piątek, 31 października 2008

3x Manzoku

Manzoku oczywiście nie wyrobiło się na ostatni podany termin premier własnych komiksów, ale to nie ważne. Nikt już poważnie nie traktuje chyba przytaczanych przez to wydawnictwo dat. Ważne że komiksy są. I że tym razem wydawnictwo-widmo postawiło nie na popierdywania dla 14-latków, a na drugą, bardziej mnie interesującą nogę mainstreamu, czyli komiksy dla starszego i nieco bardziej wymagającego czytelnika. Naprawdę dobre komiksy.

Misterium - fanem Morrisona nie jestem, ale podziwiania grafiki Mutha nie mogłem sobie odmówić. Poza tym to Vertigo, a wydawnictwa z tego imprintu (poza nadętymi bzdetami Gaimana) łykam w ciemno. No i nie ma zawodu. Historia jest prosta. W trakcie przedstawienia popełniono morderstwo, przybywa detektyw, jest śledztwo. No i tu banał się kończy, a w płaszczyznach łatwo się przynajmniej troszkę podtopić. Morderstwo popełniono bowiem ("po chuja to bowiem, no?") w trakcie przedstawienia religijnego (tytułowe misterium), a ofiarą jest Bóg. Ściśle rzecz biorąc - aktor, grający Boga. Oskarżonym jest aktor grający Szatana. Miasteczko, w którym morderstwa dokonano, to miasteczko - uogólniając - 'opuszczone przez Boga'. Reszty wątków ruszał nie będę, bo komiks ten jest układanką, ze stopniowo odkrywanymi elementami. Jest sfera rzeczywista, ale jest też paraboliczna. Przyznam szczerze że lekko pogubiłem się przy końcu, i chętnie ten komiks sobie powtórzę. Nie uważam Morrisona za scenarzystę co prowadzi narrację najbardziej zrozumiale. Dla jednych to zaleta, dla innych wada - ja akurat wolę historie user friendly. Ta taka nie jest, ale i tak podobała mi się gra symbolami, którą chętnie jeszcze przeczeszę, i na pewno z chęcią kiedyś o tym podyskutuję ze znajomymi przy piwie, mając za motyw przewodni hasło 'co poeta miał na myśli?'. Nawet jeśli uznać ten komiks za bełkot, to i tak broni się wizualnie, malunki Mutha ogląda się z przyjemnością. Wolę coś z pazurem, jak Williams, ale i tak jest dobrze. Polecam.

DMZ #1: W strefie - no i znowu fajnie. Fabuła Briana Wooda, którego znałem wcześniej tylko z jednego komiksu, co to mnie okrutnie zawiódł. Rysunki - wydawało mi się że niejakiego Riccardo Burchielliego, ale - jak podaje jeden z Profesjonalnych Serwisów Komiksowych - jestem w błędzie, a rysował też Wood. Historia opowiada o młodym stażyście telewizyjnym, który miał asystować w nagraniach ze strefy zdemilitaryzowanej pomiędzy dwoma stronami konfliktu jakim jest II Wojna Secesyjna w USA. Ekipę mu wystrzelali, helikopter zestrzelili, chłopak musi sobie radzić sam. Zamiast się ewakuować - zbiera sprzęt, i zabiera się do samodzielnego odbywania stażu. Z jego perspektywy Wood pokazuje Nowy Jork w ogniu, Manhattan w centrum narodowej zawieruchy. Ludzkie wartości zepchnięte na margines, w obliczu zbrojnego kryzysu militarnego i secesji Wolnych Stanów. Cierpienie i niedola, no ogólnie wszystko to co dzieje się na wojnie. Wojna jest może i abstrakcyjna, ale nie nieprawdopodobna. Hm. W sumie wszystko jest prawdopodobne, ale przez pięć zeszytów Wood jakoś nie nakreślił historii wewnętrznego rozbicia USA. Może to echa 9/11, może wybrania Murzyna na prezydenta, cholera wie, Wood po prostu założył że tak jest, i wypada przyjąć że taki świat opisuje. Mnie tam zabrakło refleksji szerszej, punktów odniesienia do obecnej historii USA. To wszystko przestroga, ale dokładnie nie wiem przed czym. Przed rozbicie Stanów? Kamaaaan... Inna sprawa że jak na Vertigo kapitalnie zostało toto narysowane i pokolorowane, fajne też są okładki które sam sobie rysuje Wood. Wartkie historyjki, fajne operowanie 2gim planem (nawiązania komiksowe, muzyczne, jak nie kubki z logami superherosów DC, to naszywka z Lobo na plecach kurtki), ale jak na razie nie składa się to na spójną historię, tylko mamy ciąg obrazków ze strefy wojny domowej. Dobre, ale lekko mnie DMZ zawiodło.

Mroczne Miasta #1: Mury Samaris - napiszę krótko, bo nie mam czasu. Precyzyjna kreska, tajemnicza atmosfera, niesamowicie rozrysowana architektura. Fani Andreasa powinni znaleźć w tej serii coś dla siebie, ja sam - choć nie przepadam za frankofono wynalazkami, to na pewno sięgnę po kolejne tomy.

Zamykając wpis - wszystkie komiksy wydano porządnie, gładki papier robi Misterium dobrze, DMZ ma zwykłe papierzysko ale wydruk jest porządny, nie żałowano czerni (jak w egmontowych Hellboyach), cena 30 dzika za tomik jest też do przełknięcia. Polecam ten pakiet. Zdecydowanie.


