niedziela, 18 stycznia 2009

Muzyka mojej młodości

Są takie albumy, które się wryły w psychikę. Bo melodia, bo perkusja w którymś kawałku, bo słyszeliśmy to całe lato na mazurach, bo film co się podobał. W podobny sposób ryją się w banie santraki (nowy nowotwór językowy z dedykacją dla purystów).

Takim OSTem jest właśnie dla mnie muzyka z "Mortal Kombat". Filmu nie uważam za najlepszy, co nie zmienia faktu że i tak go uwielbiam. Prawie 15 lat temu wybraliśmy się z tatą na pokaz do Relaxu. Byłem fanem cyklu. Jestem dotąd. Po tych 15 latach Mortal jest w dalszym ciągu jedną z najlepszych ekranizacji gry. Autorzy pierwszej części nie uważali się za lepszych scenarzystów od autorów gry - zrobili luźną adaptację będącą (jak i gra zresztą) wielkim pretekstem do następujących po sobie mordobić. Ten błąd popełniono przy dwójce, fabułą zabijając prosty film gdzie chodzi o pranie po pyskach. Autorzy nie obrażali też inteligencji odbiorcy jakimiś totalnymi bzdurami. Nie były one po prostu większe niż w grze. Tropikalna wyspa. Wojownicy z dwóch światów. Starcia. A w tle mocna muzyka. Mortal w jakiś sposób wyznaczył muzycznie standard podkładu dźwiękowego dla walk w amerykańskich produkcjach - metal, industrial albo transiwo. I super.

Film morze i się zestarzał (jak doczekam się wydania DVD pierwszej części to powiem co o tym myślę), album już nie.

Kurde, to składanka zajebistej muzyki jest. Beret spada przy trzecim traku - KMFDM i remiks ichniego "Juke Joint Jezebel". Gitara warczy, do tego plumka elektronik bit. Potem ciekawostka - kawałek z albumu Traci Lords - aktorki porno, co się przez pierwszego Blejda przewinęła (taki smaczek komiksowy). Wersja instrumental, w której Juno Reactor maczali paluchy. Jest też kawałek "Zero Signal" autorstwa Fear Factory, bodajże w klepance Sub Zero ze Scorpionem leciał. Pierwszy mój kontakt z tą kapitalną kapelą, ciężka stopa perkusji, pancerne riffy, elektroniczne przeszkadzajki w tle. Zresztą album "Demanufacture" ogólnie kopał zad. Jest też nastrojowy kawałek Type O Negative. Rzeźnia Napalm Death. I dupę kopiący kawałek tytułowy, zawiewający prostackim transiwem, ale i tak w swojej prostackości uroczy. Uwielbiam go do dziś, może to dzięki niemu mam lekkie skrzywienie w stronę goa/psy trance. No i przedostatni, instrumentalny kawałek ("Goro vs Art") z Bucketheadem na gitarze.

Do albumu co jakiś czas wracam. Nie całego - wyrywkowo. Są tam po prostu fajne kawałki, które mi się za młodu wryły w mózg nie gorzej niż parę scenek z tego prostego, acz uroczo bezpretensjonalnego filmu. Wrycie mi się tego albumu w mózg ma też efekty uboczne. Co jakiś czas czuję potrzebę założenia garażowo jazgoczącej nieudolnie kapelki, grającej covery kawałków z gier. Z Metal Geara, z Mario, czy właśnie tytułowego motywu z Mortala. Pankowa rzeźnia, gitary na przestery, darcie ryja. Jest tylko problem. Nie umiem grać na gitarze - zawsze chciałem przesterowanego elektryka, a miałem gitarę akustyczną, tylko rzeźbienie harcerskich akordów nigdy mnie nie kręciło. W efekcie jestem leszczem. No i jest drugi tylko problem. Nie mam gitary.

Co nie zmienia faktu że chętnie bym na taki koncert poszedł. Nie ważne jak słaba była by kapela - i tak chętnie wydarł był ryja.

Na koniec - kawałek z Mortala. Nieśmiertelny. Z wymienianiem zawodników. I darciem. Ryja.

Liu Kang. Sub Zero. Fight. Flawless Victory. FATALITY!!!

EDYT: HA!!! A takie coś wyszperałem w sieci, która jak wiadomo jest rozległa i nieskończona:



piątek, 16 stycznia 2009

2008 w muzyce

Thou shalt not take the names of Johnny Cash, Joe Strummer, Johnny Hartman, Desmond Dekker, Jim Morrison, Jimi Hendrix or Syd Barrat in vein;

Jestem kurde typem malkontenta. Muzycznie niczym Mamoń, najbardziej podobają mi się te piosenki, które znam. W efekcie najczęściej katuję stare rzeczy, nie szperam w nowościach. Dwie płytki Tori Amos, parę albumów Amona Tobina, czasem mam cofkę na albumy Pantery, czy inną kapelę którą katowałem w ogólniaku, Metallikę (oczywiście tylko do "Kill'em All"), czy Beastie Boys. Nowe prądy pokroju indie mnie nie ruchają, a znane zespoły skapcaniały. Więc wolę posłuchać starych albumów Nine Inch Nails.

Albo the Misfits.

Albo posłuchać coverów the Misfits.

