czwartek, 17 czerwca 2010

Hałas nastanie gdy Czwórka się zjednoczy

Mam za sobą muzyczne wydarzenie roku, a może i kurde całego życia, więc rozniesie mnie jeśli się nie podzielę refleksjami. Różnymi. Ponad miesiąc znowu milczałem i nawet mi się lansować nie chciało, więc tym razem sobie poużywam.

Thrash metal to taki gatunek, którym już się nie jaram. Choćby dlatego, że wyrosłem. Dlatego też, że obecnie od łojenia na gitarze wolę mniej lub bardziej agresywną elektronikę. Pewnie też dlatego, że legendy thrashu sprzed lat niewiele mają już dziś wspólnego z tym, kim były kiedyś. Może i Metallica jest popularniejsza niż ever. Ale to już inne czasy, inna muzyka i inny zespół. Co nie zmienia faktu że. W ogólniaku się słuchało, oglądało teledyski w Headbangers Ball, trząsło się łbem razem z Beavisem i Butt-Headem. W środę na bemowskim lotnisku mnie zabraknąć nie mogło. W końcu to Wielka Czwórka, na Swaroga!!!

Atmosfera festiwalu rozlała się w sumie po całej Wawie, nagle pełnej niedomytej i długowłosej szarańczy. W tramwaju był tak czarno, że aż prawie ciemno. Przy okazji przypomniałem sobie dlaczego nie trzymam z metalami. Rozbuchane, acz mało celne poczucie humoru, reagowanie hihotem na hasła 'Feel' i 'Britney Spears', czy porykiwanie hejsokołów ku uciesze gawiedzi i postrachowi Dobrych Katolików. Notmysortoffun.

Na Bemowie atmosfera festiwalu nie tylko się rozlewała, ale i wręcz rozpełzała po czym się dało. Na własne oczy widziałem zastępy barbarzyńców, którzy przybyli do Polski napić się taniego piwa, splądrować stolicę, a potem uprowadzić gwiazdy wieczoru hen hen, w skandynawskie (czy insze) mrozy. Na szczęście piwo było tańsze niż się spodziewali i dla wielu z nich impreza zakończyła się na punkcie pierwszym programu. Widok kiwającego się z puchą w ręku młodzieńca krwawiącego powoli spomiędzy włosów nie był tam na miejscu czymś wyrwanym z kontekstu. Koledzy moi co zajechali na spęd trzody (połączony z celebracją dla tru-traszowców) nieco później, relacjonowali mi że widok zarzyganych kolesi śpiących na trawie przed bramkami wejściowymi nie był ewenementem. Melanż życia. Bilet za te 200 czy 400 dzika, przejazd do Polski za kolejne ileś tam, spożycie czego się dało, i sen sprawiedliwego na bemowskiej trawie. To się nazywa 'dobrze bawić'.

Mniejsza z mniejszością. Prawdziwych fanów też dopisało, i lotnisko konsekwentnie zapełniało się czarnymi zastępami. A potem zaczęło się show.

Behemoth - jak to Behemoth. Wszedł, rzygnął złem, ponapieprzał i zlazł. Nergal pokrzyczał, ale Dody pokazać nie chciał. Za to fucka o ile pamiętam i owszem. Jako 'Gość Specjalny' (kurtuazyjny ekwiwalent dla 'supportu') zagrali krótko i bez fajerwerków. To nie ich impreza w końcu. Jak mają własne show to dają lepiej, a i szatanowa publika też skuteczniej dostaje szajby. No ale ponapieprzali i zeszli. Swoją drogą oglądanie Behemotha live przy oślepiającym słońcu było dość groteskowym doświadczeniem.

Poszedłem na browar. Zanim go wpiłem znowu ze sceny rozległ się huk. Szybko go w siebie wlałem, popędziłem.

Anthrax - nie wiedziałem, że na tej trasie będą z Belladonną :D Słysząc jak pieje, od razu na pysku wyrósł mi banan. Trochę mam polewkę z klimatów power i heavy metalowych, ale na koncertach to się sprawdza. Tu taka dygresja. Scott Ian (wyglądający obecnie jak CD Jack bez wącholi) w jakimś starym wywiadzie dla MTV (jak jeszcze grali nie tylko muzykę, ale nawet metal, czyli naprawdę stare dzieje) mówił, że w okresie współpracy z tym panem cały niemal zespół miał problemy z LSD. W ich przypadku był to skrót od Lead Singer Disease. Poradzili sobie wywalając typa. Zrobili reunite, i było w pytę. Stare kawałki, parę coverów, kapela widać że przeszła bez szwanku przez epokę grunge i daje radę (gacie 3/4, włóczkowa czapa itd), tymczasem Belladonna pozostał w latach 80-tych. Długie włosy, spodnie-rurki, ćwiekowany pas za który wpuszczony jest t-shirt. I pieje. I biega po scenie, skacze, miota się, macha kijkiem na kórym ma zainstalowany mikrofon. Dobrze że tour Big4 zaczął się w Wawie, bo jeszcze 2 takie koncerty i mu dysk wypadnie, biodro siądzie, w tym wieku nie ma żartów. A tak to miałem go okazję zobaczyć jeszcze na chodzie. Nie ważne. Anthrax zabił mnie starym wokalistą, jego scenicznymi popisami (przez chwilę biegał po scenie w indiańskim pióropuszu na przykład), jego kontaktem z publiką i ogarnięciem materiału (a przecież tych kawałków z Anthraxem nie grał od prawie 20 lat!!!), oraz energią. Facet cały czas się cieszył, machał rękami, pozdrawiał, widać było że bawi się jak dziecko śpiewając stare kawałki. Dla publiki. Z Anthraxem. Fajnym momentem było wykonanie "Only", kiedy to typ oświadczył że premierowo publicznie zaśpiewa kawałek Antraxów z okresu gdy nie był wokalistą. I dał radę. Trochę mniej piania, więcej chropowatości w głosie, i było gut. A na koniec wykonali "I am the law", i dla mnie to był szczytowy moment imprezy. Potem mi opadł, i już tylko momentami drygał.