Pod skryptem: z racji wrzucam zacne wideo do zacnego kawałka. Dzis w Wawie koncert coverbandu Misfitów, ale to nie wiem czy mnie zawieje, tak czy siak - wideos, smacznego.

niedziela, 26 października 2008

Rodriguez vs Tarantino - errata

Klepiąc radośnie o "Death Proof", zapomniałem poruszyć jednej kwestii, która mnie intryguje. Dlaczego w tym filmie pierwsze laski giną marnie, a drugie triumfują?

Niby nieistotne, ale w filmach Tarantino nikt nie ginie przez przypadek. Dla przykładu duet Vincent-Jules. Ten drugi ma otwarte oczy, i w ogóle jest spoko. Ten pierwszy to ćpun i cham, nie widzący wyraźnych znaków. Podobnie "Wściekłe psy" - Tim Roth niby gra gliniarza, broni sprawiedliwości, ale ginie tak jak przestępcy za nielojalność.

No więc laski z "Death Proof" - dlaczego tak a nie siak?


Oczywiście wiadomo, pierwsze lalunie są nadęte i roztaczają aurę egocentryzmu. Aż proszą się o zgon. Te drugie są całkiem fajne. Takie normalne, ładne, zdrowe amerykańskie dziewuchy. Acz to by było u Tarntino za proste.

Hipoteza numer 2. Stara zasada - w horrorach (slaszerach) najpierw ginie parka, co się poszła poruchać. Oczywiśćie o ile w ekipie nie ma Murzyna. Niby w tym filmie się nikt z nikim nie pyka (czy aby na pewno?), ale laski pierwsze wydają się myśleć tylko o tym (i ogólnie o balangowaniu). Naciągane.

Hipoteza numer 3. Pierwsze laski giną jako naprute, zaćpane zdziry, które wogóle nie powinny w takim stanie wsiadać do samochodu. Niby za kółkiem jest tylko jedna, ale reszta nie miała nic przeciwko temu, by upalona koleżanka po paru głębszych prowadziła. Chciały - to mają.

Hipoteza numer ostatnia. Panie z pierwszej połowy filmu jeżdżą jakimś badziewnym autkiem z Azji. Nieładne to. W starciu z wozem Kaskadera po prostu nie miały szans. Co innego panie z drugiej grupy. Widać że darzą ciepłymi uczuciami amerykańskie muscle cary. Najpierw jeżdżą żółtym Mustangiem, potem przesiadają się do wózka rodem ze "Znikającego Punktu". Takie laski to wyzwanie dla psychopaty za kierownicą, nie to co pijane lalunie w Japończyku. One wiedzą, na czym polega Życie.

Płenta - Tarantino to pieprzony rasista.
Hm. Poprawka. Nacjonalista.


Rodriguez vs Tarantino - dalej uważam że 1:0

/na uchach Herzeleid Rammsteina, debiut mieli mocny/


Po obejrzeniu w kinach obu części tarantinowsko-rodriguezowego Grindhouse'a stwierdziłem, że chociaż nie był to pojedynek, to Rodriguez i tak - niechcący - wygrał. Czytając recenzje filmu Quentina w takim Przekroju nie rozumiałem ani co ludzie w nim widzą, ani czy w ogóle recenzenci opisują ten sam film, co ja widziałem. Ubolewałem nad tym, że oba filmy trafiły do kin inaczej niż w USA, oddzielnie, i bez fejkowych trailerów. Cóż, "Pulp Fiction" mogło dostać Złotą Palmę w Cannes, i Oskara jedynie za scenariusz, ale QT stwierdził że podanie obu filmów na raz Europejczykom będzie ponad ich możliwości. Buc. Mam wrażenie że z wiekiem przeczucie coraz częściej go zawodzi. Uwiąd starczy, takie tam.

Dzięki Wyborczej (jak kto nie wie - dali do Gazety w piątek i w sobotę) w końcu miałem okazję obejrzeć oba filmy jeden po drugim, co zabawne do kiosków filmy trafiły dzień po tym, jak nabrałem ochoty na powtórkę "Planet Terror". Powtórzyłem więc oba filmy (w oparach ginu, martini i toniku), i maratonowy wieczór potwierdził moje wcześniejsze refleksje. Tarantino kończy jako onanista. Rodriguez z filmu na film tylko się rozkręca, aż strach się bać co jeszcze nakręci. Tarantino zaczął jako ambitny twórca, zręcznie żąglujący nawiązaniami i motywami, obecnie rozmienia się na drobne. Rodriguez zaczął od inteligentnej rozrywki, obecnie podnosi ją niemal do rangi sztuki ("Sin City"). A może nie tylko niemal? Daznmeter.

Przejdę teraz do subiektywnej jazdy po obu filmach. Będzie ciężko. Blogowo. I naprawdę subiektywnie.



