niedziela, 21 czerwca 2009

"Wejście Skopa"

"Wejście Smoka" z Brusem to klasyk i basta. Mówiłem nie raz, pisałem nie raz, zdania nie zmienię. Już dziecięciem będąc, gdy przeszła mi ochota na zostanie małorolnym, to pragnąłem jak dorosnę być Indianą Jonesem (łamane na Hana Solo, ale umówmy się - na to samo wychodzi), albo Brusem właśnie. Nie zostałem oczywiście. Ale spaczenie bani już mi chyba do końca życia nie przejdzie, Brus będzie królem kung fu, a "Wejście..." najlepszym filmem z jego udziałem.

Dlaczego? Bo fajne mordobicia wkomponowane zostały w formułę Bondów. Mały i żółty, acz nabity mięśniami superheros (w znaczeniu popkulturalnym, nie trykociarskim), dostaje ZLECENIE. Przed nim trafia na ODPRAWĘ. Oczywiście jako Azjata jest on one-man-army, jego bronią jest sztuka walki, a atrybutem nunczaku. Na końcu oczywiście na skarcenie czeka ZŁOCZYŃCA. No i jest wszystko co w bondach - bezwzględny zły, który aż się prosi o wjazd z hadoukena na klatę, orientalna sceneria, agencja wywiadu, która bez pomocy naszego superherosa ma związane ręce i nawet nie może złemu Hanowi zębów wyleczyć i zaplombować.

No i jest Bruce, specjalny agent po szkoleniu z Shaolin (co wynika ze scen z wersji dłuższej, zaiste zbędnych). Trafia na wyspę, gdzie odbywa się turniej wojowników. Wygrany będzie miał tytuł wygranego. Razem z nim trafiają tam przedstawieni w komiksowych skrótach kolejni kolesie - uciekający przed kłopotami Roper i czarnoskóry Williams, który zdaje się że jedzie dla sławy i dup. Postaci są wprowadzane krótko, grubą krechą, treściwie, niczym w "Za garść dolarów wincy" Serżioleone. No prawie jak komiks. Jest funkowa oprawa muzyczna, której by się Shaft nie powstydzil. Bolo jest zły, i krzywi się jak małpa. Na ułamek sekundy pojawia się Jackie Chan (dostaje w pałę od Brusa). No i niezłe onelinery lecą. 'Man, you're out of a comic book' - mówi z czarnoziomalskim akcentem Williams do Hana, gdy czuje co się święci, a z Hana wychodzi zło w stylu i na poziomie doktora No.

Jako fan mordobić, Brusa, komiksów i Bondów nie mogę do tego dzieła podchodzić obiektywnie, nie mogę też go nie lubić. Dla mnie klasyk i już, sceny jak Bruce macha drągiem czy nunczakiem są po prostu świetne, a finałowy pojedynek w labiryncie luster to po prostu mistrzowa robota. Może dla kinomanów z wyższymi ambicjami to pukpowy chłam, ale ta scena wygląda po prostu pomysłowo i ładnie.

Wejście jara nie tylko mnie, jara też od paru dekad filmowców, i to w sposób dosyć ostry. Są i inspiracje łagodniejsze. Na przykład jeet kune do - styl walki opracowany przez Bruce'a, czyli technika bez techniki (trakie tam taoistyczne brednie), wykorzystywany jest przez filmowców raczej jako styl poruszania się Małego Smoka. Choćby Spike Spiegel z "Cowboy Bebop" ewidetnie porusza się właśnie po brusowemu (jedna z walk nawiązuje dosłownie akurat do "Gry Śmierci"). Podobnie Morfeusz z "Matrixa" w wirtualnym dojo (pierwszy trening Neo) niby walczy w tai chi chuan, ale 'tańczy' na matach w sposób znany z "Wejścia..." czy "Gry...". Jak Bruce w końcu zachowuje się Tyler Durden lejąc pod koniec "Fight Clubu" Nortona, nie wspominając o nunczaku.

Trudno tu jednak mówić o inspiracji samym "Wejściem Smoka", bardziej ikoniczną postacią pana Lee. Ale i konkretów jest sporo, jak choćby scena z finału "Mrocznego Widma", gdy odgrodzony od przeciwnika osłonami Quigon Jin siada po turecku i medytuje. Dosłownie do "Wejścia..." "Matrix" nawiązuje w dialogach. No pełno tego po prostu w cholerę.

Ale jest jeszcze oddzielna grupa filmów jadących po prostu na chama po fabule tego dzieła. No i trudno to wtórnością nazwać, bo tylez te one czerpią z klasyka, co dodają coś od siebie. Przeważnie.

Najlepszym chyba przykładem jest "Mortal Kombat" Paula Dablju Es Andersona z 1995. Film ten jest jak dla mnie jedyną udaną ekranizacją gry komputerowej . No dobra. "Silent Hill" też było niekiepskie, a na dodatek klimaciarskie. Wracając - MK to adaptacja gry, mordobicia z oczywiście prostacką fabułą zerżniętą z "Wejścia...". Pojedynek na tajemniczej wyspie, zły boss, jego straż przyboczna, protagonista (który, jak wynika z kolejnych części wygrał pojedynek) wzorowany na Brusa (Liu Kang of coz), w otoczeniu paru innych ciekawych postaci. Każda jest na wyspie z innego powodu - ktoś chce potwierdzenia swoich możliwości, ktoś coś innego, prawie jak Roper i Williams. Film rozwija jeszcze kolejne zbieżności z "Wejściem...", rozpoczynając fabułę kolejnymi scenkami przedstawiającymi bohaterów. Liu Kang, podobnie jak postać Brusa, ma do wyrównania rachunki z mid-bossem (przynajmniej wg hierarchii mortalowej patrząc, bo to boss tego filmu jest), za śmierć brata (odpowiednio Bruce-siostra). Zjazd zaproszonych na festa zaczyna się w porcie w Hong-Kongu. W trakcie powitalnej kolacji wparowuje gospodarz i robi mały popis nadchodzących mordobić. I tak dalej.

Co z tego filmu mam dzisiaj? Efekty się zestarzały, mordobicia prezentują typową amerykańską szkołę produkcji (bliskie ujęcia, częsty montaż maskujący nikłe możliwości aktorów), co odbija się na braku dynamiki walk. Z drugiej strony MK wylansował nowy typ realizacji sekwencji akcji. Agresywne cięcia, mocna muzyka towarzysząca walkom, dynamizm, to patenty które potem rozwinął "Blade", a które jeszcze bardziej rozkręcone i ożenione z chińską szkołą zaowocowały "Matrixem". No i plus dla Andersona za zdystansowane podejście do bredni, które zekranizował. Luźny odmóżdżacz. Me like.

