środa, 7 listopada 2012

Bond. James Bond.

Kto mnie zna, ten raczej wie że gardzę rebootem Bonda. Z paru powodów.

Po pierwsze, kwintesencją Bonda było dla mnie zawsze komiksowe przegięcie. Gadżety. Wychodzenie ze śmiertelnych zagrożeń z lekkością, niemal przypadkiem. Kwitowanie największych wyzwań pogardliwym onelinerem. Jestem chyba jedną z trzech osób na świecie, poza Maćkiem Łazowskim (ten od Głosów w mojej głowie i Bugcity, jeśli ktoś nie wie ) i jego szlachetnym rodzicielem , które są najgorętszymi fanami Rogera Moore'a. Nie wiem czy to komiksowe nazwisko zadziałało, czy nie, ale gość był najlepszy, bo był autoparodią. I pomiędzy wierszami darł łacha z Szona Connery'ego. I ja to mrugnięcie okiem lubiłem. A tu uparli się, by gadżety odpuścić, i robić cały cyrk na poważnie.

Nie da się dziś robić kina szpiegowskiego, tak uważam od paru lat, robiąc je na poważnie. Można co najwyżej zrobić je w duchu nowych Bournów (zajebiaszczych zresztą). Ale po chuj kopiować Boruny???

Wracając.

Nie lubię Daniela Craiga w robi Bonda. Jego toporna, grubo ciosana fizjonomia, jeszcze w latach 90-tych pozwoliła by mu co najwyżej grać zausznika villaina, obdarzonego rosyjskim rodowodem. A tu gość gra agenta Jej Królewskiej Mości. DAFUQ? Nie kumię. Ale OK. Gość jest generalnie mało subtelną maszynką do zabijania, o konkretnie zaciętym wyrazie twarzy (pierwsze skrzypce gra tu szczęka niczym z granitu). Ian Fleming, który nie mógł zaakceptować Connery'ego, bo uważał że ma zbyt chamskie rysy, przewraca się pewnie w grobie.

Ja wiem że upadek ZSRR i koniec Zimnej Wojny zachwiał serią, która zaczęła szukać swojej tożsamości, i potencjalnych wrogów do wykorzystania. Był Wróg Wewnętrzny, był magnat medialny, był Bond w klimatach zawsze modnej energetyki, był upadły dowódca Korei Północnej (ten ostatni udał się najlepiej chyba). Fakt, trochę dreptanie w miejscu. Więc zrobili reset, i odwołali się do klasycznej prozy o agencie.

No więc Casino Royale mnie zasmuciło, jako odejście od tego co w filmach o 007 lubię najbardziej. A najbardziej lubię je, jak łatwo się już domyślić, jako jedną z twarzy Kina Nowej Przygody. Casino łyknąłem więc jako nawet spoko film, ale padaczkowatego Bonda. Zacięty Craig. Zero gadżetów, poza pokładowym respiratorem w Astonie Martinie (???). Bond ma w dupie, czy Martini jest wstrząśnięte czy zmieszane (!!!). Bond z początku nie potrafi się przedstawić jak to Bond. Elementy akcji spoko, Mads Mikkelsen jako Le Chiffre też (on ZAWSZE spoko), kapitalny motyw przewodni. Ale fanboy inside pozostał niedopieszczony.

A potem przyszło Quantum of Solace, poszedłem do kina, wyszedłem, i powiedziałem 'o żesz CHUJ!!!'. I zwątpiłem w reboot. Bo to porażka była jakaś, pokazująca u fucka mnie, jako hardkorowemu fanowi (dzie te elementy serii? DZIE???), i realizmowi, któremu udawała że od teraz seria będzie wdzięczna (otwieranie spadochronów 2 metry przed powierzchnią ziemi i nikt nawet kostki nie skręcił? W KULE SOBIE LECICIE???). Nudne to było i głupie niczym Mroczny Rycerz powstaje, wymęczyłem się, a teraz nic nie pamiętam poza jakimiś wybuchami w hotelu na środku zadupia i ładną Ukrainką. Nawet villaina wymazałem z pamięci, a to coś znaczy. W końcu od zawsze etykietką serii, poza Walterem PPK i garniturem ze smokingiem, byli przegięci wrogowie, których trudno zapomnieć. QoS się udało, a ja zwątpiłem w nowego Bonda. Jako bohatera, i jako serię.

