środa, 31 grudnia 2008

Zróbcie mi dobrze

Wiem że spóźniony apel, ale co tam.

Zachęcajcie dziś znajomych do wchodzenia na tego bloga. Tylko 85 klików dzieli mnie od przekroczenia 20K w Starym Roku. Nie pozwólcie, żeby moje ego oklapło w tę wyjątkową noc.

Dziękuję.

Jestem skażony Japonią

No jak w tytule. Co jakiś czas wraca mi faza na Japonię - ostatnio obejrzałem te anime Satoshiego Kona z którymi nie miałem styczności, jaram się że w styczniu będzie nowy Usagi Yojimbo, za to na konsoli jako odskocznię od szuterów i erpegów mam też japońszczyznę. Niedługo będzie capcomowy "Resident Evil 5", pewnie za jakiś czas pojawi się jakiś slaszer z kraju kwitnącej wiśni, a ostatnio toczę babola. Gluta znaczy. Znaczy dosłownie. "Beautiful Katamari" - idealna odsapka po pracy czilałtowa, porąbaństwo które mogli wymyślić tylko japońscy projektanci, i to po porządnej porcji jakichś proszków.

No więc jest się glutem. Toczymy kulę, która wszystko do siebie po drodze lepi - trzeba kleić mniejsze rzeczy, a większych unikać. Koniec. Lepimy kapsle, monety, gumy do żucia, ołówki, pączki, myszy, koty, butelki, stoły i krzesła, sztabki złota, ludzi, jak leci, coraz większe. Grafika raczej symboliczna, ale sama historia (TO MA FABUŁĘ!!!) i oprawa przerywników kwasiarska niemiłosiernie, czuć japońskość na kilometr. O pochodzeniu nie pozwala też zapomnieć strefa audio, w której oralnie gwałci gracza jakaś wykonawczyni J-popu. Lepimy gluta i tyle. Jest też premiowanie za to co lepimy, punkty, te sprawy, ale tego jeszcze nie rozgryzłem. Ja po prostu sobie lepię. Dodatkowo gra ma co-opa - upierdliwego jak 150, ale jak żadna inna gra uczącego jak ważne we współdziałaniu jest wzajemna komunikacja i zrozumienie. W związku nieocenione.



Faza na japońszczyznę okazuje się być zaraźliwa. Znaczy ja rozumiem, ja. Za młodu tuczono mnie "Amerykańskim Nindża", Szogunem, w TV dało się obczaić "Siedmiu samurajów", przed obłędem związanym z Pegasusem załapałem się u kumpli na prawdziwego NESa, a po szkole oglądało się "Kapitana Tsubasę" i "Yattamanów". To się inaczej skończyć po prostu nie mogło. Moje skorupki za młodu właśnie tym nasiąkły.

No i teraz trącają na osoby postronne. Właśnie obok Ola toczy namiętnie babola, jest już parę leveli dalej niż ja. Bo to gra dla niej właśnie, ja za długo nie mogę. Ale właśnie sama nadrabia resztkę zaległości z anime Kona, jest w okolicach 15 tomu Usagiego (rozpoczęła przygodę z serią jakiś miesiąc temu O_o), a od "Gears of War" woli "Ninja Gaiden 2". "Cowboya Bebopa", "Samurai Champloo", GITSa 1 i 2, i pozostałe klasyki ma dawno przerobione. A na gwiazdkę skrawiła mi "Kojiki, czyli księga dawnych wydarzeń" - historyczne dzieło opisujące po części japońską historię, a po części mity, kosmologię, stworzenie świata, Japonii i tak dalej. Bąba.

Pytanie - co by tu dalej? Na początek nie zaszkodzi powtórna restauracja w jakiejś knajpce z sushi. A potem? Powtórzyć "Shoguna" z Chamberlainem i Mifune? Może nie, bo to już nie ta magia co w dzieciństwie, wyjdzie drugi "Ostatni Samurai" w efekcie czy co, poza tym dziwnie będzie się oglądało ze świadomością że główny bohater to gej. Retrospektywa Kurosawy? Czemu nie. Oli, jak skończy Usagiego, pewnie podrzucę "Samotnego Wilka i Szczenię". A co dla mnie? Piąty Rezydent, nowy Street Fighter i parę innych rzeczy z Japonii, w końcu wciąż czekam na nowego MGSa na Xboxie. Acz możliwe że prędzej się doczekam japońskiej konsoli, niż konwersji tej gry na platformę buców z Redmond. No i filmy. O tak filmy.

Takashi Miike skręcił fabularny remake "Yattamanów".

Będzie srogo.

sobota, 27 grudnia 2008

Duszolot

Jako konsekwentnie niesłowny bloger (ha! mamotatojestemblogerem!!!) nie napiszę nic o grach. Choć bardzo bym chciał. Psuje mi to koncepcję napisania 66 postów pod rząd o grach. Zamiast tego poklepię o muzyce.

O ile rozumiem retrogranie w celach poznawczych, żeby zagrać w gry które się ominęło, albo wziąć orzeźwiający wdech oldskula, dający wytchnienie od zakisłej współczesności, o tyle nie czaję katowania po raz 5-ty gier z przed dziesięiu lat. Emulacja "Street Fightera Alpha 3"- tak, zbawianie Forgotten Realmsów w Baldurze - nie.

Co innego jednak o muzyce. Wiadomo że od lat wszystko się powtarza, nie ma nowych prądów bez bazowania na starych (zwykle), ale smutne jest to że od iluś tam lat prawie nic nie dzieje się w muzyce fajnego co by mnie akurat ruszyło. Moda na nu-metal szybko się wyczerpała, stoner rock jest fajny jak gra tak parę zespołów, a nie jak leci za nimi horda klonów, a indie było skompromitowane w moich oczach od początku swojego istnienia.

Co pozostaje muzykowi który chce się ze swoją muzyką zmieniać, ale nie widzi nic przed sobą? Cofnąć się w rozwoju. Oczywiście nie mówię o obłąkanych wizjonerach i prawdziwych nowatorach. Tylko o tych fachowych gościach co mają na koncie już dziesiątki albumów i niejedną granicę przekroczyli jako jedni z pierwszych czy jako pierwsi.

Będzie o Maxie Cavalerze. Facet traszował z Sepulturą, potem skręcił z nią w rejony etno-metalu łamanego na inspirowany Kornem nu-metal. Pokłócił się z bratem i kumplami z kapeli, założył Soulfly, gdzie na luzie mógł tworzyć autorską muzykę bez kręcących nosami kolegów z którymi przez lata nie jedną strunę na koncercie zdał. Pierwszy album - w pytąga, rozwinięcie pomysłu z genialnego "Roots" - etno, ostra gitara, lasy tropikalne umierają, a ostatni indianie dorzecza amazonki odurzeni halucynogenami biegają dookoła ogniska łojąc na elektrycznych gitarach. 2ga płyta była taką słabszą 'jedynką' - tytułowe "Primitive" było dobrym hiciorem, ale czuć było spadek formy. "III" to kontynuacja kondycji spadkowej, "Prophecy" już nawet potem nie słuchałem, acz ponoć nie zła, nie wiem - może to tam nastąpiła zmiana brzmienia?