Rok po MK do kin trafił "the Quest" z Jeanem Claudem Van-Dammem. Pokłon dla Małego Smoka podwójny. Znowu jest pojedynek wojowników w orientalnej scenerii, znowu wojownicy z całego świata, tym razem jednak całość podano w klimacie kina przygodowego. Zamiast klimatów bondowskich jest natomiast Roger Moore. Tak dla odmiany. Vam-Damm, który zagrał główną rolę prostaczka ze świata zachodu który na syjamie uczy się od podstaw ichniego boksu (tak dla odmiany), napisał też scenar, a potem go wyreżyserował. Z "Wejścia Smoka" wziął więc patent z turniejem. Z "Gry śmierci" natomiast pomysł na konfrontację wojowników, reprezentujących różne kontynenty i różne sztuki walki. Fabuła jest głupia i się średnio lepi, a Moore jest groteskowy wręcz, ale warto ten film obejrzeć - jeśli się kto jara - choćby dla pojedynku Chińczyka od styli zwierzęcych z Brazyliczykiem oczywiście tanecznie zawijającym girami.

No i ostatnio, parę lat temu, mieliśmy kolejną produkcję Andersona (nie reżyserował), znowu będącą ekranizacją gry komputerowej. Trudno więc zażucić klonowanie "Mortal Kombat". Ale znowu to wali "Wejściem Smoka" po ryju. "Dead or Alive" znowu zaczyna się od przedstawienia grupki postaci która ma trafić na pojedynek na orientalnej wyspie. Oczywiście okazuje się nie chodzi o czysty sport, bo organizator (wyciągnięty z krypty rodowej z cmentarza w Massachusetts Eric Roberts) ma niecny plan. Godny szaleńca z Bonda rodem. Za pomocą nanomaszyn i megakomputerów, w trakcie pojedynków cyfrowo kompiluje wirtualną uber sztukę walki. Nawet nie pytajcie. Głupota jest wpisana w konwencję tego filmu, o czym na szczęście wiedzieli autorzy, mając z tego kupę frajdy, która i mi się udzieliła. Jest mocno, dynamicznie, głośno i z przegięciem tak ostrym, że od trzeciej minuty filmu albo ma się banana na ryju, albo z WTF wypisanym na czole wystawia się świezo kupione DVD na allegro. Ja oczywiście miałem banana. Poza tym w tym filmie chodzi o lalunie. Scena ze stanikiem to czyste mistrzostwo. No cały film jest pełen takich patentów. Nawet Robin Shou (Liu Kang z Kombata) się pojawia w epizodzie jako pirat O_o. Mojapolecać.

Bruce Lee nie żyje. To chyba kara za jedzenie narkotyków, służących do palenia. "Mortal Kombat" zmieniło się w powracający koszmar, z części na część coraz bardziej przerażający. Jednak znając świat za niedługo pewnie się doczekamy kolejnego klona "Wejścia Smoka". Fabuła nie zaskoczy, w końcu jest znana od ponad trzech dekad. Ale jeśli będą się do tego ładnie lali, a przerwy w pojedynkach będą zbyt długie, to ja nie mam nic przeciwko...

sobota, 6 czerwca 2009

T4: Znużenie?

W pierwszych dwóch Terminatorach zawsze najbardziej lubiłem te nieliczne scenki z przyszłości. Walka z robotami, syf, mrok, paranoja, totalna beznadzieja. Informacje o tym, że kręcą 4kę z przygodami Johna Connora i że gra go Bale mnie ucieszyły. No i polazłem do kina, może i bez jakichś rozbuchanych oczekiwań, ale z założeniem że przynajmniej klimat postnuklearnej zagłady będzie obecny.

No i się z lekka zawiodłem.

O ile T3 to był w sumie komediowy film akcji, to T4 to raczej taki Mad Max z robotami.

Jasno oświetlone, piaszczyste przestrzenie, czasem jakiś malowniczy grzybek atomowy z którego nic nie wynika, wojownicy szos, pierdoły.

To może inaczej - najpierw akapit o filmie jako filmie, a potem dlaczego mnie zawiódł jako Terminator (bo jako nudnawa postapokalipsa nawet się broni).

Otóż kontynuacja jest naprawdę ładnie sfilmowana, świetne efekty, akcja może nie nazbyt częsta ale świetnie zrobiona. Całość jednak nudzi, bohaterowie pitolą, Connor harczy, bonzowie ruchu oporu się nadymają, tak to się toczy powoli, po to tylko by dojść do wybuchowego (i debilnego w swojej wybuchowości) finału. Całość jednak ogląda się nie jak ponurą postapokalipsę, a kino nowej przygody bez autodystansu. Olbrzymie wyzwania, syndrom nieustannego Deus ex machina... Która to machina jest tu podwójnie na miejscu. To nuży i nie buduje napięcia, bohaterowie przeżywają nie bo są naprawdę dobrzy, a bo ani na chwilę nie opuszcza ich szczęście. Gdyby to było podane z dystansem i poczuciem humoru, to OK, tylko że to niemal śmiertelnie poważny film, choć z paroma mrugnięciami okiem.

Fanboje uśmieją się z faktu, że postać silnej babeczki nazywa się Blair, że Connor mówi 'I'll be back", czy z lustrzanego odbicia pościgu motor/ciężarówka z 2-ki. Czy z paru innych patentów.

Tylko że poza tym, mnie - jako fana dwóch pierwszych części - to nie zadowala.

Miała być ponura wizja przyszłości opanowanej przez maszyny, a to raczej przypomina walkę podjazdową w Afganistanie. Jedni kitrają się tu, drudzy tam. Góry, pustynia. Blada kolorystyka. No i to jest zwyczajnie głupie - ludzie niby mają ruch oporu, ale z filmu wynika, że ogranicza się on do łodzi podwodnej ze sztabem dowodzenia, i teamu Connora. Jeśli to jest wojna, to ludzie już przegrali, i jakieś garstki niedobitków tu i tam w niczym nie pomogą. Oni mają doprowadzić kiedyś do wysłania człowieka w przeszłość? A nawet cyborga? Litości. To raz.

Dwa - przeżyły tylko resztki ludzkości. Jak udało im się sformować wojsko, z helikopterami, transporterami i całą resztą? Nawet tą drobną jednostkę, co widać? No niby mogli przejąć bazę wojskową, ale nie sądzę żeby Skynet atak na ludzkośc przeprowadzał inaczej niż z precyzją szachisty, pamiętając o takich punktach. No nie ważne, to jest takie abstrakcyjne dopowiadanie sobie.

Trzy - gdzie niby siedzą ludzie? Zawsze mnie intrygowało, jak ludzie chowają się przed maszynami. Bo chodzi o przyczajenie się, nie o jakieś wymądrzone pole min magnetycznych - przylatuje H-K, i jest w po herbacie. Jak oni się chowają, gdzie, jak Skynet ich nie widzi (który pewnie kontroluje satelity)? Skąd biorą sprzęt, energię, rekrutują członków? Autorzy w ogóle nie dają odpowiedzi, po prostu pokazując taką wizję, bez podparcia, podobnie jak Wood w DMZ, gdzie trzeba przyjąć że realia są efektem nowej wojny secesyjnej, ale nie powinno wnikać się w jej podłoże.

Cztery - cholera, dlaczego roboty ich nie atakują???

Pięć - genialny sztab planuje zaatakowanie maszyn. Jak wiadomo z początku filmu - bronią palną to im gówno można zrobić. Jak niby ludzkość wygrywa starcia z maszynami? Parę przykładowych starć z filmu pokazuje że mają raczej marne szanse, a że ludzie rozmnażają się wolniej niż maszyny produkują, to są na straconej pozycji.

Sześć - i najważniejsze - klimat starć w przyszłości. Jak wspomniałem wcześniej - oczekiwałem beznadziei, walki na straconej pozycji, ale z ludzką wiarą w przetrwanie. Doczekałem się niby czegoś takiego, tylko że podanego bez jakiegokolwiek napięcia. Bez mroku tej beznadziejnej przyszłości.

Bez Camerona seria poszła w dupę. Przerosły ją efekty specjalne. Klimat szlag trafił. Zaburzyła się wstępna koncepcja serii. A szkoda. Niby jest obowiązkowa finałowa walka w industrialnym otoczeniu, czy inne stałe elementy, ale klimat nie ten. Bo go brak. Bo nudzi. Wizualnie to się broni, ale fabularnie jakoś tak miałko. I już zupełnie mnie nie ciekawi co oni wyczeszą w T5.

Chyba w kwestii kontynuacji jestem po prostu konserwatystą. Ale skoro dzieło ma odbiegać od pierwowzoru, to po cholerę robić je jako kontynuację, a nie jako samodzielny film? A, zapomniałem, marketing i magia kultowego tytułu. I tu fakt, jedyne co we mnie wywołał nowy Terminator, to ochotę na powtórkę klasycznych części. I zapodanie co zabawniejszych scenek z T3 na jutubie.

Kończąc ten nudny i wypunktowany wywód, wspomnę o jeszcze jednej rzeczy, starając się mało spoilować. Acz kto widział trailer to pewnie się spodziewa tego. Film teoretyzuje o kwestii człowieczeństwa, o granicy między człowiekiem i maszyną, o tym, czy samoświadomość wystarczy by móc powiedzieć że jest się człowiekiem. Ambitnie. I naiwnie. "Blade Runner" i "Ghost in the Shell" dawno temu uporały się z tematem dogłębniej i ciekawiej. Więc po co? Nie wiem. Ale ktoś miał ambicje.

No więc, iść czy nie iść? No nie wiem, ale ej, w końcu to Terminator. No i efekty niezgorsze. Ale na więcej nie liczcie.


Pod skryptem: tak mi się skojarzyło - muzyka Elfmana. Miło, ale po cholerę? Zamiast ciężkich industrialnych sampli jest dęty pompatyzm. Hurra, w końcu ludzkość walczy o przetrwanie. I takie tam. I to jest kwintesencja różnicy pomiędzy starymi a nowym T - to nie kameralne, ale znaczące starcia kształtujące rzeczywistość i przyszłośc, to epickie rozbuchanie, z którego tak naprawdę dużo nie wynika.

środa, 3 czerwca 2009

Święty Graal

Pffff, pffff [zdmuchuje kurz z klawiatury]

Więc... tak, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc, ale jakoś tak mi pasi.

Więc był sobie superheros. Życie go przytłoczyło. Nie czuł się już potrzebny w świecie zmieniającym się szybciej niż on. W końcu nie młodniał, kondycja powoli siadała, a oczekiwania ludzi nie malały. Poza tym czuł, że należy mu się nie mniej niż innym życie prywatne, rodzina, satysfakcja z pracy, a nie tylko bieganie w pelerynie za złymi facetami w spendexach. Odwiesił kostium do szafy, zajął się własnymi sprawami. Jednak okazuje się że świat znowu go potrzebuje. Sytuacja w jego kraju staje się coraz bardziej krytyczna, jakby ktoś nią sterował, starając wywabić go, doprowadzić do ponownego włożenia trykotu. Nie jest w stanie zrobić inaczej, choć czuje, że jest to szyte zbyt grubymi nićmi, by było inaczej. Postanawia walczyć, choć czuje że nie jest to walka w jego stylu - tą dekadę czy dwie temu silna wojna nie straszyła zagładą atomową aż tak groźnie jak dziś, poza tym wcześniej musiał walczyć z przebierańcami, a nie udaremniać międzynarodowy spisek...

Z czym się nam to kojarzy?

"Strażnicy"?

"DKR"?

"Przyjdź Królestwo"?

Po trosze każdy z tych tytułów, i pierdyliard innych dzieł kopistów Moore'a.

Żeby było zabawniej wcale nie opisałem zarysu fabuły komiksu, tylko powiesci. "Superfolks", bo o tym dziele będzie dziś mowa, to dzieło niejakiego Roberta Mayera. 'Bez litości rżnął koleś z Moore'a', powie ktoś. 'Bez litości poprawił Millerem', doda ktoś inny. I wszyscy będą dalecy od prawdy, jednocześnie mając ją przed oczyma, walącą centralnie w czoło.

Bo tak się śmiesznie składa, że "Superfolks" zostało napisane w 1977 roku, czyli u schyłku komiksowej Ery Bronzu (czy też Brązowego Wieku, goddam, czy jest tego polski odpowiednik???). I to Miller, razem z Moorem i resztą 'rewolucjonistów', wywrócili komiks superbohaterski dopiero dekadę po premierze tej książki. I po uprzecznim przeczytaniu jej.

Mayer napisał klasyczną opowieść o powrocie superherosa... Klasyczną dziś, z perspektywy osób które mają za sobą lata 80-te i 90-te, które wiele zawdzięczają własnie tej pierwszej powieści, która dokonała dekonstrukcji komiksu superbohaterskiego. Bohater "Superfolks", stylizowany na Supermana, przeżywa kryzys wieku średniego, praca go nuży, jego moc maleje, szaleństwa młodości już za nim, a są one tak samo odległe jak chwile chwały, gdy karcił zbrodnicze umysły i szalonych geniuszy, ratując jednocześnie bezbronnych Amerykanów. Okazuje się jednak, że znowu jest potrzebny, i nikt inny nie może pomóc Krajowi Wolności. Tylko on, ale największym wrogiem nie okaże się dawny przeciwnik, czy spisek, ale oczywiście jego własne słabości i wątpliwości. Ale oczywiście wiadomo że da radę.

