poniedziałek, 18 maja 2009

Colty, czerwona szmata i peleryna


Uwielbiam lekki kicz, fantastykę, retro*, autodystans i komiksy. Świetnie taka receptura się sprawdziła we "Flashu Gordonie". W niedawnym "Spiricie" już nie bardzo, ale nie oznacza to że ekranizacje innych komiksów z przed 7-miu czy 8-miu dekad nie mogą być dobre. "Cień" (z Alekiem Baldwinem, z 1994 roku), to przykład właśnie takiej w miarę nowej składanki motywów retro przekładanych patentami 'kina nowej przygody', całość jest z deka lipna, ale i tak się to dobrze ogląda. Z paru powodów, i na paru płaszczyznach.

Może po kolei. Cień jest pulpowym antyherosem z lat 30-tych. Najpierw pojawił się w słuchowiskach radiowych (w pewnym momencie głosu użyczał mu sam Orson Welles), potem oczywiście trafił na plansze komiksu, książek, a także paru filmów. Oryginału oczywiście nie znam, więc trudno mi porównać, ale ten film fajnie przybliża jedną z pierwszych sylwetek mrocznych superherosów. Gość żyje podwójnym życiem, dzieli czas na wcielenie bogatego utracjusza, i mrocznego mściciela, szerzącego strach pośród mieszkańców Nowego Jorku. Facet ma na sumieniu sporo przelanej krwi, kiedy to jeszcze w Tybecie był ponurym drug lordem (facio z USA? KE???). Przemiana następuje jednak w buddyjskiej świątyni, kiedy to gość stylizowany na którąś inkarnację Dalai Lamy funduje mu psychoanalizę na modłę jungowską, i odkrywa w nim dominujący nad osobowością archetyp, uwaga-uwaga, Cienia (no bo jaki? mędrca? ojca?). Gość trafia do USA, gdzie jak wspomniałem wykorzystuje swoje jedi skills (wykorzystywanie mroku do znikania, sugestie w stylu "these are not the droids we are looking for"), by wyręczać policję w tropieniu, straszeniu i karaniu przestępców. Jest to archaiczne, ale jest to prototyp, dla chociażby Batmana (o tym za chwilę), czy Sandmana (tego w fedorze, a nie emo stajli). Gość biega po NY w czarnej pelerynie, kapeluszu i czerwonej szmacie zakrywającej usta (to dodano ostatnio, wcześniej była czarna), wymachuje dwoma błyszczącymi coltami 1911 i zanosi się obłąkańczym śmiechem, dzięki czemu każdy makaroniarski mafioso na wstępie robi w gacie. Oczywiście nie działa sam - wspiera go armia zwykłych ludzi, którym kiedyś pomógł, a którzy z wdzięczności (bywa że wymuszonej) służą mu informacjami. Oczywiście policja za typem nie przepada. Słowem - klasyczny obraz komiksowego zamaskowanego detektywa.

Najważniejsze jednak, że film broni się sam w sobie, nie tylko jako przypomnienie obiektu muzealnego. Odwołując się do lat 30-tych w formie łagodnej retroSF oczywiście pełen jest zamierzonej naiwności. W fabułę zamieszany jest potomek Czyngis-Chana, który oczywiście chce zawładnąć światem, szaleńca dopełnia pomagający mu bezwolnie oderwany od rzeczywistości naukowiec (kolejny akcent komiksowy, zagrał bo Ian McKellen), jest więc oldskulowo. Galerię postaci dopełnia telepatyczna femme fatale i wujek bohatera, gliniarz, żalący się na problemy z Cieniem. Jest też pomagający Cieniowi taksiarz (grany przez mentora De Niro z "Taksówkarza"), jeżdżący retro-futurystycznym yellow cabem. No i jest Tim Curry, jako zły przydupas poczciwego naukowca, zresztą co za różnica, Curry byłby genialny nawet grając pasikonika gdzieś na parapecie. Bohaterowie i wątki czerpią z klimatu starych komiksów, wspomnianej nowej przygody, jest mądrość Dalekiego Wschodu wspartego Jungiem, ale jest i mnóstwo patentów znanych ogólnie z popkultury, dzięki czemu z tej nie najprzedniejszej mimo wszystko babki z wielką przyjemnością wydłubuje się rodzyny. Dla przykładu obraz Nowego Jorku od razu kojarzy się z Gotham. I nie przypadkiem.