Na pewno inaczej od poprzedników brzmi "Dark Ages" - traszowe pierdolnięcie między oczy. Max zrobił w tył zwrot, i pojechał surowymi brzmieniami, jakie uprawiał z Sepulturą jeszcze przed "Chaos A.D.". Cofnął się w prawdziwe Wieki Ciemne swojego brzmienia. I dobrze. Kawałek "Arise Again" kopie dupala aż miło. "Carved Inside" nawet jeszcze bardziej.

W międzyczasie Max wydał z bratem z którym się już pogodził (prawdziwa telenowela brazylijska) album projektu Cavalera Conspiracy - nie mogłem tego przesłuchać, każdy kolejny kawałek brzmiał jak pierwszy, a pierwszy brzmiał jak pierwsze trzy albumy Soulfly. Zwątpiłem w Maxa. Ponownie. Ponownie błędnie.

"Conquer" - album przybył, dał się posłuchać i mnie podbił. Koniec. Znowu srogie napierdalamento o brzmieniu zapomnianym, a którego mi brakuje. Tu sieka jak Slayer, tu darcie ryja jak Anzelmo z Pantery... Jak Anzelmo z Down. Dodatkowo pobrzmiewają tu i uwdzie orientalne (nie brazylijskie) klimaty, ale dawkowane są oszczędnie, by nie przerosnąc utworów, nie odebrać im soczystego brutalizmu. A na koniec 6-ta odsłona kawałka "Soulfly" - tym razem w wersji 'metalowa ballada' - dobrze to nie brzmi, ale dobrze przypieczętowywuje tą godzinną odę do lat 90-tych.

Jestem chyba stary, za stary na nowe przekombinowane, lansowane odmiany rocka. Ale jak coś bazuje na tym, czego słuchałem za młodu, czy brzmieniach niemal retro, jak bazująca na Sabbathach kapelka Priestess, i jest to zagrane oryginalnie i z głową, no to czapki z głów. Max, dałeś radę. A dawać radę tylke lat, nawet cofając się w czasie o dekadę lub dwie po okresie świeżych poszukiwań, to sztuka.

Cofanie się w czasie może zrobić dobrze. Dobrze zrobiło Soulflajowi, podobno także Fisza dobrze nakręciło spojrzenie na swe lata ogólniakowe. Posłuchamy, to następny w kolejce. Hiphopowy album o tytule "Heavi Metal" nie może być zły.

Pod skryptem: jak ktoś nie słuchał, to polecam digipackowe, 2-płytowe wydanie pierwszej płytki Soulflaja - parę kawałków koncertowych, a poza nimi zajebiste remiksy - po prostu pieśni plemienne nomadów przyszłości. Bombeczka. Ja tymczasem muszę na specjalne wydanie "Conquera" zapolować - bonusowa płytka DVD z koncertem ze Stodoły zobowiązuje. Ciekawe czy słychać na niej cokolwiek więcej niż na zafajdanych koncertach w tym uber-słabo nagłośnionym lokalu? Posłuchamy, zobaczymy.

piątek, 26 grudnia 2008

Konsolowe spojrzenie na rok 2008 #3

"Wszyscy jesteśmy gotowi na nieprzewidziane wydarzenia, do których może dojść albo nie dojść."
George W. Bush

Nie zamierzam robić podsumowania roku, z gier w które grałem przez ostatnie 12 miesięcy pamiętam tylko "Guitar Hero 3", kapitalnego "Mass Effecta", będącego dla mnie objawieniem "DMC4", "Gears of War 2", no i oczywiście resztę produkcji która pojawiła się na sam koniec roku.

Nie rozumiem, ale w trakcie ostatniego kwartału roku wyszło więcej mast-have'ów niż przez cały rok. Istne zatrzęsienie, i nie ma tylko czasu we wszystko popykać.

Najstarszą chyba zaległością jest dla mnie "Star Wars: Force Unleashed" - czyli stawarsowy chodzony slaszer (woo-hoo!), pozwalający zaszaleć po ciemnej stronie Mocy (WOO-HOO!!!). Gra miała niesamowicie wyglądać i mieć rewelacyjny silnik fizyki obiektów i płaszczyzn, wyszło zaledwie przyzwoicie i bez podniety. Co nie zmienia faktu że zabawa w cięcie szturmowców mieczem świetlnym nie może nie pobudzać wyobraźni, dodatkowo nieznana historia ucznia Vadera ma ponoć kapitalną fabułę, więc jako fanboj SW zagrać w to MUSZĘ.

"Fable II" - dopiero napocząłem, więc trudno mi oceniać, ale pierwszy efekt to oczarowanie. 1-wsza część nie była pełnią tego co obiecał Peter Molyneux, 2-ka już bardziej. Można kupić dom, sklep, pyknąć prostytutkę (albo i zrobić gruppen party), wziąć ślub, dorobić się dziecka, ma się czworonożnego przyjaciela którego można uczyć sztuczek, można dorabiać u krawca czy kowala, szukać zakopanych skarbów, penetrować krainę która powoli przestaje być zamkniętymi trasami w lesie czy we wsi, a zbliża się do ograniczonego "Obliviona". Ale ja wymieniam tylko ciekawostki. Dyktując ceny w sklepach i wynajmowanych domach można być dobroczyńcą lub sknerą, i przydusić mieszkańców miasta, albo właśnie nakręcić lokalną ekonomię. Poza tym fajna grafika, muzyka, animacja postaci, baśniowy quest do zrobienia, i pewnie sporo sidequestów. Początek zabawy dał mi uczucie że wzięto to co najlepsze z "Obliviona", ale bez obciążających go skaz, no może świat nie jest gigantyczny, zmieszano to z paroma rozwiązaniami z "GTA:San Andreas" (dziary, ubrania, statsy uzależnione od używania określonych umiejętności, dziewczyny do uwodzenia i wykorzystywania/wielbienia - te czois iz jors), a wszystko wrzucono w zabarwione fantasy realia hm... europejskiego odrodzenia? Jest w co się bawić, i tej grze zamierzam poświęcić teraz uwagę.

W odwodzie czekają też kolejne rzeczy.

"Fallout 3" - najnowsza część kultowego cyklu na silniku "Obliviona", czylki jest trójwymiarowo i wszyscy mają gęby jak mutanty (nawet jeśli nimi nie są). Zewsząd słyszałem głosy że nie rorównuje poprzednim dwum częściom, ale oceniając F3 w od cyklu to porządna gra. Trzeba więc zagrać, postapokalipsa jest w cenie, a więź z F1 i F2 mnie nie rusza, bo nigdy nie lubiłem, nie dałem się porwać.

"Far Cry 2" - czyli kapitalna grafika i ponowna zabawa w najemnika w tropikach. Wolę klimaty hawajskie jak w części pierwszej niż Afrykę, ale i tym co 2-ka proponuje nie pogardzę, bo ponoć kapitalnie wygląda, a w dobre FPP dawno nie grałem ("Battlefield: Bad Company" w sumie nic poza niszczeniem ścian nie miało do zaproponowania).

"Too Human" - miała być rewolucja albo przynajmniej rewelacja, wyszedł ponoć lekki zawód. Mieszanina wierzeń nordyckich z epickim cyberpunkiem, lekkie zacięcie RPG (drzewko skilli), no i możliwość przejścia gry zarówno shooter-stajli, jak i jako slaszera, zależy jak sobie zawodnika rozwiniemy. Wygląda zdaje się fachowo, ale ludziom coś w tej grze nie styka, poza tym krótka. Może porzyczę (jeśli będzie od kogo), kupował nie będę. Hm, w sumie gra nie z ostatniego kwartału a z sierpnia. Na gram.pl za 99 dzika. Jak nikt nie ma to pomyślimy...

