niedziela, 29 grudnia 2013

Moje gry roku 2013

Gra która mi w tym roku sprawiła najwięcej ubawu leży jednocześnie na półce wstydu. Jest za długa. Za duża. Nie zdążyłem przerobić całej w natłoku ciekawych premier. Mimo wszystko jak dla mnie to GTA5 jest the biggest, the best, better than the rest. Zaryzykuję takie stwierdzenie na mijający rok, mając nieco jeszcze do zrobienia. Gra wciąga jak bagno, wirtualne niby-L.A. kusi przedmieściami, wzgórzami, centrum, pustynnymi bezdrożami, górami na które można wjechać na rowerze, by zjechać kolejką linową, morzem, dnem oceanu, bezkresem nieba. Bite 10 godzin zajęła mi zabawa w beztroskiego turystę, który tylko zwiedza i kolekcjonuje widoki. Śmiga się autkiem przyjemnie, randomowe wydarzenia potrafią skupić na sobie całą uwagę gracza. Potem wszedłem w historię która też wciąga, ryzykowny zabieg rozszczepienia bohatera na trzech jegomości w pełni się udał. Wszystko wygląda znakomicie, a ilość drobiazgów tworzących klasę tej gry oszołamia. Wisienką na torcie jest niesławny Trevor - psychopata który robi dużo złych rzeczy tylko dlatego że może. Wcześniejsze zabawy z przełamywaniem politycznej poprawności w grach to przy tym gościu igraszka. Bonusowo - jak to ktoś zanalizował - facet nie jest po prostu bohaterem. On jest graczem. Jako postać robi w świecie tej gry wszystko to, co lubi robić statystyczny gracz w scenach, gdy ma pełną kontrolę nad postacią. Kradnie, zabija, bije przechodniów. Nadużywa wszystkich możliwych uroków miasta. Jednocześnie facet przy całym swoim przegięciu i zerowej moralności nie jest bezrefleksyjny i celnie punktuje różne kwestie (choćby przesławna TA-SCENA za którą w Polityce gra zarobiła 1/10). Po GTA4 wątpiłem w tą serię (tam było piękne miasto, oraz nieciekawa dla mnie historia i nudni NPCe). Nie czekałem na 5-tkę, choć było wiadomo że we wszystkich rankingach zamiecie. Dałem się po prostu porwać. Magia wróciła.

Podobnie zabierałem się do 4-tej części Assassin's Creed. Pierwsza część cyklu jest dla mnie zwyczajnie niedorobiona, fajny pomysł, świetne skrypty, rwany i nieciekawy gameplay. 2-ka naprawiła błędy poprzedniczki, by wszystkie swoje atuty roztrwonić w będących skokiem na kasę kontynuacjach. 3-ki nie ruszałem, nie wiem, nie znam. Black Flag ma natomiast genialną przewagę nad poprzedniczkami. Cały spisek i odwieczna walka asasynów z templariuszami jest tu niemal mimochodem. Bieganie po dachach to dalej istotna część gry, tyle że ta mniejsza, w sumie gorsza, i na dobrą sprawę zbędna. Najpiękniejsze jest tu wbicie się na statek, pływanie po Karaibach i porywanie się na coraz grubszego zwierza. Atak, abordaż i plądrowanie, a potem rozwijanie ekwipunku i znowu na wodę. Aż się nie chce ruszać głównego wątku, bo jest naprawdę dużo do roboty, morskie batalie są wciągające i się nie nudzą. Zwątpiłem w tą serię, a okazało się że najnowsza część to dla mnie jeden z tytułów roku.

Tym którzy mało mnie znają albo nie pamiętają już co opisuję na blogu to przypominam - nie gram w indi popierdułki, omijam pixelową awangardę, pykam głównie na PS3, najchętniej w DUŻE tytuły.