Thou shalt not put musicians and recording artists on ridiculous pedestals no matter how great they are or were;

W ten okrężny sposób docieramy do polskiej płytki, którą w zeszłym roku katowałem najbardziej namiętnie. Formacja 666 Aniołów, płytka zwie się "Czarcilok", w polsko-pogański sposób do kawałka "Devilock", ryczanego niegdyś przez Danziga. Płytka niezbyt długa, ale biorąc pod uwagę że czas trwania kawałków Misfitów oscylują w kole minuty trzydzieści do dwóch minut, tot rudno wymagać więcej. Zagrane mięsiście, z polotem. A oryginalne teksty zostały przetłumaczone. Mozna paść uszy tekstami o masakrach, jedzeniu mózgu, koszmarach i wszelkich innych cudactwach rodem z filmów klasy B. Z dystansem i poczuciem humoru. I z wyczuciem klimatu. Polecam, Misfici to jedyny zespół punkowy który naprawdę lubię, a panowie z formacji Schizma wiedzieli jak ugryźć temat, i nic nie spieprzyli. A tekst "Heleny" w polskiej wersji kołatał mi się po łbie przez miesiąc. Dodatkowo podpasił mi koncert panów, na który załapałem się kiedyś z kmh, ludzie jakoś żywo nie reagowali (czekali na gwiazdy wieczoru), ale jeden nawiedzony typ robił mosh za 20tu. Zresztą już o tym pisałem w swoim pierwszym normalnym wrzucie blogowym. 666 Aniołów. Ristekpa.



Thou shalt not fall in love so easily;

Kolejna płytka co początkowo chropowato wchodziła, ale jak sie przylepiła to nie chciała puścić, to "Distance and Time" niejakiego Finka. Muzyka na wokal i gitarę akustyczną, wspieraną (acz nie zawsze) stonowaną perkusją i basem. Gdzieś chyba w jakimś filmie słyszałem zdanie "Blues, to taki smutny facet, którego opuściła kobieta". No i właśnie taki jest Fink i jego twórczość, i muzycznie, i tekstowo. Nie jest to w żaden sposób ckliwe ani balladowo-kiczowate, po prostu refleksyjne i subtelne. Muzycznie łagodne, podszyte właśnie bluesem. Ale tak po brytyjsku, bez naśladowania siwych panów w kapelutkach i ciemnych okularach z delty Misisipi. Album polecam, zwłaszcza że - ciekawostka - to muzyka akustyczna, a wydawać Finka postanowiło elektroniczne Ninja Tune. Fink też kapitalnie się sprawdził na kameralnym koncercie w Kraku przy okazji festiwalu filmowego. Atmosferycznie, nastrojowo, na pewno nie łzawo i licealnie. I tu anegdotka - do Krakowa przyjechaliśmy odpowiednio wcześniej, kolega-tubylec miał z nami iść, a wiedział gdzie to. Wychodzimy, widać koło dworca jakieś coś festiwalowe, fajnie że nawet dworzec adaptują do wyświetlania filmów, idziemy coś szamnąć, wziąć kasę z bankomatu, i na koncert. Po drodze się rozdzieliliśmy, cudem znalazłem (fon padał) Olę z kolegą, krążyliśmy jeszcze z pół godziny w okolicach co miał być koncert. Nikt nie potrafił wskazać adresu. Okolice dworca - nic, starówka - nic, okolcie dworca znowu - nic. Dramatem było że nawet taryfiarze nic nie wiedzieli, a ich GPS-y były nieme na nasze błagania o wskazówkę. Znowu starówka, trafiliśmy jakiś namiot festiwalowy. Okazało się że szukany adres to plac przed kasami na głównym krakowskim dworcu kolejowym. Plask. A te festiwalowe coś co widzieliśmy, to bannery przy wejściu do miejsca koncertowego, na które zaadaptowano dworcową poczekalnię. Na szczęście Fink miał 2-godzinną obsuwę, i tylko dzięki temu się wyrobiliśmy, a nawet zdążyliśmy wychylić wcześniej piwo. Potem koncert, kima u kolegi, i zaspany uderzyłem na komiks-festa do Łodzi.
Jeśli kliknęliście na linek majspejsowy typa - to koniecznie obadajcie kawałek "Make It Good" - miszczostwo. Dowód na tak zwane 'mnie znaczy więcej' - minimum środków, a atmosfery po pachy.



Thou shalt not stop liking a band just because they have become popular;

Ostatni album - w przeciwieństwie do Finka faktycznie z zeszłego roku - to "Angles" duetu Dan Le Sac vs Scroobius Pip. Album to garażowy hip-hop łamany na elektroindie cośtam plepleple. Zasadniczo Dan klepie two-stepowe bity, do których na luzie nawija Pip. Fajnie to wyrymowane, choć brytyjskie to pierwotnie mi Aesop Rockiem nie wiem czemu zajechało, fajne bity, zróżnicowane, raz bujające a raz rytmicznie, innymi razem flegmatyczno-refleksyjnie. Poza tym płyta ta jest dowodem na to, że nie polecam tylko albumów wykonawców, na których koncertach byłem. Naprawdę dobry płyt, coś świeżego, i dowód na to że dobry hip-hop robią nie tylko afro-kosmopolici i Żydzi z Manhattanu.