"Prince of Persia" - znana seria, nowe (i nietypowe) podejście do tematu. Bajeczne lokacje, kapitalna cell shadingowa grafika, klimat wielkiej przygody. Baśniowe "the Sands of Time" było dla mnie mistrzostwem, więc w nową odsłonę serii MUSZĘ poszarpać, zwłaszcza że wygląda cudnie, a recenzenci porównują nowego Księcia to do "ICO", to do "Shadow of the Colossus". Czyli trzeba. Gorzej, że nie oznacza to że gra mi podejdzie. Niektórzy zarzucają też zbytnią lajtowość, lecenie na automacie przez całą grę bez możliwości śmierci, połączone z oglądaniem widoków. To samo mi właśnie nie pasiło w "Assassins Creed", tych samych autorów, jako gracz miałem w sumie mało do roboty, miałem dać się porwać grze pięknem grafiki, architektury itd. Dla mnie to za mało. Poczekam, koniecznie pogram i zobaczę. Możliwe że za dużo oczekuję.

"Guitar Hero: World Tour" i "Rock Band 2" - no to już są cuda na kiju, gry nie tylko z gitarą, ale cały zespół z perkusją włącznie. Za około 800 dzika. Korci, ale się powstrzymuję. Muszę do kogoś wpaść poszaleć na garach, jeśli będzie okazja. Niewykluczone że złapię bakcyla. Acz za tą sumę to można kupić PSP i parę gierek...


Sporo się tego posypało przed świętami jak nigdy więcej, część tego to Xboxowe excluzivy, ale przyszłość mojej konsolki wygląda już nieco mniej różowo. Owszem, przyszły rok to też sporo premier, między innymi "Street Fighter 4" i "Resident Evil 5", obie gry prezentują się świetnie, ale obie to multiplatformówy. Czy na Xboxa czeka jakiś excluzive? Hmmm... Jakaś samochodówka, gdzie jeździ się (a może nawet strzela) Vinem Dieselem. Dziękuję, postoję, wolę kolejną kinową część Kronik Riddicka. Albo przynajmniej konsolową. A, przepraszam, zbliża się remake znakomitej "Ucieczki z Buther's Bay", czyli "The Chronicles of Riddick: Assault on Dark Athena". Ups, sora. Też multiplatform. Poważnie - Microsoft zaszalał, odbierając Sony wyłączność na większość serii zarezerwowanych dotąd dla Playstation. Na przyszły rok dla odmiany nie ma prawie własnych tytułów na wyłączność. Klientów Sony, proponując im to samo co już mają obiecane, się nie odbierze. A i własnych można stracić, bo Sony nie śpi, i coraz bardziej nabiera rozpędu. Ten rok byli w plecy, ale coś czuję że przyszły mogą namieszać.

X360 zaczął wcześniej, miał lepszą (większą) ofertę gier, sprawnie działające środowisko i duży nacisk na multi. Jedyne co z tego pozostaje teraz Xboxowi to niższa, dużo niższa cena. MS nie zarabia na konsolach, ale i nie traci. Sony ponoć dokłada, a sprzedaje platform wyraźnie mniej, więc na grach sobie nie odbije za szybko. Ale za to ma już tytuły którymi mnie kusi: "Little Big Planet", "Heavenly Sword", "Uncharted", "MGS4" - ja to wszystko chcę nadrobić!!! W dodatku niedawno wyszło "Resistance 2", a w odwodzie czeka kontynuacja "Killzone" (pogięło coś Sony z tymi FPSami na wyłączność) i rewelacyjnie się zapowiadący, choć cały czas nie wiadomo na czym polegający "Heavy Rain". Powoli też się zbliża trzeci "God of War". Poza tym multiplatformówki, które najpierw kulały na skomplikowanej PS3, coraz lepiej dają radę. Sony ma w odwodzie tytuły. MS się z nich wystrzelał. Lubię N3, ale kontynuacja to na pewno nie jest coś, co mnie przyciągnie do platformy cwaniaków z Redmond. Poza tym PS3 to darmowe granie w sieci, w momencie gdy Microsoft oficjalnie rezygnuje z usługi Live w Polsce. PS3 to Blue Ray (może nawet kiedyś się przyda). To cuda wianki przy współpracy PS3 z PSP. To podobno fajniejsze i liczniejsze party games.

Od dawna wiadomo, że konkurencja w konsolowym świecie bazuje na grach (tudzież, jak ostatnio się okazało, na kontrolerach, ale to inna baja). Pierwszą rundę wygrał X360, bo miał premierę jako pierwszy. Drugą też, bo był dużo tańszy i miał więcej gier. Panowie z Microsoftu chyba uwieżyli w swój sukces, który mają przypieczętować tak naprawdę uberpopierdułkowate avatary z Xbox Live , i stracili impet. PS3 nabiera rozpędu, i zaczyna kusić nie tylko fanbojów, ale też normalnych graczy. Majacząca w oddali obietnica premiery "Gears of War 3" to jednak za mało żeby zatrzymać mnie na klocku. Z drugiej strony... Po premierze PS3 trudno było mi uwierzyć że Microsoft nie ma eskluzywów w rękawie, szybko okazało się że miałem rację. Możliwe że teraz będzie podobnie. Ale to spokojnie, ja mam jeszcze w co grać - do tytułów powyżej doliczam jeszcze leżące na półeczce porąbane totalnie "My Beautiful Katamari", do połowy tylko zwiedzone "Ninja Gaiden 2", napoczęte "Viva Pinata" i ledwie ściągnięte na dysk "Banjo-Kazooie", konwersję z N64. Mam w co się bawić. A potem się zobaczy...

Pod skryptem: będę miał zacięcie świątecznie klepać o grach dzień w dzień, to może zrobię podsumowanie czym konsola MS najbardziej mnie ubawiła przez ten czas, który spędziła najpierw pod monitorem, a potem pod telewizorem. ugabuga.

czwartek, 25 grudnia 2008

Konsolowe spojrzenie na rok 2008 #2

Może i "Mirror's Edge" miało sporo świeżości, ale była to gra, jak to się mówi, o niezbalansowanym poziomie trudności. Krótko mówiąc - potrafiła być upierdliwa, ale był to koszt do przełknięcia.

"Dead Space" - ta gra dla odmiany mniej namieszała, ale za to była spójną produkcją bez jakichś odstających fragmentów. Owszem, autorzy zaszaleli, w sumie w podobny sposób - wzięli dwa rozwiązania już sprawdzone, i zrobili z nich coś zupełnie nowego, ostatnio niespotykanego, doprawionego naprawdę ciekawymi patentami. Jedna z najciekawszych gier mijającego roku jest w efekcie niby wtórna do bólu, ale za to nie da się autorom odmówić kreatywności.

Pierwsza płaszczyzna gry to zaporzyczony z kosmicznego kina SF setting - opuszczony, uszkodzony statek na którym coś grasuje, zamiast załogi tu i uwdzie poniewierają się zwłoki, flaki i kończyny, a ściany pełne sa wymazanych krwią ostrzeżeń. Znamy to z "Obcego" (tego pierwszego), ale i z nowszych filmów, takich jak "Supernova", czy jeden z najstraszniejszych filmów jakie widziałem - z "Ukrytego Wymiaru". Skażenie, mutacje, tajemniczy kult, zimne zło z kosmicznej pustki. Zło wyprane z emocji, psychopatyczne, nieporównywalne do tego, czego znamy z Ziemi.