"Death Proof" był dla mnie w kinie wyzwaniem. Wymęczył mnie. Niewiele się w nim dzieje, ale u Tarantino to nie wada, bo facet zawsze miał łapę do pisania dialogów. I tu go poniosła go chyba wiara we własne możliwości. Pierwsze 40 minut to sesja z ordynarnymi sukowatymi laskami, które wygadują puste pierdoły, że nie wiedzą skąd skombinować trawy, ani z kim się ruchać. Nuda, bzdety, nieciekawe postaci. Tak naprawdę te 40 minut to tylko wstęp, zrobiony chyba tylko po to, żeby jedna z bohaterek zrobiła lap dance Kurtowi Russelowi. Nuda i nuda, dalej nuda, po czym następuje taniec, który nie rusza chyba tylko impotentów. Nice one. Po czym bzdety, pięć minut później Russel z bezczelnym uśmiechem gapi się w obiektyw i już wiadomo. Film się zaczął. Po ponad 40 minutach. Następuje fajna scena demolki na autostradzie, zmasakrowane zostają sukowate bitch'z, których w ogóle nie jest żal. Wulgarne, cyniczne, w dodatku jechały pijane i po trawie. Tak się nie robi. Zostały słusznie skarcone.

Mija pół filmu, a ja pamiętam tylko lap dance, i fajny rozpierdziel na autostradzie, pokazujący zgon każdej kolejnej laski detalicznie i oddzielnie.

Russel przeżywa, i dobrze, bo jest fajny, a ja go lubię. Druga połowa. Poznajemy sympatyczniejsze laski, też gadają o dymaniu, ale nie na zasadzie 'kogo by tu?' a raczej 'z kim on mnie puszcza kantem?'. Fajniejsze, ładniejsze, mają lepszy gust co do autek (zamiast jakimś japońskim czymś, jeżdżą Mustangiem). Od razu widać że są Prawomyślne, i co by się nie działo, mogą być tylko górą. Dialogi lżejsze (niby też o niczym, ale nie powodowały już że momentami się wyłączałem), ale skupienie QT na zróżnicowanych bohaterkach (laski z pierwszej połowy w sumie niczym się nie różnią) odciągnęło jego uwagę od grindhousowatości - skończyły się pomysły na wpadki montażowe, rozjazdy ostrości kamery, uszkodzenia taśmy i temu podobne kwiatki. Tak że mamy trzy, potem cztery jeżdżące autkiem laski. Jest konkretna autoironia i nawiązania do wcześniejszej twórczości. Laska siedząca za kierownicą jest prawie jak żeńska wersja Samuela z Pulpa, Zoe to dublerka Umy z "Kill Billa", a facet Rosario Dawson zdradził ją z dublerką Daryl Hannah, znanej z tego samego filmu. Jest też rozmowa o tym że właśnie ten facet masował jej stópki. I że nie było ani całowania, ani ssanka, ani lizanka, ani pykanka. Z "Pulp Fiction" oczywiście wiadomo że to 'rzeczy z innej parafii', ale w sumie chodzi o to samo. Tarantino wdzięcznie zacytował siebie samego. Laski jeżdżą, pitolą, po czym następuje zajebista sekwencja kaskaderska. Czyste, staroszkolne efekty specjalne bez komputera - laska siedzi na masce samochodu, a obok stara się ich staranować wózek Russela. Podziw dla kaskaderki. Robi to wrażenie. Film się kończy soczystym kopem w ryj (dosłownie). Finito.

Pamiętam tylko lap dance, rozpierdziel na autostradzie i finałowe pościgi. I Russela. I muzykę, ale Tarantino zawsze skądś jakieś zajebiste, stare kawałki wygrzebuje.



No to zapodaję płytę z "Planet Terror". I jest trailer "Machete". Danny Trejo. Cheech Marine. Jeff Fahey. Tito Larriva. Maczety, sieka i nawiązanie do "Desperado". I od razu jest mi lepiej. Może to dlatego i poprzednio, i teraz dzieło Rodrigueza mi weszło lepiej...?

Skupię się na filmie Roberta. Prosta fabułka o zarazie zombie, ale z paroma wątkami, i wieloma bohaterami. I właśnie ci bohaterzy, a raczej aktorzy, wygrywają film. Owszem, Tarantino miał Russela. I co dalej? nic.

A Rodriguez (uwaga, będzie ciężko, bo zaczynam wyliczankę)? Zacznę od gliniarzy. Michael Biehn, znany z pierwszego "Terminatora". Posterunkowy Carlos, czyli Carlos Guallardo, znany z roli el mariachi, z rodriguezowego filmu "El Mariachi" (MISTRZ!!!). Tom Savini jako kolejny posterunkowy, mistrz efektów specjalnych z filmów Romero, reżyser rimejka romerowej Nocy, Sex Maszyna z "Od zmierzchu do świtu" Rodrigueza, inna sprawa że karykaturalna maska samego siebie, ale trudno, Savini to Savini. Dalej. Jeff Fahey, kojarzony z "Kosiarza Umysłów" i tony filmów kategorii B i C, jako redneck, szukający idealnego sosu barbeque. Sparaliżowany na twarzy (ach ten botoks) Bruce Willis, w roli zbliżonej do Big Bossa z Metal Gear Solid - żołnierz o legendarnych dokonaniach (Człowiek Który Zabił Bin Ladena), z traumą na styl wietnamski. Jeśli zekranizują fabularnie MGSy, to jest moim pewniakiem do roli pierwszego Snejka. Na bank. Dalej. Michael Parks jako szeryf Earl McGraw. Kojarzycie, ten redneck. No okej. Facet grał też tę samą rolę i w "Death Proof", i w "Kill Billu", i w "Od zmierzchu do świtu". Czyli u Rodrigueza pojawił się po raz pierwszy. Ale w skrypcie Tarantino. Dalej. Kto jeszcze ze znanych ludzi? Tarantino, z rozczłonkowanym kutasem. Rose McGowan, w głównej roli laski z M-16 zamiast nogi. Jaki motyw. Laska, z karabinem zamiast nogi. Pierwszy rocket-jump w historii kina!!! Rodriguez dla niepełnosprawnych zrobił w tym filmie chyba więcej niż wszystkie kampanie społeczne. Ta kobieta bez nogi (wiem że to komputer) wygląda poważnie. Wygląda groźnie. Co najważniejsze - wygląda niesamowicie seksownie. Kurde. Jak nie, jak tak? Po tym filmie nigdy już nie spojrzę tak samo na osobę niepełnosprawną. Cytując postać Tarantino: "lepszy dostęp...". Nie no. Jaja sobie robię (to dla tych co mają wątpliwości). Ale Rose bez nogi dalej wygląda seksownie. Serio. Lecimy dalej. Freddie Rodriguez, który podobno wcale nie jest kuzynem Roberta (Trejo jest!!!), i który zagrał El Wraya. No zajebista postać. Koleś niby znikąd, ale ewidentnie z historią. Jakiś legendarny typ, któremu szeryf wali rispekta, jak się dowiaduje kim on jest. Oczywiście widz się nie dowie, bo ta część filmu jest na rolce, która 'zaginęł'a. Tej samej rolce z filmem, na której jest większość stosunku El Wraya i Cherry, czyli potaci Rose. Zajebiście się zapowiadającej sceny pykanka nornalnego (acz kurduplawego) faceta z laską z jedną nogą. Czy ktokolwiek czuł się zniesmaczony, że ten facet pyknie laskę z drewnianą nogą??? Dobra, daje na stop w tym temacie, kontynuuję wyliczankę. Acz scena zacna. Dalej. Meksykańskie psychopatyczne opiekunki do dzieci. Kapitalny Josh Brolin, o którym wcześniej w ogóle nie słyszałem, jako lekarz. Zabawny, alfonsowaty manago klubu go-go.

Ten film zwyczajnie niosą bohaterowie i aktorzy. Poza tym oczywiście - mnóstwo zabawnego gore, nastrojowa muzyka, kojarząca się z horrorami i SF z lat 70/80, zabawne one linery. Rozrywka, dystans, efekty, dynamika. Owszem, kicz i tandeta, ale jedno i drugie wykorzystane z wdziękiem i świadomie.


Dochodzę do podsumowania. Mam wrażenie że Tarantino uwierzył w swoją moc za bardzo. Że jakich dialogów by nie napisał, to będą zajebiste. Już w Kill Billach dialogi miał ubogie ("Bękarty Diabła" Zombiego miały już dużo lepsze, i bardziej 'tarantinowskie'), ale to co się dzieje w "Death Proofi'e" to padaczka zwyczajna, gadki o niczym i zupełnie po nic. Jego udział w jego własnym filmie zupełnie niepotrzebny, parę scen na siłę napompowanych, żeby dało się z filmu pełen metraż zrobić. A chodzi tylko o dwie sceny z efektami, i jedną z rasowym kręceniem dupą. Wierzę że Tarantino się dobrze bawił na planie - w końcu rozwalił na nim 4 samochody. Co innego Rodriguez - radosna rozpieprzanka bez spinki i nadęcia. Chodzi o siekę, braną w duży cudzysłów. Wierzę że dobrze się bawił razem z aktorami, epatując przemocą i spływającą płynami ustrojowymi obleśnością. Ale nie zapomniał, że bawić się ma przy tym nie tylko ekipa - ja też się dobrze bawiłem. Dwa razy.

piątek, 24 października 2008

Give me KOMPLETNE "Give me Liberty"

Wiadomość że Egmont wyda "Dajcie mi wolność" nie zrobiła na mnie wrażenia - co najwyżej przypomniała że muszę uzupełnić kolekcję o to dzieło w oryginale. W końcu na Amazonie jest do wyhaczenia ten komiks za 11$, a Egmont zaśpiewa sobie za niego 65 dzika. Nie jestem kolekcjonerem komiksów, a czytelnikiem, zadowoli mnie tańsze, niekolekcjonerskie wydanie w softcoverze. No ale poszperałem, i dałem spokój. Po co mam dziś kupować pierwszy tom cyklu, jeśli kolejne są trudno uchwytne, a i tak komplet ma zostać wydany jako Omnibus Marthy Washington?

W tym momencie naprzeciw moim oczekiwaniom wyszedł Egmont. Jak głosi komunikat, który podają serwisy, komiks wyjdzie około pół roku później, drożej, ale jako cała seria. Super. Zamiast 208 stron (tom pierwszy), dostanę całe 352 kompletu. Moment... TYLKO 352 strony???
Z zapowiedzi Gibbonsa wynika, że zebrana seria ma mieć objętość prawie 600 stron. Zakładam że część mają stanowić bonusy, ale tylko drobną część, a nie prawie połowę tomiszcza.

