niedziela, 2 listopada 2008

Oda do oldskula: retrogranie

Wbrew tytułowi posta nie będę pisał o River Raid, Mario, Boulder Dash i drugim Street Fighterze. Lubię starocie, tak jak mam sympatię do G.I. Joe i Transformersów, ale już mnie to nie jara, gry są nowocześniejsze, ładniejsze, często też lepsze, 8 bit to głównie nostalgia.

Dlaczego więc retrogranie? Zacznę od dupy strony. Lubię gry komputerowe i konsolowe jako świeże medium. Już nie arkadowe automaty z wozu Drzymały, czy smażalni ryb w Jastarni, ale medium. Medium narracyjny, opowiadające historię, operujące podobnymi chwytami co film czy, powierzmy, komiksy, ale wykorzystujące też brak bariery jaką mają powyższe media. Film czy komiks ktoś tworzy, odbiorca dostaje do rąk dzieło, z którym się biernie zapoznaje. Gra to coś więcej - w grze się uczestniczy, gracz staje się bohaterem. Autor ma dużo większy wpływ na odbiór dzieła. Nie ważne, czy to gry Kojimy, który lubi sobie zagrać na graczu, czy co innego. Takie Condemned na przykład - jako film była by to bzdurka o detektywie łomoczącym żuli gazrurką. W grze jest naprawdę ponuro i klimatycznie. To już nie żółte kółeczko łażące po labiryncie i zjadające groszki, uciekając przed duszkami. Tu patrzymy oczami bohatera na tych żuli co dostają rurą bez łeb. I jest inaczej.

Ale kurde, po iluś tam przekombinowanych grach z fabułą, bohaterami, wykreowanym światem, po prostu opowieścią którą się przeżywa, zwyczajnie ma się dość. I ma się znowu ochotę nie na grę którą się przechodzi, potem masteruje i tak dalej, nie. Ma się ochotę na luźną grę po prostu do pogrania. Tak jak odpalałem gry na Timexie (8-bitowiec taki, nie zegarek), i po prostu grałem, a jak się znudziło, to odpalałem z kasety coś innego. A co mogę zrobić dzisiaj, poza wygrzebaniem jakiś starusieńkich gierek z odmętów internetu? W sumie mogę zrobić to co zwykle - odpalić Xboxa.

Lego Star Wars - nie wiem czy wychodzi ze mnie dzieciuch, czy ta seria jest naprawdę tak zajebista. Chyba jest. Oddzielnie wyszła stara i nowa trylogia, jest też wersja z całą sagą w jednej grze, właśnie tą ostatnio katuję. Przeszedłem. Nie miałem dość. Gram dalej, aby wyszperać wszystkie znajdźki i bonusy oraz przejść dodatkowe misje, mieć 100% przejścia i 1000 punktów Gamescore (taki ranking xboxowy, jak ktoś nie wie). 6 epizodów, każdy to 6 rozdziałów. Ma się do wyboru parę postaci, odblokować i dokupić można dziesiątki kolejnych. Przejść Atak Klonów jako Boba Fett? Czemu nie? Oczywiście nie da się przejść tylko Bobą, bo do przejścia są potrzebne umiejętności różnych postaci, jedi, sithów, łowców nagród, droidów. Do przejścia gry wystarczą postaci podstawowe, ale bez bonusowych wszystkich dodatków się nie znajdzie. Rozdział zwykle jest prosty, idzie się do przodu, w bok, skacze, coś rozwali, coś zbuduje, dzięki temu coś się otworzy i idzie się dalej. Potem coś się przesunie mocą, rozwali paru szturmowców, znowu mocą się coś zrobi. Czasem się zmieni postać, co by do bonusa dotrzeć, dostępnego tylko dla jednego typu postaci. Trochę to platformer, trochę szuter, spostrzegawczym też trzeba być aby do wszystkiego się dokopać. Chodzi się, strzela i zbiera klocki. Buduje z klocków. Strzela do klocków. Jest się klockiem. Jeden czy kilka rozdziałów to idealny relaks po pracy. Bezstresowy, bo nie ma limitu żyć. Lepszy na pewno niż frustrujące bicie rekordów w rankingach w innych grach, czy masterowanie leveli na hardzie w Devil May Cry 4 czy Ninja Gaiden 2. Lubię te gry, ale bezstresowe to one nie są. A klocki i owszem, są. Pykam w Lego już 30 godzin, i nie mam dość. Znajdę wszystko co się da!