Mayer poczyna sobie brawurowo, tyb bardziej, biorąc pod uwagę na czasy, w której napisał siążkę. Kreśli portret swojego bohatera ze znawstwem komiksowych universów (Marvela i DC), z szacunkiem, ale i z dystansem oraz humorem, którym skrzy się ta książka. Dla przykładu: głowny bohater pochodzi z planety Kronk, jedyną substancją która może mu zaszkodzić jest Kronkit, a wychował się w Littletown. Takich patentów jest tu na tony.

Autor wywraca jednak motyw superherosa na lewą stronę, nie tylko pokazując że ma on życie prywatne i popełnia błędy, tak jak bohaterowie Srebrnej Ery amerykańskiego komiksu, ale i że jest po prostu człowiekiem, dalekim od heroizmu, chcącym po prostu mieć święty spokój. Ta powieść to w końcu także powiew nostalgii, i za Stanami Zjednoczonymi których już nie ma, sprzed ostatniego, finałowego etapu Zimnej Wojny, jak również za nieskazitelnymi herosami.

"Superfolks" to książka, o której spokojnie można napisać że jest wizjonerska, zwłaszcza że mówi się tak o strażnikach, napisanych dopiero dekadę potem, a bazujących na sprawdzonych już wcześniej patentach. Dlaczeto to jednak powieść, a nie komiks? Nie mnie osądzać, może na graficzne przedstawienie tak dojrzałej jak na ten okres medium komiksowego historii było po prostu za wcześnie, zwłaszcza że to raczej historyjka dla dorosłych. I wulgaryzm sie trafi, i scena pykania (która okazała się dla nastoletniego Kurta Busieka pierwszym powodem by wchłonąć tą książkę), i szeroko rozumiana niepoprawność polityczna.

Z mojego - jako współczesnego fascynata komiksu - punktu widzenia, jest to jednak fajna wycieczka w historię. Okazuje się że przełom roku 1986 nie był wcale taki duży. Ani "Łoczmeni", ani "DKR" nie było tak naprawdę rewolucją, a tylko trawestacją przewrotnej i prowokacyjnej opowiastki dla dużych chłopców. Owszem, dzieło Moore'a jest wybitne formalnie, dzięki zabiegom jakie zastosował należy w moich oczach do czołówki komiksiarzy. Ale to nie on wymyślił wywrócenie superherosów na lewą stronę. Zrobił to (jak wydaje mi się obecnie, dopóki ktoś nie zapoda mi jakiegoś jeszcze starszego zagubionego manuskryptu) Robert Mayer, któremu Moore zawdzięcza nie tylko "Łoczmenów", ale też "Co się stało z człowiekiem jutra?", czyli ostatnią historię o Supermanie, też opartą na "Superfolksach".

Wpływ tej książki na lata 80-te jest trudny do przecenienia, co wynika nie tylko z moich wniosków, ale też z przedmowy autorstwa wspomnianego już Busieka. Jak sam uważa, bez "Superfolks" nie było by "Astro City", które muszę w końcu przeczytać, prawdopodobnie też "Marvelsów". Do inspiracji tą książką przyznają się Grant Morrison i Neil Gaiman (o Moorze nie wspominając). Szczerze polecam zapoznanie się z tym wynalazkiem, który pomimo swojej prototypowości dla całej Nowej Ery (czy też Mrocznej, jak wolą niektórzy) komiksu, nie stracił prawie nic ze swojego uroku. Na pewno nie można mu zarzucić archaicznego kadrowania, słabej kompozycji plansz, czy kiepskich kolorów. Mimo wszystko, jak wiadomo, róża ma kolce. Nikt nie zdobył się jeszcze na wydanie tej książki po polsku, i raczej się nie zdobędzie - historia osadzona jest w realiach USA końca lat 70-tych, i jest tak nasiąknięta popkulturą, że niemal niemożliwym jest wyłowić wszystkie konteksty (tu przykład Buśka, który pomimo amerykańskich korzeni cały czas nie czuje się osobą która ogarnęła wszystkie nawiązania).

Jednak - nawet w orginale - polecam. Po lekturze tej książki spojrzenie na klasykę amerykańskiego komiksu trykociarskiego nigdy już nie będzie takie samo.


Pod skryptem: komiks... tfu, książka po 25 latach, doczekała się limitowanej reedycji pół dekady temu (ale spoko, jest kolejne wydanie). Wyobraźcie sobie że specjalnie na tę okazję, okładkę machną Dave Gibbons. A okładka wygląda tak. WOW!
<==





Wielkie mega bigapy dla Marcela, robiącego dziś za sponsora wydania bloga. Dzięki wielkie, oddam pewnie tą samą drogą co do mnie dotarło.

środa, 20 maja 2009

Subiektywny bestoff: seriale

I znowu się rozleniwiłem.

Będzie o serialach. Tylko że nie o tych nowych - Lostów nigdy nie widziałem, jestem tylko świadom zjawiska, Prizyn Brejka i House'a widziałem po jednym odcinku i nie poczułem potrzeby oglądać dalej. Podobnie druga seria Dextera, pierwszą obejrzałem akurat całą, ale nie czuję się przez to bogatszy. Scrubsów widziałem ze 3 odcinki, no i mogę oglądać albo i nie, wolę coś poczytać albo się podrapać po plecach. Tak naprawdę podobało mi się chyba tylko Californication, za Duchovnego i postać którą wykreował, ale kończy się to lipnie, a wiadomość że będzie druga seria wywołała u mnie niegdyś takie głośne PLASK.

Nic nie odkryję pisząc że producenci wykorzystują jazdę ludzi na seriale, i robią tasiemce które nie zmierzają do żadnego końca. O to chodzi - na serialu można zarobić lepiej niż na filmie, bo kolejne serie samym tytułem przyciągają fanów. Film z założenia musi być zamkniętą częścią, co najwyżej z otwartą furtką na ciąg dalszy, no maksymalnie trylogią. Serial daje możliwość lecenia z widzem w kulki i zmuszania go (przez uzależnienie) do oglądania fabuły przez kolejne serie. Przynajmniej ostatnio jest to nachalnie wykorzystywane, mam wrażenie że z dużo większym cynizmem niż kiedyś, kiedy to trawa była bardziej zielona, a niebo bardziej niebieskie, natomiast Big Maki smakowały jak nigdy później.

Chociaż są wyjątki.

