piątek, 23 listopada 2012

the Raid: Rozpierdziel

Rzadko łapię hype, jaram się i czekam na film. Bo wolę nie. Bo unikam trailerów, i nie chcę sobie wkręcać zajawki. The Raid: Redemption był jedynym filmem tego roku, którego obejrzenia nie mogłem się doczekać.  Jak trailer kiedyś Śledź zalinkował, to mnie pieprznął w potylicę że aż przysiadłem. Kinowe pokazy (ilości raptem 2 czy 4 kopi) mi jakoś umknęły, ripy krążące po sieci były do dupy (w dodatku PS3 nie chce czytać napisów, zła konsola, niedobra, oj niedobra, a ja z azjatyckich języków noga), aż się doczekałem w końcu premiery DVD.

I o mój Boże, urwało mi dupę. Mówiąc krótko: Indonezyjczycy się nie pierdolą. Jest szybko, na temat i centralnie między oczy.

Zaczyna się co prawda upiornie: Karolina Korwin-Piotrowska przez jakąś minutę zachęca do obejrzenia filmu (nie starczyło ją na okładce zostawić? nie dość straszy???), a im więcej mówi, tym mniej się okazuje że ma do powiedzenia. Pierdolety i banały że to nowe Wejście Smoka, ale nie wiadomo ani czy Pani Promotor film z Brucem widziała (bo jakoś nawet na analogie się nie sili), ani czy wie o Raidzie więcej, niż wypatrzyła na okładce.

No dobra, dość złośliwości. Nie wiem kto w CD Projekcie wpadł na to, by ona patronowała serii takich dziwacznych ale i fajnych filmów, jaką jest Rebel Rebel. Czy docelowy widz azjatyckiej napierdalanki jest według dystrybutora fanem Walca Towarzyskiego, czy jak to sie tam zwie? A może chodzi o zainteresowanie krwawymi napieprzankami gospodyń domowych i żeńskiej części gimbazy? Nie wiem. Ale obiecuję że to koniec dygresji, i wracam do filmu.

Raid to film fabule banalnej i podporządkowanej dynamicznej akcji. Wstęp jest naprawdę krótki i prosty - indonezyjscy antyterroryści robią wjazd do 15-piętrowca, gdzie włada gangsterka. Cel prosty - rozpieprzyć wszystko co może być groźne. Branie jeńców to tylko opcja. Gdzieś do 7 piętra jest spoko, a potem nagle wyskakuję jakiś wyrostek. W 15 minucie filmu trupem pada jakiś pętak, i nagle zaczyna się totalna rzeźnia.

Ktoś pamięta jakiś amerykański akcyjniak, który zaczyna się od zabicia dziecka przez policjanta na służbie?

Kolejna godzina to nakręcająca się spirala przemocy. Gliniarze są w ostrej dupie, bo ich zaledwie kilku, a cały blog pełen wnerwionych kolesi z kałachami i maczetami. Jest sporo strzelania i sporo bicia. Całość utrzymano w surowym, acz nie ascetycznym tonie, kamera lata i się kręci, biega za bohaterami w paradokumentalnej manierze. Kolesie robią natomiast totalne cuda - jeśli nie zalewają się właśnie krwią, to biją w sposób iście malowniczy. Sporo w tym elementów tajskiego boksu, ale pierwsze skrzypce gra indonezyjski silat. Często w ruch idą kolana i łokcie, sporo kopania, wyłamywania stawów, bohaterowie nie gardzą ani nożami, ani tonfą, ani niczym co wpadnie w ręce. Dużo więcej też niż w tradycyjnym kinie mordobitym chwytów i rzutów, co chwilę ktoś leci na ścianę, wali kręgosłupem w jakiś kant, miażdży głową kafelki albo coś. Interakcja z otoczeniem przednia, całość niesamowicie dynamicznie i rozplanowana, i nakręcona. Beret urywała mi choćby scena ze wskakiwaniem w dziurę, gdy kamera robi jakieś totalnie niespodziewane rzeczy.