"Cień" był jednym z pierwszych dzieł, rozpoczynających obecny pochód ekranizacji przygód bohaterów komiksów. Powstał 5 lat po "Batmanie" Burtona, jeszcze przed zachłyśnięciem się filmowców bohaterami ze stajni na M, i nieprzypadkowo temu filmowi jest chyba najbliższy. Operuje podobnym klimatem ponurego miasta, osadzony jest jakby w podobnej epoce (Burton celował w quasi-retro), tak naprawdę jednak najwięcej zbieżności powoduje sam bohater. W cywilu milioner-utracjusz. W nocy samozwańczy obrońca prawa. Obaj panowie mają skilla, którego ukradli mądralom z Azji. Obaj wykorzystują swoje bogactwo do wsparcia swojej nieoficjalnej działalności. Obaj mają na bakier z prawem. Obaj są komiksowym odbiciem częściowo poskromionego archetypu Cienia. W końcu też obaj działają tymi samymi metodami, budząc lęk, strasząc, mitologizując w półświatku swoje zamaskowane JA. Podobnie też, inspiracją dla twórców obu postaci był hrabia Drakula. Przy okazji genezy Batmana wspomina się zresztą też o Cieniu.

Film jest przyjemny, wartki, zdystansowany do siebie, jednak chwalę go bardziej niż na to zasługuje. To produkcja klasy B, choć filmowcy mieli zapewne większe ambicje. O ile pamiętam, film nie wywołał takiego echa jak dzieło Burtona, za to poprzedził celuloidową podnietę trykociarzami. Nie trafił w swój czas. Jest to jednak fajna rzecz dla komiksowego fascynata, bo to cofnięcie do superbohaterskiej prehistorii, do której dostęp obecnie mają już niemal tylko badacze i archiwiści gatunku. Filmowi jednak warto dać szansę (i pewien kredyt zaufania, który należy się produkcjom przekraczającym granicę kiczu). DVD można kupić na straganikach czasem za nieduże pieniądze. No ja się tam ubawiłem. Film, w którym mongolski dzikus chce użyć bomby atomowej, nie może być zły!


* - nie, nie widziałem jeszcze - i nie planuję - nowego Star Treka.

17 komentarzy:

realsick pisze...

też lubię ten film, a jako dzieciak go ubóstwiałem i oglądałem po kilka razy w ciągu tygodnia. swojego czasu wydawał mi się nawet straszny :)

niedaleko mojego osiedla była taka parcela z wysokim, drewnianym płotem i jako szczyl sobie wyobrażałem że tam ukryty jest taki drapacz chmur... chociaż w okolicy same jednopiętrowe drewniaki.

SKRP pisze...

Polecam dość rzeczowy wpis na wiki o Cieniu: http://en.wikipedia.org/wiki/The_Shadow

kamionek pisze...

miałem (albo wciąż gdzieś mam)figurkę Cienia. po ściśnięciu go za nogi świeciły mu się oczy na czerwono.

Siegfried pisze...

a zly charakter chcial jakis okup ? milion dolarow czy wiecej? jak milion to znaczy ze bardzo stary ten film ;)

Gonzo pisze...

nie no, on klasycznie chciał zawładnąć światem :]

Mr. Herring pisze...

A kto pamięta "Darkmana" Sama Reimiego? Z Liamem Neesonem? Scenarem m. in. Ethana Coena i muzą Elfmana? To był, kurwa, film! "Cień" pamiętam, że zacząłem oglądać, ale mam alergię na klan Baldwinów, więc nie dokończyłem.

