niedziela, 31 maja 2009

Sezon koncertowy w pełni

Przez cały okres studiów chyba ani razu nie trafiłem na juwenalia. Bo i po co? Piwa mogę się napić na co dzień, a klonowany z roku na rok zestaw przebrzmiałych 'gwiazd' jakoś nie kusił. Się zmieniło, jak obroniłem magistra.

W brodę sobie pluję, że deszcz zniechęcił mnie do wycieczki swego czasu na frikolasowy koncert Fun Lovin Criminals. Goście są zajebiści live. Rok temu ruszyłem jednak mimo średniej pogody na H-Blockx, i było warto. Fajny kontakt z publiką, luzik, zestaw hitów, który pamiętam z ogólniaka, no i cover "Ring of Fire" Dżonego Kesza na żywo. Dobrze było.

No i ten rok jest nie gorszy. Clawfinger. Znowu deszcz, ale nie wymiękłem. Znowu podobna recepta na zabawę - parę piw i lecimy, a chłopaki uraczyli mnie wszystkim tym co pamiętam z elo. I nowszymi hitami. I paroma nowymi kawałkami, co to zamuliły. Zaczęło się jednak od szczwanie przemontowanego kawałka otwierającego "Goldfingera". Shirley Basey śpiewała oczywiście 'Clawfinger'. Wielkie joł na dzieńdobry, i banan na mojej gębie, bo Bondy uwielbiam. I było dobrze. Wokalista wyglądał, jakby przez te 15 lat wogóle się nie zmienił. Basista wyglądał z deka jak Darrell. Gitarzysta wyglądał natomiast jak członek jakiejś garażowej kapeli z ogólniaka. I było fajnie, i trochę nostalgicznie. I wlałem w siebie z totalnie nieznanymi mi ludźmi dużą porcję piwa. I za darmo. Jedyny minus to dziwnie wygolona mała laseczka, stojąca przede mną pod barierkami, pod sceną. Że wszyscy cisną z tyłu, to wiadomo. Ale ta cipa wierzgała, nawet jeb z łokcia się zdażył. Budziła we mnie ciemną stronę mocy. Bez kitu.

No i dziś (wczoraj), znowu dobre juwenaliowe party. Alternativ (powiedzmy...) koncerty na SGGW. Gwiazdą było Kosheen. Znam mało, acz nawet lubię. I znowu było dobrze, choć deszcz odstraszał. I było błocko. Ale jednak warto było, Koszini zapodali fajną mieszankę rocka (przynajmniej w kwestii konstrukcji utworów), dramenbejsu i świetnego, żeńskiego wokalu. Zresztą dramy też były niejednorodne, bujające się gdzieś między stonowanym dżampapem, a niszczącym basami fiuczastepem. Szacun dla wokalistki. Szacun dla perkusisty, który na żywo napinał drum brejki. Może zabrakło ludycznego powalacza, jakim, u blockxów był Krąg Ognia, ale i tak fajnie.


No i teraz znowu będzie dobrze, acz nie juwenaliowo. Znaczy się - masakryczny drenaż portfela, ale kultura kosztuje.

Pomijam koncerty, którymi się jarałem już jakiś czas temu, wspomnę krótko - jest w czym wybierać. A teraz się okazuje, że w Wawie odbędą się kolejne koncerty, które trudno sobie odpuścić. Pomijam Dropkick Murphy's i Flogging Molly (to tuż tuż), czyli pijacki ajrisz folk na punkowo. Kij z tym. Za dwa tygodnie w Wawie zagra Primal Scream, kapela którą przegapiła jak grała ostatnio w Polszy, bo rozbijałem się po Łodzi Kaliskiej z resztą ekipy z MFK. Więc będzie nieco czkawki po Erze Wodnika i sporo przeterminowanego pigułowego rejwu. No to nadrobię. Albo i nie, ale na pewno nie przegapię Lamba, kapitalnego duetu, bujającego się podobnie jak Koszin między trip-hopem a drum'n'basikiem, z kobiecym wokalem. Duo niestety rozpadło się 5 lat temu, a szkoda, bo bardzo ich lubiłem. No i reaktywacja, i koncert w Wawie. Widać Brytole ciężko przeżywają kryzys. Nic to. Fajnie że koncert i trasa, ciekawe czy w zapasie mają jakiś materiał na nowy album, by wypadało by.

A potem to już NIN, i wogóle...


Pod skryptem: pzdr dla ekipy, z którą dokonywałem żywota nad ranem po finale Ligi Bitew Komiksowych. A ci co mieli wpaść a nie wpadli to łachy. Over.

czwartek, 28 maja 2009

W PIĄTEK BITWA KOMIKSOWA (tym razem na bank)

Po raz ostatni, mam nadzieję, zapraszam na finał pierwszej edycji Ligi Bitew Komiksowych.

wklejam za majspejsem:

Wielki Finał Ligi Bitew Komiksowych
29 maja 2009
klub Hydrozagadka
ul. 11 listopada 22, Warszawa
start: 21:00, bilet: 7-10 zł
(7 - rezerwacja, 10 - w dniu imprezy)

Finaliści zmierzą się, by wyłonić zwycięzcę. Za luźną konferansjerkę, pozbawioną aluzji do cudzych matek, odpowiedzialny będę ponownie ja.