Jest więc krew, masakra i okrucieństwo wysunięte daleko poza europejskie normy. To jest walka na śmierć i życie. To nie jest Dredd, gdzie niby chodziło o to samo, a przegięta przemoc była estetycznie dopieszczona w slo-mo że hoho. Tu nie chodzi tylko o przemoc. To okrucieństwo. SWAT-owcy są po prostu zagnani w przysłowiowy kozi róg, i odgryzają się jak tylko się da, często bardziej niż wymaga tego sytuacja (typu: po co sprzedać po prostu headshota z bezpośredniej odległości, jak można strzelić w łeb trzy razy?). Całość jest naprawdę dosadna i sugestywna. O ile walki np. z Matrixa (który w moim mniemaniu jest jak na razie jedynym sensownym następcą Wejścia Smoka, ale to temat na inny wpis) miały w sobie pewien wdzięk, elegancję czy też subtelność, o tyle walki w Raidzie są po prostu brodzeniem w gównie po łydki, w nadziei że w końcu uda się wygrzebać z szamba. Każdy patent jest dobry, o ile skutkuje wyeliminowaniem oponenta, a eliminacja permanentna jest równoznaczna z odjęciem sobie jednego zmartwienia. Srogo. Poważnie. Goście giną w bolesny, często wywołujący skrzywienie sposób. Jako koneser kina kopanego byłem pod wrażeniem.

A więc mocne walki, świetna naprawdę realizacja, jeden budynek w którym mieści się cała akcja, oraz prosta fabuła. Reżyser w dodatkach na DVD coś ględzi, że chcieli oddać noirowy klimat wizualem. Jeśli chodzi o to że jest ponuro to może i tak, ale fabularnie to bardziej klasycznie azjatycki heroic bloodshed. Jest przemoc, jest krew, jest honor, jest lojalność, jest prawo i służba, jest rodzina, a wszystko to w określonej hierarchii, systematyzującej nawet sprzecznie ustawione wartości. Co więcej - nawet prawa ręka czarnego charaktera jest utrzymana w duchu. Jakiż to powiew świeżości - wysokolevelowa zła postać, która nie jest zdeprawowanym, sadystycznym degeneratem prosto z komiksu, tylko względnie honorowym mordercą z zasadami i potrzebą współzawodnictwa! No niebywałe.

A więc prosta fabuła zajumana z Dredda (albo zajumana przez Dredda, chyba nigdy się nie dowiem), świetnie i dynamicznie skręcone, kapitalnie zrealizowane walki (najbardziej mi podeszła scena z klepaniem na tonfę i nóż, oraz sam jeden konta czterech z maczetami), dynamika, zero pierdolenia. Prosto między oczy.

Dodatkowym plusem jest muzyka i ogólnie oprawa dźwiękowa. O ile nie jestem fanem Linkin Park (bo to taki niby-hard-core dla podstawówkowiczów), o tyle Shinoda maczając w tym filmie paluchy zrobił kawał dobrej roboty. Muzyka dodaje i klimatu, i napięcia gdy trzeba, i mocy jak się dzieje. Dobrze wygrane nawet jest wyciszanie muzyki i dźwięku w momentach, które na to zasługują.

A już ostateczną wisienką na torcie jest kawałek Shinody w liście płac, gdy gębe drze Chino Moreno. Został mi po ogólniaku skręt na Deftonesów, więc teges.

Zajebisty film. Nic lepszego, bardziej intensywnego w kategorii 'akcja' ten rok nam nie przyniósł. A przynajmniej ja nie widziałem.

A tu trailer. Mam nadzieje że linkuję dobrze, i nic sie nie zepesra.

20 komentarzy:

Blitz the Manic Mandrill pisze...