Firefly - najlepsze amerykańskie serialiwo ostatnich lat. Fabularna wersja anime "Cowboy Bebop". Krótko mówiąc - western przeniesiony w setting Gwiezdnych Wojen. Skończyła się kosmiczna wojna secesyjna, złowrogie imperium obejmuje niemal całą skolonizowaną galaktykę, ale to nie GW, i nie o tym jest historia. Główni bohaterowie to ekipa dziwaków, najemników, latająca rozklekotanym statkiem (coś jak Falcon Millenium) którego nazwa modelu widnieje w tytule serii. Kapitan to złośliwy drań o złotym sercu, wypisz-wymaluj Han Solo. Poza tym weteran z ostatniej wojny, który wybrał przegraną jak się potem okazało stronę. Ma zatargi z Bogiem. Na pokład trafił też pastor o zagadkowej i raczej bogatej przeszłości, tępawy i chciwy mięśniak, pilot zazdrosny o swoją żonę - dawną podkomendną a obecnie prawą rękę kapitana. Oni i jeszcze parę postaci latają sobie po galaktyce szukając zleceń. Nie muszą być legalne, byle nie zbyt trudne, i opłacalne. Kolejne planety to w zasadzie właśnie westernowa dzicz, która dopiero jest kolonizowana, jak Dziki Zachód. Poza tym rewolwery i winchestery, kapelusze i płaszcze, czasem konie, a w tle leci country. Jest fajnie, z humorem, postaci trudno nie polubić, Whedon gra konwencjami (niczym w Bebopie), każdy kolejny odcinek mówi coraz więcej o kolejnych bohaterach i ich historiach (niczym w Bebopie), po czym nagle po 13tu odcinkach seria się urywa. W Stanach się nie przyjęła, co chyba świadczy na jej korzyść. Gorąco polecam. Na otarcie łez po skończeniu serialu czeka mało udany film pełnometrażowy zamykający część wątków oraz dwie miniserie komiksowe (do scenariuszy autora serialu, więc raczej warto jak się spodobało).

To teraz lecimy dalej.

Wiadomo że ubermistrzem było Miasteczko Twin Peaks Lyncha. Dziwne że nikt jeszcze u nas serialowego boomu nie wykorzystał i nie wydał. Mało z tego pamiętam, ale było gęsto, kryminalnie z przewagą metafizyki. I tajemniczo jak cholera. Kapitalny też był Przystanek Alaska, można kupić w kioskach, ale tymi wydaniami gazetowymi z zasady gardzę w większości przypadków. Kurde, to też było dobre. Ale mało pamiętam. No to teraz - co pamiętam?

Shogun - w ramach japonofilskiej fazy mojej i Oli zapodane. Ekranizacja grubaśnej opowieści - rok ok. 1600, holenderski statek handlowy rozbija się przy jednej z japońskich wysepek. Fabuła - z perspektywy brytyjskiego pilota statku - przedstawia dojście jednego z panów feudalnych do stanowiska shoguna. Jako pilot świetny Richard Chamberlain, z brodą w ogóle niegejowski, jako Toranaga (lord z ambicjami), czyli postać inspirowana faktycznym późniejszym shogunem, Tokugawą - mistrzowski Toshiro Mifune, na dokładkę uwielbiany przeze mnie John Rhys Davies. Inspirowane historią spostrzeżenia pilota (też postać autentyczna) to pretekst do pokazania szoku kulturowego. Gaijin trafia do kraju, gdzie wszystko jest inne. Powoli uczy się języka, zwyczajów, niuansów zachowania, sposobów negocjacji, ale ciągle nie może zaakceptować wielu różnic - na przykład braku poszanowania dla życia, które dla Japończyków ma zupełnie inne znaczenie. Film, chociaż o samurajach, nie obfituje w sceny akcji, ale za to świetnie pokazuje (mam nadzieję że nie ze zbyt licznymi błędami) obyczaje ówczesnej japonii, oraz różnice kulturowe. Jest to z lekka zafałszowane - postać Chamberlaina tak naprawdę reprezentuje dzisiejszą kulturę europejską, współczesne wartości, jest nadmiernie wyidealizowana, ale to raczej zabieg autorów - w końcu film ogląda widz współczesny, i dziwi się temu samemu co wprawia w osłupienie Blackthorne'a. Gorąco polecam. 500 minut oglądania. Serial dał inspirację choćby takiemu "Ostatniemu samurajowi", wpływy widać też wyraźnie momentami w Usagim Yojimbo (zdaje się że Sakai przemycił motywik nawet w ostatnim tomie). Dobry serial, dziś się takich nie robi - zatrzęsienie Azjatów przed kamerą, scenografia, kostiumy, może za mało scen w miastach, ale w końcu miast z tamtego okresu też chyba za dużo się nie ostało.

Trzecia planeta od Słońca - najlepszy sitcom ever. Nie zraźcie się okładką. Czwórka kosmitów trafia na ziemię by zbadać gatunek ludzki. Trafiają na przedmieścia, i zaczynają badania. Reszta jest już ostrą satyrą na 'the american way'. Kosmitów dziwi wszystko - kłamstwo, żarty, to że istotne może być pochodzenie, że znaczenie może mieć wygląd. Każdy kolejny odcinek wiąże się z odkryciem kolejnej wielkiej zagadki ludzkości, w każdym odcinku przeplatają się też indywidualne przejścia bohaterów. Głowa rodziny/szef misji Dick to wykładowca akademicki (fizyk), jego siostra Sally/spec od bezpieczeństwa to gospodyni domowa, syn Dicka Tommy/wywiad to uczeń ogólniaka, a Harry/komunikator z bazą to jednostka ogólnie ułomna. Jest uberśmiesznie, na granicy poprawności politycznej, fajne też są featuringi - pojawia się Dennis Rodman, Mark Hamill, czy jeden z członków dawnej ekipy Star Treka. Łykajcie tą serię, rechot murowany. Niestety na DVD wydane mamy tylko 2 serie :/

Z Archiwum X - ojtaaaaa... Można się czepiać że główny wątek z serii na serię coraz bardziej zamula i jest coraz mniej sensowny, w momencie gdy autorzy na siłę dodają kolejne wątki i bohaterów. Trudno. One-shoty są zawsze zajebiste. Zjadłem 3 serie z (ble) kioskowych wydań, jak się ogarnę finansowo to będzie trzeba za kolejne się wziąć. Siła archiwum to właśnie fajne zagadki, czy to metafizyczne, czy odwołujące się do legend i mitów, para agentów (zwłaszcza teksty Muldera) i dystans. Najfajniejsze odcinki to te pastiszowe, jak dziejący się w pełnym frików miasteczku cyrkowców "Humbug" czy "Woja koprofagów" o - cytując Scully - inwazji odchodożernych robotów z kosmosu. Poza tym muszę przyznać - gdy Archiwum leciało w telewizji to miałem lekką szajbę. Czwartek, wieczór, siedzę ze znajomymi? Sory, ale musze uciekać, za 15 minut zaczyna się Archiwum. No to cześć. Ech...

Nie zapominajmy o Brytolach.