Druga 'porzyczona' płaszczyzna to patent na grę - duża, wielopoziomowa lokacja z pewną tajemnicą, którą odkrywamy w trakcie gry. Wszędzie czai się niebezpieczeństwo, dawni mieszkańcy nie są już sobą, ale tak naprawdę groźni są świeży 'przyjezdni'. Przyjdzie nam stawić czoło nie tylko pojedynczym przeszkodom, czy to wrogom, czy śmiertelnym pułapkom czajcym się w kolejnych lokacjach, ale na koniec trzeba będzie też stawić czoło personifikacji czającego się za każdym rogiem zła. Oczywiście będziemy zdani tylko na siebie, ale nie będziemy bezrbonni, znajdująć po drodze broń, i rozwijając swoje możliwości. Brzmi znajomo? A pewnie!!! w formie cyber-horroru podawano nam to już dwukrotnie, przy okazji obu "System Shocków", a rok temu wszyscy (pecetowcy i xboxowcy, bo peesowcy musieli poczekać) trenowali to na dnie morza w "Bioshocku". Fabuła, groza, odcięcie od świata, klaustrofobia, wszechogarniająca psychoza, szczątkowe elementy RPG wtopione w grę. Genialna mieszanka.

Tylko że ta mieszanka nie oznacza automatycznego sukcesu. Przynajmniej dla mnie. "Bioshock" przeszedł koło mnie jednak bokiem, przeszedłem go do końca na siłę, mając świadomość że gram w wyjątkową gre, nie produkt a w Dzieło, jednak czułem w tej grze za dużo wypieszczenia, a za mało duszy. Nie wiem jak to nazwać. Demo rozwaliło mnie na łopatki designem - podwodna architektura kojażąca mi się z "Metropolis" Langa, wystrój, muzyka, nawet reklamy dopasowane do epoki w której dzieje się akcja gry (mroźne początki zimnej wojny), charakterystyczne trzeszczenie w trakcie komunikacji radiem. Jednak ciekawa niby fabuła nie wciągnęła mnie, walki drażniły, a skąd inąd fajny pomysł z plazmidami (parapsychika na usługach ludzkości) okazał się nietrafiony - praktycznych było raptem z 5. Całość jednak podnosiła do rangi sztuki genialna oprawa, przywodząca na myśl choćby "Miasteczko zafubionych dzieci". Grywalność momentami mi kulała.

W "Dead Space" nic nie kuleje. No, może poza bohaterem, jak jest poharatany. Nie wiem na czym polega różnica, bo na pewno nie chodzi tylko o przejście z pierwszej perspektywy w trzecią. Czy o wyjście z dnia oceanu w kosmiczną przestrzeń. Nie wiem. Ale tym razem gra mnie wessała, grałem aż skończyłem, potem zacząłem od nowa i zwiedzałałem statek Ishimurę, aż byłem zmuszony oddać grę właścicielowi. Na pewno też nie chodzi o temat - nawiedzone statki pojawiały się już choćby w kinie SF, ale podwodnej cywilizacji nie przypominam sobie w filmach od czasu jednego Bonda. Bio miało świeższy pomysł. Ale słabsze walki. Drażniły mnie, nagle zewsząd wypadali popaprańcy drący ryja, brakowało amunicji i wogóle. "Dead Space" daje więcej możliwości - broń jest naprawdę zróżnicowana i wychodzi poza shooterowy standard 'pistolet-pm-shotgun-rakietnica', wprowadzenie wrogów w slo mo zmienia chaotyczną wymianę ognia w chirurgiczne cięcia, zresztą rzeźnickie urzynanie kończyn popłaca w tej grze jak w mało której. Mutant bez rąk nie może atakować, bez nóg nie ma jak iść. A za urżnięcie odpowiednio 20, 500 i 1000 kończyn ą achievementy. Chore. Ostatni zaliczyłem jakoś w połowie rozgrywki. Z dziką frajdą.

Nie kuleje oczywiście oprawa, przy tak dopieszczonej grze to nie wypada. Dobra muzyka, jeżące szczecinę na karku udźwiękowienie. A w próżni nikt nie usłyszy waszego krzyku. W końcu w próżni nie roznoszą się fale dźwiękowe, słychać tylko dyszenie w skafandrze i pancerz uderzający przy chodzeniu o kadłub statku. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo mutanty mogą wyleźć zewsząd. A jak już wylizą to trzeba uważać, co by w trakcie walki przypadkiem nie zapomnieć o kończącym się tlenie. Świetna oprawa.

I Świetnie pocągnięta narracja. Podobnie jak pisałem w poprzednim wpisie, tak i tutaj autorzy gry trzymają się jednej perspektywy przedsawiania historii, żadnych zmian ujęć, oddzielnych wstawek czy coś. Chodząc po statku znajdujemy nagrania, videologi, zapiski załogi. Z pozostałymi bohaterami kontaktujemy się za pomocą skafandra, który pokazuje ich jako projekcje wbudowanego w kombinezon rzutnika. Proste i genialne.

Stoimy w pewnym momencie ewolucji gier. Pomijając kwestie gier kałżalowych, party itd - autorzy czują już odrębność gier jako medium, rządzących się własnymi prawami, mogących zarówno czerpać z filmu czy literatury, jak i operować typowymi tylko dla rozrywki elektronicznej chwytami. W końcu instrumentem na którym tak naprawdę odbywa się gra to mózg gracza, który zawczasu stara się zaprogramować designer gry. Jego algorytmem jest gra, a efektem emocje które w graczu wyzwala. Dzięki interaktywności wydaje nam się że wpływamy na to co dzieje się na ekranie, a rola designera polega na tym aby nas nabrać że tak jest, ale żeby i tak osiągnąć to co chce. Rozśmierzyć, wystraszyć, zrelaksować. Dziś producenci o tym wiedzą. Dekadę temu nie czuł tego jeszcze prawie nikt. Zmiany idą na lepsze. Czekam na dalsze efekty.

Swoją drogą ciekawe jak długo utrzyma się tendencja ze zintegrowaniem narracji z widokiem z oczu lub z za pleców gracza, kiedy producenci i gracze zatęsknią znowu za reżyserskimi chwytami, skryptami, zmianami ujęcia, filtrami, znaną z MGS filmowością. A może to wszystko pójdzie w inną stronę? Nie ważne, i tak czekam na efekty. Jestem jednak optymistą, nie sądzę żeby rynek wyżywił się z gier dla niedzielnych graczy, co grają w jedną pozycję na pół roku czy kwartał. Niedługo nastąpi (mam nadzieję) przesyt każłalowych produkcji, i jak zwykle okaże się że to 'zawsze wierni' napędzają ten interes. I wtedy zacznie się znowu szersze kombinowanie z grami corowymi. Jak ju ż pisałem. No to ciekawe co przyniesie rok 2009...

Pod skryptem: ja tu o ogólnych tendencjach na przykładzie 2ch gier, aaale to oczywiście wybiórczy wycinek tego co się dzieje, a na koniec tego roku działo się w tym interesie sporo. O tym w następnym wpisie, gdzie też się pomądrzę dlaczego uważam rok przyszły za rok zakupu PS3.