Nie powinien więc zdziwić mój zachwyt nad nowym Tomb Raiderem. Nie jestem fanem przygód Lary Croft. Nie załapałem się na początek. Za słaby procek. Brak akceleratora, te sprawy. Wiem że pierwsza część była pionierska dla gier w pełnym trójwymiarze, ale potem gatunek sie rozwijał, medium ewoluowało, a Raidery były niemal takie same, nie licząc poprawy grafiki i kosmetycznych zmian. Bohaterka pozostawała w dalszym ciągu papierową postacią. Pozbawiony charakteru - choć jednocześnie klasyczny - design postaci, psychologiczna próżnia. Na arenę wszedł Drake z cyklem Uncharted i pokazał jak powinno wyglądać action-adventure czerpiące z kina nowej przygody, stylizowane na Indianę Jonesa. Posiadaczom licencji na Tomb Raidera otworzyły się oczy - a więc jednak można tu coś zmienić, zaszaleć, konserwatyzm nie jest jedyną opcją! No i mamy udany relaunch, mocno oparty na tym, co wnieśli kolesie z Naughty Dog. Wzorcowy origin postaci, momentami skrócony i uproszczony, ale za to na brak spektakularnych scen narzekać nie można. Filmowe prowadzenie fabuły bardzo przypomina Uncharted, całość jest jednak cięższa, brudniejsza, zagrzebana w syfie. Oto młoda pani archeolog trafia na bezludną wyspę, gdzie po raz pierwszy przyjdzie jej zabić człowieka. Narodziny legendy, plepleple, ale fajnie skrojone, jedyne co mi nie pasowało to finał, kontrastujący z większością gry, gdzie głównym wrogiem byli zwykli, choć zdegenerowanie ludzie, przyroda oraz własne słabości. Przez większą część gry to bardziej Rambo: Pierwsza Krew niż Indiana Jones. Survival, nie zagadki zaginionej cywilizacji. Błoto, a nie złoty kruszec. Wszystko to spajają jednak oczywiście legendy. Jest klimat, całość wciąga, a zabawę poprawia znany ze starych platformersów sznyt eksploracyjny - zbierz nowy gadżet, a będziesz mógł odwiedzić niedostępną część mapy. Emocjonujące rozpoczęcie od zera. Czekam na dwójkę, która jednak na pewno nie będzie miała siły zaskoczenia, jakim była dla mnie tegoroczna część przygód już-nie-papierowej Lary.

Call of Juarez: Gunslinger - czyli kolejny dowód na to że nasi potrafią, a sukces jednego i drugiego Wiedźmina to nie były przypadki. Parę słów o serii - Techland wykorzystał ciszę w temacie westernowych shooterów, by popełnić nie do końca udaną jedynkę (mnie odstraszyły sekwencje skradane i fajnie się zapowiadającą grę olałem), która jednak znalazła fanów. 2-ka miała fajnych zdegenerowanych bohaterów, skupiała się na strzelaninie, spoko historia, nieco błądzenia koniem po otwartej przestrzeni, przyzwoite acz nie wybitne oceny, ale po premierze Red Dead Redemption nie było już się co licytować wagą ciężką. W końcu trzeba znać swoją miarę. Call of Juarez: Cartel przepchnięto nieco na siłę, w trakcie prac nad świetnym Dead Island. Efekt był marny. Trzech bohaterów (hej, ten patent komuś się chyba u konkurencji spodobał), współczesny western, dwuznaczność bohaterów, fajne patenty na co-opa (w którego nie było zdaje się z kim nawet grać o ile pamiętam) nic nie dały w połączeniu z totalnie średnią oprawą i średnim gameplayem (prowadzenie samochodu to totalna pomyłka). Co w tej sytuacji? Po pierwsze - powrót do westernowych realiów. Po drugie - schodzimy z wysokiego C, nie siłujemy się w kategorii sandboxów, bo gra i tak by nie wygrała z pare razy przecenionym a dalej wybitnym RDR, asekurujemy się tym co zwykle wypalało - bohaterem i historią. Gameplayowo Gunslinger to prosty shooter w oldskulowym duchu, gdzie jednak liczy się szybkość i celność, za które przydzielane są oldskulowe punkty. Skojarzenia z Bulletstorm na miejscu. Można rozwijać postać o skille. Wszystko to opatrzono kapitalną, komiksową grafiką i świetną muzyczką, gdzie country i motywy westernowe ciągnie drone'owa gitarka. Tyle oprawy, która starczyła by na udaną grę. Siłą produkcji jest jednak główny bohater, narrator, który rozpoczyna swoją opowieść w saloonie, przy szklaneczce whiskey. Co on mówi - to się dzieje gdy gramy. Gość czasem się plącze, momentami wymyśla niestworzone historie, czasem zmienia zdanie jak wyglądały wydarzenia, i wtedy gra się cofa. Coś pięknego. Banan gwarantowany. Dużo dobrego strzelania, a co najważniejsze - opowieść, w której ważniejsze jest nie o czym ona jest, a jak jest opowiadana. Na tym polega sekret wielkich gawędziarzy. I ten sekret posiedli panowie i panie z Techlandu.