W skrócie, jeśli ktoś jeszcze nie wiem - dwóch autorów, każdy przy planszy papieru, losowany temat, 5 minut na rysunek, publika wybiera zwycięzcę.

Przybywajcie, bo to ostatnia bitwa w tym sezonie. Kto wie kiedy będzie następna? Będzie dobrze, wbijajta, powaga.

poniedziałek, 25 maja 2009

Castor kontratakuje

Błędny krąg - tytuł to wcale nie przesada. Carey się z deka zaplątał. Ale po kolei. Do polskich księgarń trafił drugi (książkowy!) tom przygód Felixa Castora, o którym już pisałem przy okazji premiery 'jedynki'. Gość jest zerżnięty do oporu z Constantine'a - wyszczekany okultysta grasujący w Londynie, być jego kumplem to mieć jak w banku rychły spirytystyczny wjazd na chatę, gość chleje, gada z duchami, nawet pochodzi z Liverpoolu. Nie wiem, na czym skończyła się współpraca Careya z Vertigo w ramach Hellblazera, ale widać zostało mu sporo niewykorzystanego tworzywa. Nie to żeby postać się nie różniła. Imię ma inne. I nazwisko. Do odprawiania rytuałów używa fletu. No i nie pali. Ale u Careya prawie nikt nie pali, widać ta strefa życia jest mu obca. Tym lepiej dla niego. I zdrowiej, i o plagiat ciężej oskarżyć, acz w przypadku takiej zżyny to mała pociecha.

Castor oczywiście prowadzi nowe śledztwo, a że równocześnie przeplata się ono z dwoma innymi wątkami, to każdy średnio rozgarnięty czytelnik zakuma, że splotą się one w spektakularnym finale. Egzorcysta przez kolejne 300 stron błędnie krąży po Londynie gubiąc tropy, samemu zapędzając się w kozi róg, wielokrotnie dając się robić w konia. Jako że to nie jeden wątek, a trzy, to błądzenia jest też trzy razy więcej, w efekcie akcja zawiązuje się po wspomnianych trzech setkach stron. Toczy się toto powoli. A jak już się dotacza gdzie trzeba, wiadomo że zabił kamerdyner, a broń schował ogrodnik, wsiadamy w 100-stronicowy rollercoaster, który zwalnia 50 stron przed końcem. I jest z deka wymęczony finał.

To nie jest zła książka, ale od nazwania jej dobrą jestem jeszcze dalszy. Nawala kompozycja całości, zbyt długo się ciągnie, jak dostaje dynamicznego kopa to Carey nie jest w stanie na tym poziomie dociągnąć do końca. Zbyt ambitnie pojechał. Ale i nie jest to najwyższych lotów rzemieślnik. Serie zwykle przejmował po innych, najchętniej dorzynając motywy niedostatecznie wyeksploatowane przez Gaimana. Z efektami różnymi, taki Lucyfer mnie zaciekawił początkiem, by w efekcie zmęczyć po gaimanowsku rozwlekłymi kolejnymi dwoma tomami.

Jest też druga sprawa, tyleż zaleta co wada. Książkowa seria Careya to takie urban fantasy, ale w klimacie noirowego kryminału. Jest stylizacja, ale dość kiczowata i tandetna. Bogate w porównania monologi wewnętrzne zapijaczonego bohatera to niewątpliwe nawiązania do klasyki gatunku, tyle że ociera się to momentami o pulpową grafomanię. Aż tak dobrze/aż tak źle. Niepotrzebne skreślić.

Plusem książki są na pewno mięsiste postaci. W aferę wmieszani są amerykańscy sataniści, konkurencyjny egzorcysta, utajnione zbrojne ramię kościoła, obowiązkowo duchy, zombie, no i sukkub, demonica która miała swoją vagina dentata skarcić bohatera w poprzednim tomie. Wyszło inaczej, żyje na ziemi, uczy się od Castora fachy, a Carey cały tom gra na czytelniku oczekiwaniem, kiedy da się ona w końcu puknąć egzorcyście. Ostrzegam, że autor odwala numer wyjątkowo świński tyleż wobec bohatera, co i czytelnika.

Warto, nie warto? Nie wiem, niby to rozrywkowa książka, ale jakoś tak przyciężkawa, ciągnie się zwyczajnie. Z drugiej strony chętnie przeczytam trzeci tom. Choćby z ciekawości czy sukkub da Castorowi. Poza tym i tak ma to fajny klimat, kto lubi takie jazdy, temu pewnie książka zrobi miło, zwłaszcza że mnie na przykład egmontowskie Hellblazery Ennisa mocno zawiodły. Tu macie szansę na nieco więcej cukru w cukrze. I okultyzmu w okultyście.


Geek corner: tłumaczenie, skądinąd dobre i soczyste, tradycyjnie autorstwa pani Braiter, nie ustrzegło się paru wtop. Najistotniejsza to chyba odnoszenie się do historycznej spirytystki, madame Blavatsky, w rodzaju męskim. Ja wiem, że z oryginału nie dało się wywnioskować że to kobita była, ale w końcu od czego mamy google...? I teraz pytanie: skąd ja - do cholery - wiem, kim była madame Blavatski???

czwartek, 21 maja 2009

Wszystko już było...