środa, 24 grudnia 2008

Konsolowe spojrzenie na rok 2008

Wcięło mi wspomniany już dłuższy referat, poklepię więc jeszcze raz. Większa część wigilijnego wchłaniania już za mną, na Jedynce "1941" Spielberga (Belushi! Mifune! Christopher Lee!!!), koniec roku, czas podsumowań i refleksji, a ja nie mogę przeboleć straty tych wszystkich wynurzeń, które mi wcięło przy poprzednim podejściu. Pamiętam, to je spiszę.

Branża narzeka - producenci narzekają na rynek PCtowy że spiracony, PCtowcy narzekają na producentów, prasa na wydawców koncentrujących się na party games i grach dla casuali (tak, tak, chodzi mi o kał żali), kałżale narzekają na Nintendo które zdzierczo nie rozważa nawet obniżek przegiętego cenowo Wii, a wszyscy narzekają na to że Wii sprzedaje się lepiej niż pierogi przed wigilią, chociaż nikt na nim niby nie gra.

Jest źle? Faktycznie kolejny przerżnięty rok, ciążący w stronę zmasowienia gier, zepchnięcia ambitnych produkcji na margines, z centrum rynku nakierowanym na niedzielnych gamerów? Dupa tam. To rok (w końcu) dobrych produkcji na PS3, w które z racji nieposiadania tej platformy oczywiście nie pograłem. To rok paru niezłych, czasem nawet dobrych ekskluzywów na X360 ("Gears of War 2" dzieli i rządzi). W końcu - to rok paru kapitalnych gier multiplatformowych. Dziko ubawiłem się przy "Devil May Cry 4"*, sporo szumu narobiło też GTA4. Ta produkcja to akurat wzór producenckiej zachowawczości - to co było w poprzednich częściach (nawet mniej), ale zapakowane w full HD, no i miasto jest większe. Wszystko to wystarczyło jednak do rekordowej sprzedaży, podjarania fanów, podbicia prasy. Czyli źle, bo się jarają grą, która nic prawie nowego nie wnosi? Słaby rok? Pomyślmy. To fachowa gra, naprawdę, ale bez ikry, za to rok temu 9 albo 10 na 10 dostawało przehajpowane "Halo 3". Czy ładny ale pusty jak wydmuszka "Assassin's Creed".

Nie, to był dobry rok, bo mimo tego parcia na kałżali udowodnił że w cenie jest pomysł i oryginalność.

Te 10 lat temu jak siedziałem na blaszaku, to połowę premier stanowiły kolejne FPP na silniku "Quake 2". Wyróżnikami była lepsza grafika, ładniej zrobiona woda, wcześniej za nowatorstwo uznawano ograniczoną amunicję w pistolecie i obowiązek reloada, albo możliwość ruchu głową, czy skakanie czy schylanie się. Jednak w grach w środowisku 3D w pewnym momencie autorzy doszli do bariery. Dano możliwość symulacji najważniejszych czynności użytecznych dla kogoś kto chodzi i skacze albo strzela (z waleniem z glana włącznie, hail to the DN3D), brak tylko machania ręką i ręcznego nawijania spaghetti na widelec. Nie było sensu tego dalej rozwijać. Podobnie grafika - minimalny standard jest tak daleko podkręcony, że gra wyglądająca zaledwie przyzwoicie nie jest już produkcją przyzwoitą, a czymś właśnie poniżej minimalnych oczekiwań.



Dziś świetna grafika to podstawa, a wyróżnikiem są rozwiązania i patenty. Sposób narracji, nowatorska mechanika gry, oryginalny interface. Właśnie, narracja. Od paru lat producenci naprawdę myślą jak opowiadać historię, percepcję zmieniły takie gry jak "Metal Gear Solid", czy "Half Life". Pierwsza gra stawiała na filmowe zwroty akcji, operowanie kamerą (też filmowe), i 'wkręcenie' gracza w świat gry poprzez zbudowanie więzi, identyfikacji z bohaterem. Fakt że charakterystyczne komiksowe przegięcie serii nie każdego przekonało, ale Solid Snake przebił się już do popkultury, a to coś znaczy. Jednocześnie Hideo Kojima chyba jako pierwszy wyczuł wyjątkowość gier jako niezależnego medium. W inną stronę poszli goście z Valve - w HL całą grę widać z oczu bohatera, przydługie i niby nudnawe (ale pełne szczegułów w drugim planie) intro, przerywniki - wszystko widać z pierwszej osoby. Nie obserwujemy czyichś przygód, to nasze przygody. Widzimy co nam się dzieje, a nie co dzieje się naszemu bohaterowi na ekranie. O ile Kojima lubi ciekawe zagrywki zacierające poziom na którym dzieje się gra (nie konsola/komputer-gracz, główny bohater-wróg, a raczej świat wirtualny/świat rzeczywisty, reżyser gry-gracz), o tyle HL skróciło dystans pomiędzy grą a graczem wciskając go w głowę głównego bohatera.

Pozostał sztuczny interface, cyferki na ekranie oznaczające amunicję, energię, z tym ładnie zmierzyli się autorzy "Kronik Riddicka: Ucieczki z Butcher's Bay", rezygnując z niemal wszystkich informacyjnych wyświetlaczy - broń ma własne wyświetlacze, nic nie zaburza widoku postaci - poza kwadracikami oznaczającymi zdrowie, widocznymi przy otrzymywaniu obrażeń. Riddick to strzelanina i skradanka, z elementami włażenia i skakania po platformach. Tu niestety gracz zostaje wydarty z głowy Riddicka, a kamera przenosi się za plecy Vina Diesla. Skucha, stopienie się gracza z przeżywaną przygodą lekko siada. Komuś nie starczyło wyobraźni.

Za to starczyło jej niepokornym koderom w tym roku. O ironio, obie gry o których będę klepał (o drugiej w następnym wpisie) wyszły spod skrzydeł słynącego z katowania od dekady do porzygu paru serii Electronic Arts.



"Mirror's Edge" - Skandynawowie z DICE wciskają gracza w ciało ponętnej kurierki o azjatyckich rysach. Biega się w parkourowym stylu po dachach antyutopijnej metropolii. Owszem, grafika jest naprawdę porządna, muzyka świetnie dobrana, gra świetnie udźwiękowiona. Naprawdę rewelacyjne jest jednak co innego - to gra zupełnie pozbawiona wszelkich informacji wyświetlanych na ekranie. Widzimy tylko to co bohaterka, nie ma żadnych pierduł typu projekcja ze specjalnego kombinezonu na przednią szybkę czy coś. O stracie energii informują problemy z widzeniem (zaczerwienienie ekranu? nie wiem, tak jakoś wtopili to w grę że nawet nie pamiętam), kamera nie przesuwa się za plecy. Przeżywamy przygodę. Widzimy oczami, oczy widzą resztę ciała - ręce, nogi. Gdy biegniemy - obraz się rozmywa, dyszymy, a ręce bujają się jeszcze bardziej. Ciało ma masę, w trakcie biegu nabiera rozpędu. Kamera kiwa się w zależności od tempa biegu, buja się gdy skaczemy (na przykład odbijając się od przeszkody, oczywiście widać wtedy ręce). To wszystko co piszę to jednak tylko kapitalne wykonanie. Gra jest nowatorska i rewolucyjna z zupełnie innego, banalnego poziomu. To parkourowa, biegano-skakana platformówka typu "Prince of Persia: the Sands of Time", ale obserwowana nie z za pleców, ale z perspektywy bohaterki. Proste i genialne. Jednocześnie momentami przez to diablo trudne - trzeba operować oczami a nie wszędobylską kamerą, nie zawsze da się odwrócić widok tam gdzie by się chciało, a żeby zerknąć w przysłowiowy otwór, przepraszam bardzo, to najpierw trzeba do niego podejść i wsadzić wen łeb. Bieganie daje naprawdę dużą frajdę, nagłe pojawienie się gliniarzy nakręca adrenalinę, a całość jak wspomniałem wygląda i brzmi naprawdę rewelacyjnie. Śmiem twierdzić że ME to najbardziej innowacyjna gra roku, a także jedna z najlepszych tegorocznych produkcji. Pomimo upierdliwych momentami walk, momentów gdy nie wiadomo gdzie iść/skakać/kucać/cokolwiek, a także pomimo drażniących fragmentów gdy 5 razy powtarza się trudną akrobację. Ta gra to naprawdę fajna przygoda, spójna estetycznie, przerywana fajnymi cartoonowymi wstawkami, czekam na kolejne części. I na kolejne gry wywracające do góry nogami zaśmierdłe i skisłe konwencje. Tak długo jak są ludzie z tyloma pomysłami, a korporacje nie boją się tego wydawać (w dodatku stawiają na nie Elekronicy), to nie boję się o przyszłość gier dla corowców.