No to policzmy. "Give me Liberty" w oryginale to 216 stron. Znaczy się - nasze wydanie miało być zubożone, bo 8 stron komuś było żal. Szkoda. Bywa. Ale to już nie ważne. "Martha Washington Goes to War" to kolejne 144 strony. Czyli już mamy te 352 strony, które mają stanowić całość serii. Najwyraźniej według Klubu Świata Komiksu komiksy takie jak "Martha Washington Saves the World" (112 stron), czy trzy one-shoty ("Happy Birthday Martha Washington ", "Martha Washington Stranded in Space" i "Martha Washington Dies", każdy jak przypuszczam to 32 strony) nie należą już do serii. Albo Egmont inaczej pojmuje całość serii, która ma być wydana kompletnie - podobnie jak panowie z System of a Down, którzy wydali jeden podwójny album jako dwie osobne płyty, wydane z półrocznym odstępem. Ale to jeden podwójny album jest.


Nie wiem o co chodzi. Może po prostu ktoś nie umie liczyć (serwisy podają tę samą liczbę stron, więc to nie w postprodukcji komunikatu się kopnięto). Była by to po prostu głupia wpadka. Gorzej, jeśli chce się nam wmówić, że te 352 strony to cała seria. Oznaczało by to chyba, że największy polski wydawca komiksów zwyczajnie traktuje nas jak idiotów. Mam nadzieję że tak nie jest.

czwartek, 23 października 2008

Oda do oldskula

Im więcej mam zmarszczek (mimicznych, of coz, mimicznych!), tym bardziej przekonuję się, że jestem oldskulowecem. Wolę arcade od rozbudowanych gier. Systemy komputerowe, których złe działanie wynika tylko z moich błędów w konfiguracji (oczywiście te nieskomplikowane), od systemów które wszystko robią za mnie. Stare modele Porsche 911 od najnowszych. Klasyczne klawiatury od tych z funkcyjnymi guzikami do Windows, z których i tak nigdy nie korzystam, ale brak mi miejsca między Altami a Controlami. Wolę klasycznego, nieuczesanego rocka z lat 60-tych i 70-tych, od nowoczesnego, mniętkiego indie z gejowską grzywką. No i wolę stare metody kręcenia filmów, od wszechobecnego CGI...

Nie jestem przeciwnikiem używania komputera przy wzbogacaniu obrazu. Wiem, że takich filmów jak "Sky Kapitan i Świat Jutra", "Matrix", czy "300" po prostu inaczej by się nie dało zrealizować. Komputer to kolejne, nieograniczone wręcz narzędzie dla filmowców. Gorzej, że dla niektórych to narzędzie, którym da się zastąpić wszystko. Bo przecież - tło da się wygenerować. Efekty też. Cholera, nawet aktorów można wygenerować. I dźwięk. Normalnie wszystko. Ale 'magii kina' w ten sposób się nie wygeneruje, ni cholery.

Oglądam sobie właśnie "Imperium Kontratakuje" (ofiarny ze mnie blogger, oderwałem się od filmu, żeby podzielić się wynurzeniami, doceńcie to!!!). No i wiadomo - edycja specjalna Gwiezdnych Wojen została podpicowana do kin, a edycja DVD tejże została jeszcze bardziej podpicowana, bo stare rendery się brzydko zestarzały. Ja nie mówię że bez sensu, parę scen fajnie dzięki temu wygląda. Na przykład okna dołożone na Bespin robią wrażenie. Inna sprawa że o ile pamiętam, w starej wersji Solo dziwił się że z Vaderem na Bespin jest Boba Fett. W nowej się nie dziwi. Bo dołożono scenę w "Nowej Nadziei" z Jabbą, przy którym pęta się Boba. To zdziwienie nie miało by więc sensu. A sama scenka z Jabbą fajna, jako scena zapomniana, wywalona, ale jednak przywrócona do Sagi.

Nieważne, ja nie o tym.


Co mnie skłoniło do oderwania się od filmu? Piękne, znakomite sceny poklatkowe z makietami. Walkery At-At. Banthy. Cacuszka. Może i ruch nie jest w pełni płynny, ale za to jak zajebiście to wygląda! Na zbliżeniach widać że to makiety sa, ale fajnie się te makiety ogląda na stopklatce. Jak At-At wybucha, to kawałki metalu walące po śniegu powodują zbyt duże chmury śniegu, jak na kawały żelastwa tego formatu. Co z tego? Makiety w ruchu wyglądają kapitalnie. Owłosione, sztuczne zwierzaki wyglądają też kapitalnie, z komputera by się tego tak nie zrobiło. W sumie cały film znam na pamięć, ale jak teraz się na to gapię, to aż się rozczulam widząc te poklatki. Dopiero ostatnio zauważam, jaką frajdę mam z oglądania efektów robionych tradycyjnymi metodami. Filmy z blue screena bywają fajne, ale kurde - takie makiety jak w Gwiezdnych naprawdę są dziś ewenementem. Tak samo animacja deadites'ów w "Armii Ciemności", czy poszczególnych żywych trupków w "Evil Dead 2". Efekt wektorowego 3D z "Ucieczki z Nowego Jorku", osiągnięty za pomocą makiet, oklejonych fluorescencyjną taśmą klejącą... Rany, przecież dziś się tak nic nie robi! Nawet jeśli by jakiś świeżak robił coś pokroju "Martwicy Mózgu", to by krew i flaki w scenie z kosiarką pewnie zrobił z komputera, jak w "Zombie Strippers". Chwała takim kolesiom jak Tarantino i Rodriguez, którzy potrafią postawić na charakteryzację, prawdziwe karambole, czy sztuczną krew. Szkoda że mało kto może pozwolić sobie na pofolgowanie tęsknocie do oldskula, i machnięcie tradycyjnych efektów. Ale wiadomo, tradycja kosztuje, a komputer ma każdy.