Zrobiłem z żoną ostatnio powtórkę Kasyna, i stwierdziłem że to jednak kawał świetnego kina. Może dla fanboja serii tam mało jest, ale to dobry film. Bo Mikkelsen (proste!!!). Bo Felix Leiter. Kasyno. Bo świetnie napisana, wyreżyserowana, i równie dobrze zagrana Vesper Lynd, pozwalająca Bondowi mieć wątek romantyczny w klimacie właśnie Kina Nowej Przygody (przypominały mi się wzajemne docinki Lei i Hana Solo). Bond i Vesper to para siebie warta, tak jest to przedstawione, i nastaje spodziewany smuteczek gdy się kończy tak jak się kończy. Fajnie. Ristekpa. I jeszcze raz świetna piosenka zaśpiewana przez Cornella (wtedy o ile pamięć mnie nie myli podopiecznego w reszcie czasu niejakiego Timbalanda), świetny santrak w duchu Bonda autorstwa Davida Arnolda, no i kapitalna czołówka z motywami karcianymi. Kuleje tylko nieco dramaturgia. Pierwsza połowa to kilka pretekstów do sekwencji akcji, tudzież zarywania lasek, a sama fabuła tak naprawdę zaczyna się od połowy filmu, w momencie gdy Bond trafia do kasyna w Czarnogórze. Poza tym bombeczka.

I poszedłem podjarany na nowo bohaterem do kina.

I się nie zawiodłem.

Bo Skyfall to dla mnie najlepsza część serii z Danielem Craigiem (Jezu, jak ja go nie lubię).

Problem z nowym Bondem mają osoby nie lubiące starych części, bo powoli wraca mam wrażenie 'stare'. Ale po kolei.

Początek jest naprawdę mocny. Bond dostaje kulkę i przepada, MI6 zalicza detonację w siedzibie, ważni agenci zostają zdekonspirowani (albo im to grozi), a do M dopieprza się dupek z parlamentarnej komisji, sugerując, że jej czas dobiega już końca (w roli wrzodu na dupie świetny jak zawsze Ralph Fiennes). Brawo. Film zaczyna się zgodnie z receptą hitchcocka, a patent zmarłego łysola jest wygrywany konsekwentnie do końca niemal filmu.

Dla ścisłości - dalej nie lubię Craiga, i jest on tu tak samo toporny jak zawsze. Ale chyba lepiej go wyreżyserowano i napisano. Bo mnie nie drażnił.

Nie będę streszczał fabuły, bo jest parę twistów, i parę niespodzianek (zwłaszcza dla fanów) ale co mnie ujęło?

Na pewno villain. Javier Bardem jest klasą sam dla siebie, i obsadzenie go w Bondzie dawało gwarancję, że jego postaci nie da się zapomnieć. I gość zarządził. Wykreował niebanalnego typa w duchu starych Bondów, ewidentnego wariata o powichrowanej psychice, i specyficznej więzi z M. Jak na mój gust, to typek jest pewniakiem do zagrania Jokera w Batmanie, jak zrebutują serię. Ten typ krejzolstwa. Bliżej Nicholsona, niż Ledgera. Kapitalnie zagrany typ. No i ta jego baza...

Co jeszcze? Na pewno M, którą Judi Dench gra już od paru części, a której teraz najbardziej zauważalnie urosły jaja, większe niż u jej męskiego poprzednika, a raczej dopiero teraz to pokazano. Że jest sucha i cyniczna wobec Bonda, to wiadomo już od paru części. Tu zagłębiono się dalej w jej agenturalne bio, obnażając jakiego typu decyzji wymaga praca w wywiadzie. To kobieta o nerwach ze stali. Dodatkowym smaczkiem jest pokazanie politycznych konsekwencji działalności (i wpadek) MI6, przesłuchanie przed komisją, wydział przestał być abstrakcyjną jednostką która robi swoje, i którą się nikt nie interesuje, o ile do dodania czegoś na briefingu nie ma jakiś dęty bubek z któregoś ministerstwa.