Thou shalt not use poetry, art or music to get into girls pants - use it to get into their heads;

Zawód rocku - Dick4Dick i ich "Grey Album", zwany też pieszczotliwie "Gay Albumem". "Silver Ballads" miało elektro-punkowy pazur, chłopaki robili sobie jaja z rockowego kultu testosteronowych idoli wbitych w obcisłe skórzane gatki, a na scenie dawali porządne show. Po czym stwierdzili że nie chcą być błaznami (co nie przeszkadzało im, by w wywiadzie głoszącym taką treść były ich foty w bodajże damskich ciuchach), grają równo uczesane i ubrane w prążki indie dla podlansowanych 16latek. Na scenie nuda. Poszliśmy kiedyś na koncert z Lewarem, który wcześniej ich live nie widział, i było mi głupio zwyczajnie, bo wcześniej, po paru koncertach ich chwaliłem. A tu lipa i blaza. Tym panom już dziękuję. Ale komiks Rebelki chętnie przeczytam.
Szkoda że dopiero teraz, jak spoważnieli i nudzą, a nie jak na pocątku robili sobie jaja i mieli tą taką komiksową otoczkę superherosów z innego wymiaru, co przybyli na ziemię ratować dziewicę przed dożywotnią cnotą.

Poza tym miniony rok to parę fajnych koncertów. Pomijam fatalnie nagłośnione Ministry. Na Down było niewiele lepiej, ale panowie dali czadu aż kapcie pospadały. Poza tym nie na codzień obcuje się z 50% Pantery. Fajne show zrobiły pterodaktyle i brontozaury z Iron Maiden. Dobrą imprezą był Open Air, acz zabrakło mi wykonawców tak łapiących publikę za jaja pierwszymi dźwiękami ze sceny jak Beastie Boys. Rok wcześniej lepiej się bawiłem. I szkoda mi lekko koncertu Jarre'a na Torwarze. Nikt mi nie powiedział. Każdy myślał że o nim wiem. A ja nie wiedziałem. No i nie poszedłem. 2009 będzie nie gorszy, niedługo Eagles Of Death Metal, za większe niedługo Depeche Mode, będzie jeszcze pare atrakcji. No i fajnych albumów jak mniemam.


Thou shalt think for yourselves;
And thou shalt ALWAYS kill.


Cytaty z kapitalnego "Thou Shalt Allways Kill" Dana i Pipa. To co? To zembeduję ich one more. Bo to zacny kawałek jest.


środa, 14 stycznia 2009

Autolans mode ON

Nikt nie mówił że autolansowanie się jest proste, a tym bardziej że jest tanie.


Otóż żeby mój bląąąg trafił przed oblicze pana Manna, to najpierw Onet musi zarobić swoje na SMSach. Taki świat, nic się nie poradzi.






Wszystkich czytelników tego bloga, którzy wyceniają swoją sympatię do powyższego na więcej niż zeta dwadzieścia dwa, zachęcam do posłania mesa o stosownej treści. Za niewysłanie mesa ekskomuniki nie będzie.

Sprawę utrudnia fakt, że w plebiscycie startują też koledzy - Daniel, Godai, Semprini, i jeszcze ktoś pewnie kogo przeoczyłem. No panowie, to kto z naszej paczki przejdzie przez esemesowe sito?


Pod Skryptem: drogi Onecie, wielkie mega dzięki za brak informacji o kodach esemesowych meilem. Założę się że to przez waszą politykę antyspamową.

Masowa produkcja dewiantów, zwyrodnialców i zboczeńców

Media, jak wiadomo, działają często na zasadach lawiny - ktoś sypnie małym niusem, ktoś to rozdmucha, ludzie chcą wiedzieć więcej, opiszą to wszyscy dodając coś od siebie, w końcu ludzie dostają histerii a politycy muszą kłamać że zrobią z tym porządek. Jakoś tak zdaje się było z niesławną 'drugą bitwą pod Hastings' - o ile pamiętam z napieprzanki media wykrzesały atmosferę terroru żądnych przemocy, krwi i demolki gangów. Podobnie nakręcano tego lata histerię dotyczącą problemów linii lotniczych. Tu samolot miał problem ze startowaniem, tam z lądowaniem, gdzieś samolot porwali, a gdzieś się rozhermetyzował. Koleżanka jechała z tego powodu z Wawy do Grecji pociągiem. Czy doniesienia opłacały linie kolejowe? Zostawiam to tropicielom teorii spiskowych, acz warto zaznaczyć że codziennie niemal gdzieś jakiś samolot ma problemy techniczne, ale jak jeden się gdzieś rozbije, to od razu szuka się informacji na ten temat.

I jest histeria.

Inną kwestią są medialne tematy-bumerangi. Zawsze da się do nich wrócić, ludzie nie mają dość czytania o nich. Coś jak pedofilia, pijaństwo posłów, katastrofy lotnicze, wypowiedzi Palikota, czy przemoc w grach komputerowych.

Przemoc w grach zawsze była i jest, gry polegają często na współzawodnictwie i konkurencji, i nawet w głupiej Fifie można ścinać, a ktoś leci mordą na murawę. Poza tym bywa krew. Dekapitacja. Flaki. Czasem też seks, rzadziej homoseksualizm albo gwałty. Tematy z życia, które się przewijają w innych dziełach kultury. Gry nie są upośledzone ani (jak by chcieli niektórzy) zarezerwowane tylko dla dzieci. No i bywają w nich tematy - jak w filmie czy literaturze - wszelakie. Normalka. Zdrowa sytuacja.

Jednak jest śmiesznie. Ze strony Polskiego Radia można dowiedzieć się co następuje: "Zapewne każdy intuicyjnie wie, że dzieci nie powinny oglądać filmów z brutalnymi scenami, ani też grać w gry komputerowe oparte na przemocy. Okazuje się, że najnowsze badania naukowe potwierdzają nasze przeczucia." Zachęcam też do przeczytania reszty artykułu. W sumie puknąć się w czoło można już po pierwszych dwóch zdaniach. Skoro każdy intuicyjnie wie, że brutalizm nie jest dla dzieci, to po cholerę robi się badania, żeby udowodnić rzeczy oczywiste???