Czarna Żmija - dziejące się w różnych epokach cztery seryjki (+ bonusy, u nas niewydane) o kolejnych potomkach rodu Czarnych Żmij, zawsze złośliwych i przewrotnych. Najlepsze są renesans (2ga seria) i Wielka Wojna (4ta seria). Jako CZ - Rowan Atkinson, zabawny jak nigdy potem. Brytyjskie, sarkastyczne poczucie humoru w najlepszym wydaniu. Teksty typu to najgorszy pomysł od czasu gdy Abraham Lincoln powiedział 'chodźmy do teatru' są na porządku dziennym. A boldrickowy tekst mam szczwany plan na stałe wszedł do mojego słownika.

Czerwony Karzeł - tandeciarska kpina z SF, kiedyś zresztą o tym pisałem. Autorzy lecą po Star Treku, Odysei, po czym się daje. Na opustoszonym statku kosmicznym majestatycznie sunącym przez kosmos znajduje się tylko jedna osoba. Towarzyszy mu przemądrzały komputer pokładowy, hologram upierdliwego, nieżyjącego już kolegi z kajuty, i kot który zdążył zmutować w trakcie podróży (jak sądzę fan Jamesa Browna). Ech, nie ma się co rozpisywać też, trzeba zobaczyć, zwłaszcza jak się fantastykę lubi.

Latający Cyrk Monty Pythona - ej no... mistrz i tyle.

poniedziałek, 18 maja 2009

Colty, czerwona szmata i peleryna


Uwielbiam lekki kicz, fantastykę, retro*, autodystans i komiksy. Świetnie taka receptura się sprawdziła we "Flashu Gordonie". W niedawnym "Spiricie" już nie bardzo, ale nie oznacza to że ekranizacje innych komiksów z przed 7-miu czy 8-miu dekad nie mogą być dobre. "Cień" (z Alekiem Baldwinem, z 1994 roku), to przykład właśnie takiej w miarę nowej składanki motywów retro przekładanych patentami 'kina nowej przygody', całość jest z deka lipna, ale i tak się to dobrze ogląda. Z paru powodów, i na paru płaszczyznach.

Może po kolei. Cień jest pulpowym antyherosem z lat 30-tych. Najpierw pojawił się w słuchowiskach radiowych (w pewnym momencie głosu użyczał mu sam Orson Welles), potem oczywiście trafił na plansze komiksu, książek, a także paru filmów. Oryginału oczywiście nie znam, więc trudno mi porównać, ale ten film fajnie przybliża jedną z pierwszych sylwetek mrocznych superherosów. Gość żyje podwójnym życiem, dzieli czas na wcielenie bogatego utracjusza, i mrocznego mściciela, szerzącego strach pośród mieszkańców Nowego Jorku. Facet ma na sumieniu sporo przelanej krwi, kiedy to jeszcze w Tybecie był ponurym drug lordem (facio z USA? KE???). Przemiana następuje jednak w buddyjskiej świątyni, kiedy to gość stylizowany na którąś inkarnację Dalai Lamy funduje mu psychoanalizę na modłę jungowską, i odkrywa w nim dominujący nad osobowością archetyp, uwaga-uwaga, Cienia (no bo jaki? mędrca? ojca?). Gość trafia do USA, gdzie jak wspomniałem wykorzystuje swoje jedi skills (wykorzystywanie mroku do znikania, sugestie w stylu "these are not the droids we are looking for"), by wyręczać policję w tropieniu, straszeniu i karaniu przestępców. Jest to archaiczne, ale jest to prototyp, dla chociażby Batmana (o tym za chwilę), czy Sandmana (tego w fedorze, a nie emo stajli). Gość biega po NY w czarnej pelerynie, kapeluszu i czerwonej szmacie zakrywającej usta (to dodano ostatnio, wcześniej była czarna), wymachuje dwoma błyszczącymi coltami 1911 i zanosi się obłąkańczym śmiechem, dzięki czemu każdy makaroniarski mafioso na wstępie robi w gacie. Oczywiście nie działa sam - wspiera go armia zwykłych ludzi, którym kiedyś pomógł, a którzy z wdzięczności (bywa że wymuszonej) służą mu informacjami. Oczywiście policja za typem nie przepada. Słowem - klasyczny obraz komiksowego zamaskowanego detektywa.

Najważniejsze jednak, że film broni się sam w sobie, nie tylko jako przypomnienie obiektu muzealnego. Odwołując się do lat 30-tych w formie łagodnej retroSF oczywiście pełen jest zamierzonej naiwności. W fabułę zamieszany jest potomek Czyngis-Chana, który oczywiście chce zawładnąć światem, szaleńca dopełnia pomagający mu bezwolnie oderwany od rzeczywistości naukowiec (kolejny akcent komiksowy, zagrał bo Ian McKellen), jest więc oldskulowo. Galerię postaci dopełnia telepatyczna femme fatale i wujek bohatera, gliniarz, żalący się na problemy z Cieniem. Jest też pomagający Cieniowi taksiarz (grany przez mentora De Niro z "Taksówkarza"), jeżdżący retro-futurystycznym yellow cabem. No i jest Tim Curry, jako zły przydupas poczciwego naukowca, zresztą co za różnica, Curry byłby genialny nawet grając pasikonika gdzieś na parapecie. Bohaterowie i wątki czerpią z klimatu starych komiksów, wspomnianej nowej przygody, jest mądrość Dalekiego Wschodu wspartego Jungiem, ale jest i mnóstwo patentów znanych ogólnie z popkultury, dzięki czemu z tej nie najprzedniejszej mimo wszystko babki z wielką przyjemnością wydłubuje się rodzyny. Dla przykładu obraz Nowego Jorku od razu kojarzy się z Gotham. I nie przypadkiem.

"Cień" był jednym z pierwszych dzieł, rozpoczynających obecny pochód ekranizacji przygód bohaterów komiksów. Powstał 5 lat po "Batmanie" Burtona, jeszcze przed zachłyśnięciem się filmowców bohaterami ze stajni na M, i nieprzypadkowo temu filmowi jest chyba najbliższy. Operuje podobnym klimatem ponurego miasta, osadzony jest jakby w podobnej epoce (Burton celował w quasi-retro), tak naprawdę jednak najwięcej zbieżności powoduje sam bohater. W cywilu milioner-utracjusz. W nocy samozwańczy obrońca prawa. Obaj panowie mają skilla, którego ukradli mądralom z Azji. Obaj wykorzystują swoje bogactwo do wsparcia swojej nieoficjalnej działalności. Obaj mają na bakier z prawem. Obaj są komiksowym odbiciem częściowo poskromionego archetypu Cienia. W końcu też obaj działają tymi samymi metodami, budząc lęk, strasząc, mitologizując w półświatku swoje zamaskowane JA. Podobnie też, inspiracją dla twórców obu postaci był hrabia Drakula. Przy okazji genezy Batmana wspomina się zresztą też o Cieniu.