No to piwo. OMG. Ogródek Carlsberga (niepoważna korporacja, oni nie wiedzą ile metale piją piwa???) zamknięty dla zwiedzających na kolejny kwadrans, ruch tylko out, nikt nie wchodzi dopóki się nie zluzuje. Cóż. Anthrax grał wcześnie, poza tym miał chyba najmniejszy odsetek fanów wśród publiki. Kto przyszedł o tej porze to lazł na piwo, i zapchał ogródek. To ja do dalej od sceny położonego, większego. A tam kolejka na pół godziny stania. To ja w stronę sceny, i w sam raz załapałem się na początek koncertu.

Megadeth - Mustaine z ekipą zagrali większość swoich hitów z czasu jak grali hity. W końcu taki koncept imprezy. Technicznie potęga. Dave wielkim gitarzystą jest. Wokalistą już mniej. Natomiast powiedzieć że nie jest on demonem charyzmy, to prawie jak typa pochwalić. Pierwszym kontaktem z publiką było po trzecim kawałku głuche wymówienie 'thank you' w stronę publiki i podniesienie gitary na 15 centymetrów. Hm. Wow. Ogólnie koncert był statyczny, kontakt z publiką niemal zerowy, a Dave markotny. Albo znowu chleje, albo miał w głowie ciągle myśl 'kiedyś, kurwa, grałem w Metallice, a teraz gram jako druga kapela PRZED nimi...'. Rzemieślnicze i czerstwe to było. Polazłem na piwo. Jak chcę słuchać muzyki, to odpalam CD. Na koncercie chcę show. Którego tu zabrakło. Za to chyba widziałem gdzieś wśród publiczności potylicę CD Jacka i ćwierć jego brodziszcza. Albo jego klona. Albo Scotta Iana. A może to było na Slayerze?

Piwo. Piwo. O, koledzy! Piwo. A tu już Slayer ryczy. Nie jestem fanem w sumie, chciałem usłyszeć jeden kawałek live tylko, więc mogłem sobie odpuścić. Slayer jest dla mnie zbyt rzeźnicki, zbyt gęsty. Więc dopiliśmy na spokojnie, i poszliśmy.

Slayer - notmykindo'shiet, ale i tak klasa. Zdrowe łojenie, Kerry King z wymyślnymi mutacjami czegoś na kształt Flying-V, Arraya uśmiechnięty od ucha do ucha, co zabawnie kontrastowało z faktem, że zespół wykonywał w tym momencie np. utwór "God Hates Us All". Na koniec "Raining Blood". Zrobili mi przyjemnie. Acz nie przepadam, nie jaram się, ale i tak.

No i dziura, czasowa, pochłonięcie czegoś co nazywało się Pajda Full Opcja, któren to produkt mi chyba później zaszkodził. Nie polecam. No i finał. GwiaZda, lol.

Metallica - na telebimach pojawiła się scena finałowa z "Dobrego, Złego i Brzydkiego". Aha. "Ecstasy of Gold", i zaczynamy. No i pieprznęli na początek "Creeping Death", czyli nie ma zmiłuj, odpuszczamy Loudy-Riloudy, i lecimy traszem. Poza przerywnikami typu "Fuel" (to naprawdę bardzo koncertowy numer) i wtrętu w postaci 3-ch kawałków z "Death Magnetic", chłopaki uszanowały nostalgiczny charakter imprezy. Jak już miałem ochotę wrzasnąć 'Skończyliście się na 'Kill'em All', chujki!' to odpuścili, i polecieli klasykami. Hetfield się okrutnie szczerzył, wyglądał jakby się naprawdę dobrze bawił, Ulrich naparzał w gary, Trujillo miotał się jak zwykle (czyli jak małpa), a Hammett tak sobie subtelnie z boczku solówki wycinał. Zagrali prawie wszystko co zagrać powinni, był ogień lecący w niebo, sztuczne ognie, był też fajny kontakt z publiką, która miała ogień - przysłowiowy - z dupy. Może mi przy Metallice nie dryga już aż tak, jak swego czasu na Gwardii, ale i tak to było porządne show, w którym przypomnieli co doprowadziło ich do szczytu. Na szczęście odpuścili sobie kawałki które na tym szczycie ich usadziły. Jak Wielka Czwórka to thrash, i starczy. I dobrze. Oczywiście na koniec dziękowali, szacunkowali, pozdrawiali, rzucali kostkami, ale też sporo gadali w trakcie. Że to historyczne wydarzenie. Że wyjątkowe. Do you feel it? Yeah! Że Warszawa była oczywistym miejscem na rozpoczęcie trasy wielkich śmiećmetalowców. I że stay tuned, jeszcze tu wpadniemy. No i git.