Gorzej, że poprawia się stare. Coś prawie tak koszmarnego, jak kolorowanie czarno-białych filmów. W części scen z Gwiezdnych Wojen uważam to za zasadne, w części nie, ale się nie pultam. Żałuję tylko, że nie mam edycji specjalnych części starej Trylogii, z drugą płytką ze starą wersją filmu. Mam już boxa z bonusową płytą. Postanowiłem że nie dam się Lucasowi wydymać. Teraz żałuję. Nie dziwne, jako kapuściany dojmistrz jest lepszy niż jako reżyser. Ktoś poza Sztyborem ma, co by ewentualnie pożyczyć?

Są jednak sytuacje, kiedy ktoś totalnie przegina pałę, decydując się na CGI, zamiast starej wersji. Mam na myśli wydanie DVD "Czerwonego Kara", w którego pierwszej serii przerywniki z lotem statku w kosmosie są w 3D. Takim 3D z przed prawie 10 lat. Może trochę przesadzam. A brzydkie toto, zestarzało się okrutnie, już jak to zrobili to musiało być paskudne. I po cholerę się ktoś na to zdecydowało? Na szczęście po odpaleniu drugiej serii robi się lepiej. Przerywniki są stare, tradycyjne. Makieta, majestatycznie sunąca przez coś co ma imitować kosmos. Cudo. Trochę tandeta. Tylko trochę. Piękne.


Mówiłem już że jestem oldskulowcem?

środa, 22 października 2008

Jesień zamula

Głowa mnie boli. Od dwóch tygodni. Jesienne przesilenie odspuściło - albo się przyzwyczaiłem - ale głowa boli nadal. Będzie więc wpis o raczej smętnej treści.

Nowości MFKowe piętrzą mi się na parapecie. Piraty i Moebiusy, "Prosto z Piekła", cegły normalnie, nie wiem kiedy je wchłonę, a tu jeszcze Manzoku się odgraża, że nowości jutro wypuści. "Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz", mówi stare, polskie przysłowie. A podobno do początku przyszłego rku mają puścić "Justice" Rossa. Taaa, jaaasne.

A teraz uwaga. Drugie najważniejsze wydarzenie sezonu (roku?) po MFK2008. A może i najważniejsze. Dolar poleciał w górę. Jak szalony. Z 2 dzika dwa miechy temu do niemal trzech (do końca tygodnia pewnie będzie kurs ponad 3 zety za zieleńca). Co to oznacza? Ano - koniec z niedrogimi komiksami z Ameryki, z Amazona, czas pogodzić się z polskimi 'wydaniami kolekcjonerskimi'. Będą niedługo wychodzić taniej. Dobrze że w wakacje uzupełniłem nieco kolekcję, acz ostatnie zamówienie preorderowe dopiero ma dojść, i przyjdzie mi grubiej zapłacić. Nie zdążyłem uzupełnić zbiorów o wspomniane "Justice" (a to trzy tomy są), o "Earth X", o piąty tom "Sandman Mystery Theatre", "Give Me Liberty", dzieła zebrane Moore'a o świecie DC, czy rysowanego przez Mignolę "Ironwolfa". Trudno, Sandmana pewnie dokupię, bo 4ka i 6tka leżą na półce, warto serię wchłonąć w całości, a nie lubię tego przeciągać w nieskończoność. Z resztą przyjdzie poczekać aż złoty się wzmocni, bo skaczą kursy wszystkiego - euro, funta, franka, w efekcie i ebay przestaje kusić, i znajomi z UK nawet jak coś przywiozą, to najtaniej nie będzie. Tak pierniczę o cenach komiksów. O kredytach mieszkaniowych i innych takich boję się nawet pomyśleć. Kredyty we frankach idą obecnie w górę, podobnie w innych walutach. Pozytyw że według ekspertów ceny mieszkań spadną. I będzie się opłacało brać kredyt w złotówce. A pół roku później ceny walut zaczną spadać. Co by nie robić, będzie się w ciemnej dupie. Ale na pocieszenie znowu oryginalne komiksy będą tańsze...

Coś miałem popitolić. A. Komputer odmawia mi coraz bardziej posłuszeństwa. Chyba muszę w końcu zawirusowanego bydlaka sformatować.

Poza tym od dwóch tygodni zbieram się z poklepaniem częstszym na blogu, na co nie mam czasu i siły zwykle. O tym że Teatr Tajemnic Sandmana to zacna seria kryminalna z zacięciem społecznym. O tym że jako gracz cierpię na przesyt gier dla core'owców, ze śrubowaniem wyników i ćwiczeniem skilla, i skłaniam się ostatnio w stronę gier dla pogrania, relaksatorów (vide Lego Star Wars). Że wbrew temu jednak dorwałem z powrotem Devil May Cry 4, i powoli zbliżam się do połowy, szarpiąc na hardzie (dla kumatych - tryb Son of Sparda). Że broda mi coraz bardziej rośnie, będzie mi wiec w zimę ciepło w dolną część twarzy, i będę pozował do fotek pod tytułem 'THIS IS SPARTAAAA', albo 'TONITE WE'LL DINE IN BURGER KING', bo ten gąszcz się do zarostu Leonidasa zaczyna upodabniać. Ale że nie mam czasu ani siły, to tym razem o tym nie napiszę. Nie napiszę też o dziwacznym, lovecrafciańskim komiksie do scenara (NIESPODZIANKA) Mignoli, pod tytułem "Jenny Finn: Doom Mesiah". Ani o komedyjce klasy Z pod tytułem "Zombie Strippers" z Jenną Jameson. O tym wszystkim pewnie będę stukał kolejne pół miesiąca. No może o striptizerkach nie, bo mnie wynudziły raczej. Ale o reszcie raczej tak.