Film jest przyjemny, wartki, zdystansowany do siebie, jednak chwalę go bardziej niż na to zasługuje. To produkcja klasy B, choć filmowcy mieli zapewne większe ambicje. O ile pamiętam, film nie wywołał takiego echa jak dzieło Burtona, za to poprzedził celuloidową podnietę trykociarzami. Nie trafił w swój czas. Jest to jednak fajna rzecz dla komiksowego fascynata, bo to cofnięcie do superbohaterskiej prehistorii, do której dostęp obecnie mają już niemal tylko badacze i archiwiści gatunku. Filmowi jednak warto dać szansę (i pewien kredyt zaufania, który należy się produkcjom przekraczającym granicę kiczu). DVD można kupić na straganikach czasem za nieduże pieniądze. No ja się tam ubawiłem. Film, w którym mongolski dzikus chce użyć bomby atomowej, nie może być zły!


* - nie, nie widziałem jeszcze - i nie planuję - nowego Star Treka.

środa, 22 kwietnia 2009

Szmira o koninie raz!

Jakiś miesiąc temu dyskutowaliśmy z Olą o braku indywidualności w światowym kinie. Aktorów. Osób charyzmatycznych, charakterystycznych. Takich z charakterem. Kolesie tacy jak Bogart czy Sinatra odeszli już jakiś czas temu. Eastwood czy Gregory Peck w sumie wyszli już z obiegu. Typy pokroju Bruce'a Willisa czy - z młodszych - Vina Diesla to owszem, fajni nawet kolesie, ale brak im tej przesyconej whisky i cygarami szorstkości starego Hollywood. Ale przynajmniej nie są Pattisonem. I biorąc pod uwagę że to gwiazdor "Zmierzchu" jest obecnie idolem, na poprawę sytuacji nie liczę.

Problem polega na tym, że w dobie potępienia dyktatury patriarchatu, lansowania feminizmu i każdej odmiany płciowego szowinizmu która nie jest męskim, oraz propagowania szeroko rozumianej tolerancji, na testosteronowców nie ma widać zbytu. Dobrze że przynajmniej nie są niepoprawni politycznie.

Gorzej, że sprawa dotyczy nie tylko aktorów pci menskiej z holiłuda. Gdzieś się zapodziali etatowi wariaci amerykańskiej popkultury, ci autentyczni, zamiast nich mamy żenujących naturszczyków podlansowanych (i czujących się gwiazdami) dzięki reality shows. Bida.

Jojczę i jojczę, bo przeczytałem właśnie biografię Bukowskiego. "Charles Bukowski. W ramionach szalonego życia." to kniżka co wyszła u nas już jakiś czas temu, ale powinna zadowolić każdego, komu - tak jak mnie - brakuje ostatnio indywidualności. Nie jarają mnie laski, śpiewające o tym że dymają Matta Damona. Czy tam Afflecka. Sasha Baron Cohen bywa zabawny, ale bez względu na to czy mnie bawi czy nie, nigdy mi nie przyszła ochota na zapoznanie się z jego życiorysem.

Co innego Buk. Gośc zostawił po sobie parę powieści, oraz niezliczoną ilość innych tekstów - wierszy, opowiadań, listów, felietonów. Jako autor koncentrował się na opisywaniu swojej rzeczywistości, co oznaczało że zwykle ograniczał się do pisania o chlaniu, pisaniu, kobietach i wyścigach konnych (jakoś chyba właśnie w tej kolejności). Jak sam twierdził - 93% tego co pisał, to prawda o nim samym, o życiu ludzi z marginesu, pijaków, bezrobotnych. Oderwanych od świata, outsiderów, którzy nie godzą się na zastany porządek świata. Wolą się obijać i upijać do nieprzytomności, ruchając się wtedy, kiedy tylko mogą (jest z kim, a hydaraulika nie odmawia posłuszeństwa). I pisać. I obstawiać konie.

Bukowski był obrazoburcą, prowokatorem, ale i ściemniaczem . Spora część tego, co upychał do swych pseudobiograficznych opowiadań, to zwykły kit, którego nie szczędził też swoim znajomym w życiu prywatnym.

I właśnie rolę filtra, oddzielającego 'mit Bukowskiego', który z zapałem tworzył główny zainteresowany, od prawdy, pełni wspomniana przeze mnie przed chwilą biografia. Buk to typ o barwnym życiorysie. Od dziecka miał problemy ze zdrowiem, ojciec go maltretował, sam dużo chlał, wiele razy lądował w pudle (głównie jakieś bzdetne powody), klepał biedę, podróżował, żył w jakichś dziurach, poznawał innych pijaków, bił się z kolesiami w zaułkach. Nie lubił blichtru, nadęcia, pięknych i bogatych. Jednak sam był pozerem, lubił robić z siebie większego twardziela, niż by mu na to pozwalał uchodowany przez lata brzuch.

Bukowski był też - jak można wywnioskować z jego tekstów - ciężkim skurwielem, i to cięższym niż może się wydawać. Potrafił być wredny na trzeźwo, ale jak się uchlał wyłaziło z niego bydlę. Co nie zmienia faktu, że był człowiekiem wrażliwym. Nie lubił jak zwierzęta cierpiały. Choć gardził niemal całą ludzkością. Był idolem hippisów, podpina się go pod pitników. Buka żenowali jedni i drudzy. Taki koleś-zasadzka. Sporo rzeczy w nim wydawało się ze sobą sprzecznych, jeszcze więcej kłóciło się z otaczającą go rzeczywistością.

Po lekturze biografii, czuję wyjątkowo silny związek tego popaprańca z Hunterem Thompsonem. Ten drugi niby też leciał na fali kultury dzieci-kwiatów. Zamiast zabijać się alkoholem, żarł wszelakie prochy, nie szczędząc sobie alku (Buk też eksperymentował z dragami, choć oficjalnie był przeciw). Bojkotował rzeczywistość, był przeciw temu co widział dookoła siebie. Starał się żyć na własnych zasadach. Wypłynął w podobnym okresie co Buk, na obu poznała się kontr-kultura. W końcu jego gonzo-dziennikarstwo, to coś o krok od "Zapisków starego świntucha" Buka - pseudobiograficznych felietonów, które autor lubł podbarwić fantazją, żeby uzyskać zamierzony efekt. Kurde. Nie tłumaczy ktoś biografi Raula Duke'a? Marceli? Enybady?

Cóż więc rzecz? Dziatki drogie, warto sięgnąć po tą książkę. Owszem, dużo lepiej by się ją czytało, gdyby napisał ją sam Bukowski. Ale i była by pewnie wtedy tak samo bliska rzeczywistości, jak jego opowiadania.