Miałem sobie poswawolić o nowym tomie przygód Felixa Castora, autorstwa Mike'a Carreya, ale co tam, niech się odwlecze. Dziś bardziej na bieżąco, mianowicie o jutrzejszej premierze.

Tytułem wstępu - "Wojny polsko-ruskiej pod flag biało-czerwoną" nie czytałem, o ekranizacji prozy Masłowskiej mogę się wypowiedzieć tylko z perspektywy odbiorcy filmu. Tak też zrobię. Może i bez kontekstu jest się niczym, ale dzieło ma się bronić samo, bez wywodów autora tłumaczącego to, co ludzie nie zrozumieli. Tak samo adaptacja, wierna czy nie, jest samodzielnym dziełem. Każdy, kto mi zarzuci że czegoś nie zakumałem bo nie czytałem, może spadać na drzewo.

Po przetrawieniu adaptacji stwierdzam, że Żuławski junior też może spadać na drzewo. Nie twierdzę że zrobił film zły. Po prostu cierpi na nadmiar ambicji. W efekcie wyszedł film nieudany, przeładowany czym się dało.

Historia, jak wie już prawie każdy, jest prosta. To opowieść o trudnej dresiarskiej miłości, życiu na blokowisku, ostrych baletach i dawaniu w ryło. Masłowska ponoć w sposób boleśnie realny powiedziała co wiedziała o młodych Polakach, z ich wadami, wulgarnym językiem, ćpaniem i całą resztą. Dosadnie i jak sądzę z humorem, bo nie posądzam Żuławskiego że sam wrzucił do scenariusza co zabawniejsze scenki i dialogi. Dobra, luz, wieszam się na reżyserze. A to błąd, bo historia z początku opowiadana jest dość mięsiście, wesoło, z dużym autodystansem (choćby piękny księżyc, gdy Silny rozmawia na moście z Andżelą). Trudno mówić o fabule, bo to raczej ciąg scen z życia porzuconego dresika, klei się toto średnio, ale i zabawnie jest, i groteskowo jest, i momentami zahacza to o psychodeliczną schizę rodem z Gilliama.

Problem polega na tym, że wszystko co fajne, to już gdzieś widziałem. Portretując naćpanych młodych ćwierć-inteligentów, Żuławski rzadko kiedy ma coś oryginalnego do powiedzenia. Sporo tu z "Trainspotting" (co już plakat sugeruje), "Football Factory", "Las Vegas parano", "Human Trafic" - ogólnie klimatów używkowych. Tylko że ja to już wszystko widziałem właśnie, 10 albo i więcej lat temu. Tu mamy to po prostu przepuszczone przez filtr polskiej, blokerskiej optyki.

Żuławski zrobił jednak przynajmniej jedną fajną rzecz. Urwał się z łańcucha. Ćpa tam prawie każdy, żyganko, szczanie, rozdziewiczenie laski dokonane z zaskoczenia, mocne teksty (i nie tylko wulgarne, ale i faktycznie dobre), mordobicia. Mordobicia? Tak, mordobicia, z dobrą choreografią i jazdami typu wire-fu. Bez kitu - dobre, nie żartuję. Jestem w szoku że u nas ktoś to potrafi, wydawało mi się że Wiedźmin był żenującym szczytem możliwości naszych speców od kina akcji. A tu bach, scena na festynie, Silnego (główny bohater, Szyc) opadają piknikowicze, po chwili rozrzuca tą pryzmę na boki. Scena jak z drugiego Matrixa (Neo vs w pip Smithów), "Shaolin Soccer", czy dowolnego Asterixa. I wygląda to fajnie (acz z niedoróbkami). Jak się coś dzieje to jest intensywnie jak w mało którym polskim masowym kinie (bo offu to mi tu nikt nie wmówi). Tak więc najadł się gość szaleju i pojechał ostro, epatując czym się dało, w sposób za który go pewnie konserwatywni krytycy ostro zjebią. Gość jednak uchylił lufcik, i wpuścił nieco świeżego powietrza. Z za miedzy.

Niestety fakt, że Żuławski latał samopas, zrobił filmowi tyleż dobrego, co złego. Sceny dobre następują tuż po słabych czy żenujących. Aktorzy się gubią, jak pani grająca Natę, która w furii demolując chatę Silnego i rzucając jak nakręcona kurwami, nie jest ani zabawna ani śmieszna. Naprawdę zabawna jest 15 sekund potem, gdy zdesperowana wciąga barszczyk instant nosem. Żuławski jednak nie panuje nad tym, nie ogarnia. Podobnie Szyc, idealnie prezentujący się w dresie. Momentami jest tępym tłukiem, którego gra, a momentami zachowuje się jak wredny cwaniakowaty kelner z "Testosteronu". Dobra jest cnotka-niewydymka w okularach. Genialna jest natomiast Andżela, ogólniakowo-sztucznie-wyrafinowana emo-gotka-poetka. Postać przegięta, pozerska, zagrana z pazurem. Co najważniejsze - zagrana konsekwentnie. Zabrakło tej konsekwencji niektórym aktorom, zabrakło i reżyserowi.