niedziela, 19 października 2008

MFK-owe premiery

Minęły dwa tygodnie od festiwalu. Refleksem pochwalić się nie mogę, ba, nawet jeszcze nie zdążyłem się zaopatrzyć we wszystkie fajne pozycje. I nie odebrałem nawet swojego egzemplarza "From Hell". Ale parę innych rzeczy przeczytałem, więc zaczynam.

Na pierwszy ogień grupa pod tytułem 'wydawnictwa festiwalowe'. Albo nie, zostawię je na koniec, bo mam coś ciekawszego.

Suka - Timof ponownie sięgnął na wschód, i zaprezentował coś fajnego. Porządnie narysowany komiks rozrywkowy, z klimatem, momentami wartkiej akcji. Tytułowa Suka to stalkerka - łazi po skażonej zonie, otacza ją pustkowie, zaraza, dziwaczne anomalie spaczonej strefy i ludzie pozbawienie skrupułów, ale świetnie wiedzący jak robić użytek z karabinów. Straciła przyjaciela, jest zdana wyłącznie na siebie i wygląda jak Tank Girl. Wszystko fajne, klimat (chociaż nie czytałem "Pikniku..." Strugackich) mi podchodzi, rysunki pasują, ale mi jedna rzecz zgrzytnęła. "Suka" to samodzielny album, nie został on zapowiedziany jako początek serii, czy część cyklu. Od takiego komiksu oczekuję wstępu, rozwinięcia akcji, zawiązania wątków, a na koniec satysfakcjonującego finału. No i dupa. Bo "Suka" to parę historii z ukraińskich corocznych antologii (podobno), i się to aż tak bardzo nie klei. Na początku mamy mocne wejście prawie jak z czarnego kryminału, które spowodowało że powiedziałem 'wow!', potem spojrzenie na skażony świat, po czym przez większość albumu ciągnie się historia zupełnie z prologiem niezwiązana, dopiero na jej koniec autorzy przypominają sobie (i czytelnikowi) że niby miało coś takiego miejsce, ale już nie zdążą się tym zająć. No i poczułem niedosyt, zawiodłem się na kompozycji całości. Wiem że to wynika z pochodzenia materiałów, ale i tak - liczyłem na historię, dostałem sieczkę bez zamknięcia. Plotki się roznoszą że Timof do tematu wróci, mam nadzieję że tak będzie, bo to postać i komiks z potencjałem. Jedno pytanie tylko - co niby ma znaczyć tytuł rozdziału 'proch do prochu' - cytat z Biblii? Dust to dust? W proch się obrócisz? A może znowu się czepiam? Nie ważne, o ile Timof puści kontynuację, to naprawdę warto się zainteresować. Jak nie będzie kontynuacji to też warto, ale pamiętajcie że historia kończy się jak nożem uciął.

Żywe Trupy #6: To bolesne życie - kolejny porządny, fachowo opowiedziany tom. Przyznam że kolejne tomy nie zaspokajają moich oczekiwań. Na początku była zadyma, zaraza, brak stabilności, szukanie jakiegokolwiek azylu, co okazało się nierealne. Większym zagrożeniem od trupów byli ludzie, zwłaszcza ci którzy byli najbliżej bohaterów, otaczali ich. To potęgowało ciężki klimat, nastrój wszechobecnego zagrożenia. Po dwóch tomach towarzycho znalazło spokojne (prawie) więzienie, zablokowało się tam, po drodze dotarło jako zespół. I tak jest już od 4-ech tomów. Wiadomo, są tarcia, bo ktoś komuś coś zrobił, nie dogadali się. Ale to zespół. Zagrożenie trzeba wpuścić przez bramę, albo wyjść z więzienia i go poszukać. Seria straciła tempo, straciła napięcie i impet. Nawet problem ciąży żony Ricka i nieokreślonego ojcostwa został zapomniany. Pozostaje zaraza, trupy za płotem, i szalejący gdzieś ludzie. I średnia jednego drastycznego zagrania scenarzysty na tom, tu mamy celebrowanie sadystycznych i pozbawionych celu tortur. Epatowanie na siłę, Miller w pierwszym Sin City pokazał mniej (męczenie Kevina), ale osiągnął lepszy efekt. No ale takie widać są wytyczne. A to ktoś straci rękę, a kogoś zgwałcą, a to tortury, a to co innego. No i standardowe już tasowanie ekipy - ktoś zginie, ktoś zostanie zarażony, ale na ich miejsce wejdą nowe postaci, co mi wisi, bo połowy ekipy (głównie dam) nie rozróżniam, a giną najczęściej ci nieznaczący. Czepiam się. Ale to i tak jest zacna seria, jedyna z zombiakami na naszym rynku obecnie. A więc mus. Ale nagle się z tego totalna mydlana opera zrobiła...

To teraz trójka z Sutoris.