Dalej, i to chyba mnie najbardziej przekonało: ten film to olbrzymie mrugnięcie okiem do fanów starych części. Gadki Bonda z nowym Q, czy inne pojawiające się odwołania nie mogą nie bawić, o ile ma się te ciepłe, nostalgiczne podejście do Bondów sprzed Craiga (czy nawet sprzed Daltona). Ja mam, więc mnie trafiło. Świetne było wprowadzenie paru elementów kanonu, które dotąd w serii nie były obecne, i wcale nie zapowiadało się na ich pojawienie. Nie będę psuł co, kto wie - to wie. Prawdopodobnie fanom nowego ujęcia serii mina zrzedła, bo do kompletu brakuje już tylko tableta wmontowanego w zegarek Omega, komórkę z systemem neurofunkcjonalnego zakłócania (łotewa), czy emp gun wmontowany w zderzak Astona Martina. BTW - samo pojawienie się zabytkowego autka mnie autentycznie rozczuliło. I tu nie wiem, czy to sygnał do fanów że EJ, WCALE O WAS NIE ZAPOMNIELIŚMY, czy ostentacyjne żegnanie dziedzictwa. Mam wrażenie że jednak za tym ukłonem coś pójdzie, w końcu producentka zapowiadała że Skyfall to nieco inne podejście do Bonda będzie.

Kolejna kluczowa sprawa, która mnie ujęła - akcentowanie niedzisiejszości agenta 007, jego szefowej, a przez to w sumie całej sekcji. Skyfall to Bond epoki terroryzmu teleinformatycznego, gdy fantastyczne gadżety sprzed 20 lat są w sumie w nowocześniejszej formie w praktycznym zastosowaniu wrogów Imperium. Nieco przed premierą filmu stękałem na fejsie: dlaczego Bond ma na plakacie i trailerach Walthera PPK? Przecież to klamka która jest starsza chyba niż mój ojciec, w dodatku agent przestawił się w swoim czasie na P99, po co to uwstecznienie? Otóż w filmie to ma sens. Gdy wrogowie Bonda biegają z w pełni automatycznymi glockami 18 czy innym towarem, staromodny agent popieprza ze staromodną wizytówką serii w łapie. I robi to z klasą. Nie dorasta do nowoczesnych wyzwań. Nie kuma nowych realiów agenturalnych. Współczesny terroryzm to nie jego bajka, ale on i tak wie (z praktyki) jak działać w cieniu, i robi to co umie najlepiej (a to co umie, nie jest najfajniejszą sprawą).

Kolejna sprawa to parę psychologicznych patentów. Wyraźniej nakreślono relację Bond-M, będącą w wyraźnej symetrii do relacji villain-M. To w sumie suma (fofuckssake!) tego co wspomniałem powyżej - kapitalnego villaina, rozwinięcia M, pogłębienia portretu Bonda. I to działa.

Ostatnia chyba sprawa, to ujęcie konfrontacji z Wrogiem. Mam swoją osobistą teorię, że najlepsze Bondy to te, gdzie pojedynek z villainem ma charakter osobisty. Goldfinger to klasyka, uwielbiam przegiętego Moonrakera i równie przegiętego Szpiega który mnie kochał, fajny jest Diamenty są wieczne. Ale najlepsze Bondy to te, gdzie jest głębsza motywacja 007 do wykonania zadania, niż zlecona misja. To Człowiek ze złotym pistoletem, czyli pojedynek z typem, który ma go sprzątnąć. To Licencja na zabijanie, nasączona pewnym ładunkiem emocjonalnym, bo Bond, kładąc sobie laskę na MI6, postanawia pomścić śmierć zaprzyjaźnionego agenta. To w końcu W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, uważany za dennego Bonda (bo agenta gra denny Lazenby), acz w gruncie rzeczy sam film, poza odtwórcą roli głównej jest bardzo wporzo, i też koncentruje się na bardziej prywatnych sprawach agenta. No i Skyfall też nie jest uganianiem się za Celem Misji, a od pewnego momentu czymś zupełnie odwrotnym. I pojedynkiem Bonda z Synem Marnotrawnym.

Bombeczka.

Film się skończył, a ja w kinie mówiłem z wytrzeszczem gałów do żony: orany, ależ to było zaaajebiste!!! O_O

A co mi nie grało?

Niewiele.

Czołówka, fajnie zrobiona, jak zwykle, ale przeładowana. Lubię w Bondach to, że potrafią złapać się jakiegoś motywu, i wykrzesać ładne, zgrabne coś. A tu mieli nadprodukcję pomysłów. Nie ma jednego motywu przewodniego, jest ładnie, ale skaczą z patentu na patent. No jednak nie tędy droga, elegancja prostoty gdzieś tu poległa.

