wtorek, 30 czerwca 2009

Idąc doliną śmierci zła się nie ulęknę, gdyż jesten największym MOFO w całej dolinie

W końcu doczytałem polskie edycje "Miecza nieśmiertelnego". Lubię mangę, w sumie głównie cyberpunkową i samurajską, ale jednak. Do tego cyklu się zabierałem jak jeż do szczoty ryżowej - nowe tomy kupowałem na bieżąco promocyjnie, miałem pierwsze trzy co mi nawet podeszły, ale dziura 10 czy 12 tomów robiła swoje. W końcu rabat z okazji Dnia Książki na Merlinie zrobił swoje, posiedziałem nieco przy tych małych śmiesznych książeczkach, i już mogę się wozić jako znawca ich treści.

Na początek ustalmy jedno. Od dawno trwa tu i tam spór o to, czy manga komiksem jest czy nie jest. Powiem wprost, żeby mieć to za sobą i nie prowokować durnych polemik w komentarzach. Manga komiksem nie jest. W końcu jak by była komiksem, to by się tak po naszemu zwała. Ale się nie zwie. Więc nie jest. I nie przekona mnie nikt że jest, bo po japońsku manga oznacza komiks. Nie jesteśmy w Japonii. Formalnie to samo, ale wchodzi semantyka i robi nam z zagadnienia czystą mielonkę. Tak samo zamek to niekoniecznie zamek. I nie zmienia faktu że oba bywają zamknięte na klucz.

Skoro sprawy natury formalnej mamy za sobą, przejdę do metodycznego trucia.

"Miecz nieśmiertelnego" to seria... Najkrócej mówiąc - samurajska. Z domieszką fantastyki. Z... No właśnie - nikt nie wie o czym jest ta seria. Zaczyna się od historii nieśmiertelnego samuraja, który za zabicie 100 innych samurajów, chce odpokutować, tnąc na kawałki 1000 innych badassów. Gość jest nie do ubicia, taki Lobo z epoki Edo - regeneruje się, jest obwieszony całym arsenałem broni pochowanej po kimonie, i wypełnia questa nie bo chce, a bo tak wyszło. Tak jak z L.E.G.I.O.N.em. No ale jest sobie ten samuraj i co z nim? Ano staje się przybocznym laski która chce pomścić śmierć rodziców na członkach złej szkoły Itto. Czyli historia drogi na zasadzie gry arcade - sieka, masowa sieka, sika, masowa sieka, mid-boss, powtarzać aż skończą się charakterne czarne charaktery, final boss, czyli ultimate evil, dekapitacja, koniec.

No ale tak nie jest. Seria ciągnie się już 15 lat, dżapce mają już 24 tomy (u nas 17 trafi do księgarń w sierpniu), i końca nie widać. Ultimate evil okazuje się być wcale-nie-tak-zły, z siekania mid-bossób szybko zrobiło się opowiadanie retrospektywne ich historii, postacie zyskują bio, więc szkoda ich ubić, tworzą się dziwne zależności, Rin, czyli osierocona nastolatka, odwleka zemstę... No nie wiem do czego to dąży, pułapka tasiemca pokroju "Szansa na sukces". Pewnie jak każdy stoczy pojedynek z każdym w każdej konfiguracji (i oczywiście nikt przy tym ginął nie będzie), to nagle po którejś mass-rzezi w świecie komiksu... MANGI rozlegnie się głośne PING, bo Manji wytnie 1000-cznego złego ludzia i wstąpi na niebiosa, gdzie zasiądzie po prawicy Buddy.

Albo i nie. Nie wiem. Ale w sumie to i tak nie ma znaczenia.


Znaczenie natomiast ma ukazanie realiów feudalnej Japonii (powierzchowne w sumie), akcja i pojedynki (krwawe i mięsiste), oraz galeria złych mid-bossów. Friki z którymi musi się zmierzyć Manji wyglądają jak z gier wyjęte, wdzianka, uczesanie, porąbana broń, no jak z chodzonego slaszera od Namco. Chlastanki są efekciarskie, pełne dekapitacji, a co lepsze finiszery mają zapewnionego 2-stronicowego splasza, na którym mistrz rękodzielnictwa zastyga w teatralnej pozie z prowadzoną po ciosie bronią, a za nim leci plątanina kawałków ciała, bądź krew bryzga z głębokiego cięcia w poprzek klaty piersiowej, czy co innego. W końcu urozmaicenia dodaje broń bohaterów - to nie zabawa w przechwalanie się czyja maga-otaku-ryu szkoła jest najlepsza, i który cios upadającej jaskółki szukającej pszenicy w murawie jest potężniejszy od uderzenia pierdnięcia wieprza o poranku. Nie. Zamiast tego sam Manji obwieszony jest dziwacznym sprzętem (który pewnie chowa wewnątrz swego samoregenerującego się ciała, bo gdzie?), a kolejni przeciwnicy mają co lepsze zdradliwe wynalazki. Którymi rzezają bez litości.


Na koniec - ristekpa dla Hiroaki Samury, który niby jedzie klasycznie mangowo, ale bez przegięć typu wypływające oczki (przynajmniej nie za często), no i kapitalnie co jakiś czas rozwiązuje te wspomniane sieki efekciarską dwuplanszówką, która aż się prosi o powiększenie i zawieszenie na ścianie. Czysta - bez kitu - poezja przemocy.


Czytać, nie czytać? Mnie podeszło, choć fabuła się totalnie zapętliła, ale banda skurwieli czekających na swoją kolej na mieczu Manjiego i dynamika walk to wynagradzają. Jeśli kogoś to satysfakcjonuje. Mnie i owszem.


Na koniec - w zeszłym roku powstał serial, adaptacja mangi. Ciekawi mnie bardzo, choć na tak dosłowną i obwitą rzeź nie liczę. Ale obadać trzeba.

5 komentarzy:

Marcin "Dr.Agon" Górski pisze...

"harakterne czarne haraktery"
Mam nadzieję, że dla jaj tak napisałeś.
"osierodzona" ^^
Anime poszukam, bo mangi mi się nie chce kupować.
Ale seria wydaje się być fajna, ja jestem przyzwyczajony do niecodziennych broni i postaci, nawet w feudalnej Japonii (okres Edo w każdej postaci pochłaniam niczym sake na moście w Nagashimie)

Przemek pisze...

eee, jestem dyslewszystko, a klepałem bez poprawek, bo czasu nie stykło.


a harakterne haraktery wyszły same jakoś. zaraz poprawie ten syf.

Marcin "Dr.Agon" Górski pisze...

nie, śmiesznie to wyszło, zostaw mówię!

mort pisze...

kurde, nawet nie wiedziałem że jakieś spory czy manga to komiks się toczą. a że manga to nie komiks to już w ogóle. to ciekawe... ale to pewnie dlatego ze za mało się interesuję japońskim komiksem ;)

też bym się zainteresował serialem... czy anime? jakieś te wszystkie podziały durne i nieuchwytne.

qbiak pisze...

szansaszansaszansa
szansaszansaszansa
szansa na sukces