Kolejnym efektem nadmiernej wolności twórczej jest przeładowanie. Wszystkim. Jest agresywny montaż (momentami), chińskie mordobicia (momentami), psychodela (momentami). Jest zabawa formalna z Masłowską, która w filmie pisze swoją powieść, a to co pisze czy mówi - to się urzeczywistnia. Żuławskiemu było mało tak znakomitego pomysłu na rozwinięcie fabuły (podpieprzonego np. z "Dziwnego przypadku Harolda Creeka"), zachciało mu się więcej artyzmu widać. Więc świat Masłowskiej, gdzie ona pisze czy wyprowadza psa, przenika się ze światem Silnego i reszty. Ba. Jest sporo ujęć FPP z oczu autorki książki. Mało. Ciągle mało. 'No to niech ona, jak w podtytule knigi, widzi wszystko w tych biało-czerwonych barwach'. Hm. Ciągle mało. 'To pierdolnijmy pod koniec demaskatorską dekonstrukcję iluzorycznej rzeczywistości (tu poplątał tak że nie wiadomo już zupełnie co prawda, a co fikcja, a do końca jeszcze 20 minut), a na dobicie klęczącej już widowni machnijmy wątek metafizyczny'.

No i wychodzi bełkot, brak konsekwencji, sensu, wyczucia. A jako bonus Masłowska. Pomysł skądinąd dobry, tylko że to jeden z tych grzybów, które zamieniły barszcz w gulasz wegetariański. Poza tym Masłowską próbować zrozumieć to męczarnia. Mogła zastąpić ją aktorka. Choć wtedy nie był by to tak olśniewający artyzmem zabieg formalny.

Poza paroma żartami, groteską, pomysłowymi patentami i praniem po ryjach, podeszła mi też muzyka przyznać muszę. O dziwo - nie są to hiphopowe peany na cześć blokowisk i ludzi ulicy. Jest z grubsza elektronicznie, transowo, ambientowo, dramenbejsowo. Porządnie. Na festynie jest obciachowe disco-polo, a gotka wije się do bodajże Closterkellera.

No i jest sporo fajnych motywów. Fajnie skręconych scen (spadające ze ściany budyneczku płyty). Humor. Obserwacje społeczne. Ale - do cholery jasnej - to się kupy nie trzyma. Żuławski przegiął z ilością ambitnych zabiegów. Przegiął z ambicjami. Momentami miałem uczucie, że chciał nadrobić 20 lat polskiego kina w stosunku do tego co się dzieje za granicą. Częściowo się udało. Próba warta odnotowania. Niestety - najlepsze co mogę o tym filmie powiedzieć, to że jest to film 'dobry jak na Polskę'. A to raczej obelga. Jednak warto chyba pójść, zobaczyć że są kolesie co chcą robić coś świeżego. Może za którymś tam razem Żuławskiemu się uda, i nie będę biadolił tyle. Bo jednak naprawdę, sporo w tym filmie dobrego. Ale nikt po prostu mu nie powiedział że ostro przegina pałę. W efekcie na pewno przeczytam książkę w końcu, bo to co było dobre, wymyśliła właśnie nadzieja młodej generacji polskich literatów.


Pod skryptem - wessałem właśnie "Dziennik z zaginięcia". Niestety zmęczyło mnie kopanie kucającego, zatem polecam zapoznanie się z opinią Dziada, z którą się w pełni zgadzam. Over.

poniedziałek, 18 maja 2009

Colty, czerwona szmata i peleryna


Uwielbiam lekki kicz, fantastykę, retro*, autodystans i komiksy. Świetnie taka receptura się sprawdziła we "Flashu Gordonie". W niedawnym "Spiricie" już nie bardzo, ale nie oznacza to że ekranizacje innych komiksów z przed 7-miu czy 8-miu dekad nie mogą być dobre. "Cień" (z Alekiem Baldwinem, z 1994 roku), to przykład właśnie takiej w miarę nowej składanki motywów retro przekładanych patentami 'kina nowej przygody', całość jest z deka lipna, ale i tak się to dobrze ogląda. Z paru powodów, i na paru płaszczyznach.