Przypomina mi to "Supersize Me" - dokument o typie, co miesiąc żarł tylko w maku, żeby udowodnić że to niezdrowe. Facet postanowił rozstroić sobie układ pokarmowy, po to żeby udowodnić tezę, której nikt nie kwestionuje. Ciekawe jak by się czuł po miesiącu żarcia samego tofu? Pewnie nie miał by skoku masy, cholesterolu i takich tam, ale też organizm miał by braki określonych substancji, których obecność w diecie jest niezbędna. A że mak to tłuste i sztuczne papu wie każdy. Nawet w juesej. Facet dopiął swego. Po co? Może dla sławy, chwilę błysnął, ale nic nowego nie powiedział.

Wracamy do gier. Psychologowie alarmują o brutalnych grach od dawna, badania też prowadzi się na ten temat od dawna. Wynika z nich że dzieciarnia nie powinna grać w gry, oznaczone etykietką '+18'. Która to etykietka oznacza że w tę grę nie powinny grać dzieci.
Czy naukowcy naprawdę są aż tyle głupsi od producentów gier???

Rozumiem problem. Dzieciaki i tak w te gry grają. Ale to już problem opiekunów, którzy nie kontrolują przed czym dzień spędza pociecha. Większość hamburgerów grających po multi w "Gears of War" to rozwrzeszczane i rzucające inwektywami jak nakręcone trzynastolatki. A to gra gdzie na porządku dziennym jest cięcie fotorealistyczną niemal postać człowieka piłą na krwawe ochłapy. Kto to kontroluje? Gdzie rodzice tych dzieci mają mózgi? Czy JFK porwali kosmici???

Dobra. Więc mamy brutalne gry dla dorosłych, tępych rodziców co narzekają że ich dzieci grają w te brutalne gry, i amerykańskich oraz japońskich naukowców, co udowadniają że brutalne gry dla dorosłych nie są dla dzieci. Śmiem zauważyć że coś nie tak może być nie z brutalnymi grami oraz osobami którą dziką frajdę sprawia rozszarpywanie w nich na kawałki innych.
Coś nie tak jest z resztą świata chyba.

I świrują nie tylko tabloidy, nie tylko naukowcy i rodzice. Oczywiście kuleje także system prawny. I wyobraźnia polityków. Ale po kolei.

W stanach 17-latek zamordował matkę, bo nie pozwoliła mu grać w ulubioną grę. Chwila guglania pokazała że tą grą, przez którą nastąpił makabryczny teatr przemocy, okazało się "Halo 3". Wynikają z tego dwie sprawy. Po pierwsze potwierdza się teoria że normalni ludzie w tą grę raczej nie grają. Druga sprawa - ktoś chce nam wmówić, że tego 17-latka w maszynę do zabijania zmieniła gra, gdzie zielona skacząca puszka, strzelająca fioletowymi blobami w pokręcone coś, co ani trochę nie przypomina człowieka. Nawet do hobbita się tego porównać nie da.

Sprawa ma jeszcze trzeci, istotny wątek. Cytat z PAPu: "Sędzia w Elyrii w stanie Ohio, gdzie doszło do tragedii, odrzucił tezę obrony, iż Daniel Petric, opanowany manią komputerową, był niepoczytalny w trakcie wydarzenia. Sędzia przyznał jednak, iż nastolatek prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy z tego, iż gdy zabije rodziców, pozostaną oni na zawsze martwi i nie da się ich ponownie ożywić kliknięciem myszki."

Że amerykański 17-latek dostał szajby i doszło do mordu bo nie pozwolono mu na to czego chciał - w to jestem gotów uwierzyć. Ale że nie będą martwi na śmierć? Że niby może odpalić grę jeszcze raz? CO??? 17-latek??? Spaczeniem jest już taka linia obrony ze strony cynicznych prawników, ale jeśli da się to wmówić sędziemu, to znaczy że jest on tak samo skretyniały, jak sprawca skrzywiony. A histeryzujące media zrobiły mu wodę z mózgu. Pomijam tę nieszczęsną myszkę - gra jest na konsole, tam jest tylko pad, mogło się coś pokiełbasić komuś kto tłumaczył depeszę.

Głośnych morderstw dokonanych przez nastolatki w USA było ostatnio sporo. Ciekawe jest odwracanie kota ogonem. Jak wylgądało życie osobiste tego typa? Jakie miał relacje ze starymi? Dlaczego miał dostęp do szafki z bronią ojca? Nie ważne. Koleś nie odróżniał życia od gry, bo grał i zabił. Tak jak kolesie z Columbine to nie byli psychole, socjopaci czy pacjenci z problemami w domu, tak naprawdę wszystkiemu winni są Marylin Manson, Rammstein i inni. A ci kolesie co zmasakrowali szkołę są ofiarami. Podobnie jak azjata co wymachiwał młotkiem przed kamerą cyfrową, puszczał to w sieć, a potem mordował na kampusie bodajże. To nie problemy tego gościa ze znalezieniem miejsca wśród rówieśników, z samoakcjeptacją, czy nietolerancja jego kolegów wobec osób odmiennych rasowo. Koleś obejrzał "Oldboya" i mu odpieprzyło.

Kozioł ofiarny zawsze się znajdzie. Gry są dyżurnym. Zwyrodniała młodzież ma dobre tłumaczenie, prawnicy coraz popularniejszą linię obrony, a sędziowie dają to sobie wmówić. Niedługo ktoś zostanie uniewinniony, bo winna że przejechał przechodnia na pasach okaże się gra GTA4, której producent zostanie skazany na gigantyczne odszkodowanie.

Ogólna szajba. Czy ktokolwiek oskarża niedzielnych szatanistów że organizują dziwne rytuały przywoływania duchów bo naczytali się "Dziadów" Mickiewicza? Nie. Czy ktokolwiek tłumaczył że do morderstwa pchnęły go krwawe fragmenty "Starego Testamentu"? Też nie.

Politykom, jak wspomniałem, też odpala. Przykład. Po prostu brawo. A może wprowadźmy gry na kartki? To by nie było głupie, wykolejeńcy zabijali by po obejrzeniu filmu czy przeczytaniu książki, a nie po zagraniu na konsoli, i mieli byśmy spokój. Brawa jednak dla pana kongresmena. I brawa też dla pana Giertycha. Romana. Jak był ministrem oświaty, to proponował bana na gry, które zawierają przemoc. Taki odórny wilczy bilet, że grom brutalnym mówimy nie. W wiadomościach można pokazać ofiary ataków w Strefie Gazy, gorowe horrory hulają na kablówce, a Rambo wyrywa krtanie. Ale grom brutalnym, nawet dla dorosłych - niet. Jak wiemy, pan Giertych ministrem już nie jest, i raczej mu to w przyszłości nie grozi, poświęca się karierze prawniczej. Oby nie skończył on jako oskarżyciel gier, które doprowadzają do demoralizacji nieletnich, oraz skrzywiania psychiki tym już dojrzałym. Na szczęście chyba nam to jednak nie grozi. W końcu gry to niszowa rozrywka dla geeków. Są bardziej medialne tematy.

wtorek, 13 stycznia 2009

ogłoszenia

Coś czuję że następny post znowu będzie in da gamin' style, bo się ostatnio mnożą kretyńskie niusy o zgubnych efektach przemocy w grach i o tym jak to sobie biedni Amerykanie z nią nie radzą, choćby chcieli. Ale to potem.

Teraz prywata.

W tą sobotę wieczorem w klubie Punkt ma się odbyć druga runda Ligi Bitew Komiksowych. Informacja po kliknięciu O TU. Tak się składa że mam wspomnianą imprezę prowadzić, a nie widziałem chyba po portalach tematycznych ogłoszeń, więc zapraszam wszystkich z Wawy do przyjścia, bo głupio będzie jeśli poprowadzę 2 walki, finał, wypiję piwo i pójdę do domu. Co tam organizatorzy, pomyślcie jak JA się poczuję!!!

Zasady proste. Dwóch zawodników, dwie płachty papieru, dwa mazaki, jeden temat, pięć minut czasu i didżej jadący za sztalugami z gramofonu. Po pięciu minutach publika wybiera zwycięzcę i następny proszę. Kto był ten wie.

W imieniu organizatorów zapraszam serdecznie. Sobotni wieczór, piwo i komiks. Czy może być lepiej? Pewnie że tak, ale zakładam że Scarlett Johansson ma inne (co nie oznacza ze lepsze) plany na weekend.

notodozo

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Dentist Nazis Must Die!!!

Nie wiem od czego zacząć. Film wywołał u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony robi wrażenie stroną wizualną, będącą niestety momentami kalką "Sin City", co w sumie mnie nie dziwi, bo przy realizacji innych filmów Miller nie uczestniczył, i wykorzystuje podpatrzone metody. Z drugiej strony - kuleje tu rwana i nieczytelna narracja, gubiąca tempo, łapiąca je dopiero jakoś po połowie filmu. Zamiast silić się na twór recenzjo-podobny (aleprzecieżmynablogachniepublikujemyreceeenzji), napiszę po prostu parę słów wstępu, a potem co mnie ujęło, a co wręcz przeciwnie.

Najpierw akapit dla tych co nie wiedzą o co kaman.
"Spirit - Duch Miasta" to drugi film w reżyserii Franka Millera, geniusza komiksu, współautora wspomnianego "Sin City", autora komiksowego pierwowzoru zarówno tego dzieła, jak i "300". "Spirit" natomiast jest ekranizacją komiksu Willa Eisnera, nieżyjącego już klasyka komiksu z za Wielkiej Wody. To opowieść z lat 40-tych o zamaskowanym detektywie, który broni Central City przed przestępczością. Fedora, płaszcz, czerwony krawat. Żadne tam symbole na klacie, peleryny i battarangi. Miał tylko czarnego sidekicka, którego potem Eisnerowi wytykano jako szerzącego stereotypy o afro-amerykanach, na przemian ze stwierdzeniami że postać dla samej afro-społeczności kontrowersyjna nie była, bo poza samym sposobem narysowania i mówienia nie była ukazana w sposób rasistowski.

Millerowi jednak sidekick nie grał i z niego zrezygnował. Zaprezentował natomiast samo miasto, Spirita, jego arcywroga Octopusa, oraz Sand Saref, przyjaciółkę Spirita z dzieciństwa, działającą w tym sektorze, gdzie już prawo nie sięga. Nie czytałem jeszcze komiksów Eisnera, tak się wymądrzam. Miller szybko wprowadza kolejne postaci, i nie wiadomo tak naprawdę o co chodzi. Ktoś dostaje kulkę, ktoś strzela, ktoś nie strzela, ktoś targa jakieś pudła. Jest to punkt wyjścia do fabuły, w której dalej nie wiadomo do końca o co chodzi. Spirit też nie wie, stara się dociec, dowiaduje się z czasem czego dotyczy sprawa. Niestety, do końca filmu Miller nie wyjaśnia skąd te parę osób na początku nagle znalazło się w jednym miejscu, dlaczego ktoś był pod wodą a ktoś strzelał, i po cholerę kropnięto facia co wmieszał się nagle w sytuację.