W następnych wpisach (mam nadzieję że przed nowym rokiem) poklepię o wspomnianym "Dead Space" (nie starczyło czasu), a także pewnie o paru innych tegorocznych pozycjach, które zatrzęsły mi gaciami. Obiecuję, że postaram się coś wskrobać częściej.

* - taka ciekawostka z cyklu 'jak to się dzieje że gry konsolowe nie mogą podbić peceta i vice versa'. Dobry mój ziom siedzi od lat na blaszaku, normalnie Semper Fidelis, erpegi, strzelały, strategie i RTS, ale ma niezaspokojone ciągoty arcade. Zachwalał mi któreś Dynasty Warriors czy inne Warriors Orochi, czyli następny marny klon tej samej pseuromordobijki od Koei, seria tak wtórna że recenzentom cierpną na myśl o niej zęby. Zagrywa się typ w to, bo nie ma na peceta mordobić i slaszerów, więc na bezrybiu itd. Ja tym gardzę, bo mam DMC, czy nowego Gaidena, a także parę innych gier. Ale do diabła, DMC wyszedł też na blaszaka, i nie jest to chyba tak skaszaniona konwersja jak części 3ciej. No i co z tego? To 4ta część, kult pecetowców nie dotknął. W efekcie jak pykają w mordobicia, to w cienkie. Kto mi wyjaśni dlaczego???

wtorek, 23 grudnia 2008

próba klawiatury

Edit: wklepałem dziś w wolnej chwili morze znaków. Pitoliłem o tym jak zmieniło się znaczenie pojęcia 'nowatorstwo' w odniesieniu do gier komputerowych, o tym co zmienił Kojima, Half Life, Kroniki Riddicka, i dlaczego rewelacyjnymi grami są Mirror's Edge i Dead Space. Referat. Zapisałem wersję roboczą. A Explorer, na którym to robiłem, posłał roboczo tą epistołę w rzopu. Niech go szlag. Zbieram sie po dwóch tygodniach na wklepanie misji co mi się kołaczą od miesiąca, znajduję czas, wklepuję to, szlag toto trafia. Szlag trafia i mnie. Dobranocpanstfu.

piątek, 12 grudnia 2008

Z wiaderka umiarkowanie świeżych nowości

/na uchach - John Coltrane "Blue Train"/

"Towarzysze zmierzchu" - a już miałem sobie odpuścić ten komiks. W tępocie swej czasem stwierdzam że nie przepadam za komiksem europejskim, chociaż uważam że dobre dzieło broni się bez względu na gatunek, stylistykę czy kraj pochodzenia. Ale cena "Towarzyszy..." raczej srogą jest, więc mało brakowało co bym sobie odpuścił. To byłby błąd. To jeden z najlepszych komiksów jakie ostatnio wchłonąłem. Bourgeon nakreślił luźną fabułę wiążącą trzy składające się na tom albumy, jednak im bliżej końca, tym bardziej intryga się zacieśnia. Autor z maestrią zawieisił akcję pomiędzy rzeczywistością historyczną a fantastyczną, spustoszenia jakie Francji uczyniła Wojna Stuletnia przeplatają się ze światem stworzeń nadnaturalnych i magii. Jako miłośnik mitów i legend czytałem te metafizyczne fragmenty żarłocznie, Bourgeon pomieszał wierzenia chrześcijańskie z niewyplenionym jeszcze pogaństwem, efekt znakomity. Nie gorzej jest rysunkowo. W pierwszym tomie momentami straszą czasem szkaradne gęby, potem jest już tylko lepiej. Średniowieczna architektura, zdobienia na murach, zabawa z oddaniem układu belek na stropie czy w ścianach - wszystko to oddane z pietyzmem. Legendarny jest już chyba wspomniana przez Birka w posłowiu makieta zamku, który sobie autor wymyślił zgodnie ze średniowiecznymi standardami budowy, i właśnie tę makietę przerysowywał. Komiks jeszcze raz polecam. Bourgeon zrobił ze średniowieczem to co Eastwood z Dzikim Zachodem w "Bez przebaczenia" - to świat ponury, brutalny, zdemoralizowany, pełen antybohaterów, mimo tego fascynuje. Może właśnie dlatego. Może z innych powodów. Nie chcę się rozwodzić, bo wykraczam poza swą pigułkową formę polecanek, a nie chcę psuć zabawy. Po prostu trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kogo nie zaciekawi dokąd i po co zmierza Rycerz bez twarzy. Ku przeznaczeniu. Jasne. Ale jakiemu? Właśnie o tym jest ten komiks.

"Hellblazer #2: Strach i wstręt" - oryginalny tytuł ("Fear and Loathing") nawiązuje oczywiście do kultowego "Lęku i odrazy w Las Vegas" Thompsona (jeszcze bardziej kultowa jest u nas ekranizacja Gilliama p.t. "Las Vegas parano"). Dlaczego więc przy tłumaczeniu zrezygnowano z oficjalnej polskiej wersji tytułu książki? Nie rozumiem. Może się tłumaczce nie podobało, jej prawo. Ale niejako obowiązkiem tłumacza jest przekładanie nie tylko na język, ale też na zrozumiałe konteksty, tu jest już pod górkę. A jak komiks? Zafundował mi o dziwo mniej emocji niż konsternacja spowodowana tłumaczeniem tytułu. Parę mało ciekawych szorciaków (Constantine ma 40-te urodziny, cośtam cośtam), i jedna dłuższa tytułowa opowieść. Nie pamiętam o czym była. "Niebezpieczne nawyki" wypadają na tym tle dużo lepiej, po paru miesiącach ciągle pamiętam o czym był debiut Hellblazera w Polsce. Tutaj jakoś treść po mnie spłynęła, Ellis pokazuje że największy syf to nie piekło i demony, a rzeczywistość i ludzie. OK. Ale najbardziej zajmująca opowieść o cynicznym okultyście to chyba nie jest. Gdyby tak było, to kultowość cyklu była by naprawdę wielką zagadką. Ale warto chyba przeczytać, tak samo jak chyba warto czekać na resztę. Chyba. A, dziwne też że Egmont nie poleciał z tomem z zeszytami po "Niebezpiecznych nawykach", ale zdaje się że w USA to był właśnie trejd #2. Ta. Co akurat dla mnie nie jest wytłumaczeniem. Inna sprawa że kolejność wychodzenia Hellblazera w TPB to temat na referat. Jeszcze jedna sprawa - już przy poprzednim tomie zwracałem uwagę na niezrozumiałość pewnych wątków, które nawiązywały do wydarzeń z poprzednich zeszytów. Ten tom pogłębia u mnie to przekonanie. Choćby wspomniane urodziny, tym bardziej nieciekawe że nie znałem żadnego z gości Constantine'a. Poza Phantom Strangerem. Którego wspomniany w pijacki sposób obraża. I Stranger znika. Koniec. I o Hellblazerze też koniec.