Może po kolei. Cień jest pulpowym antyherosem z lat 30-tych. Najpierw pojawił się w słuchowiskach radiowych (w pewnym momencie głosu użyczał mu sam Orson Welles), potem oczywiście trafił na plansze komiksu, książek, a także paru filmów. Oryginału oczywiście nie znam, więc trudno mi porównać, ale ten film fajnie przybliża jedną z pierwszych sylwetek mrocznych superherosów. Gość żyje podwójnym życiem, dzieli czas na wcielenie bogatego utracjusza, i mrocznego mściciela, szerzącego strach pośród mieszkańców Nowego Jorku. Facet ma na sumieniu sporo przelanej krwi, kiedy to jeszcze w Tybecie był ponurym drug lordem (facio z USA? KE???). Przemiana następuje jednak w buddyjskiej świątyni, kiedy to gość stylizowany na którąś inkarnację Dalai Lamy funduje mu psychoanalizę na modłę jungowską, i odkrywa w nim dominujący nad osobowością archetyp, uwaga-uwaga, Cienia (no bo jaki? mędrca? ojca?). Gość trafia do USA, gdzie jak wspomniałem wykorzystuje swoje jedi skills (wykorzystywanie mroku do znikania, sugestie w stylu "these are not the droids we are looking for"), by wyręczać policję w tropieniu, straszeniu i karaniu przestępców. Jest to archaiczne, ale jest to prototyp, dla chociażby Batmana (o tym za chwilę), czy Sandmana (tego w fedorze, a nie emo stajli). Gość biega po NY w czarnej pelerynie, kapeluszu i czerwonej szmacie zakrywającej usta (to dodano ostatnio, wcześniej była czarna), wymachuje dwoma błyszczącymi coltami 1911 i zanosi się obłąkańczym śmiechem, dzięki czemu każdy makaroniarski mafioso na wstępie robi w gacie. Oczywiście nie działa sam - wspiera go armia zwykłych ludzi, którym kiedyś pomógł, a którzy z wdzięczności (bywa że wymuszonej) służą mu informacjami. Oczywiście policja za typem nie przepada. Słowem - klasyczny obraz komiksowego zamaskowanego detektywa.

Najważniejsze jednak, że film broni się sam w sobie, nie tylko jako przypomnienie obiektu muzealnego. Odwołując się do lat 30-tych w formie łagodnej retroSF oczywiście pełen jest zamierzonej naiwności. W fabułę zamieszany jest potomek Czyngis-Chana, który oczywiście chce zawładnąć światem, szaleńca dopełnia pomagający mu bezwolnie oderwany od rzeczywistości naukowiec (kolejny akcent komiksowy, zagrał bo Ian McKellen), jest więc oldskulowo. Galerię postaci dopełnia telepatyczna femme fatale i wujek bohatera, gliniarz, żalący się na problemy z Cieniem. Jest też pomagający Cieniowi taksiarz (grany przez mentora De Niro z "Taksówkarza"), jeżdżący retro-futurystycznym yellow cabem. No i jest Tim Curry, jako zły przydupas poczciwego naukowca, zresztą co za różnica, Curry byłby genialny nawet grając pasikonika gdzieś na parapecie. Bohaterowie i wątki czerpią z klimatu starych komiksów, wspomnianej nowej przygody, jest mądrość Dalekiego Wschodu wspartego Jungiem, ale jest i mnóstwo patentów znanych ogólnie z popkultury, dzięki czemu z tej nie najprzedniejszej mimo wszystko babki z wielką przyjemnością wydłubuje się rodzyny. Dla przykładu obraz Nowego Jorku od razu kojarzy się z Gotham. I nie przypadkiem.

"Cień" był jednym z pierwszych dzieł, rozpoczynających obecny pochód ekranizacji przygód bohaterów komiksów. Powstał 5 lat po "Batmanie" Burtona, jeszcze przed zachłyśnięciem się filmowców bohaterami ze stajni na M, i nieprzypadkowo temu filmowi jest chyba najbliższy. Operuje podobnym klimatem ponurego miasta, osadzony jest jakby w podobnej epoce (Burton celował w quasi-retro), tak naprawdę jednak najwięcej zbieżności powoduje sam bohater. W cywilu milioner-utracjusz. W nocy samozwańczy obrońca prawa. Obaj panowie mają skilla, którego ukradli mądralom z Azji. Obaj wykorzystują swoje bogactwo do wsparcia swojej nieoficjalnej działalności. Obaj mają na bakier z prawem. Obaj są komiksowym odbiciem częściowo poskromionego archetypu Cienia. W końcu też obaj działają tymi samymi metodami, budząc lęk, strasząc, mitologizując w półświatku swoje zamaskowane JA. Podobnie też, inspiracją dla twórców obu postaci był hrabia Drakula. Przy okazji genezy Batmana wspomina się zresztą też o Cieniu.

Film jest przyjemny, wartki, zdystansowany do siebie, jednak chwalę go bardziej niż na to zasługuje. To produkcja klasy B, choć filmowcy mieli zapewne większe ambicje. O ile pamiętam, film nie wywołał takiego echa jak dzieło Burtona, za to poprzedził celuloidową podnietę trykociarzami. Nie trafił w swój czas. Jest to jednak fajna rzecz dla komiksowego fascynata, bo to cofnięcie do superbohaterskiej prehistorii, do której dostęp obecnie mają już niemal tylko badacze i archiwiści gatunku. Filmowi jednak warto dać szansę (i pewien kredyt zaufania, który należy się produkcjom przekraczającym granicę kiczu). DVD można kupić na straganikach czasem za nieduże pieniądze. No ja się tam ubawiłem. Film, w którym mongolski dzikus chce użyć bomby atomowej, nie może być zły!


* - nie, nie widziałem jeszcze - i nie planuję - nowego Star Treka.

niedziela, 10 maja 2009

Rock jest śmierćszy niż śmierć

Lubię rocka, na nim się wychowałem. Za najlepszą polską kapelę ostatnich dwóch dekad uważa Illusion. Od podstawówki gardziłem elektroniką i hip-hopem, wolałem rasowe gitarowe granie, w otoczce swądu whisky, tanich cygar i potu. Takie nasączone testosteronem. Black Sabbath, Hendrix, Zeppelini i reszta. W ogólniaku wkręciłem się w metal, ale i programowe anty do innych gatunków przeszło.