Miller nie panuje nad fabułą. Na początku za bardzo miesza wątki, a zamiast je wyjaśnić woli dać nudnawą retrospekcję o dzieciństwie głównego bohatera i uczuciu jakim darzy Saref. A potem wraca do tych fleszbeków kilkakrotnie. Jest więc na przemian bełkot z nudą.

Co innego strona wizualna - tu Miller w szczwany sposób jedzie znaną już konwencją, rozmytymi kolorami z przewagą czerni i bieli oraz okazjonalną kontrastującą czerwienią. Ładnie wyglądają początkowe scenki jak Spirit odbiera telefon a potem biega po dachach. Miałem wrażenie że Frank ekranizuje po prostu swoje Batmany i Daredevile - nikt mu nie zaproponował ich realizacji, więc wrzuca swoje ulubione motywy do Spirita. A potem jest strzelanina i nudne retrospekcje, i to dalej ładnie wygląda ale lekko męczy.

Męczą nudne dialogi, nadęcie main herosa, pompatyczne gadki. Jestem to jednak w stanie Millerowi wybaczyć - w końcu to ekranizacja komiksu z lat 40-tych, więc jest to wpisane w konwencję. Facio grający Spirita jest troszkę jak Adam West w starym "Batmanie". Zakładam że te dialogi trącą mychą bo tak miało być, tylko że w filmie się to średnio sprawdza. Cartoonowe zagrywki rodem z "Toma i Jerry'ego" czy slapstickowe zacięcie też jest w klimacie epoki i nawet bawi, ale drewniane gadki już nie. Jestem jednak w stanie to wybaczyć. Bełkotliwej i pozbawionej rytmu narracji już nie.

"Spirit" to jednak nie nudny bełkot i ładne obrazki. Film ma jeszcze jedną wielką (a w zasadzie główną) zaletę, a imię jej Samuel L. Jackson. Octopus grany przez typa jest groteskowo przegięty, ale i zabawny. Rzuca soczyste teksty, ma poronione pomysły, otacza się skretyniałymi klonami oraz zmanierowaną pomocnicą villaina w osobie bombowej Scarlett Johansson. Nie wiadomo co prawda dlaczego jest zły, ani co doprowadziło do tej wspominanej początkowej sceny z pudłami pod wodą, ale who cares? Samuel to firma. Dla sceny, do której nawiązuję w tytule posta, warto obejrzeć cały ten film. Taki jest dobry. Samuel. Nie film.

Na koniec doczepię się jeszcze do jednej rzeczy. O ile konwencja retro kapitalnie się sprawdza przy ekranizacji komiksu z przed 60 lat, o tyle słabą rzeczą jest brak konsekwencji w trzymaniu konwencji. Telefony komórkowe, współczesne kamery - powoduje to lekki zgrzyt. Ja wiem, że z komórkami łatwiej było pchać fabułę do przodu, ale zamiast pokazywać bohaterowi nagranie video z nowoczesnej komórki, można było mu pokazać wycinek z gazety. I też by grało. Miller poszedł na skróty.

Wypad do kina jednak uważam za udany. Strona wizualna na domowym ekranie wypadnie na pewno blado. Poza tym Miller nawiązuje do "Sin City" i Batmanów, odpowiedzialny za tłumaczenie Kamil Śmiałkowski mruga okiem nawiązując do komiksów Wróblewskiego, i ogólnie jest fajnie, tylko trzeba być przygotowany na oldskulowość przerabianego tematu, łącznie z jego całą naiwnością i momentami też głupkowatością. Było nawet fajnie, ale nie każdy zdzierży, bo odfiltrowanie dłużyzn, retrospekcji i innych mniej fajnych ciekawostek może okazać się wyzwaniem.

środa, 7 stycznia 2009

Jaki jest kod na nieśmiertelność w Doomie?

Miałem napisać dwa słowa o zapowiadanych premierach z Kultury, podzielić się refleksjami z lektury Originalsów, ale dziś na warsztat wezmę coś innego.

Tak się dziwnie składa że pytanie z tytułu posta zadawałem niejednej osobie, i reakcję mogę podzielić na dwa typy. Pukanie w głowę i zastanawianie się co znów ze mną nie tak, i szybką recytację.

To teraz jeszcze raz, poważnie: jaki jest ten kod?

Mało kto, z osób co w pierwszej połowie lat 90-tych miał styczność z pecetowymi grami, nie jest w stanie przypomnieć sobie skrótu IDDQD. Kod na mapę to bodajże było IDBAHOLDA. IDKFA to broń, bodajżę też zbroja i zdruffko. Wychodzi na to, że osoby urodzone do 82-giego kumają to bez problemu, ale już młodsze niekoniecznie. Te nieco starsze prawdopodobnie nie zapomną kodu aż do późnej starości. Nie ważne czy będą jeszcze w Dooma grać, czy wogóle grają jeszcze w gry.

Przykład - pytanie padło na imprezie z okazji któregoś WSK. W momencie gdy część ekipy powiedziała że no pewnie, wiadomo i że banał, to druga (młodsza) pytałą o co wogóle kaman?

