wtorek, 22 grudnia 2009

Koniec Legendy

Umarłem towarzysko. Nie udzielam się. Nie bryluję. Nie uczęszczam. Nie czytam komiksów. Nie bloguję. Sprawiłem sobie przedwcześnie na gwiazdkę PS3, i oficjalnie dla reszty jestem martwy. Nie podzielam co prawda zdania Mara Oleksickiego i Sztyba że trzeci plejak to 'zupełnie inna kultura grania' (gra to gra, konsola to konsola), ale na nadrabianiu ekskluzywnych zaległości upłynie mi pewnie kolejne pół roku.
Na pierwszy ogień poszły Uncharted, Heavenly Sword i Metal Gear Solid 4. O ile pierwsze tytuły zapewniły mi całkiem fajną rozrywkę, acz czuć już że to nie premierowe pozycje, o tyle MGS4... No frapująca to gra. Piszę to z pozycji fanboja serii.
Uwielbiam pierwsze dwie części. Z racji nieposiadania PS2, 3ki nie było mi dane nigdy dokończyć - popykałem, i mnie środek jakoś znudził. Fajny wstęp, wkręt w fabułę, a potem monotonne łażenie przetykane bossami, bez popychania historii do przodu nawet na centymetr.
Co innego jedynka i dwójka. Zwłaszcza jedynka. Filmowa narracja. Bogaty wstęp, bazujący na poprzednich, 8-bitowych częściach, i co za tym idzie - rozbudowane tło wydarzeń. Zwroty akcji. Mnogość ciekawych postaci. Voice acting (David Hayter moim #1), muzyka. Wrogowie. Nowatorska w końcu koncepcja gry 'skradanej'.
Obie części oczywiście też równe nie są, o ile dwójka jest ładniejsza i bardziej momentami epicka (na miarę filmów Michaela Baya), to jednak pierwszy MGS miał w sobie więcej dobrego. Dużo ciekawsze zacieranie granic gracz-interface. Dużo ciekawszych bossów (i fajniejsze z nimi pojedynki). Zwartą - jeśli chodzi o jedność miejsca i bohatera - fabułę. Nie łaziło się metroseksualnym Raydenem, w robocie był tylko Solid Snake. Zasadniczo było lepiej.
Najważniejszy jednak w cyklu jest chyba dla mnie bohater. Anty-bohater - wcześniej rzadki typ protagonisty w grach. Żołnierz, który za sobą ma swoje Wielkie Bitwy, ale dla którego wojna nigdy się nie kończy. Zawsze jest kolejna walka, na którą nie ma już siły, ale musi do niej stanąć. Zwłaszcza że dla niego to cały czas to nie kolejne wojny, a jedna i ta sama. Gość ma w sobie coś z Clinta Eastwooda, coś z Bogarta, coś z Wiedźmina. Zwłaszcza że tak jak ten ostatni jest produktem, a nie człowiekiem, potworem stworzonym do walki. Który robi to, co ma robić, ale w to nie wierzy.
No i ja tego zrezygnowanego typa który zagryza zęby i robi to co trzeba nie potrafię nie lubić.
Po tym obszernym wstępie, mogę się w końcu podzielić refleksjami co do 4ki.
Pierwsze wrażenie - zawód.
Jako fanboj (acz nie z tych die-hard fanów, w końcu nie kupiłem PS2 dla MGS3) miałem problem z przełknięciem faktu, że Solid zdziadział. Co chwila niedomaga, pokasłuje, stęka. I ma wąsa. A to trudno zaakceptować. Z drugiej strony ta gra to w końcu pożegnanie z herosem. Trochę taki "Powrót Mrocznego Rycerza", gdzie Snejku co chwila dostaje palpitacji serca, ale i tak dalej pędzi ratować świat. To też trochę "Gran Torino", gdzie Eastwood żegnał się z Brudnym Harrym, i resztą twardzieli których zagrał. Co chwile warczy, pokasłuje. Ale w końcu jaki ma być na starość, w swojej ostatniej misji? Przełknąłem to jednak (zwłaszcza że można założyć na twarz skórkę młodego Snejka, zupełnie niepodobnego do tego z MGS2).
Zawiodły mnie też dwa pierwsze akty z pięciu, tworzących grę. Trochę skradania, trochę strzelania, można się podjarać grafiką i symulacją pola walki (które po Modern Warfare 2 jakoś mnie nie ruszyły). Ale fabuły to tam nie ma. Można się otrzeć o Liquida/Ocelota. Pod koniec drugiego aktu pojawia się jedna z kluczowych postaci jedynki. No nie ma tego, co miały pierwsze części - historia nie wsysa, bo jej prawie nie ma. Jest tylko podstarzały heros, i nowe pole walki. Pewnie sporo złego robi grze fakt, że każa misja to inny setting, inna część globu. Nie ma równomiernie rozkładanych akcentów fabularnych.
Nie ma też fajnych bossów. Death squad znany jako Beauty and the Beast jest inspirowany bossami z jedynki, jednak tym brak zupełnie osobowości. Każda postać ma za sobą podobną łzawą historię (wrzucaną zresztą w sposób dość nachalny w opowieść), co ma potęgować pacyfistyczny wymiar gry, ale po mnie spływa. Mie ma tu postaci na miarę Ocelota, czy Mantisa.