No i teraz do Polski zjeżdżają się legendy (NIN, FNM, Rammstein), no i co by nie powodowało u mnie drgnienia prącia, to są to sławy prądów muzycznych, które mają więcej niż 10 lat.

FNM i crossover - lata 90-te. Indurstrialny rock i metal - lata 90-te. Będzie też Slipknot (wyrosłem z tego, na koncert nie idzie, ale ja tu nie o tym), numetal, lata 90-te. Radiohead - alternatywa w sensie, w jakim rozumiano ją w latach 90tych. Grunge - 90-te. Stoner rock? Cholera. Lata 90-te. Początki mieszania rocka z hip-hopem (np RATM)? Lata 90-te.

Od końca minionej dekady pojawiło się sporo nowych zespołów, ale albo są to kapele czerpiące z tego co już było (np kapitalne Priestess, mieszające patenty z lat 60/70 ze współczesnym stonerem), albo indie-rock. Ale indie to dla mnie nie rock. Zamiast długich niedomytych włosów wyczesane grzywki. Krawaty zamiast wytartych skórzanych kurtek i jeansów. Wysokie wokale, zamiast głosu podniszczonego whiskey. Testosteron też ciężko wywęszyć. Tak, grają ci chłopcy na gitarach, ale nie ma w tego rockowego zadziora, szorstkości i - tak, tak - agresji.

Wynika z tego że Manson miał rację, śpiewając w 1998, że rock umarł. 'Ta, pewnie' myślałem sobie, stan ducha nie może umrzeć. Tylko że to wszystko się zatrzymało nagle, i drepcze w miejscu. Mniejsza o przyczyny. Pewnie sporo tu wpływu miał boom hip-hopu, który teraz zjada już własny ogon w sposób dużo bardziej żenujący niż zanik impetu rocka. Sporo zrobiła elektronika, dużo bardziej otwarta na wszystkie patenty, niż ustandaryzowany rock, i od strony instrumentów, i brzmień, i konstrukcji utworów, w końcu przewyższająca rocka mnogością podgatunków (bo tak naprawdę w sumie trudno elektronikę gatunkiem nazwać). W końcu pewnie rolę ma zaburzenie ról społecznych i cech przypisanych do płci, negacja tudzież poddanie w wątpliwość seksualności itd, w momencie gdy rock to jednak typowo męska jazda, a dziś to już przecież polityczna niepoprawność.

A może po prostu formuła się wyczerpała? Nie wierzę. Od 10 lat gatunek nie wykrzesał z siebie nic świeżego, ale nie zanikł, są wyznawcy, są kapele składające hołd dinozaurom z przed paru dekad, mamy do czynienia z kultywacją tradycji. Może po prostu trzeba poczekać na nowe pokolenie, dla którego zabawa syntezatorami będzie zbyt prozaiczna, i będzie wolało poszarpać po pijaku na strunach, drąc mordę? Hope so, mam nadzieję tylko, że nie będę musiał na to czekać do starości.

I tu, po skończeniu pisania, Gonz postanowił posłuchać muzyki, i wybrał Justice, francuską formację grającą electro-house.

Skoro rock umarł, to kto przygarnie, mnie, sierotę?

Oczywiście przesadzam i uogólniam, bo piszę o czymś, na czym się nie znam. To teraz liczę na to, że zostanę uświadomiony w komentzach, jakie prądy w rocku w ciągu ostatniej dekady przegapiłem.


Pod skryptem: jako że nie mogę się zabrać do pisania o komiksach, które jednak ciągle konsumuję, ale żaden nie robi na mnie takiego wrażenia żeby machnąć o nim pełnoformatowy tekst, to postanowiłem walić szort opisy w PeeSach pod wpisami na tematy wszelakie.

Wyspa Burbonów. Rok 1730 - głównymi plusami historii jest to, że jest ona o piratach, i że jest ona spasła. Lubię grube, ciężkie komiksy. Jednak zamiast abordaży, walk na olinowaniu i szaleńczych pościgów po Karaibach, fabuła ogranicza się do wydarzeń z wyspy, zamieszkanej przez byłych morskich złoczyńców, którzy wykupili sobie azyl (czy też rozgrzeszenie raczej). Jest historycznie, jest obyczajowo, przygodowo, jest obowiązkowy wątek zaginionego skarbu. Tak naprawdę jest to jednak komiks o a) inicjacji i b) zmianach, jakie funduje wszysktiemu upływający czas. Fabuła Appolla okazała się całkiem sympatyczna, ale zawiódł mnie nieco Trondheim. Zawartość nie jest tak dopracowana jak okładka, daleko też do radośnie minimalistycznego Alieena. Otóż w momentach, gdy kreska nie kojarzy się natrętnie z Sakaiem (co jest tyleż wadą co zaletą), to z Trondheima wyłazi leń. Oddalonych bohaterów rysuje 'na odwal się', drugi plan maże nieuważnie, niedokładnie. Zasadniczo widać, że lubi rysować tylko plany bliższe, a reszta to dla niego smutny obowiązek. W Alieenie obszedł to bokiem, upraszczając i ograniczając elementy tła. Na karaibskiej wyspie już się nie dało. Efekt średni. Ale historia i tak jest sympatyczna. No i komiks nie kosztuje 99 dzika. Chwała miętkim okładkom.