"Kroniki Birmańskie" - kawał porządnego komiksu. Bo duży i długi. Jak dla mnie jednak za długi, czytałem od pewnego momentu na siłę, by skończyć. Bardzo podobał mi się "Phenian" Delisle'a, jako zbiór spostrzeżeń dotyczących reżimu totalitarnego, ale zebranych z jego środka, nie jako zbiór zasłyszanych 'ciekawostek'. Podobnie autor rozprawia się z Birmą. Różnica pomiędzy oboma komiksami polega na tym, że "Kroniki..." są bardziej biograficzne, nastawione na spostrzeżenia dotyczące własnej pracy, wychowywania małego synka, oraz zwykłego życia, w trakcie życia w kraju - podobnie jak Korea Północna - totalitarnym. Może dlatego że autor miał więcej czasu, to rozwlekł się bardziej, i całość bogatsza jest o treści mnie osobiście nużące. Nie nudzące. Nużące. Dobrym przykładem może być choćby Impreza z bodajże ambasady francuskiej. Na imprezie się nic nie dzieje. Puentą 2-planszowej opowiastki jest sraczka, której autor dostał po pasztecie. Koniec. Nie porywają takie historie. Z drugiej strony dla opowiastek dotyczących birmańskich realiów warto ten album przeczytać. Dla mnie jest jednak zbyt rozwleczony. Historie, takie jak opis szkolenia dotyczącego medytacji w klasztorze buddyjskim, rekompensują mi jednak flegmatyczne fragmenty. Reasumując: podobna dawka miodu jak przy okazji znakomitego "Phenianu", ale na prawie o 50% rozwleczonej objętości.

"Trzy paradoksy" - no jak Kultura, to lecimy seryjnie. Tylna strona okładki tego komiksu, to czysty onanizm nad wspomnianym dziełem. Gópi jezdem, bo nie wiem czym umotywowany. Hornschemeier w fajny sposób zabawia się formalnie, prezentując historię na kilku planach. Pierwszy to młody autor komiksów, odwiedzający swoich rodziców, można powiedzieć że historia pisklęcia odwiedzającego macierzyste gniazdo. Drugi plan to retrospekcje, opowieść o dzieciństwie autora. Trzeci to komiks tworzony przez autora. Jest też czwarty plan, spinający poprzednie trzy - Zenon z Elei opowiada o swoich paradoksach. O ile historie fajnie ze sobą współgrają i fajne jest zróżnicowanie formalne poszczególnych płaszczyzn (np. paradoksy Zenona są cartoonowe, a komiks tworzony przez autora mają charakter szkicowy), to same w sobie te historie nie wciągnęły mnie ani trochę. Nic a nic. Fajnie że narracja, fajnie że operowanie technikami, szkoda że efekt końcowy przeszedł koło mnie. Może nie jestem targetem. Może za mało lubię filozofię antyczną (a nie przepadam w ogóle), i dlatego nie chciało mi się bawić w analizę kolejnych płaszczyzn według paradoksów Zenona. Może to po prostu ciężki komiks. Nie wiem.

"Wartości rodzinne #1: Nie wszyscy są zadowoleni" - lubię komiksy Śledzia, głównie za spostrzeżenia społeczne i humor, ale też za rysunek. Nie ma sensu się rozwodzić, w pierwszym zeszycie nowej serii znajdzie się to, czego można u Śledzia oczekiwać. Trochę Simpsonów i Family Guy'a, ale w polskim, nieco moherowym sosie. Niby na jednej z pierwszych plansz telewizor pieprzy o dupie Maryni z jakiś nie wiadomo kim, ale pierwotnie miał być rzekomo jeden z braci Mroczków. To ja wolałem Mroczka. Wiedział bym chociaż o co kaman. Ale to na marginesie. Generalnie - zaczyna się seria przyzwoicie, ale... Mam nadzieję że po 3-4 zeszytach nie odechce się Śledziowi jej ciągnąć, że ma pomysł co z nią zrobić dalej, to raz. Dwa - liczę na to że nie stanie ona na drodze ukończenia 3-ciego tomu "Na szybko spisane". Śledź - zakładam że możesz to czytać. Ładnie proszę. Nie daj dupy. To tak jako malkontektor. Jako supermegaoptymista - niby cena to aż 15 dzika, aaaaleee... wydane toto na supermegagrubaśnym papierze. Może szybko się czyta (jak ktoś czyta wolno, to jego zysk), ale komiks na bank nie ściacha się tak szybko jak amerykańskie zeszyty. I zeszyty z Mandragory (R.I.P.).

"Kompot" - HA! Lecę Kulturą Gniewu, to będę konsekwentny. Nie omawiam tu do końca wydawnictwa KG, a komiks tylko przez KG dystrybuowany o ile pamiętam (nie mam go pod ręką), wydany koprodukcyjnie, przez Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Kultury Polskiej w Izraelu i parę innych organizacji. Dzieło zawiera polsko-izraelskie koprodukcje, miały być comba rysownik-scenarzysta, skończyło się na tym że tylko jeden komiks (jeden z lepszych) powstał do izraelskiego scenariusza, z izraelskimi rysunkami, i ze śledziowym kolorem. W efekcie komiks wygląda jak śledziowy. Rysunkowo uważam że nasi są góra. Rysunki Śledzia, Mieszkowskiego czy Ostrowskiego pokazują klasę. Komiksy izraelskie zwykle (choć nie zawsze) wydają się być bardziej stonowane, czasem też operują typowo pszrenową wrażliwością, w czym wydaje się przodować jeden z autorów(ek???) z okolic Morza Martwego. Antologię warto nabyć jako pokaz polskich możliwości i szczyptę egzotyki z za Morza Śródziemnego, a także jako próbę dialogu ponad (niby) podziałami, aaaale... Dla nie których barierą okaże się cena. Tomiszcze jest grubawe, ale tak naprawdę treścią jest niewiele ponad 100 stron, druga połowa to ta sama treść po hebrajsku. Czy warto było zwiększać objętość 2-krotnie i podkręcać cenę, wiedząc o tym że spora część sympatyków zrezygnuje z zakupu, licząc na to, że komiks zachęci osoby władające językiem hebrajskim? 45 złotych za niewiele ponad 100-stronicowy komiks to w sumie sporo. Pytanie więc do wydawców, może odpowiedzą za jakiś czas. Warto było?