Prawie nie ma też zabiegów typu 'podłącz pada pod inne gniazdo żeby zmylić przeciwnika', czy 'Fission Mailed'. Są raczej odniesienia i nawiązania, a to już nie to. Żarcik z 'włóż drugą płytę' jakoś mnie nie ubawił, ani nie sprawił że sie zdziwiłem że w pudełku była tylko jedna.
Jak już zaczynam od wad, to muszę wspomnieć też o słabiznach fabularnych. 4ka to klamra, spinająca poprzednich pięć części. Jako taka momentami nie dość ściśle je spina. Pełna jest luk. Na przykład scena, w której jeden z adwersarzy po spuszczeniu poniżającego łomotu zostawia spokojnie Snejka. Chociaż konflikt między nimi jest na śmierć i życie, i wiadomo że dopóki go nie zabije, to nie będzie miał spokoju. No ale przecież epicki pojedynek trzeba przesunąć na późniejszą część gry, nie środek. Efekt idiotyczny. Tak samo jak idiotyczne są niektóre zwroty akcji, które mają zaskakiwać - i zaskakują - ale logiczne to one nie są. Motywacja części bohaterów jest co najmniej niezrozumiała. Podobnie jak zbędny jest jeden finałowy efekt dramatyczny. Nie ma on sensu jak dla mnie. Spełnia pewną rolę narracyjną. Wali w dekiel efektem. I to ostro. Ale sensowny jest średnio.
No i niech ktoś powie, tak szczerze, że zrozumiał do końca o co chodziło z tym wirusem FOXDIE.
Przekombinowane toto.
Nowe możliwości są fajne, grafika niezła, wstawki efekciarskie, akcja dynamiczna. Ale nie to jest najważniejsze w tej serii. Najważniejsza (dla mnie) jest fabuła i jej prowadzenie.
A to sie zaczyna dopiero w akcie trzecim. Zaczyna się zagęszczanie wątków, splatają się motywy od lat 60-tych (czy nawet wcześniejszych), do wydarzeń z 2ki. I robi się grubo. I dobrze. I ciekawie. I wkręca. Tylko bossowie jacyś tacy z dupy. Na szczęście przewija się sporo ciekawszych typów z części poprzednich. Jest Rayden, który tym razem jest prawdziwym techno-testosteronowym madafaka, Liquid/Ocelot, jest EVA, jest też sporo niespodzianek.
Największe zalety tej gry docenią tylko fani serii. Którzy znają wszystkie poprzednie gry. Sam części nie wyłapałem, bo nie znam 3ki. Jednak nagromadzono tego dużo, i robi z rozwijaniem się fabuły od aktu trzeciego, aż do epilogu, coraz lepiej. Sporo flashbacków wizualnych, sporo dźwiękowych wspomnień starych dialogów. Sporo scen nawiązuje do poprzednich wydarzeń. Wspomniałem o bohaterach. Odmienną sprawą są nawiązania poza serię, jak zdanie "War has changed", które Snejku wygłasza na początku intra. Jednakowoż najważniejsze są nawiązania do poprzednich części, które splatają się w końcu w jedną całość. Nie do końca spójną. Nie całkiem logiczną i zrozumiałą. Ale w końcu saga Snejka doszła do finału.
No i mam odczucia dość ambiwalentne. Bo gra mnie samą grywalnością wkręciła umiarkowanie. Bo miała być mega, a zawiodła. Bo to. Bo tamto. Ale po finale, długim i wielosegmentowym jak w "Powrocie Króla", czułem się jak po powrocie z jakiejś długiej wycieczki. Nie będę kitował że dla mnie ta wojna zaczęła się dziesięć lat temu z pierwszym MGS - zacząłem od dwójki, ale i tak była to wyprawa która mnie wciągnęła. Epilog 4ki ją kończy. Scena, którą zapowiadało tło do menu, mimo przewidywalności i tak robi wrażenie. Po czym następuje epilog epilogu. Dostaję w twarz. Umieram. Uznaję Kojimę za hohsztaplera prawie na miarę Von Triera. Ale i tak genialnego.
Ta seria jest wielka. Jest się czego czepiać. Nie jest dla każdego. Ostro momentami przesadza z patosem, humor zwykle mnie nie trafiał. Dla wielu za dużo jest wstawek filmowych (ale w końcu taka specyfika emgieesów). Ale i tak to jedna z najlepszych growych jazd jakie zaliczyłem ostatnio (mówiąc o 4ce), i wogóle (licząc całą serię).
A Solid Snake, we wszystkich swoich zupełnie niepodobnych do siebie wersjach, pozostanie dla mnie chyba growym herosem #1. I kropka.
Pod skryptem: po przejściu tej gry mam po prostu uczucie że warto było się przesiąść na PS3, zanim ta gra się zestarzeje. A może nigdy się nie zestarzeje? No dobra. Bez przesady...