Tu się zgodzimy, film wyjebany w kosmos. I wcale nie były złe kopie w necie, ja w okolicach premiery kinowej miałem kopie jak żyleta z internetów. Co do tego kto z kogo Dred czy na odwrót to w sumie ciężko określić, jak się The Raid ukazał to Dredd był już w postprodukcji, więc raczej nie zmieniali scenara w tym co nakręcili. Że tak powiem, było by ciężko. Dredd zresztą też fajny, głupawy film ale dobrze zrobiony i z sercem.

Daniel Muszyński pisze...

Muszę się w 100% zgodzić. Film piękny, poruszający, ku pokrzepieniu serc, wzruszający i przywracający wiarę w ludzi.

Linkin Park to chujna kapela, ale jeśli chodzi o filmy to wykazują się pozytywnym zaangażowaniem. Chester (wokalista) miał cameosy w Crank i Crank 2: High Voltage.

Ty z tym Matriksem i Wejściem Smoka, to tak na poważnie? Przecież było mnóstwo innych klasyków martial-arts-rozpierduchy. Chociażby po filmie Wachowskich był Oldboy (scena: gość z młotkiem kontra dwudziestu chłopa) albo 13-tu Asasynów, Takashi'ego Miike (Total Massacre!!!).

Przemek pisze...

13 asasynów muszę właśnie zlukać, nie wiedziałem że to Miike. a co do Matrixa to poważnie. 13 asasynów to nisza raczej, w Oldboyu o same napieprzanki nie chodzi. największym od czasu Wejścia Smoka fenomenem popkulturowym, takim porównywalnym, jest matrix i przyczajony tygrys. tu nie chodzi tylko oto czy sie fajnie biją.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

Hmm, jeśli chodzi o kulturowy impact, to powinienes jeszcze zaliczyć do tej grupy Krwawy Sport, Karate Kida i Nico Ponad Prawem, albo co tam, całokształt dokonań Stefana Segala. :)

Hej, a Warriora z Tomem Hardym widziałeś? W sumie to film sportowy jak Rocky albo Ucieczka do zwycięstwa, ale też mistrzowskie kino z obijaniem mordy w tle.

Anonimowy pisze...

Warrior do zlukania jak najbardziej. ucieczka to już natomiast inna baja, bliżej Mean machine chyba.

a co do popculture impactu - krwawe sporty, karate kidy, sigale to IMO ciągle na fali wejścia smoka, zanurzające cały czas ten sub-genre kina akcji w kategorii B, a potem C. Matrix przypomniał że można lać po mordach spektakularnie, bez głupoty i tandety, a Neo stał się ikoną porównywalną z Brucem. wspomniane fajne ramotki z 80tiesów takich ikon poza niszą nie społodziły raczej.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

Porównałem do Ucieczki, bo Warrior to film sportowy, to jest taki, w którym bohaterowie pokonują swoje słabości tudzież kłody rzucane im przez los, poprzez uprawianie jakiegoś sportu. Akurat tak się składa, że w jednym filmie tym sportem są sztuki walki, a w drugim piłka nożna. :)

Z ta pop-kulturą to w sumie chyba masz rację. Karate Kid, Segal, Van Damme, Jackie Chan, Jet Li, John Woo, Chow Yun-Fat, Tony Leung chyba nigdy nie błysnęli tak nagle i intensywnie jak Bruce i Neo. Ale nie zgodzę się, że poprzez imitacje zaniżyli jakość gatunku. Wejście i Matrix to też były filmy klasy B, zlevelupowały wyżej z powodu swojej popularności/sukcesu (tzn. były też dobrze zrobione, ale przede wszystkim chodziło popularność).

Przemek pisze...

no to teraz chrzanisz. Matrix to produkcja i droga, i mocno promowana, i nowatorska technicznie, niegłupia, i bardzo aktualna w wymowie, klimacie itp. Można mówić że to kategoria B tylko w tym sensie, że to nie dramat psychologiczny Bergmana, czy kolejny nudny jak flaki z olejem Allen, tylko sie bojo i szczelajo. Poza tym bo blockbuster jest.

B movie za wiki (#cicopowolujasienadefinicjezwiki) - A B movie is a low-budget commercial motion picture - ej, nie łapie się.

bardziej wejście smoka, tam sukces i kultowość były już bardziej randomowe, a budżet był niecałe 10 razy niższy niż innych sukcesów tego roku. ale w dzisiejszych kategoriach, jeśli film nie kosztuje 200 milionów dolców, tylko np 40, to czy to jest kategoria B? czy Sin City to kino kategorii B?

a że spadek formy potem to sie będę upeirał. Nico wypada na jego tle blado. łątwiej porownać quest z JCVD do Gry śmierci. nie umiem krótko o wejściu smoka, to szerszy temat. na wpis. za tydzień. albo za pół roku.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

"Można mówić że to kategoria B tylko w tym sensie, że to nie dramat psychologiczny Bergmana, czy kolejny nudny jak flaki z olejem Allen, tylko sie bojo i szczelajo. Poza tym bo blockbuster jest."

To właśnie miałem na myśli kiedy pisałem "filmy klasy B". Jeden to kino kopane, a drugi s-f. Gatunki, którymi poważni krytycy raczej gardzą (nie to, że ja osobiście uważam je za złe) to, że stały się fenomenem na taką skale (wg. mnie) wynika z woli ludu.

Co do jakosci, to ok - Nico jest może słabszy od Wejścia i Matrixa, ale to dobry-zły film, w pewnych kręgach kultowy i swego czasu też mały fenomen. Krwawy Sport, Police Story, Once Upon a Time in China czy Hard Boiled (żeby dać przykłady od ludzi, których wymiłem w poprzednim komentarzu) to IMHO filmy, które mogą się bez kompleksów mierzyć z Wejściem i Matrixem (pod względem jakości, bo elektorat pewnie mają trochę mniejszy).

Tak za bardzo nie wiem o co ci chodziło z JCVD. Jeśli o to, że Segal i Van Damme nakręcili mnóstwo chłamu, no to fakt, ale Reaktywacja i Rewolucje też nie utrzymały poziomu.

Daniel Muszyński pisze...

Zresztą, Segal i ekipa podobno powrócili better than ever w Universal Soldier-ach Johna Hyamsa. :)

Przemek pisze...

toteż:

primo - odnoszę się tylko do Matrixa 1, nie do wysranej na siłę 'trylogii';

secundo - traktuję kategorie A, B etc jako klasę produkcyjną, a nie rzecz związaną z gatunkiem czy poziomem filmu. Łączenie jakiegokolwiek gatunku z kategorią automatycznie niższą to jakiś kompleks, spaczenie wynikające ze studiowania filmoznawstwa, albo pranie mózgu jakie funduje czytanie/pisanie recenzji. przecież nie można stawiać wyżej irańskiego filmu o hodowcach kóz nad fajnym akcyjniakiem tylko dlatego, że to dramat, a nie film akcji;

tertio - mam w dupie krytyków. poważnie. Szczerba dał Matrixowi 3/6, pisząc że to 'komiksowe łubudubu dla 16-latków'. co on może wiedzieć???

quatro - nie mieszajmy kina azjatyckiego i amerykańskiego, to dwa oddzielne światy i dwie oddzielne kultury, z własnymi oddzielnymi kategoriami;

cośtampotemtio - 'Nico jest może słabszy od Wejścia i Matrixa, ale to dobry-zły film, w pewnych kręgach kultowy' - to co my porównujemy? filmy które miały konkretne popkulturowe uderzenie, czy produkcje które są kultowe w pewnych kręgach? Klatka B jest też w pewnych kręgach kultowa, czy to o czymkolwiek świadczy?

finito - wymieniasz mniej lub bardziej fajne filmy, ale żaden z nich w kinie czy kulturze popularnej nic nie przewartościował. a o tym była pierwotnie rozmowa, zanim ją utopiliśmy w dygresjach. i może tego się trzymajmy, zamiast rozmydlać wątek.