Ale jeśli ten dzień to nie tylko lekcja historii, ale i konkurs, to w moim mniemaniu wygrał Anthrax. Za przypomnienie choćby skąd się thrash wziął - u żadnej kapeli nie było aż tak czuć mieszania się punka z heavy metalem. Acz to moja subiektywna uwaga. Ale też punkty za powrót do korzeni także w pogodzeniu się z Belladonną. W końcu za samego Belladonnę, który był momentami wręcz pocieszny, bawiąc się jak dziecko. To był ten koncert, na którym jarałem się najbardziej, choć słoneczko waliło, a publiki było najmniej. No i chłopcy też obiecali rychły powrót. I chętnie pójdę, przewaliwszy wcześniej całą dyskografię z Belladonna-era, bo nie znam poza wyjątkami prawie wogóle tego ich okresu. A na koncercie mnie to i tak ruszyło. I za to dodatkowe punkty.

Dodatkowe rispekty dla władz Bemowa i ZTM-u za wzorcowy pokaz jak powinno się rozwiązywać logistykę po takich koncertach. Żmudny spacer przez zawalone ludźmi lotnisko (to nie ich wina), potem długawy spacer przez zalane długowłosymi ulice, by dojść do miejsca gdzie kursowały specjalne autobusy. Nie mogły podjechać w sumie bliżej, bo by ludzi rozjeżdżały, w końcu to było ponad 80 tysięci luda, for fucks sake! A więc autobusy, które jeździły jeden po drugim raz dwa trzy (uczcie się, Open'er, uczcie!), a potem stacja metra i podjazd podziemnej kolejki co 5 minut. MISTRZOSTWO! Przyjezdni mieli własne autobusy kursujące na Centralny. No po prostu wybornie!

Reasumując. Koncert życia? No nie wiem. jeszcze 15 lat temu bym się na nim obesrał z wrażenia. 20 lat temu pewnie mniej, ale też. A dziś? Been there, done that. Może za mało wypiłem piwa. Może jestem już dziadem. Może to straszmetalowcy zdziadzieli. Nie umarłem z wrażenia po skończeniu imprezy, jak z głośników poleciało bodajże "One" w wersji bluegrassowej (wszystkim polecam płytkę "Fade to Bluegrass"!!!). Było dobrze. Momentami świetnie. Momentami kiepsko. Ale to i tak było do cholery historyczne wydarzenie, i będę nudzeniem że byłem i widziałem męczył swoje dzieci. Bo nie wiem co jeszcze tego formatu z ogólniakowych kapel zostało mi do zobaczenia. Chuba jedynym równorzędnym wydarzeniem był by koncert Pantery w klasycznym składzie. A potem długo długo nic.


Na deser muzyczka. Nie będzie nic z tego co słyszałem na koncercie. A przynajmniej standardowych wersji. Na dobranoc zagra nam Amon Tobin.

3 komentarze:

semprini pisze...

Nie no, ja zostałem wyciągnięty na koncert przez mojego BFF, który jest fanem Metaliki od peniswiekiedy. Miał mi za złe, że nie skakałem.

Highlight wieczoru dla mnie to Symphony of Destruction słyszane z odległości kilometra (siedziałem wtedy z towarzystwem przy ogrodzeniu ogródka Carlsberga i dupy mi się nie chciało ruszyć). Muzycznie to nie są (i nigdy nie były) moje klimaty. Taki Avatar w wersji audio. Prosto, głośno, efektownie i nic z tego nie wynika. Ziew.

spud pisze...

zajebista recka.
widzę że tylu znajomych było, a prawie nikogo nie spotkałem (w końcu 80 koła ludzi).
na Anthraxie stwierdziłem że Belladonna dostał koncertowe dvd Music Of Mass Destruction, żeby się przygotować do koncertu.

dla mnie przy Metallice wzwód przy największych szlagierach (pewnie poparty tym że widziałem ich pierwszy raz na żywca). cieszyłem się i darłem ryło jak głupi.

ps. Carlsberg to szczoch. wypiłem jedno na tym koncercie i stwierdziłem że szkoda mi hajsu. już lepiej było łoić redbulle.
dziwi że carls ma wyłączność na imprezę i daje shit psując sobie reputacje. podobno na AC[piorun]DC fundowali to samo.
żyg żyg żyg na Carlsa.

Klaudek pisze...

dzięki za tekst - ukoił trochę mój ból - bo mnie tam nie było. ACDC wysuszyło budżet