Takim OSTem jest właśnie dla mnie muzyka z "Mortal Kombat". Filmu nie uważam za najlepszy, co nie zmienia faktu że i tak go uwielbiam. Prawie 15 lat temu wybraliśmy się z tatą na pokaz do Relaxu. Byłem fanem cyklu. Jestem dotąd. Po tych 15 latach Mortal jest w dalszym ciągu jedną z najlepszych ekranizacji gry. Autorzy pierwszej części nie uważali się za lepszych scenarzystów od autorów gry - zrobili luźną adaptację będącą (jak i gra zresztą) wielkim pretekstem do następujących po sobie mordobić. Ten błąd popełniono przy dwójce, fabułą zabijając prosty film gdzie chodzi o pranie po pyskach. Autorzy nie obrażali też inteligencji odbiorcy jakimiś totalnymi bzdurami. Nie były one po prostu większe niż w grze. Tropikalna wyspa. Wojownicy z dwóch światów. Starcia. A w tle mocna muzyka. Mortal w jakiś sposób wyznaczył muzycznie standard podkładu dźwiękowego dla walk w amerykańskich produkcjach - metal, industrial albo transiwo. I super.
Film morze i się zestarzał (jak doczekam się wydania DVD pierwszej części to powiem co o tym myślę), album już nie.
Kurde, to składanka zajebistej muzyki jest. Beret spada przy trzecim traku - KMFDM i remiks ichniego "Juke Joint Jezebel". Gitara warczy, do tego plumka elektronik bit. Potem ciekawostka - kawałek z albumu Traci Lords - aktorki porno, co się przez pierwszego Blejda przewinęła (taki smaczek komiksowy). Wersja instrumental, w której Juno Reactor maczali paluchy. Jest też kawałek "Zero Signal" autorstwa Fear Factory, bodajże w klepance Sub Zero ze Scorpionem leciał. Pierwszy mój kontakt z tą kapitalną kapelą, ciężka stopa perkusji, pancerne riffy, elektroniczne przeszkadzajki w tle. Zresztą album "Demanufacture" ogólnie kopał zad. Jest też nastrojowy kawałek Type O Negative. Rzeźnia Napalm Death. I dupę kopiący kawałek tytułowy, zawiewający prostackim transiwem, ale i tak w swojej prostackości uroczy. Uwielbiam go do dziś, może to dzięki niemu mam lekkie skrzywienie w stronę goa/psy trance. No i przedostatni, instrumentalny kawałek ("Goro vs Art") z Bucketheadem na gitarze.
Do albumu co jakiś czas wracam. Nie całego - wyrywkowo. Są tam po prostu fajne kawałki, które mi się za młodu wryły w mózg nie gorzej niż parę scenek z tego prostego, acz uroczo bezpretensjonalnego filmu. Wrycie mi się tego albumu w mózg ma też efekty uboczne. Co jakiś czas czuję potrzebę założenia garażowo jazgoczącej nieudolnie kapelki, grającej covery kawałków z gier. Z Metal Geara, z Mario, czy właśnie tytułowego motywu z Mortala. Pankowa rzeźnia, gitary na przestery, darcie ryja. Jest tylko problem. Nie umiem grać na gitarze - zawsze chciałem przesterowanego elektryka, a miałem gitarę akustyczną, tylko rzeźbienie harcerskich akordów nigdy mnie nie kręciło. W efekcie jestem leszczem. No i jest drugi tylko problem. Nie mam gitary.
Co nie zmienia faktu że chętnie bym na taki koncert poszedł. Nie ważne jak słaba była by kapela - i tak chętnie wydarł był ryja.
Na koniec - kawałek z Mortala. Nieśmiertelny. Z wymienianiem zawodników. I darciem. Ryja.
Liu Kang. Sub Zero. Fight. Flawless Victory. FATALITY!!!
EDYT: HA!!! A takie coś wyszperałem w sieci, która jak wiadomo jest rozległa i nieskończona:



