/na uchach - John Coltrane "Blue Train"/
"Towarzysze zmierzchu" - a już miałem sobie odpuścić ten komiks. W tępocie swej czasem stwierdzam że nie przepadam za komiksem europejskim, chociaż uważam że dobre dzieło broni się bez względu na gatunek, stylistykę czy kraj pochodzenia. Ale cena "Towarzyszy..." raczej srogą jest, więc mało brakowało co bym sobie odpuścił. To byłby błąd. To jeden z najlepszych komiksów jakie ostatnio wchłonąłem.
Bourgeon nakreślił luźną fabułę wiążącą trzy składające się na tom albumy, jednak im bliżej końca, tym bardziej intryga się zacieśnia. Autor z maestrią
zawieisił akcję pomiędzy rzeczywistością historyczną a fantastyczną, spustoszenia jakie Francji uczyniła Wojna Stuletnia przeplatają się ze światem stworzeń nadnaturalnych i magii. Jako miłośnik mitów i legend czytałem te metafizyczne fragmenty żarłocznie,
Bourgeon pomieszał wierzenia chrześcijańskie z niewyplenionym jeszcze pogaństwem, efekt znakomity. Nie gorzej jest rysunkowo. W pierwszym tomie momentami straszą czasem szkaradne gęby, potem jest już tylko lepiej. Średniowieczna architektura, zdobienia na murach, zabawa z oddaniem układu belek na stropie czy w ścianach - wszystko to oddane z pietyzmem. Legendarny jest już chyba wspomniana przez Birka w posłowiu makieta zamku, który sobie autor wymyślił zgodnie ze średniowiecznymi standardami budowy, i właśnie tę makietę przerysowywał. Komiks jeszcze raz polecam.
Bourgeon zrobił ze średniowieczem to co Eastwood z Dzikim Zachodem w "Bez przebaczenia" - to świat ponury, brutalny, zdemoralizowany, pełen antybohaterów, mimo tego fascynuje. Może właśnie dlatego. Może z innych powodów. Nie chcę się rozwodzić, bo wykraczam poza swą
pigułkową formę
polecanek, a nie chcę psuć zabawy. Po prostu trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kogo nie zaciekawi dokąd i po co zmierza Rycerz bez twarzy. Ku przeznaczeniu. Jasne. Ale jakiemu? Właśnie o tym jest ten komiks.
"Hellblazer #2: Strach i wstręt" - oryginalny tytuł ("
Fear and
Loathing") nawiązuje oczywiście do kultowego "Lęku i odrazy w Las Vegas" Thompsona (jeszcze bardziej kultowa jest u nas ekranizacja
Gilliama p.t. "Las Vegas parano"). Dlaczego więc przy tłumaczeniu zrezygnowano z oficjalnej polskiej wersji tytułu książki? Nie rozumiem. Może się tłumaczce nie podobało, jej prawo. Ale niejako obowiązkiem tłumacza jest przekładanie nie tylko na język, ale też na zrozumiałe konteksty, tu jest już pod górkę. A jak komiks? Zafundował mi o dziwo mniej emocji niż konsternacja spowodowana tłumaczeniem tytułu. Parę mało ciekawych
szorciaków (
Constantine ma 40-te urodziny,
cośtam cośtam), i jedna dłuższa tytułowa opowieść. Nie pamiętam o czym była. "Niebezpieczne nawyki" wypadają na tym tle dużo lepiej, po paru miesiącach ciągle pamiętam o czym był debiut
Hellblazera w Polsce. Tutaj jakoś treść po mnie spłynęła,
Ellis pokazuje że największy syf to nie piekło i demony, a rzeczywistość i ludzie. OK. Ale najbardziej zajmująca opowieść o cynicznym okultyście to chyba nie jest. Gdyby tak było, to
kultowość cyklu była by naprawdę wielką zagadką. Ale warto chyba przeczytać, tak samo jak chyba warto czekać na resztę. Chyba. A, dziwne też że Egmont nie poleciał z tomem z zeszytami po "Niebezpiecznych nawykach", ale zdaje się że w USA to był właśnie
trejd #2. Ta. Co akurat dla mnie nie jest wytłumaczeniem. Inna sprawa że kolejność wychodzenia
Hellblazera w
TPB to temat na referat. Jeszcze jedna sprawa - już przy poprzednim tomie zwracałem uwagę na
niezrozumiałość pewnych wątków, które nawiązywały do wydarzeń z poprzednich zeszytów. Ten tom pogłębia u mnie to przekonanie. Choćby wspomniane urodziny, tym bardziej nieciekawe że nie znałem żadnego z gości
Constantine'a. Poza
Phantom Strangerem. Którego wspomniany w pijacki sposób obraża. I
Stranger znika. Koniec. I o
Hellblazerze też koniec.