Gonzo pisze...

błąąąąd. Darkmanów to chyba nawet ze trzech zrobili, i było to takie cieniowate właśnie. Raimi zresztą chciał robić Cienia, ale coś o prawa poszło.

Gonzo pisze...

ale z tym Coenem to już coś pojebałeś... prawdopodobnie z tym:
http://www.imdb.com/name/nm0001053/

Mr. Herring pisze...

Sam jesteś, kurde, błąd:) Wiem, że była trylogia, z tym, że dwa pozostałe wyszły od razu na VHS i są gównem totalnym, więc wspomniałem tylko o pierwszej części. I dokładnie tego Coena miałem na myśli, współpisał Darkmana. Nie ma tego tytułu na IMDB w jego filmografii? Ojejejejejejej. Napisz do nich, o wszystkowiedzący. LOL.

Marceli pisze...

z takiego retro-futuro z indiana jonesowskim odlotem bardziej, to usilnie polecam jeszcze to:
http://www.imdb.com/title/tt0102070/

strasznie zjedli ten film w czasie premiery, a mnie on od parunastu lat ustawicznie cieszy i bawi. Jest w trzy dupy komiksowych smaczków, jest zajebisty Bruce, jest od cholery nabijania się z kina nowej przygody, no i się kurde nie zestarzał przez te 20 lat, bo efekciarstwo było tanie już w dniu premiery. A bonusie very hot Andie McDowell w roli zakonnicy szpiegującej na rzecz Watykanu.

Mr. Herring pisze...

No, ba. HH to obok Szklanych 1-3 i Skauta mój ulubiony film w Willisem. Plus niezła platformówka na Amidze( made by Ocean). Niby było takich na kopy, ale tę żyłowałem całymi godzinami.

Marceli pisze...

ja nie mam nie ulubionych filmów z Brucem:) ale jakbym miał top stawiać, to Skaut, HH i Małpy. A gierka fatktycznie była, nawet ją katowałem jakiś czas, z tym, że chyba właśnie stanowiła jeden z powodów, ze platformówek praktycznie nie tykam wcale:)

Przemek pisze...

http://www.impawards.com/1990/darkman_ver4.html

tu masz poster, poster nie kłamie.
HH fajny, acz preferuję małpy. a z retrofuturum to mało co Sky kapitana bije. over. pisał gonz

Marceli pisze...

Jak ci Sky Captain wszedł, to La Antena (http://www.imdb.com/title/tt0454065/)koniecznie też. Sam film jest głupi strasznie w fabule, znacz\y może nawet nie tyle głupi, co infantylny, ale że to bajka w sumie jest dość mhroczna, to mozna mu to wybaczyć, natomiast obrazkowo moim zdanie dużo, dużo lepiej dopieszczony niż Captain

Gonzo pisze...

no wiem znam, acz to inna bajka, sky kapitan to nowa przygoda łamana na SF i komiksy 30/50. Antena to włąśnie wizual, gra formą i pokłon bardziej dla germańskich ekspresjonistów.

Anonimowy pisze...

Ja sie tylko doczepia tej czerwonej szarfy dodanej ostatnio. W sensie w ostatnich 60 latach?

http://goldenagecomicbookstories.blogspot.com/2009/01/shadow-ive-been-collectiong-shadow.html

http://www.shadowsanctum.net/comic/comic_gallery-ss.html

Zwlaszcza okladka z 47.


JAPONShadowfan

Gonzo pisze...

ano faktycznie, ale widać że i koncepcja niespójna była. raz miał szmate, raz zasłaniał się kołnierzem, który też bywał albo czarny bo czarny, albo czarny bo podszewka, albo właśnie szmata sie robiła czerwona. przynajmniej tak to wygląda. acz fakt, mój błąd. nie twierdziłem że znam oryginał :]