The Last of Us - oczywista oczywistość. Znowu gra atakująca nie tyle skomplikowaną historią, co sposobem jej opowiedzenia. Interaktywna filmowość to patent, którym świetnie posługują się goście z wspomnianego już Naughty Dog. Można powiedzieć w skrócie - facet bez złudzeń i dziewczynka bez życiowego doświadczenia przemierzają wszerz postapokaliptyczne USA, dotknięte plagą zombie. Będzie to prawda, ale będzie też krzywdzące. Gra dobrze dozuje dramatyzm, raz skłaniając się w stronę pełnej napięcia skradanki, innym razem w kierunku dynamicznej strzelaniny gdzie nie wiadomo czy strzelać, czy od razu uciekać. Wygrywa w tym roku immersją, wciągając do świata w przeciągu 5 minut, gdy zapomniałem o tym że gram w grę, dostałem plaskacza w twarz i totalnie zanurzyłem się w ten świat. I w emocje pomiędzy bohaterami, bo w końcu to gra o szukaniu bliskości, w momentach gdy najbardziej się jej boimy. Bo strata, gdy nie ma się już i tak nic, boli najbardziej. Kapitalna gra, przygoda w którą można zagrać. Film, czy też miniserial który można przejść. Linearny, ale co z tego? Wrażenia pozostają.

XCOM: Enemy Within - tak, to był rok powrotu legend. Relaunch kultowej strategii można uznać za udany, wciąga, zmusza do myślenia i kombinowania, zachęca do powrotu i odpalenia gry na wyższym poziomie trudności, bo nie jest to jednak tak długa i złożona gra jak pierwowzór. W dobie szybkich krótkich gier nie jest jednak aż tak minimalistyczna jak konkurencja. Są elementy pierwowzoru, liftingowi poddano tryb dowodzenia (na padzie sprawdza się idealnie), niestety autorzy poddali się też obecnej modzie na narracyjność, filmowość etc., co doceniam w grach, gdzie jestem samotnym bohaterem i przeżywam przygody, ale nie kupuję w momencie gdy jestem bezimiennym Dowódcą, i w statycznych momentach w bazie ktoś tam musi mi coś pieprzyć. Tak czy siak - dobra gra na myślenie.

Hotline Miami - a w sumie to nie wiem. Muszę nadrobić...

The Wolf Among Us: Episode 1 - Faith - czyli początek narracyjnego serialu od Telltale Games. Żywe Trupy olałem bo nie lubię, mam w plery, ale tu nie mogłem przejść obojętnie, bo autorzy gry sięgnęli do komiksowego świata Baśni. Faktem jest że seria koło 5-tego tomu traci impet by coraz bardziej zwalniać, i przeszło mi zauroczenie, ale to w dalszym ciągu kapitalny pomysł na świat, z wielkim potencjałem na przygody. Gra spowodowała że urok odżył. Oczywiście jest się Wielkim Złym Wilkiem (dla nieznających komiksu - paskuda z Czerwonego Kapturka, tu podana w wariancie chandlerowskim), i rozwiązuje się zagadkę śmierci. Kryminał. Bez oczywistych odpowiedzi. Cliffhanger. Do zobaczenia przy następnym odcinku. Kupuję konwencję, ubawiłem się setnie, dialogi przednie, aktorstwo znakomite, grafika nie pierwszej jakości, ale to nie o to tu chodzi, tylko o przeżycie historii, z możliwością lekkiego nią pokierowania. Kupuję. Polecam. Czekam na ciąg dalszy.

Brothers: A Tale of Two Sons - miniaturowa perełka. Zabawa na dwie-trzy godziny ale i tak wciągająca. Dwaj Bracia wyruszają w Podróż. A więc na dzień dobry mamy jakieś tam skojarzenie z Journey, gra jest platformerem z zagadkami nieco w duchu ICO, całość zanurzono w świecie nordyckich baśni oraz opatrzono znakomitą grafiką i przednimi widokami. Piękne maleństwo na jeden wieczór. Jedyny feler - liczyłem że skoro to gra, gdzie kontroluje się dwóch bohaterów, to świetnie nada się na kanapowego co-opa. No więc nie. Nie ma takiej opcji. Trudno.

DmC: Devil May Cry - wole stare, ale i ten jest przedni, dobry system walki, zadziwiająco wręcz jak na niejapończyków (no ale Ninja Theory swoje wiedzą), wciągający świat, gdzieś między demonicznymi spiskami a Orwellem, kapitalny design leveli, i tylko ten emo-dzieciak w roli głównej... no ale można o nim szybko zapomnieć, za dużo się dzieje. Slasher roku.

Guacamelee - jestem w trakcie, jak tylko ponownie opłacę PSN+ to chętnie dokończę, ale już wiem że to przednia rzecz. Oldskulowy platformer w duchu Metroidów i Castlevanii, wbity w trykoty luchadora. Meksykańskie klimaty, graficzka w stylu Samurai Jacka, momentami hardkorowe wyzwania. Bonusowo fajny humorek i żonglerka memami. Nie warto zostawiać na później, bo to świetna rzecz.