Castle Crashers - swego czasu powstawanie tej gry śledził kmh, ja nie śledziłem, ale demko wersji finalnej obadałem. I chciałem więcej. Giereczka okazała się być szczwanym klonem Golden Axe. Idziemy w prawo, sieczemy pojawiających się bedgajów. Jest jakaś fabuła, ale to nie ważne. W prawo, sieczem, kombosy są, magia też. W zależności od wybranego ludka są inne specjale. Jak w GA. Można wsiadać na stworki-wierzchowce, i siekać z siodła. jak w GA. Zdobywa się EXP, leveluje się, można rozwijać atrybuty postaci, normalnie miniRPG. Jak... Nooo, tego w GA nie było. Nie było też możliwości zmiany broni, dającej inne plusy i minusy do atrybutów, oraz znajdywania stworków co towarzyszą i dają swoją obecnością jakiegoś skilla. Poza tym Craszersi to kapitalna cartoonowa grafika, sugerująca lekko fleszowy rodowód, miła muzyczka, fajne (acz momentami niesmaczne) poczucie humoru autorów i tony miodu zwanego też grywalnością. Można tę grę ciachać samemu. Dużo fajniej jest we dwoje (przeszedłem całą z Olą, przy piwie z kolegą też było fajnie). Można też w 4 osoby, o ile ktoś ma tyle padów. Kmh wyemigrował do samych Niemiec, więc nie wiem kiedy będzie okazja to przetrenować, ale na pewno warto. Cartoonowy mayhem popełniany przez 4 nietrzeźwe osoby musi być naprawdę zabawny. Kurde. Ta gra to 8-bitowe patenty w nextgenowym (no, powiedzmy) wydaniu. Bąbeczka.

Gears of War - mówice sobie co chcecie. Wiem że ta gra to wizytówka konsoli Microsoftu. Że to czysty nextgen - 3D, grafika, fabuła, brutalność i srogość, oraz morderczy multi, czyli połączenie patentów, których w czasach grania dziś uznawanych za retro po prostu nie było. Dupa tam. Z wielką frajdą swego czasu tę grę przeszedłem w co-opie, raz z Bodziem (trym insane - naprawdę czysty obłęd), raz z Sasem (hardcore - mimo wszystko dla ludzi). I jak tak sobie z Sasikiem szarpaliśmy, ja z Wawy, On z Poznania, i wisieliśmy sobie na mikrofonach podpiętych do padów, to padło hasło że klimat jak na św.p. Amidze. Gry typu War Zone, czy Dogs of War (hm... dogs OF WAR???), dwóch typków przypiętych do dżojstików, idzie ludkami przed siebie i strzela do wszystkiego co się rusza, zbierając czasem znajdźki. Kurde. Pomijając oprawę (grafika, taktyczne strzały z za węgła, skikanie itd.), oraz dzielącą mnie od Sasa odległość - klimat ten sam! Przechodzimy level (o architekturze zamkniętego korytarza, pokonywanego na zasadzie 'ciągle do przodu'), kasujemy wszystkich, dochodzimy do końca, rozwalamy bossa. Tak się grało kiedyś. Tak się gra i dziś, tylko że dużo ładniej i brutalniej. Pieprzyć popiardywania pecetowców, marudzących że średnio i nieładnie i cośtam, i Bleszyński jest wał jeśli mówi że rynek pecetowy się kończy. W końcu na pieca ta gra wyszła dobre pół roku chyba po premierze na Xboxa. W swoim momencie wizualnie kasowała wszystko. Grywalnością miażdży nadal. Gliczami i bugami trzeba przyznać że też. Chrzanić to. Za tydzień wychodzi druga część cyklu. Preorder już zrobiony. Będzie wersja kolektorska. I znowu przejdę ją pewnie ze 3 razy, a potem powrócę na łono boxowego multipleja. Ba. Kto wie, czy klan Koraliki nie doczeka się reaktywacji. Znowu będzie dobrze. Krwawo. Nextgenowo. Ale i oldskulowo. For the Fallen!

Pod skryptem: Makłowicz, w Chorwacji, przebrany za Indianina, smaży właśnie na 2-ce panierowane żaby. Strendż... Co oni mu dosypują do żarcia? Z drugiej strony - jak typa nie lubić?

15 komentarzy:

kmh pisze...

Szczecin już od tysiąca lat jest polski i w Polsce!

Gonzo pisze...

czcze gadanie.

Mr. Herring pisze...