#zajebaćszopenhauerem

a wogóle to może niech ja napiszę dlaczego Wejście jest IMO takie zajebiste, bo jeszcze chwila a sie w komciach wyszczelam. chociaż nie, za bardzo z tego retoryczne zapasy sie robią.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

Oż kurde, pomyliłem się w tym komentarzu o Universal Soldier - tam, miało być "Van Damme i ekipa", a nie "Segal i ekipa".

Nie, no, spoko, tak sobie tylko dywagujemy.

"secundo - traktuję kategorie A, B etc jako klasę produkcyjną, a nie rzecz związaną z gatunkiem czy poziomem filmu..."

OK, spoko tak też może być. :) Dla mnie to w sumie nie ma znaczenia. To, że mówie na film gatunkowy - kategorie B, a na dramat - kategorie A, to wcale nie znaczy, że (dla mnie) jeden jest z automatu gorszy od drugiego. Tak wogóle to niezbyt często układam sobie filmy w kategorie A, B, C itd.

"quatro - nie mieszajmy kina azjatyckiego i amerykańskiego..."

Właściwie to zrobiliśmy to na samym początku parując Wejście z Matrixem. Ja wiem, że Wejście współprodukowało Hollywood i amerykański reżyser, no ale jednak, film z Hong Kongu jest i już.

"cośtampotemtio - 'Nico jest może słabszy od Wejścia i Matrixa, ale to dobry-zły film, w pewnych kręgach kultowy' - to co my porównujemy? filmy które miały konkretne popkulturowe uderzenie, czy produkcje które są kultowe w pewnych kręgach? Klatka B jest też w pewnych kręgach kultowa, czy to o czymkolwiek świadczy?

finito - wymieniasz mniej lub bardziej fajne filmy, ale żaden z nich w kinie czy kulturze popularnej nic nie przewartościował. a o tym była pierwotnie rozmowa, zanim ją utopiliśmy w dygresjach. i może tego się trzymajmy, zamiast rozmydlać wątek."

Co do tego to w sumie wcześniej już przyznałem ci racje: "Z ta pop-kulturą to w sumie chyba masz rację. Karate Kid, Segal, Van Damme, Jackie Chan, Jet Li, John Woo, Chow Yun-Fat, Tony Leung chyba nigdy nie błysnęli tak nagle i intensywnie jak Bruce i Neo...".

Ale tak gwoli ścisłości, moi zawodnicy miejsce i wpływ na popkulture mają, i to wcale nie mniejsze od Bruce'a i Neo, i porównania między nimi są jak najbardziej zasadne. Bez takiego Johna Woo np., nie miał byś matrixowego bullet time'a.

Anonimowy pisze...

Wejście to koprodukcja, kase wyłożyli Warnerzy, reżyser, scenarzysta, spora część głównych ról to amerykanie, no i nie był to film na rynek azjatycki (tam zarobił mniej niż np Wielki Szef), a an USA/światowy. także poza lokalizacją, Brucem (który de facto od małego miał amerykanski paszport) i częścią ekipy to nie była produkcja chińska. film raczej na dorobku hąkońskim żerował, w równych proporcjach co na Bondach. i pierdolnął, zgodnie z celem, w stanach i w europie. bo chińczyków to nie ruzsało, oni to przecież już dobrze znali, ale bez amerykańskich aktorów.

co do zawodników to znowu zmieniasz kontekst rozmowy. mówimy precyzyjnie o filmach, które miały kulturalne peirdolniecie, okręcasz kota ogonem mówiąc o kolesiach którzy mieli wpływ. pewnie że tak, lista jest dłuższa, można spokojnie dodać wytwórnie braci Shaw, Tsui Harka, Yuena Wu Pinga, Donniego Yena, Sammo Hunga, a wszyscy oni etż od kogoś brali inspirację i jumali patenty.

to nie o tym rozmowa.

zresztą tak można w nieskończoność.

bez Woo, nie było by bullet time'u.