11 komentarzy:

Maro Oleksicki pisze...

Sneake!!??you can't die! Snake!!!Snaaaaaaaaaaaaaaaaaaakkkkeeee!!!!!!

Zarządzanie czasem na granie pisze...

cholera, wziął mnie ten opis. Ale 3ci raz MGS4 nie kupuję!!! Mam za to MGS AC!D :P Spróbuję klasykę od pierwszej części z PSOne - dobrze, że są... a potem się zobaczy.

Przemek pisze...

znaczy sie tekst oddaje ducha rozumiem.

Mr. Herring pisze...

No, ja też na tej wojnie od jedynki( ale w trójeczkę grałem i podobała mi się bardziej od dwójki), i mam zamiar kontynuować z Peacewalkerem, bo demko na PSP zacne- prawdziwy przenośny MGS się szykuje( no i kontynuujący klimat zimnej wojny z trójki).

Gonzo pisze...

żałuje żę nie przetrzymałem tego nudnego fragmentu 3ki, z 2giej strony MGS przegrał wtedy z ICO. a żałuję przez ten zimnowojenny klimat i historię będącą tłem i korzeniami fabuły pozostałych części. wyjdzie kiedyś do zassania z onlajn szopa to pewnie kupię.

adler pisze...

nie myślałeś o odwyku?
"hi, my name is Bob an' it's been five hours since i played..."
)

Gonzo pisze...

16

swoją drogą przyganiał kocioł garnkowi. może nie jeździsz na srtzelanki codziennie, ale wiesz...

adler pisze...

weryfikacja: jokering. you gotta be jokering, Gonz. nie jeżdżę codziennie, nie jeżdżę co tydzień, właściwie to jest wielkie święto jak się wyrwę. a brzuch rosnie.

Zarządzanie czasem na granie pisze...

btw, strzelanek - beta MAG startuje od 4tego stycznia. PSN ID:ezronymius (jakby co...)

Przemek pisze...

momę... wtf is MAG??? bo ja sonowym noobem jestem i moja nie wiedzieć, myślałem najpierw że do Adlera piszesz :(

Przemek pisze...

okej, szpernąłem. MW2 to pewnie nie zakasuje, ale zaciekawiło. tylko - skąd brać klucz? O_x

weryfikacja słowa: dowsco. dosko? dosko sie czuję? stachursky mnie osacza.