"Wejście Smoka" z Brusem to klasyk i basta. Mówiłem nie raz, pisałem nie raz, zdania nie zmienię. Już dziecięciem będąc, gdy przeszła mi ochota na zostanie małorolnym, to pragnąłem jak dorosnę być Indianą Jonesem (łamane na Hana Solo, ale umówmy się - na to samo wychodzi), albo Brusem właśnie. Nie zostałem oczywiście. Ale spaczenie bani już mi chyba do końca życia nie przejdzie, Brus będzie królem kung fu, a "Wejście..." najlepszym filmem z jego udziałem.
Dlaczego? Bo fajne mordobicia wkomponowane zostały w formułę Bondów. Mały i żółty, acz nabity mięśniami superheros (w znaczeniu popkulturalnym, nie trykociarskim), dostaje ZLECENIE. Przed nim trafia na ODPRAWĘ. Oczywiście jako Azjata jest on one-man-army, jego bronią jest sztuka walki, a atrybutem nunczaku. Na końcu oczywiście na skarcenie czeka ZŁOCZYŃCA. No i jest wszystko co w bondach - bezwzględny zły, który aż się prosi o wjazd z hadoukena na klatę, orientalna sceneria, agencja wywiadu, która bez pomocy naszego superherosa ma związane ręce i nawet nie może złemu Hanowi zębów wyleczyć i zaplombować.No i jest Bruce, specjalny agent po szkoleniu z Shaolin (co wynika ze scen z wersji dłuższej, zaiste zbędnych). Trafia na wyspę, gdzie odbywa się turniej wojowników. Wygrany będzie miał tytuł wygranego. Razem z nim trafiają tam przedstawieni w komiksowych skrótach kolejni kolesie - uciekający przed kłopotami Roper i czarnoskóry Williams, który zdaje się że jedzie dla sławy i dup. Postaci są wprowadzane krótko, grubą krechą, treściwie, niczym w "Za garść dolarów wincy" Serżioleone. No prawie jak komiks. Jest funkowa oprawa muzyczna, której by się Shaft nie powstydzil. Bolo jest zły, i krzywi się jak małpa. Na ułamek sekundy pojawia się Jackie Chan (dostaje w pałę od Brusa). No i niezłe onelinery lecą. 'Man, you're out of a comic book' - mówi z czarnoziomalskim akcentem Williams do Hana, gdy czuje co się święci, a z Hana wychodzi zło w stylu i na poziomie doktora No.
Jako fan mordobić, Brusa, komiksów i Bondów nie mogę do tego dzieła podchodzić obiektywnie, nie mogę też go nie lubić. Dla mnie klasyk i już, sceny jak Bruce macha drągiem czy nunczakiem są po prostu świetne, a finałowy pojedynek w labiryncie luster to po prostu mistrzowa robota. Może dla kinomanów z wyższymi ambicjami to pukpowy chłam, ale ta scena wygląda po prostu pomysłowo i ładnie.
Wejście jara nie tylko mnie, jara też od paru dekad filmowców, i to w sposób dosyć ostry. Są i inspiracje łagodniejsze. Na przykład jeet kune do - styl walki opracowany przez Bruce'a, czyli technika bez techniki (trakie tam taoistyczne brednie), wykorzystywany jest przez filmowców raczej jako styl poruszania się Małego Smoka. Choćby Spike Spiegel z "Cowboy Bebop" ewidetnie porusza się właśnie po brusowemu (jedna z walk nawiązuje dosłownie akurat do "Gry Śmierci"). Podobnie Morfeusz z "Matrixa" w wirtualnym dojo (pierwszy trening Neo) niby walczy w tai chi chuan, ale 'tańczy' na matach w sposób znany z "Wejścia..." czy "Gry...". Jak Bruce w końcu zachowuje się Tyler Durden lejąc pod koniec "Fight Clubu" Nortona, nie wspominając o nunczaku.
Trudno tu jednak mówić o inspiracji samym "Wejściem Smoka", bardziej ikoniczną postacią pana Lee. Ale i konkretów jest sporo, jak choćby scena z finału "Mrocznego Widma", gdy odgrodzony od przeciwnika osłonami Quigon Jin siada po turecku i medytuje. Dosłownie do "Wejścia..." "Matrix" nawiązuje w dialogach. No pełno tego po prostu w cholerę.
Ale jest jeszcze oddzielna grupa filmów jadących po prostu na chama po fabule tego dzieła. No i trudno to wtórnością nazwać, bo tylez te one czerpią z klasyka, co dodają coś od siebie. Przeważnie.