strzelaniny w slo-mo etż opatentował ktoś inny, bez niego nie było by Johna Woo.

a od czasu Wejścia smoka nie było tak istotnego dla mordobić światowego filmu jak matrix. bo pop, jak w sumie przyznałeś że coś jest na rzeczy.

ale można dużo dłużej. matrix to hongkongi, anime, terminator, alicja po drugiej stronie lustra, gibson i dżokeje sieci, postapokalipsa świętego jana i jednocześnie ewangelia. i wszystko na raz. do tego Woo, Dick i pare innych rzeczy. sekretem tego filmu są w sumie umiejętne połączone klocki.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

Amerykańscy (zagraniczni) aktorzy w filmach z Hong Kongu to akurat nie było żadne novum wymyślone przez Wejście. Mówię, że to film z Hong Kongu ponieważ w mentalności światowej populacji (film) stworzył pewien wizerunek, który był przez nią (światową populację) określony jako "film z Hong Kongu'.

"co do zawodników to znowu zmieniasz kontekst rozmowy. mówimy precyzyjnie o filmach..."

Ale każdy z nich stworzył pewien film (lub dwa)(wcześniej podałem parę przykładów), który katapultował danego osobnika do mega-gwiazdorstwa i zapewnił mu miejsce w panteonie popkultury - były to sukcesy o porównywalnej randze i znaczeniu (dla popkultury, komercyjnie to moze nie) z Wejściem i Matrixem.

"pewnie że tak, lista jest dłuższa, można spokojnie dodać wytwórnie braci Shaw, Tsui Harka, Yuena Wu Pinga, Donniego Yena, Sammo Hunga, a wszyscy oni etż od kogoś brali inspirację i jumali patenty."

"strzelaniny w slo-mo etż opatentował ktoś inny, bez niego nie było by Johna Woo."

"ale można dużo dłużej. matrix to hongkongi, anime, terminator, alicja po drugiej stronie lustra, gibson i dżokeje sieci, postapokalipsa świętego jana i jednocześnie ewangelia. i wszystko na raz. do tego Woo, Dick i pare innych rzeczy. sekretem tego filmu są w sumie umiejętne połączone klocki."

Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej, ale to chyba tylko dowodzi, że popkulturowo są na tym samym poziomie.

Jak tak dalej pójdzie, to któryś z nas będzie musiał sobie odpuścić i uznać drugiego za idiotę, a ten drugi stwierdzi, że skoro tamten pierwszy sobie odpuścił to znaczy że przyznała mu rację. :)

Anonimowy pisze...

to w koncu rozmowa o tym co kto myśli (a np ekranizacje komiksów to z tego wynika kino familijne. a Blade? a Spawn???), czy jakie co jest? a Wejśćie Smoka to ewidentnie film nawiązujący stylistycznie do hongkongów, ale po amerykańsku (coś jak pizza po amerykańsku, na grubym cieście - czy to dalej kuchnia włoska???)

'były to sukcesy o porównywalnej randze i znaczeniu (dla popkultury, komercyjnie to moze nie) z Wejściem i Matrixem.' - które? niszowa popularność Seagala w gronie fanów action movies to popkulturalny sukces na miarę matrixa? nagle zaczeli ludzie tyć i sobie wyczesywać kucyki?

GNZ

Anonimowy pisze...

zresztą rany.

nie neguję czy Seagal albo Jet Li są częścią popkultury (pewnie że są, stali się jej częścią już przy okazji premier swoich pierwszych filmów).

porównywanie skali jest jednak zupełnie bez sensu.

mówimy o poprandze filmu. jego częscią składową są fabuła, bohaterowie, efekty. też aktorzy, ale to nie działa w drugą stronę (udział kltowego aktora nie nie czyni filmu kultowym).

po matrixie wszyscy wiedzą kto to jest Neo, mówi się że że jak coś jest pokręcone, albo że ktoś żyje we włąsnym świecie to to jakis matrix, hasło 'I know kung fu!' stało się memem.