"Kroniki Birmańskie" - kawał porządnego komiksu. Bo duży i długi. Jak dla mnie jednak za długi, czytałem od pewnego momentu na siłę, by skończyć. Bardzo podobał mi się "Phenian"
Delisle'a, jako zbiór spostrzeżeń dotyczących reżimu totalitarnego, ale zebranych z jego środka, nie jako zbiór zasłyszanych 'ciekawostek'. Podobnie autor rozprawia się z Birmą. Różnica pomiędzy oboma komiksami polega na tym, że "Kroniki..." są bardziej biograficzne, nastawione na spostrzeżenia dotyczące własnej pracy, wychowywania małego synka, oraz zwykłego życia, w trakcie życia w kraju - podobnie jak Korea Północna - totalitarnym. Może dlatego że autor miał więcej czasu, to rozwlekł się bardziej, i
całość bogatsza jest o treści mnie osobiście nużące. Nie nudzące. Nużące. Dobrym przykładem może być choćby
Impreza z bodajże ambasady francuskiej. Na imprezie się nic nie dzieje.
Puentą 2-planszowej opowiastki jest
sraczka, której autor dostał po pasztecie. Koniec. Nie porywają takie historie. Z drugiej strony dla opowiastek dotyczących birmańskich realiów warto ten album przeczytać. Dla mnie jest jednak zbyt rozwleczony.
Historie, takie jak opis szkolenia dotyczącego medytacji w klasztorze buddyjskim, rekompensują mi jednak flegmatyczne
fragmenty. Reasumując: podobna dawka miodu jak przy okazji znakomitego "Phenianu", ale na prawie o 50% rozwleczonej objętości.
"Trzy paradoksy" - no jak Kultura, to lecimy seryjnie. Tylna strona okładki tego komiksu, to czysty onanizm nad wspomnianym dziełem.
Gópi jezdem, bo nie wiem czym umotywowany.
Hornschemeier w fajny sposób zabawia się formalnie, prezentując historię na kilku planach. Pierwszy to
młody autor komiksów, odwiedzający
swoich rodziców, można powiedzieć że historia pisklęcia odwiedzającego macierzyste gniazdo. Drugi plan to retrospekcje,
opowieść o dzieciństwie autora. Trzeci to komiks tworzony przez autora. Jest też czwarty plan, spinający poprzednie trzy - Zenon z Elei opowiada o swoich paradoksach. O ile historie fajnie ze sobą współgrają i fajne jest zróżnicowanie formalne poszczególnych płaszczyzn (np. paradoksy Zenona są
cartoonowe, a komiks tworzony przez autora mają charakter szkicowy), to same w sobie te historie nie wciągnęły mnie ani trochę. Nic a nic. Fajnie że narracja, fajnie że operowanie technikami, szkoda że efekt końcowy przeszedł koło mnie. Może nie jestem targetem. Może za mało lubię filozofię antyczną (a nie przepadam w ogóle), i dlatego nie chciało mi się bawić w analizę kolejnych płaszczyzn według paradoksów Zenona. Może to po prostu ciężki komiks. Nie wiem.