"Manga po polsku" - jadę Kulturą Gniewu, to pojadę do oporu. Wygrzebałem ze sklepu komiksowego wydawnictwo z przed 5 lat. Niby sporo autorów: Frąś, Truściński, Rebelka, Gonzales, Dąbrowski, ale mam wrażenie że każdy katował prawie to samo. Temat: manga, a to temat rozległy, jednak jakoś tak wypadło, że połowa autorów katowała "Sailor Moon", pozostała połowa "Dragon Ball", ktoś tam jeszcze Pokemony i co ino, a pozostali wzięli się za inne tematy. Są komiksy lepsze (Jeże Jeże, parafraza "7 Samurajów"), są gorsze (wszelkie lipne zabawy Sailor Moon), ale ogólnie zabrakło redaktora albumu, który drugiemu z rzędu kandydatowi do komiksu z sailorkami powiedział by 'o nie, temat zaklepany'. W efekcie jest anarchistyczny, ale i monotonny fristajl, momentami fajny jako eksperyment, momentami fajny sam w sobie, ale jednak nie satysfakcjonujący. I jak to się stało że Adler maznął tylko cokolwiek na wewnętrzną część okładki???
Pytanie do Wiedzących: bo mnie się zdawało że do tego albumu coś zrobił Bizon z Produktu, i że było to coś o Usagim Yojimbo. Niby o Usagim jest, ale to Dąbrowskiego. Porąbało mnie się???

środa, 3 grudnia 2008

subiektywny bestoff: hąkągi z nie z Hąkągu

Jak się powie A, to trzeba powiedzieć B. Sporo fajnych mordobić powstało poza Chinami, i chociaż zwykle nie mają tak dobrych choreografii walk, to warto o nich wspomnieć.

Znowu powinienem zacząć od "Wejścia Smoka", bo to przecież amerykański film zrobiony na chiński sposób. Poprzednio pisałem że ten film to początek i koniec kina kopanego, na tym poprzestanę.

"the Quest" - może to durnota w stylu adventure w egzotycznych krajach, ale Van Damme zrealizował pomysł, którego Bruce nie zdążył. Finałowe pojedynki o puchar smoka czy coś takiego odwołują się oczywiście do "Wejścia Smoka", ale patent rąbnięto z "Gry śmierci". Chodzi o pokazanie jegomości walczących w różnych stylach, konfrontujących się ze sobą. Najciekawiej wypadają pacjent z Chin walczący zwierzęcym kung fu, oraz Brazylijczyk walczący capoeirą. Dla tych paru walk warto film zobaczyć.

Jak capoeira, to i "Tylko dla najlepszych" z Markiem Dacascosem. Amerykański żołnierz wraca z Brazylii gdzie uczył się tanecznej walki dawnych niewolników, nie wie czym się zająć, zaczyna uczyć tego stylu młodzież z kiepskiej dzielnicy. Oczywiście będzie miał problemy, i będzie trzeba pokazać szefowi gangu kto lepiej macha nogami. Fabuła durna, popisy kapitalne. Poza tym film jeszcze z przed okresu, jak capo było u nas formą lansu.

"Blade" - o tym cyklu już swego czasu pisałem, warto wspomnieć że film zawiera jedne z najlepszych walk na miecze w historii amerykańskiego kina, pranie po pyskach też niezgorsze. Najlepiej wypadła część 2-ga, gdzie choreografie robił m.in. Donnie Yuen. Sieka niesamowita.

"Sztuka zabijania" - może nie jest to mordobicie, ale film o sztukach walki. Fotograf szalejący z aparatem po brazylijskiej faweli przypadkiem trafia na pojedynek nożowników. Pokonany był leszczem, wygrany miał styl i poruszał się z gracją. Fotograf, zafascynowany wyczynem, też tak chce. Film o sztuce nożownictwa, ale także o relacji uczeń-mistrz, dobra rzecz nie nastawiona na akcję, dużo lepsza od niedawnego "Nożownika" z Benicio Del Toro.

"Equilibrium" - znowu permutacja hasła 'mordobicie'. Kto grał w papierowy system RPG Cyberpunk 2020 może pamięta coś takiego jak gun-fu, system walki wręcz z użyciem broni palnej. W "Equilibrium" czymś takim jest gun kata, system oparty na matematyce (i prawdopodobieństwie), którego ruchy przypominają właśnie tradycyjne style z Azji. Różnica polega na tym, że wykonuje się je z dwoma klamkami automatycznymi w łapach. Film ma smaczne strzelaniny w stylu kung fu, a na koniec jest pojedynek z bossem w stylu przepychanek w zwarciu w stylu wing tsun (Bruce i Chan to trenowali), oczywiście też z pistoletami. Realizmu w tym za dużo nie ma, ale efekciarstwa po pachy. Rzadko powtarzam ten film w całości, ale parę scenek zapodaję cyklicznie, bo kopią zad.

"Street Fighter 2 the Movie" - nie chińskie, ale i nie fabularne. W tym samym roku, w którym amerykanie na podstawie gry Capcomu skręcili kaszankę z Raulem Julią i Van Dammem, Japończycy zrobili anime. Fabuła nie jest skomplikowana, nie przegięta, jak w fabularniaku, ale trzyma się to (powiedzmy) kupy, ogląda się fajnie, animacja znakomita, OST bardzo dobry, a pojedynki growych kiziorów są naprawdę mocarne. Polecam, znakomite, może kiedyś wyjdzie na DVD, moja nadzieja nie słabnie.

"Mortal Kombat" - no ja wiem że to bardzo idiotyczny film, ale zrobiony na luzie. Fabuła nieskomplikowana, w większości trzyma się rozwiązań z gry, czerpiącej garściami z "Wejścia Smoka", bo i po co udziwniać? Kolejne części filmu i serial pojechały w dziwną stronę, i nie wyszło im to na dobre. Chciano chyba wykreować nowe universum, a wyszedł straszny szajs. Nie ważne, jedynka ma dynamiczne walki wykorzystujące 'specjale' z cyklu gier, mocną muzykę, a całość wzięta jest z dystansem w cudzysłów. Fajny film. A może to sentyment...

"Dead od Alive" - kolejna ekranizacja mordobicia, tym razem nowa, ale zrobiona w arcykretyński już sposób. Niektórzy czują się przy tym dziele że obraża się ich inteligencję. Jeśli ma się dystans podobny do tego, jaki mieli autorzy robiąc ten film, to można się dobrze bawić. Egzotyczne widoki, kształtne laseczki, przegięta akcja co 3 minuty. No i walki niezłe. Można oglądać nawet bez fascynacji grą, która chyba nigdy na kult jakiego doczekał się "Mortal Kombat" sobie nie zasłuży. Polecam, DOA to jedna z najepszych głupawek świata.

"Wojownicy" - znowu wychodzę poza ramy filmów typu 'martial arts'. Tym razem to dzieło z końca lat 70tych o wojnach gangów. Tytułowi Wojownicy chcą się przedrzeć z niebezpiecznych terenów do swojej dzielnicy, a wszyscy starają się im to uniemożliwić, po podpadli. Co chwilka następuje ostra walka bez żadnych reguł, brutalna, ale i dobrze nakręcona i zmontowana. Problemem amerykańskich mordobić jest rwany montaż, mający często ukryć markowanie i fakt że aktorzy nie mają pojęcia o tym co robią. W tym filmie pojechano bez oporów. Ponury, klimatyczny, zajebista, hipnotyczna muzyka. Moja polecać.

Tyle z głowy, jak sobie coś przypomnę to pewnie zrobię kiedyś erratę.