He. Hehe. A miało być krótko.

piątek, 8 maja 2009

Koncertowy sezon życia?

Ejno. Już od miesiąca wiem, że to lato, przez koncerty w wyraźny sposób odbije mi się a) na portfelu b) na pozostały milicie urlopu. Jest gorzej. Można się tylko cieszyć.

Pisałem że Faith No More na bank zagra u nas? No może nie że na bank, ale coś podobnego pisałem. I miałem rację. Jęczałem na tegoroczny zestaw gwiazd z Openera, i doczekałem się. Odszczekuję. Agencjo Alter Art - kupiliście mnie jednym zespołem. A jak się uda to i na the Prodigy zostanę.

Bomba.

Na reaktywację Pantery nie ma co liczyć, ale zaklinam duchy odjechanych widowisk dla plebsu, niech jeszcze w tym roku przyjedzie do nas Daft Punk. I tyle. Bo kolejne sezony lepsiejsze nie będą, drenaż portfeli w tym roku jest masakryczny, i pewnie niektórym organizatorom się ten przesyt atrakcji czkawką odbije, no i na przyszłośc będą uważac. Chyba że polskim imprezom pomoże światowy kryzys. W końcu u nas taniej. Oby.

Na świecie kryzys, a u nas bogato.

No to na Openerze się też widzimy, będziemy z Olą jakoś tak z prawej strony sceny. Albo pod sektorem dla niepełnosprawnych. Dozo.

wtorek, 5 maja 2009

Rammstein na Ślunsku!!!

Depeche w Warszawie, NIN, Jane's Addiction, Radiogłowi i Peaches w Poznaniu, Prodziże nad morzem, Faith No More w Europie (może jednak nawet u nas), świetny sezon. No i spełnia się kolejne moje marzenie koncertowe - popaprańce z Rammsteina w końcu znowu przyjadą do Polski.

No to dozo w Spodku pod koniec listopada :D



Deser
Recka Wolverina autorstwa Felisa z Wyborczej:

Kolejna część serii o X-menach, a ściślej mówiąc - prequel popularnych historii o szlachetnych mutantach. Tym razem głównym bohaterem będzie Wolverine (Jackman), który słynie nie tylko z zadziwiającej siły, ale też zdolności samouzdrawiania i specyficznych, metalowych szponów. Ponieważ Wolverine nie wie nic o swoim pochodzeniu, będzie chciał poznać własną przeszłość i przekonać się, czy w jego powstaniu brali udział naukowcy eksperymentatorzy.

Hugh Jackman, tym razem również w roli producenta, zapowiadał skromnie: "Chcieliśmy nakręcić rewelacyjny, a nie tylko dobry film". Efekty są jeszcze nieznane - obraz, który wyreżyserował twórca "W pustyni i w puszczy" Gavin Hood, wchodzi na polskie ekrany bez pokazu prasowego.

Brzmi to prawie jak deklaracja 'jestem recenzentem szanowanej gazety, i nie muszę wiedzieć o czym piszę, o ile nie dostanę zaproszenia na pokaz prasowy'. Brawo. To mnie już tylko pozostaje pozdrowić znane tu i ówdzie (raczej ówdzie) orzeszki Felisa.

poniedziałek, 4 maja 2009

majówka w kinie

Się znowu zapóźniłem z postami. Jedziemy. Dziś świeże filmowe premiery komiksowe.

30 dni mroku - olaboga. Temu filmowi udało się mnie zawieść, chociaż nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań. No dobra. Prawie żadnych. Komiks mi podszedł swego czasu klimatem "Przystanku Alaska", w którym sobie nagle miesięczny piknik w trakcie nocy polarnej urządzają wampiry. Był potencjał na film pełen klimatu i gorowej sieczki, wyszło ładnie skręcone mdłe i głupie coś. Trudno mówić o fabule, bo to raczej mało składnie zlepiony ciąg scenek. Po złowróżbnym statku, który trafia do wybrzeża Alaski (Drakula się kłania) i paru smętnych scenkach rodzajowych, zapada noc, a z nocą robi się nudno. Co jakiś czas ktoś ginie. Większość czasu bohaterowie czają sie na strychu, choć wiedzą że mają się gdzieś tam przenieść, bo tam będą bezpieczni. Wychodzą na dzień przed wschodem słońca oczywiście tylko po to by było więcej dramatyzmu i napięcia. Sory. Poprawka. Miało być napięcie jak sądzę, nie było. Na koniec main hero faszeruje się wampirzą krwią (zero spoilera, kto zna komiks ten wie, kto nie zna to co za różnica w tym przypadku) i jest okazja do sieczki. Jest takie 'ohohoho, jest badassem, spuści wpierdól'. Nie spuszcza, sam dostaje, a na koniec niespodziewanie wyrywa oponentowi potylice. Sweet. Gore - mało, mięsistość-mało, kamera szaleje, montaż rwany, operator starał się nie eksponować przemocy. Biorąc pod uwagę że to film o rzezi, to dziwnie pojechali. Zwłaszcza że film jest rated R. No okej, jest fajna scenka jak zarośnięty Boone Junior (jedna z niewielu fajnych postaci) wsiada w turbo-pług śnieżny i robi siekę. Po czym wysadza się pudłem dynamitu. I go ledwo osmala. Gdzie oni mieli głowy, jak to kręcili? Na plus mogę też zaliczyć kreację jak zwykle świetnego Fostera, ale cóż on mógł filmowi pomóc przy mdłym i nijakim Hartnetcie w roli emo-gliniarza. Omijajcie ten film. Szkoda czasu.