"Wartości rodzinne #1: Nie wszyscy są zadowoleni" - lubię komiksy Śledzia, głównie za spostrzeżenia społeczne i humor, ale też za rysunek. Nie ma sensu się rozwodzić, w pierwszym zeszycie nowej serii znajdzie się to, czego można u Śledzia oczekiwać. Trochę Simpsonów i
Family Guy'a, ale w polskim, nieco moherowym sosie. Niby na jednej z pierwszych plansz telewizor pieprzy o dupie
Maryni z jakiś nie wiadomo kim, ale pierwotnie miał być rzekomo jeden z braci Mroczków. To ja wolałem Mroczka. Wiedział bym chociaż o co
kaman. Ale to na marginesie. Generalnie - zaczyna się seria przyzwoicie, ale... Mam nadzieję że po 3-4 zeszytach nie odechce się Śledziowi jej ciągnąć, że ma pomysł co z nią zrobić dalej, to raz. Dwa - liczę na to że nie stanie ona na drodze ukończenia 3-
ciego tomu "Na szybko spisane". Śledź - zakładam że możesz to czytać. Ładnie proszę. Nie daj dupy. To tak jako
malkontektor. Jako
supermegaoptymista - niby cena to aż 15 dzika,
aaaaleee... wydane toto na
supermegagrubaśnym papierze. Może szybko się czyta (jak ktoś czyta wolno, to jego zysk), ale komiks na bank nie
ściacha się tak szybko jak amerykańskie zeszyty. I zeszyty z Mandragory (R.I.P.).
"Kompot" - HA! Lecę Kulturą Gniewu, to będę
konsekwentny. Nie omawiam tu do końca wydawnictwa KG, a komiks tylko przez KG dystrybuowany o ile pamiętam (nie mam go pod ręką), wydany
koprodukcyjnie, przez Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Kultury Polskiej w Izraelu i parę innych organizacji. Dzieło zawiera polsko-izraelskie koprodukcje, miały być
comba rysownik-scenarzysta,
skończyło się na tym że tylko jeden komiks (jeden z lepszych) powstał do izraelskiego scenariusza, z izraelskimi rysunkami, i ze śledziowym kolorem. W efekcie komiks wygląda jak śledziowy. Rysunkowo uważam że nasi są góra. Rysunki Śledzia, Mieszkowskiego czy Ostrowskiego pokazują klasę. Komiksy izraelskie zwykle (choć nie zawsze) wydają się być bardziej stonowane, czasem też operują typowo
pszrenową wrażliwością, w czym wydaje się przodować jeden z autorów(
ek???) z okolic
Morza Martwego. Antologię warto nabyć jako pokaz polskich możliwości i szczyptę egzotyki z za
Morza Śródziemnego, a także jako próbę dialogu ponad (niby) podziałami,
aaaale... Dla nie których barierą okaże się cena. Tomiszcze jest grubawe, ale tak naprawdę treścią jest niewiele ponad 100 stron, druga połowa to ta sama
treść po hebrajsku. Czy warto było zwiększać objętość 2-krotnie i podkręcać cenę, wiedząc o tym że spora
część sympatyków zrezygnuje z zakupu, licząc na to, że komiks zachęci osoby władające językiem
hebrajskim? 45 złotych za niewiele ponad 100-stronicowy komiks to w sumie sporo. Pytanie więc do wydawców, może odpowiedzą za jakiś czas. Warto było?
"Manga po polsku" - jadę Kulturą Gniewu, to pojadę do oporu. Wygrzebałem ze sklepu komiksowego wydawnictwo z przed 5 lat. Niby sporo autorów:
Frąś, Truściński,
Rebelka, Gonzales, Dąbrowski, ale mam wrażenie że każdy katował prawie to samo. Temat: manga, a to temat rozległy, jednak jakoś tak wypadło, że połowa autorów katowała "
Sailor Moon", pozostała połowa "Dragon
Ball", ktoś tam jeszcze Pokemony i co ino, a pozostali wzięli się za inne tematy. Są komiksy lepsze (Jeże Jeże, parafraza "7 Samurajów"), są gorsze (wszelkie lipne zabawy
Sailor Moon), ale ogólnie zabrakło redaktora albumu, który drugiemu z rzędu kandydatowi do komiksu z
sailorkami powiedział by 'o nie, temat zaklepany'. W efekcie jest anarchistyczny, ale i monotonny
fristajl, momentami fajny jako eksperyment, momentami fajny sam w sobie, ale jednak nie
satysfakcjonujący. I jak to się stało że Adler maznął tylko cokolwiek na wewnętrzną część okładki???
Pytanie do Wiedzących: bo mnie się zdawało że do tego albumu coś zrobił Bizon z Produktu, i że było to coś o
Usagim Yojimbo. Niby o
Usagim jest, ale to Dąbrowskiego. Porąbało mnie się???