Nie wiem na czym polega ten fenomen. Może na prostocie hasła, może na tym że wtedy niemal KAŻDY grał w Dooma, i niemal każdy miał ochotę poswawolić na najwyższym poziomie trudności z nieśmiertelnością i włączonym berserk mode? Albo z piłą? Nie wiem. Sprawa jest dla medioznawców, bo to dla mnie pewien fenomen - nie ma żadnych 'chwila moment, daj mi się zastanowić', pytań typu 'ale dlaczego Doom?', wie się albo nie, zwykle od razu słyszę te pięć magicznych liter. Może to jakiś podpróg, sygnał od kosmitów, albo echa umierających na zatopionej Atlantydzie? Nie wiem. Będę miał może dziś okazję porozmawiać z jednym ludologiem (wbrew pozorom to nie specjaliści od ludu czy ludzi, ale od gier), może ma na to odpowiedź.

IDDQD ocisnęło się jakoś w dziwny sposób na kulturze popularnej. Zwłaszcza oczywiście na grach, w różny sposób - kod powtarza się od lat w innych produkcjach, czasem działając analogicznie, a czasem zabijając gracza. W Australii jest formacja muzyczna o właśnie takiej nazwie. Ostatnio widziałem te magiczne litery w reklamie jakiejś gry RPG komputerowej, online czy czegoś, na stylizowanej na D&D karcie postaci w rubryczce 'hitpoints'. Uważne osoby pewnie wyłapują to co jakis czas, na pewno tego jest duużo więcej. Tak samo jak niezliczone są rzesze osób, które znają ten kod.

I stąd moja finałowa refleksja, mało świeża może, indagowani przeze mnie ziomale ją znają.

Jesteśmy Pokoleniem IDDQD.



Pod skryptem: jacyś chętni na zrobienie serii tiszertów z takim własnie napisem na klacie? Zbieram się już ze 2 lata, ale jak będzie team, to może się w koncu zmobilizuję.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Też lubię Bena Afflecka

Karolu - pozdrawiam. Tacy jak my muszą się trzymać razem.

piątek, 2 stycznia 2009

Pokolenie cyberpunków

Coraz bardziej zbliża się umowny rok, w którym zwykle rozgrywają się akcje książek, filmów i komiksów cyberpunkowych. "Łowca Androidów" to 2019, pokrewne mu opowieści też często dzieją się w tamtych okolicach czasowych. Czyli pozostało nam jakieś dziesięć lat.

A rzeczywistość jest szara i zafajdana. Gdzie ta cała technika i elektronika, której według fantastów mieliśmy się doczekać za 40 lat? Pewnie że się zmieniło sporo - chociażby rozwinęła się niesamowicie sieć, splatając wszystko i wszystkich, część ludzi od siebie uzależniając. Mnie na przykład. Acz uważam że to symbioza. Bez ludzi nie było by sieci, ludziom bez sieci było by trudniej. I ładniej to brzmi. Pewnie, komórkę też ma dziś każdy, a dzięki miniaturyzacji nie jest problemem mieć w gadżecie formatu zapalniczki całą dyskografię Queenów. Komputer może nie być większy niż pudełko na kanapki, które nosiłem ze sobą w podstawówce. A Sony PSP łącznie z wetkniętą grą i wbudowanym ekranikiem i baterią jest kilka razy mniejsze od pierwszych, ascetycznych game systemów od Atari.

Ale cyberpunk to parę rzeczy - rozwój sieci (jest), możliwości procesorów (jest), prymat korporacji (każdemu kto mnie wyśmieje przypominam: Ukraina), uzbrojone po zęby bandy świrów dyktujące warunki na ulicach (no tego jeszcze nie ma, ale rozczłonkowanie miast na dzielnice 'bogatsze' za płotem i 'te stare' się pogłębia), a także cybertechnika.

Znacie kogoś z cyber-okiem? Poza laską z "Doomsdaya" zbyt dużo takich osób ostatnio nie poznałem. Ale rozwija się to, już w latach 90tych trwały prace nad kamerą pozwalającą widzieć monochromatyczny zarys przedmiotów niewidomemu z dziurą w czaszce, z której zwisał pęk kabli. Przez te 10-15 lat opracowano tyle technik, że - łącznie z postępującymi eksperymentami - pewnie naukowcy są coraz bliżej.

Najbardziej ciekawi mnie kwestia sprzężenia nerwowego z maszyną. Wtyczka w mózg i jesteśmy w sieci. "Matrix". Biorąc pod uwagę że w Azji dzieciarnia (i nie tylko) umiera z wycieńczenia w trakcie 3-dobowej sesji z Word of Worcraft, to było by to gigantyczne zagrożenie. Wyobraźmy sobie typa, który z kablem sterczącym z potylicy wizualizuje sobie dzięki świetnemu programowi w mózgu, bez użycia oczu, dwie nagie mulatki zabawiające się przed nim, w trakcie gdy przebrana za gejszę/policjantkę/uczennicę/jego pana od WF-u/COKOLWIEK!!! giętka azjatka robi mu dobrze. No i to już nie tylko stymulacja wzrokowa, wygenerowany w 3D fotorealistyczny obraz wędrujący przez kabel i nerwy do mózgu. To także stymulacja dotykowa, nerwowa. Facet nastawia tryb 'nieprzerwana rozkosz' i przestaje zazdrościć kobietom wielokrotnego orgazmu. To trwa, trwa i trwa. Nie ważne czy facet potem nigdy nie zazna już rozkoszy, czy będzie w określonych miejscach cierpiał na niefajną nadwrażliwość, spekuluję. Ważne że dzięki takiej stymulacji facet nie będzie miał potrzeby wyłączenia kabla. Gruba, pomarszczona małżonka, trójka pyskatych bachorów, 20 pozostałych lat kredytu za mieszkanie do spłacenia, a w TV pokazują ataki islamskich ekstremistów na Wrocław (Europejską Stolicę Kultury). Po co ma wyłączać? Jedzie dalej. Skoro można tak siedząc przed komputerem, i jako druid walczyć z goblinami (czy co tam WoW ma do zaproponowania), nie jeść, nie pić, nie spać, nie defekować, to co dopiero może być z kablem podłączonym do mózgu???