Poza podium, ale i tak warte dziubnięcia - Far Cry 3: Blood Dragon, za kapitalny klimat i oprawę rodem z epoki VHS. Za te pixelowe przerywniki, czerstwe teksty i szarżę na laserowym dinozaurze. Metal Gear Rising: Revengeance za możliwość poszatkowania każdego w taką kostkę, plasterki czy elementy, jak tylko nam się zachce. Świetny system walki. Poza tym wiadomo - przeginka prosto od Hideo INC., chyba już na to robię się za stary. Snajper 2 wcale nie był taki zły jak piszą. Nowy Batman też nie był wcale taki zły jak piszą, przy obu się nieźle bawiłem.

Za przehajp roku uważam natomiast Bioshock: Infinity. Fajny pomysł na fabułę, świetny świat, design całości, jak zawsze w serii. Tak samo też jak zawsze wszystko osłabia mierny gameplay. Wolał bym to jako komiks, film, serial, cokolwiek, gdzie nie musiał bym grać. W efekcie do przodu pchała mnie tylko chęć zobaczenia jak wygląda kolejny sektor i w jakim stylu ma odjechaną architekturę, bo owszem, jest na co popatrzeć. I tyle. Nawet nie wiem czy chce mi się toto kończyć :/ Drugi fuckup - Beyond: Two Souls, które nawet się sprawdza jako historia, ale też nie chce się w nią grać, bo autorzy co chwilę przypominają 'hej! to jest gra! grasz w grę! to interaktywna przygoda, więc albo pójdziesz tam gdzie ci każemy żeby popchnąć fabułę, albo nie pójdziesz nigdzie!'. Pomyłka straszna, biorąc pod uwagę jak autor fapuje się tą interaktywnością, a wiąże graczowi ręce.

Na koniec w ramach rehabilitacji, bo to 'staroć' z roku 2012, ale dopiero teraz nadrobiłem. Spec Ops: The Line, czyli militarny third person shooter. Gra powstała na silniku Unreal, więc nie dziwi że jest niejako klonem Gears of War - taktyczne lepienie się do ścian, ograniczona ilość amunicji, te sprawy, tylko żołnierze ruszają się mniej ociężale. Strzela się przyjemnie, ale mniejsza o to. Gra dzieje się w ogarniętym anarchią Dubaju. Fabuła? To jest Jądro Ciemności na pustyni. Czas Apokalipsy w spustoszonym mieście. Odwołania można długo wyliczać, co istotne jednak - nie mogę zarzucić tego samego co niegdyś RDR, stylizacji na mocne kino, przy jajach za małych by pójść po bandzie. Autorzy poszli po bandzie. Fabuła potrafi zaskoczyć, emocjonalnie zniszczyć, pokazać graczowi jakie jest miejsce żołnierza w konflikcie. Zaczynamy jako amerykańscy kowboje ruszający na ratunek. Z minuty na minutę nadęcie siada coraz bardziej, a krwi coraz bardziej pokrywają się krwią. Tego w grach w takim natężeniu nie było. Dosadnie przedstawiono że są sytuacje, gdy tak zwane 'dobre decyzje' po prostu w przyrodzie nie występują. Znakomitość. I jeden z najlepszych finałów, z jakimi miałem w ostatnich czasach do czynienia. Nadróbcie jeśli nie znacie. W odpowiedni nastrój wprowadza już w czołówce wisząca do góry nogami poszarpana flaga USA, i lecący w tle Gwieździsty Sztandar w wersji Hendrixa. Amerykanie w życiu by nie zrobili takiej gry. Brawa dla odpowiadających za singla Niemców. Fachowa robota, aż trudno uwierzyć że to wyszło z germańskich rąk.

3 komentarze:

Anonimowy Grzybiarz pisze...

GTA5, Tomb Raider, Gunslinger, Spec Ops - jak najbardziej. Mnie nowy Bioshock bardzo podszedł, resztę muszę nadrobić, prędzej czy później.

mpiwo pisze...

Dobry tekst i dobre gry, w zasadzie moja lista składa się z podobnych tytułów. Polecę Ci jeszcze kilka innych, choć oczywiście wiesz o nich, bo gadamy o nich w grupie NZ :)

Rayman Legends, Shadow Warrior (rownież polski, bardzo warto), Risk of Rain (indie rougelike w kosmosie)

Gonzo pisze...

Raymany nowe wogóle mam w plery. pewnie jak sie Vity dorobię to będę nadrabiał dopiero, bo to idealny sprzęt na to. Shadow Warrior na liście. a rogale mnie jakoś nie ciągną, ale dzięki za tipy.