Geek corner

Po pierwsze, po przeczytaniu trzeciego wydanego u nas tomu Hellblazera miałem dwie refleksje. A) blazerowy cykl Ennisa coraz bardziej mnie zawodzi B) Constantine to Bukowski okultyzmu. Wszystkich wkurwia. Największe kuku robi własnym przyjaciołom. W kółko jara, dużo chleje. Zwykle wygląda, jakby go co przeżuło i wyżygało. Jest beszczelnym skurwlem, którego i tak ciężko nie polubić. Niczym Chinaskiego. Niczym Bukowskiego.

Po drugie - ziomował się z Crumbem, który ilustrował mu książki. Ej. Słaba rekomendacja? Jeśli czyta to ktoś, kto nie zetknął się z Bukowskim - musisz poznać Charlesa. Na początek polecam "Hollywood" - biograficzną (of coz) knige o tym, jak to nad scenariuszem dla Fabryki Snów pisał. Mniamości. A po zapoznaniu się z jego prozą, czy też poezją, zachęcam do biografii. Może nie szczególnie lotna, ale ze względu na barwnośc postaci i tak ciekawa. Bo takich modeli już nie produkują.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Koralajna

Jakoś tak wychodzi ostatnio, że nie chce mi się pisać o komiksach. A miał być blog komiksowy. Może to przesyt po WSK? Nieeee, chyba po prostu od czasu "Trzech cieni" nic na mnie nie zrobiło wrażenia do tego stopnia, żeby mi się chciało o tym pisać. Więc się produkuję ostatnio o filmach. A że podobno i z sensem to wychodzi, i zachęca do oglądania, to czas na kolejną porcję.

Z Gaimanem mam tak, że lubię jego książki, ale komiksy to już różnie. "Violent Cases" mi podeszło, ale "Sandman" to dla mnie już erudycyjny grupowy onanizm, jaki autor uprawia razem z zapatrzonymi w tę serię czytelnikami (i tego się będę trzymał). Takie udowadnianie na siłę że KOMIKS WIELKĄ SZTUKĄ JEST, co samą treść dzieła momentami przerasta.

Co innego książki. Podeszło mi "Nigdziebądź", bardzo podobali mi się "Amerykańscy bogowie" i "Chłopaki Anansiego". Co prawda "Gwiezdny pył" męczyłem w bólu, jako zbyt infantylny dla dorosłych, a zbyt brutalny dla dzieci, ale bardzo podobała mi się niby dziecięca "Koralina". Książka jak na dziecięcą dosyć kripi (i dla mnie momentami kripi), ale pozbawiona infantylności, charakteryzującej poprzednie wspomniane dzieło. Może i była to wtórna wariacja na temat baśni Lewisa Carrolla, ale za to fajna.

I zrobiono z niej film. w 3D. "Strażnicy" przekonali mnie że nie przepadam za adaptacjami i chciałem olać, ale przekonał mnie trailer, który zobaczyłem w kinie na LCDku nad kasą. Wiało Burtonem. Chciałem to zobaczyć.

Skojarzenia z Burtonem, pogłębione przez film, okazały się nieprzypadkowe. W końcu Henry Selick to typ, który zrobił "Miasteczko Halloween"! Film, typowo dla Burtona (jak ktoś nie zna książki piszę), pokazuje podwójny świat, normalny - nudny i konwencjonalny , i ten drugi, gdzie rodzice są bardziej kochani i 'fajni', a wszystko jest super i bardziej kolorowe. Oczywiście w tym wszystkim jest haczyk.

Książka jest całkiem fajnie zekranizowana, fabuła nie cierpi, ale najsilniejszą stroną filmu jest animacja. Klasyczna, poklatkowa, kapitalna. Cierpię ostatnio na nadmiar animacji z komputera. Pierwszy "Shrek" może i był czymś nowym, ale przesiadka anim-produkcji z USA na komputer po prostu męczy. "Szreki", "Rybki z ferajny", kolejne "Epoki lodowcowe", no pierdyliardy produkcji, które (o ile nie robił ich Pixar) lepiej sobie odpuścić. A ja chcę animacji. Ręcznej. Poklatkowej. Rysowanej. Z plasteliny. Z pacynek. Jakąś fajną rotoskopię. Doceniam zasługi komputerów dla kina ("Sin City", "Matrixy" i inne), ale chcę czegoś co jest pojechane wizualnie, a nie zostało wykreowane w 100% na kompach.

I "Koralina" jest właśnie tym. Mniejsza o fabułę (która i tak jest fajna), olać familijność (która, biorąc pod uwagę upiorność niektórych scen, okazuje się być względną). Ten film to rewelacyjna strona wizualna, która nie zestarzeje się w momencie, gdy nowe komputery będą w stanie generować o 50% polygonów więcej, niż te współczesne. To ponadczasowy triumf klasycznej animacji, udowadniający że była wielka i będzie wielka, i żadne CGI jej nie podskoczy, choć kalkulujący wszystko w dolarach producenci myślą inaczej. Producenci "Koraliny" wiedzieli, że w dobie Madagaskarów podejmują trudne wyzwanie. I w moim mniemaniu wygrali.

Obejrzyjcie to, koniecznie. Tak po prostu, by dać oczom się napaść, bo następny taki film powstanie pewnie najwcześniej za 5 lat.

Odrębną kwestią jest kwestia trójwymiarowości filmu, którą osiąga się dzięki super mega extra okularom (szkiełko czerwone, szkiełko niebieskie, najbiedniejsza metoda na osiąganie przestrzenności w obrazie chyba). To tak naprawdę pic na wodę, może i cały film kręcono tą techniką, ale wykorzystano to tylko w niektórych scenach. W większości dzięki okularom obraz nie jest tylko zamazany. W niektórych (igła przyszywająca guzik, występ cyrkowych myszy) to naprawdę robi wrażenie i wychodzi z ekranu. Za rzadko. Ale wystarczy, by ściąganie kinowego rippa z sieci mijało się z celem.

Akapit zamykający - każdy miłośnik animacji (a jak sądzę sporo ich jest wśród fanów komiksu ) powinien zobaczyć "Karolinę". To film dla fanów Burtona (bo reżyser, bo klimat). To także film dla miłośników zakręconych baśni o Alicji (bo fabuła, bo nawet kot odwala numer wyszczerzonego kocura z Cheshire, było to w książce, ktoś pamięta?). W końcu, to fajny film, który po prostu dobrze się ogląda. Kto wie, może za parę lat będzie to jeden z klasyków dziecięcej animacji, gdzieś obok disneyowskiego "Piotrusia Pana", czy bajek z Kaczorem Duffym. A o Pokemonach, "Gdzie jest Nemo", czy innym "Dzielnym Despero" i tak nikt nie będzie już pamiętał.

Na konieckoniec - Burton pewnie zgodził by się na propozycję kręcenia "Koraliny", gdyby sam nie robił Alicji. Ciekawe jak to wyjdzie w praniu...

i na dezert - da traila.