Nie szkoda go natomiast na X-MEN Geneza: Wolverine. Że jestem fanem Rosomaka można wywnioskować po paru moich starszych wpisach. Zakładałem że ten film nie wypadnie dobrze, między innymi dlatego że robiono go pod 13-latki. Mimo niższych granic wiekowych dla widzów, wyszło soczyściej niż we wspomnianych Dniach Odbytu. Może jednak od początku.

Film oczywiście odchodzi od sporej ilości tradycyjnych fragmentów biografii Rosomaka. Victor Creed to biologiczny brat Logana, Weapon X to nie nazwa projektu a kryptonim eksperymentów na Wolverinie, a to co autorzy nawymyślali dookoła Deadpoola to w ogóle jakiś hardkor. Ale film i tak się broni, po prostu ogląda się go przyjemnie.

Po otwierającej dzieło sekwencji 'originowej' (która wypadła nieco groteskowo), autorzy postanowili chyba wzorem Snydera machnąć w przyspieszonym tempie kolejne fragmenty biografii Logana. Wojna Secesyjna i bagnety, walka w okopach Pierwszej Wojny Światowej, lądowanie na Omaha Beach (skrócona wersja otwarcia "Szeregowca Ryana"), syf operacji w Wietnamie ("Czas Apokalipsy", "Pluton"), aż do lat ok 70-80 i projektu Team X. Logan, Victor i paru innychy superludzi wysługują się Strykerowi. Supergrupa cyngli to już brzmi dobrze, fajnie zaprezentowano tam przyszłego Deadpoola (Reynolds się naprawdę nadał), ale i tak prawie każdy wypadł blado przy Creedzie. Brawa dla Schreibera, który ostro do roli dopakował. Nawet z Wolverina wyszedł przy nim harcerz. Potem fabuła zakręca, Logan idzie swoją drogą, historia podwójnie zapętla się sama w sobie, ale jest wartko i intensywnie. Dobrze wypadają zarówno sceny akcji (i te przegięte, i te nie), jak i bohaterowie - dobrze temu filmowi robi nawarstwienie negatywnych (bądź dwuznacznych) postaci. Świetnie wygląda Reynolds machający katanami, zabawne docinki Wolverina i Agenta Zero, dobrze wypadł Gambit, fajnie się na koniec to wszystko podpina pod X-Menów.

Wpadło nieco zgrzytów (takich do wyłapania tylko dla fanboja), ale całość jest dobrym kinem rozrywkowym. Mnie ubawiło to bardziej niż każda z poprzednich części cyklu o X-menach. Może film o magneto raczej mi wisi, ale jeśli doczekam się w ramach kontynuacji solowego filmu z Wolverinem, albo z Deadpoolem (a to zdają się sugerować ukryte po napisach dodatkowe zakończenia), to czym prędzej polecę do kina je zobaczyć. Gdyby 5 lat temu ktoś mi powiedział że facet od "W pustyni i w puszczy" skręci film o Wolverinie i efekt jego pracy mi się spodoba, to bym go pewnie wyśmiał. Dziś musiał bym to odszczekać.




Geek Corner - jeśli skręcą fabularną wersję Metal Gear Solida, to domagam się, aby Snejka zagrał Jackman. W sekwencji wietnamskiej wygląda niemal identycznie jak Naked Snake z MGS3. Inna sprawa że zadziałała tu zbieżność bohaterów - Logan jest podobnie zrezygnowany, ma dość tego, że wysługują się nim przy jakichś podejrzanych operacjach, ale nie potrafi (z różnych powodów) do końca wycofać się z tego co robi najlepiej. Po prostu Snake. Kolejna sprawa to team Wolverina, czyli złożony z superludzi Team X. Prawie jak Snejkowy Foxhound. Kolejna sprawa to geneza Snake'a i Wolverina - obu w mniejszym lub większym stopniu wykreowały wojskowe eksperymenty. Obaj też muszą się z efektami tych eksperymentów (fizycznie i nie) zmierzyć. Tu lekko szaleję, wiem, Team X było przed MGSem, więc to może Kojima się inspirował. A może właśnie to gry Kojimy były inspiracją, wszak pierwsze, 2-wymiarowe Metal Geary pojawiły się jeszcze w latach 80-tych, czyli przed wymyśleniem Teamu.

Mniejsza z tym. Jeśli zrobią w końcu z MGS film, to domagam się - Jackman na Snejka.