To jest to, Gons, co mnie do Girsów przykuło i nadal trzyma. Oldschool vibe. Bez pierdzenia głównych bohaterów na smuty/tematy. Czysty rozwał-czysty fun. Ale ty już wiesz co nam zrobiły pieprzone fagasy z GoW2 wydaniem PL...

kmh pisze...

Co zrobiły?

Dabing?

Mr. Herring pisze...

No, nie. Wycięli nam kody z pudełek na "Flashback map pack", Polacy nie ściągną odświeżonych mapek z pierwszego GoW, dla mnie jako starego wygi to potężny cios. IMHO to strzelanie sobie w stopę, ludziska wycofują preordery i zamawiają kopie z UK lub play-asii.

Anonimowy Grzybiarz pisze...

gry z lego są extra. Ostatnio przymierzam się do zakupu Indiany Lego Jonesa, ale brak mi hajsu. Pod choinkę poproszę. No i oczywiście trzeba będzie obczaić Lego batman The video game (o wersji PSP na naszym blogu).
ech...
klocki...

klc pisze...

A ja się dzisiaj złamałem, zeszmaciłem, dałem omamić propagandzie i kupiłem trzeciego Fallouta. I wiem, że będę tego gorzko żałował i pluł żółcią, co te chuje z Bethesdy zrobiły z moją ukochaną serią. Ale cóż, człowieku, nie strzymasz, oj, nie strzymasz.

PS: ten bloggerowy automat, co każe zbitki liter wpisywać, czasami generuje całkiem fajne ciągi. Teraz każe mi wpisać "fiboingu" - to brzmi jak coś nieprzyzwoitego po japońsku.

Gonzo pisze...

mnie ta seria wisi, jest więc szansa że F3 podejdzie.

A co do polskich wydań gier - co zrobić, Małymniętki w kule z Live już dłuższy czas pogrywa. tak długo że przestali mówić że usługa będzie w polsce 'już niedługo'. ciekawe czy za tej genmeracji konsol się doczekamy.

klc pisze...

"Fallout" Ci wisi? O.O
I w jakieś chujowe Lego grasz? O.O
To się gówno na grach znasz, ziom.

Przemek pisze...

jako osoba uzależniająca grywalność od tego czy się da pykać myszką, to ty akurat dużo do powiedzenia w temacie kto się zna nie masz :]

Marceli pisze...

oftopiczna prywata - wbij do Cara, wreszcie knigę dla Ciebie dostarczyłem, jak skończysz i bedziesz mniał czas, to oddaj Carowi, se ją kiedyś odbiorę.

A topicznie - to ze względu na 3 Fallouta, który nie jest genialny, ale bardzo przyzwoicie wypełnia czas m-dzy 01:00 a 06:00 rano, udało mi się wreszcie odstawić Monkey Island :)

Gonzo pisze...

no może F3 obczaję, jak się od Gears of War 2 odkleję :]

klc pisze...

Gonzo/Przemku, a tak w ogóle to czemu się tu pojawiasz w dwóch osobach? :p

PS: to chyba oczywiste, że bez myszki grać się nie da :p

Julek pisze...

Tak czytam Gonzo to, co piszesz o GoW`ie, o jego klimacie, wojennej, brudnej atmosferze, to mam przed oczami... Starcrafta. Ale nie pod względem gameplayu, tylko pod względem fabularnym. Bo ja w grę Blizza -miszczów-w-wyciąganiu-kasy-od-swoich-klientów-którzy-ze-swoich-gier-robią-religię- gram teraz dla filmików, brifengów, historii i atmosfery kosmicznej wojny, dziejącej się na jakimś galaktycznym zadupiu, w której wszyscy, koniec końców, przegrywamy.

Starcraft był pozbawiony cukierkowatości w designie, naiwności w fabule, heroizmu w wojnie i dobrego zakończenia na końcu. Pomijając jego walory czysto mechanicznie, doskonałe zbalansowanie etc etc, tym stał SC bardzo mocno.

Gonzo pisze...

ja właśnie starcrafta nie lubiłem zanadto, wolałem warcrafta. co do designu to wydawał mi się jakoś (keidyś, ledwo pamiętam) zbyt sterylny, GoW to niejako rozwinięcie lucuasowskiej 'używanej przyszłości'. w sumie przyszłość używana, przeżuta i wyrzygana. no i ten syf się obserwuej nie z wysoka, a ze środka, a jak kroję kogoś piłą spalinową to czuję drgania w dłoni :]