Druga sprawa to muzyka. Jestem fanem Davida Arnolda, odkąd nagrał swój tribiutowy album, który mu utorował drogę do pisania muzyki dla serii. Gość czuje na czym polega kwintesencja bondowych santraków, i dzięki temu chyba napisał rewelacyjne You Know my Name dla Cornella, w duchu klasycznych piosenek jeszcze z lat 70-tych. Tak samo ścieżka dla Casino Royale, gdzie co chwila przewijają się bondowskie frazy, i ma miejsce obowiązkowy recycling motywu przewodniego. Nie pamiętam nic z muzy do Quantum, poza dennym motywem otwierającym, gdzie Jack White (skądinąd fajny muzyk) i Alicia Keys (skądinąd takaż sama muzyczka) zdają się walczyć między sobą o prymat, a bondowskość chuj w międzyczasie trafia.

No to tu jest Adele, i kawałek jest w sumie miły, niczego sobie. To kawałek tego typu, że nie jestem zarzucić wiele złego, tak samo jak nie jestem w stanie wskazać jego mocnych stron. Najbardziej bondowskie są pierwsze sekundy, z bondowskim dęciem w trąby czy co toto. A potem wchodzi najdłuższe bondowskie intro evah, w dodatku na pianinie (!!!), i wjeżdża zamulona Adele, spokojna, usypiająca, kojąca, lecąca na tym poziomie emocjonalnym do końca. A bondowskie kawałki muszą mieć momentami pewną energię, dynamikę, zadęcie, i wydarcie ryja, zwłaszcza w refrenie. Adele może i odważniej jeździ po tonacji w refrenie, ale to i tak nie ratuje kawałka, który zresztą sama sobie współpisała, więc pewnie pisała to, co potrafi zaśpiewać. A brakuje ewidentnie charakteru i mocniejszego wyryczenia w refrenie. I mocniejszego (a nie bardziej skumulowanego) wyakcentowania dęciaków i smyków w tym samym czasie. To nie jest zła piosenka, to po prostu nie jest piosenka na otwarcie Bonda, raczej na jego zamknięcie.

Ja wiem że z doborem wokalisty do Bonda jest tak że się szukam kogoś kto i da radę, i znany lubiany, whateva, ale o ile Adele się jakoś pozytywnie wyróżnia dla mnie na tle reszty pop-lasek, to nie udźwignęłą wyzwania zwyczajnie. Nie na jej bary. Nie na jej płuca.

Co nie zmienia faktu, żę Skyfall, zafundował mi 2h świetnej zabawy w kinie, i w końcu sprawił że autentycznie czekam na kolejnego Bonda, bo chcę wiedzieć do czego zamknięcie tej części doprowadzi. Mają czym filmowcy się pobawić.

Obejrzyjcie to w kinie. Tylko totalne lamusy oglądają Bondy na monitorze.

Z innej beki: pykam właśnie w XCOM: Enemy Unknown, u muszę przyznać że to remake wybitny, w skali growej chyba bez precedensu. Uwielbiam pierwowzór, ta gra też mnie bawi, dla mnie 9/10, a żona w szoku że mnie wessało jak mało co (ostatnio chyba Red Dead Redemption, a to coś znaczy). Każdy zagrać powinien.

Miałem też naskrobać coś o premierach po MFKiG, nie moge sie zebrać, więc dwa zdania dla tych co dobrnęli do końca, więc ufają mi widać na tyle, że może to ich przekona: kupcie komiks ciążowy Olgi Wróbel, bo to świetna rzecz jest. Dajcie też szansę Blerowi Rafała Szłapy, czekałem na finał i się nie zawiodłem, choć uważam że Rafał ma parę jeszcze rzeczy do dopowiedzenia, fajna sprawa. Rozmówki polsko-angielskie Agaty Wawryniuk to też bardzo fajny komiks, pierwszy w sumie o Młodej Emigracji (choć jak ktoś przeżył coś podobnego to może mieć o ile mi wiadomo konkretny niedosyt). Jeju, chciałem krótko, ale nie mogę nie wspomnieć o NEST Marka Turka, też fajna, klimaciarska rzecz, fajnie narysowana. Zapamiętajcie te tytułu!!!

Plakat totalnie nieoficjalny, jumany z http://rnkfanartblog.blogspot.com/2011/11/skyfall-teaser-poster.html

10 komentarzy:

Daniel Muszyński pisze...

"Po pierwsze, kwintesencją Bonda było dla mnie zawsze komiksowe przegięcie. Gadżety. Wychodzenie ze śmiertelnych zagrożeń z lekkością, niemal przypadkiem. Kwitowanie największych wyzwań pogardliwym onelinerem. Jestem chyba jedną z trzech osób na świecie, poza Maćkiem Łazowskim (ten od Głosów w mojej głowie i Bugcity, jeśli ktoś nie wie ) i jego szlachetnym rodzicielem , które są najgorętszymi fanami Rogera Moore'a."

Ja jako młokos najbardziej lubiłem Moore'a, ale teraz uważam, że różne wersje postaci są jak najbardziej dopuszczalne, bo Bond to superhero normalny. Tak jak z Batmanem masz wersje Billa Fingera i Boba Kane'a, Adama Westa (tudzież Dicka Spranga), Danny'ego O'Neila i Neala Adamsa, Franka Millera czy Douga Moencha i Kelley'a Jonesa. Wszystkie są różne, ale wszystkie to Batman. Z Bondem jest podobnie i dlatego Craig jest (wg mnie) jak najbardziej ok.

Mi się Quantum podobało. Fakt, że jest trochę słabszy od Casino i Skyfall, ale to wciąż całkiem dobry film. Chyba najbardziej w całej serii przedstawia Bonda jako bad-ass muthafakka, you do not want to fuck with.

Przemek pisze...

Wiesz co, w temacie różnic ujęć bohatera się zgadzam. co do gadżętów i przeginki pozostanę konsekwentny. Nawet jednak jeśli Casino na przykład mi sie mimo wszystko podoba, to Craig jest dla mnie i tak zbyt toporny. FLeming opisywał go jako subtelnego dżentelmena o nienagannych manierach, a Craig jest kanciasta małpa.

Gonz

Blitz the Manic Mandrill pisze...

Ten bond jest kurewsko nudny, to raz. Dwa - akurat piosenka Adele jest najjaśniejszym punktem w tej ponad dwu godzinnej kiszce. Zgodzę się jedynie, że główny zły jest ekstra no i sam Craigh jak zwykle zajebisty. Jedyny moment na którym się rozbudziłem to ustawka Bona z Q. w Muzeum narodowym przed obrazami Turnera, które te 2 akurat to jedne z moich ulubionych malowideł ogólnie. Serce mi mocniej zabiło, na takim formacie to jeszcze ich nie widziałem, a później to już spałem. Końcówka to jakaś kpina, te całe Mc Gyvero Rambo na zadupiu. Casino Royale cały czas na tronie, reszta u stóp. Ale i tak lepiej od poprzedniego Bonda po którym z kina wyszedłem po prostu wkurwiony.

Anonimowy pisze...

obrazy Turnera spoko wtręt był. poza tym jesteś w mylnym błędzie.

GNZ

Blitz the Manic Mandrill pisze...

Nie no wiadomo, najmojsza racja jest jedynie Twoja. Przyznaj, żałowałeś ze Bond nikogo w tej części nie zabił laserem z długopisu.

Anonimowy pisze...

nie. zadowolił mnie tekst, że nie robią wybuchających długopisów. (HA!)

GNZ

Anonimowy pisze...

a laser to miewał, gwoli ścisłości, w zegarku...

Blitz the Manic Mandrill pisze...

Wybacz, nie zwracałem uwagi na detale bo tonąłem w nudzie tego filmu.

adler pisze...

nie jestem ekspertem ale się wypowiem: z tym Waltherem to podobno chodzi o to, że to jest jakby prequel Bondów, (bo on w Ciasno Royale with cheese dopiero dostaje swoje cyferki) więc ma znowu broń z czasów swojego żółtodzióbstwa. jaki dokładnie jest tego sens i tego logika trudno powiedzieć, zresztą nie oglądałem Bonda od tego z Hale Berry (didn't like), nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem.

Przemek pisze...

myk polega na tym że w dr No zamieniano mu starą Berettę na lepszego PPK. od paru części tymczasem (łącznie z rebootowymi) się posługiwałem P99, a nagle zwrot do PPK jakby wsteczny (pewnie mnie zaraz zarzucisz danymi że wcale stary PPK nie gorszy bo cośtam plepleplpe). Myk ma dwa konteksty. Po pierwsze PPK to ikoniczny oręż 007, z którym jest kojarzony. Wizytówka (takie słowo zresztą odnośnie tej klamki pada w filmie nowym). Po drugie - akcentowana jest niedzisiejszość Bonda, jego staroświeckie metody, godne służb jeszcze z zimnej wojny. i tu PPK pasuje też pięknie.

samo rytualne wręczenie nowej broni z okazji inicjacji w reboocie by miało sens, jak by mu coś naprawdę nowoczesnego wręczyli, a nie PPK z czytnikiem linii papilarnych czy co to tam było.

GNZ