek (23.10)

Najgorszy dzie tegorocznego festa. Bez kitu.

Sauna - groza po fińsku. XVII wiek, Szwedzi i Rosjanie wytyczają granicę, dopóki nie trafią na środku bagien na betonowy bunkier. Tajemnicze. Klimatyczne. O co chodzi? Nie wiem, i autorzy chyba też nie wiedzieli. "Niech będzie tak wieloznacznie, że widzowie sami sobie dopowiedzą co chcą, i zesrają się ze strachu...". Normalnie mnie ten film wnerwił. Dopuszczam w horrorach kosmitów, wampiry, zombie, wilkołaki, duchy, wszystko, tylko niech to z CZEGOKOLWIEK wynika. A w Saunie to ot tak, ktoś coś szepcze, nie wiadomo co i po co, ludzie znikają pozostawiając po sobie ubrania, czy pojawia się postać BEZ TWARZY krwawiąca z pustaj dziury. I nie wiadomo dlaczego. Ani po co. OK. Filmy Shyamalana są głupie, ale on sobie chociaż zadaje trud, żeby wyjaśnić o co mu chodziło. Autorzy Sauny sobie takiego trudu nie zadali. Chociaż setting działał na ich korzyść.

Open Graves - krzyżówka Oszukać Przeznaczenie i Jumanji. WTF??? Czy mam cokolwiek dodać? Debilne, w dodatku z bardzo tanimi efektami. Oszukać Przeznaczenie miało chociaż fajne masakry. Odpuście sobie to coś.

Visions - thriller ni to policyjny, ni to szpitalny. Dość oczywisty (acz ma podwójnego twista), dość głupawy. Kolo szpera po stronach poświęconych pewnemu topicowi, i to starczy, co by go ktoś na czacie złapał i zaczął podpytywać. Czat powiązany ze stronami które odwiedzał. Tak. Jasne. And the pigs will fly. Ten ktoś podaje się za pismaka, a bohater na to 'tak, jasne, powiem Ci wszystko co wiem'. Głupawe ostro. Ale nawet spoko opowiedziane, luźny bezpretensjonalny wyjątkowo ziom-błazen wprowadzony, taka postać humorystyczna z wyjątkowym wdziękiem (nie wiem czemu, pewnie przez zapuszczenie, ale typ się kojażył mi z Sethem Rogenem). Film gupawy.

Sobota (24.10)

Dying Breed - Tasmańska Masakra Nożycami do Owiec. Coś mam dodać? Najlepszy chyba i najbardziej horrrorrrowy film jak dotąd, idący w stronę tezy, że największym koszmarem są skryte zakamarki ludzkiego umysłu. Duchy i wampiry to pic na wodę dla estetów. Koszmarem jesteśmy My sami. I o tym jest ten film.

My name is Bruce - ktoś nie zna Bruce'a Campbella? To - jak głosiła swego czasu jego strona - most famous B-movie actor. No i film jest o nim. Typ jest mistrzem tandeciarstwa, swoim przekoloryzowanym 'aktorstwem' zawsze dodaje uroku nawet największemu gównu. Jestem fanem. Tu gra samego siebie, i nawet całość reżyseruje. Film to zbitka ze statusu tego dziwnego typka, z całego zestawu gówien w których wystąpił, i z wątpliwego statusu 'gwiazdy' którym się go darzy. Fabuła wyjątkowo głupia, ale ja się tam ubawiłem. Sztybor twierdzi inaczej. Ale on walczy o Grand Prix festiwalu w Łodzi. Jemu się nie wierzy. Radosny krapowy film, nie rozumiem tylko, dlaczego za każdym razem jak padała kultowa fraza 'give me some sugar, babe...', to tłumacz (pewnie onlajnowy, ale co tam), dawał inne tłumaczenie tego zdania... Ech. Dobry B-class fun. Rechotałem się zdrowo.

Trailer Park of Terrors - wykolejeni społecznie licealiści trafiają na nawiedzony camping na pojebanym płudniu USA. Są jakieś retrospekcje, są sceny współczesne, nie wiadomo po co, bo przeszłość nie tłumaczy dlaczego gówniarzerka musi się zmierzyć z żyjącymi trupami (jak je odebrałem), ani dlaczego laska która zabiła swoich towarzyszy jest tak samo martwa jak swoi koledzy. Takie tam pierdoły. Bo film jest głupi. Mniejsza o to. Zasadniczo chodzi o klimat zdegenerowanego południa skrzyżowany z przygłupio-radosnymi "Opowieściami z krypty". Jeśli chodzi o to pierwsze, to "Bękarty Diabła" są nie do zdeklasowania ('szefie, ja naprawdę nie jestem kurojebcą...'). Jeśli o to drugie... Opowieści z krypty, to Opowieści z krypty. Południowi kolesie bez nosów (w stylu maidenowsiego Eddiego), grający gitarowe sola na dachach przyczep kempingowych, to fajni są, ale to za mało, żeby mnie kupić. Jest z dystansem, jest zabawnie, ale to chyba najsłabszy film soboty, która była najlepszym dniem festa.

Na marginesie - jeden z typów (co to gra na gitarce) jest najbardziej wolverinowym Wolverinem jakiego widziałem. Taki szorstko męski, ale i parszywy w sposób, którego Jackman nie osiągnie choćby chciał. Flanela, długie włosy i pekaesy...

Over.

No, to tyle.

4 komentarze:

arcz pisze...

Szacuneczek, że chciało Ci się to spisywać na pięć minut po zakończeniu festu :] dla mnie te trzy dni były kiepskie.

Przemek pisze...

a to prawda akurat, cały fest ogólnie zawodzi.

adler pisze...

sie nie martw. ja byłem na przeglądzie kina azjatyckiego. załapałem się na cztery etiudki o Bangkoku, ale najpierw musiałem wysłuchać półgodzinnego wykładu specjalisty od tematu, o tym, że kino azjatyckie jest dla europejczyka tajemnicze, ponieważ jest kurwa tajemnicze i ogólnie pierdolenia jakiego nie słyszałem od upadku IV RP.

VW: jectival. trafne.

adler pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.