Z filmów z Seagalem nie pamiętam żadnego zdania, memogenna stala się jego kurtka wywoływacza deszczu i kucyk (ale to polewczo), a z bohaterów jakich zagrał z imienia kojarzę tylko Nico, bo to postać tytułowa. A jestem fanem tego typu kina przecież.

żaden z pozostałych kolesi nie zrobił nic, co było by jakimś punktem zwrotnym. to były kroki ewolucyjne. nie rewolucyjne.

wiem że uwarzasz inaczej, wymień proszę pare tytułów które pierdolnęły w swiatową popkulturę z mocą porównywalną do Wejścia Smoka czy MAtrixa. spoza kina kopanego mżna spokojnie wymieniać TErminatora 1 i 2, Pulp Fiction, FIght Club. a co z kinem kopanym?

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

"a Wejśćie Smoka to ewidentnie film nawiązujący stylistycznie do hongkongów, ale po amerykańsku (coś jak pizza po amerykańsku, na grubym cieście - czy to dalej kuchnia włoska???)"

Tak jak napisałeś wcześniej:

"quatro - nie mieszajmy kina azjatyckiego i amerykańskiego, to dwa oddzielne światy i dwie oddzielne kultury, z własnymi oddzielnymi kategoriami;"

Wejśćie epatuje azjatycką kulturą i pokazuje tamten świat. Jest to niewątpliwie wizja sterotypowa i pewnie nie majaca wiele wspólnego z rzeczywistością, ale czy różni się zasadniczo od tego co pokazali w np. Way of the Dragon? Nie wydaje mi się.

"które? niszowa popularność Seagala w gronie fanów action movies to popkulturalny sukces na miarę matrixa? nagle zaczeli ludzie tyć i sobie wyczesywać kucyki?"

No ja uważam, że jest jak najbardziej porównywalny. Kreacja, którą stworzył Seagal jest powszechnie rozpoznawalną i obecne w kulturze masowej. Widzę, że traktujesz ją jako żart (ja i inni ludzie tak ją traktujemy) ale to nie znaczy, że nie odcisnął piętna w popkulturze. Podobnie żuraw Karate Kida czy Chuck Texas Ranger może mają mniejszy respekt niż poraniony Bruce przechadzający się po labiryncie zwierciadeł, ale piętno na popkulturze jest równie trwałe.

Eee, nie wiem o co ci chodzi z tymi ekranizacjami komiksów.

Daniel Muszyński pisze...

"wymień proszę pare tytułów które pierdolnęły w swiatową popkulturę z mocą porównywalną do Wejścia Smoka czy MAtrixa. spoza kina kopanego mżna spokojnie wymieniać TErminatora 1 i 2, Pulp Fiction, FIght Club. a co z kinem kopanym?"

Wcześniej już przyznałem ci rację, że pod względem mocy, te dwa, to pewnie podium.

To co, uznajemy, że konsensus? :)

Anonimowy pisze...

myśle że tak, bo to dyskusja sie robi: co było wcześniej? jajko czy kura?

GNZ

Anonimowy pisze...

film niezły choć nie jestem fanem kitajskiej rozpierduchy. a co do konsoli i napisów to udało mi sie znaleźć program na PC, który włączał napisy na konsoli, musisz mieć tylko WiFi albo konsole do sieci podpiętą z kompem. nietety podziałał troche i sie spierdaczyło coś, nie wnikałem bardziej tylko tv połączyłem z kompem kablem DVI/HDMI i ustawiam TV jako drugi monitor i problem napisów rozwiązał sie sam. teraz wszystko śmiga jak ta lala. pozd

Anonimowy pisze...

dzięki za radę, kombinowałem z serwerem, ale nie wyrabiał z frameratem jak była największa sieka (tonfa+nóż), a komp mamy bez wyjścia HDMI.

Kupiłem DVD, jedyne czego mi żal to 40 sekund zmarnowanych przez korwin piotrosko.

GNZ