Ciekawostka - jeden ze speców-dyrektorów z Segi, z typowym dla Japończyków technofilstwem, stwierdził że przyszłość elektronicznej rozrywki to właśnie implanty w ciało i podłączenie się do konsoli. Odważne słowa, biorąc pod uwagę że gość reprezentuje korporację co kiedyś rządziła większością konsolowego rynku, potknęła się o własne nogi, i teraz może sobie pozwolić jedynie na niezbyt częste wydawanie i tak nienajlepszych gier. Gość jednak jest twardy, zgłasza się na ochotnika. Ciekawe co z tego wyniknie.

Dlaczego ja jednak o tym cyberpunku? Zabulgotałem się dziś sam w sobie. Domofon mi się zepsuł. Przez jeden durny guziczek muszę biegać po pizzę na parter. Mniejsza z tym. Wymiana tego całego ustrojstwa może kosztować i tyle co stary telefon komórkowy. Dlaczego jednak te tępe maszyny - słuchawka i guzik do otwierania - nie zmieniają się od 20 lat? Technika idzie do przodu. Nie mówię już nawet o videofonach, tam jest wyświetlacz, kamerka, to kosztuje odpowiednio. Ale komórki są tanie jak barszcz. Dlaczego nie ma sprzężonych wynalazków - domofon podłączony do komórki. Siedzę przed telewizorem, nie chce mi się ruszać tyłka. Podłączony do domofonu komórek (karta prepaid, whateva) drynda do mnie. Na moim własnym komórku widzę że dzwoni numer DOMOFON. Odbieram. Przekierowanie rejestrowanego sygnału audio ze słuchawki trafia do mnie. Bo nie chce mi się ruszać. Wiem że to kolega. Mówię 'ok', rozłączam się i dzwonię na numer DOMOFON - co równa się automatycznemu puszczeniu impulsu do drzwi na klatkę schodową. To jest akurat czyste lenistwo. Ale - powiedzmy że przyjechał baran kurier, który za nic ma sugestię o której godzinie dowieźć paczkę, i dodzwania się akurat jak jestem w pracy. No to mogę najpierw typa od razu opierdolić że co on robi o 12-tej pod moim blokiem, jak miał być po 17-tej, i że zero awizo, albo niech wróci wieczorem, albo niech do mnie podjedzie do pracy. Taka sobie ewentualność.

Telefony stare są tanie jak barszcz. Taka technologia dla osoby kumatej w elektronice to pikuś. Jak mniemam. Mogę być w błędzie. Coraz więcej jest elektroniki, procesorów, urządzeń do komunikacji, a jakoś się tego nie widzi. Czemu nie mogę podłączyć lodówki do komputera, żeby ten sam regulował jej temperaturę, rozmrażał zamrażarkę (po wcześniejszym poinformowaniu mnie o tym), wynosił śmieci i prał za mnie bieliznę? No oka, ciuchy trzeba do pralki wsadzić, ale w momencie gdy prawie każde urządzenie AGD ma wbudowany procesor, to nie jest już science-fiction. To jest po prostu niewykorzystywanie tkwiącego w tych gadżetach i wszędobylskich komputerach potencjału.

No i stąd to moje rozwodzenie się - gdzie ten cały cyberpunk? Ale spoko, mamy jeszcze 10 lat...

Na deser cyberpunkowy teledysk polskiej produkcji ("Johnny Mnemonic" się kłania).


Z nowym rokiem...

...z nowym logiem, wklejonym w pierwszym wpisie. Logo oczywicie nie moje. Uwaga.

Autonals mode on (przynajmniej nie jestem jedyny). Wygrać to nie wygram, ale będę wnukom mógł opowiadac, ze mojego bloga czytał Wojciech Mann. Zgodnie z zaleceniami organizatorów konkursu uprzejmie informuję, ze biorę udział w tymze wyścigu cyfrowych gryzoni. Niech mnie tylko - pałę jeśli chodzi o kwestie internetu, HTMLa i pochodnych - ktoś poinformuje, jak logosa graficznego ręcznie wkleić gdzieś z boku strony, na tej listwie tej?

Tytułem podsumowania, w odniesieniu do poprzedniego wpisu - nie udało się doklikać do 20K, moje ego pozostaje niedopieszczone, godzina 17-ta z hakiem pierwszego stycznia to nie to o co mi chodziło. Wiem że się staraliście (taaaa, jaaaasne), dzięki. Na koniec roku poproszę 60K klików. To tyle, następny wpis będzie pewnie juz na jakiś temat.

A, zapomniałem. Z prawej jest - jak ktoś stosuje takie wynalazki - klikalnik dla obserwatorów. Coś jak wewnętrzny sprawdzacz RSSów dla klientów blogspota, nie trzeba w góglowym RSS readerze sprawdzać czy jak. Można sobie mnie dodać do podglądanych. Tako samo jako i ja z blogami ziomkostwa czynię. A potem i tak łażę po blogach ręcznie, bo nie mam zwyczaju tego sprawdzać. Ale jak kto takie wynalazki lubi, to proszę bardzo, ja chyba jednak przestaję nadążać za cyfrowym peletonem.