Najlepszym chyba przykładem jest "Mortal Kombat" Paula Dablju Es Andersona z 1995. Film ten jest jak dla mnie jedyną udaną ekranizacją gry komputerowej . No dobra. "Silent Hill" też było niekiepskie, a na dodatek klimaciarskie. Wracając - MK to adaptacja gry, mordobicia z oczywiście prostacką fabułą zerżniętą z "Wejścia...". Pojedynek na tajemniczej wyspie, zły boss, jego straż przyboczna, protagonista (który, jak wynika z kolejnych części wygrał pojedynek) wzorowany na Brusa (Liu Kang of coz), w otoczeniu paru innych ciekawych postaci. Każda jest na wyspie z innego powodu - ktoś chce potwierdzenia swoich możliwości, ktoś coś innego, prawie jak Roper i Williams. Film rozwija jeszcze kolejne zbieżności z "Wejściem...", rozpoczynając fabułę kolejnymi scenkami przedstawiającymi bohaterów. Liu Kang, podobnie jak postać Brusa, ma do wyrównania rachunki z mid-bossem (przynajmniej wg hierarchii mortalowej patrząc, bo to boss tego filmu jest), za śmierć brata (odpowiednio Bruce-siostra). Zjazd zaproszonych na festa zaczyna się w porcie w Hong-Kongu. W trakcie powitalnej kolacji wparowuje gospodarz i robi mały popis nadchodzących mordobić. I tak dalej.Co z tego filmu mam dzisiaj? Efekty się zestarzały, mordobicia prezentują typową amerykańską szkołę produkcji (bliskie ujęcia, częsty montaż maskujący nikłe możliwości aktorów), co odbija się na braku dynamiki walk. Z drugiej strony MK wylansował nowy typ realizacji sekwencji akcji. Agresywne cięcia, mocna muzyka towarzysząca walkom, dynamizm, to patenty które potem rozwinął "Blade", a które jeszcze bardziej rozkręcone i ożenione z chińską szkołą zaowocowały "Matrixem". No i plus dla Andersona za zdystansowane podejście do bredni, które zekranizował. Luźny odmóżdżacz. Me like.
Rok po MK do kin trafił "the Quest" z Jeanem Claudem Van-Dammem. Pokłon dla Małego Smoka podwójny. Znowu jest pojedynek wojowników w orientalnej scenerii, znowu wojownicy z całego świata, tym razem jednak całość podano w klimacie kina przygodowego. Zamiast klimatów bondowskich jest natomiast Roger Moore. Tak dla odmiany. Vam-Damm, który zagrał główną rolę prostaczka ze świata zachodu który na syjamie uczy się od podstaw ichniego boksu (tak dla odmiany), napisał też scenar, a potem go wyreżyserował. Z "Wejścia Smoka" wziął więc patent z turniejem. Z "Gry śmierci" natomiast pomysł na konfrontację wojowników, reprezentujących różne kontynenty i różne sztuki walki. Fabuła jest głupia i się średnio lepi, a Moore jest groteskowy wręcz, ale warto ten film obejrzeć - jeśli się kto jara - choćby dla pojedynku Chińczyka od styli zwierzęcych z Brazyliczykiem oczywiście tanecznie zawijającym girami.
No i ostatnio, parę lat temu, mieliśmy kolejną produkcję Andersona (nie reżyserował), znowu będącą ekranizacją gry komputerowej. Trudno więc zażucić klonowanie "Mortal Kombat". Ale znowu to wali "Wejściem Smoka" po ryju. "Dead or Alive" znowu zaczyna się od przedstawienia grupki postaci która ma trafić na pojedynek na orientalnej wyspie. Oczywiście okazuje się nie chodzi o czysty sport, bo organizator (wyciągnięty z krypty rodowej z cmentarza w Massachusetts Eric Roberts) ma niecny plan. Godny szaleńca z Bonda rodem. Za pomocą nanomaszyn i megakomputerów, w trakcie pojedynków cyfrowo kompiluje wirtualną uber sztukę walki. Nawet nie pytajcie. Głupota jest wpisana w konwencję tego filmu, o czym na szczęście wiedzieli autorzy, mając z tego kupę frajdy, która i mi się udzieliła. Jest mocno, dynamicznie, głośno i z przegięciem tak ostrym, że od trzeciej minuty filmu albo ma się banana na ryju, albo z WTF wypisanym na czole wystawia się świezo kupione DVD na allegro. Ja oczywiście miałem banana. Poza tym w tym filmie chodzi o lalunie. Scena ze stanikiem to czyste mistrzostwo. No cały film jest pełen takich patentów. Nawet Robin Shou (Liu Kang z Kombata) się pojawia w epizodzie jako pirat O_o. Mojapolecać.Bruce Lee nie żyje. To chyba kara za jedzenie narkotyków, służących do palenia. "Mortal Kombat" zmieniło się w powracający koszmar, z części na część coraz bardziej przerażający. Jednak znając świat za niedługo pewnie się doczekamy kolejnego klona "Wejścia Smoka". Fabuła nie zaskoczy, w końcu jest znana od ponad trzech dekad. Ale jeśli będą się do tego ładnie lali, a przerwy w pojedynkach będą zbyt długie, to ja nie mam nic przeciwko...