Bird #2: Maska - czy mi się wydaje, czy seria drepce w miejscu? Podobnie jak w Trupach - pierwszy tom miał fajne tempo, nakręcał historię, napięcie, pierdoły. W drugim tomie jest tylko przetasowane - ginie sprzymierzeniec, ginie mid-boss, pojawia się twardy kafar, pomagier main bossa, z Bonda rodem. Fabuła się czołga, ładnie to wygląda, scenarzysta natomiast robi świński numer. Niemal obiecuję scenę sadomasochistycznego lesbijskiego stosunku, po czym odwraca kota ogonem. Trudno. Bobillo dał radę, Trillo - cóż, rzemieślnik z niespełnionymi ambicjami chyba. Czekam na zamknięcie serii.

Sny #1: Coraline - ładne, ale błahe nieco. Okładka wieje Alfonsem Muchą, rysunki fajne, lekkie, szkicowe, pokryte fachowym kolorem. Jest trochę baśniowo, w klimacie Alicji, nieco steampunka (nawiązanie do Verne'a?), ale tak naprawdę chodzi o ładną laskę (tę z okładki) w skompym odzieniu. No i okej, kupuję to, wspomniana baśniowość umożliwia autorom naciągane, acz sensowne szybkie zmiany konwencji. Ok, nie wiem do czego to wszystko ma prowadzić - i w sumie nawet mnie to nie interesuję - ale chętnie sięgnę po kolejne tomy, ot tak - żeby sobie popatrzeć.

Jam jest Legion #1: Faun tańczący - wielki zawód. II Wojna Światowa, faszyści eksperymentujący ze zjawiskami paranormalnymi, które mogą im pomóc wygrać wojnę - jak można spartolić taki temat? Przecież nawet jak takie historie są głupie i kiczowate, to i tak się bronią. O ile nie są nudnawe. No i ta historia jest nudna. Rysunki Cassadaya są porządne, nic więcej. Dziwi mnie natomiast przedziwaczna kompozycja plansz - bez rozłożenia ich na sceny, miejsca akcji, cokolwiek. Normą w tym komiksie jest przeniesienie akcji w inne miejsce w połowie strony, by na następnej planszy akcję przenieść jeszcze gdzieś indziej. Nury z Cassadayem nawet sobie nie zadali trudu dostosować tempo narracji, kompozycję plansz, itd do nośnika, jakim jest kartka papieru. Nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego widziałem, ale efekt czyta się dziwnie.

No i na koniec wspomniane 'wydawnictwa festiwalowe'.

Katalog wystawy konkursowej - dla mnie w sumie to okazja poczytać komiksy kolegów na spokojnie po festiwalu. W galerii jakoś zwykle nie lubię, tylko oglądam. Sporo fajnych rzeczy, częściej do pooglądania niż poczytania, Sztybor w aż trzech odsłonach (w tym dwóch nagrodzonych - z Jaszczem i z Szaletem), ale jak zwykle - śmiesznie jest. Dziwnym trafem nie załapała się praca Sonii Oliveiry, II miejsce wśród amatorów, pamiętam że fajna, natomiast załapała się totalna padaczka niejakiego Igora Myszkiewicza, czy porażka i w kwestii wizualnej (fotoszopowane zdjęcia), i treściowej (jakiś bełkot), mianowicie dzieło p.t. "Trąbka", zwyczajne marnotrawstwo papieru. Ale a katalog i tak posiąść warto, choćby dla kolegów. Rybb na przykład do fabuły Daniela Gizickiego fajną rzecz narysował.

Antologia 75 lat Koziołka Matołka - pomyłka. Historię postaci na paru stronach opisał Adam Rusek. Nie miałem sił się za to zabrać. A potem same sławy - Baranowski, Butenko, Szarlota Pawel, Kiełbus, Śledziu, Marek Lachowicz... Nie będę strzelał nazwiskami, ale sławy zawodzą, mało kto (jak właśnie Marek Lachowicz) zrobił coś naprawdę fajnego. Pojęcia nie mam, co pośród tej ekipy robi Filip Sobański, podobno nagradzany wielokrotnie, i jego brzydkie, nieciekawe coś. Antologii nie polecam.

Janusz Christa - wyznania spisane - polecam szczerze i ze wszech miar. Wyznania spisali Kamil Śmiałkowski i Krzysztof Janicz. Pytania wycięto, opowieści Christy (od swoich dziadków, po dzień dzisiejszy) bronią się same. Gawędziarz, jak przypuszczam gaduła, specyficzne poczucie humoru, lubi podpuszczać, a i ma pamięć do anegdotek. Mnóstwo śmiesznostek, np. że wozi zawsze w samochodzie parę własnych albumów, bo lubi szybko jeździć, a jak go drogówka złapie, to się da chłopaków zawsze tym przekupić. Bonusowo nieco komiksów mniej lub bardziej archiwalnych, bibliografia na koniec. Dwa minusy. Komiksy w środku nieopisane, brak informacji skąd wzięte, jaki rok wydania itd., zwykle mi to wisi, a tu zabrakło, bo to właśnie książeczka przekrojowa o historii kariery. Drugi minus to brak tytułu na grzbiecie - jak już się nie zszywa a lepi czy szyje, to warto nazwę dzieła nadrukować. Jak ja się teraz połapię, jak wsadzę to w dziesiątki innych komiksów, co to niby za książeczka? Pomimo (drobnych) minusów polecam, zacne, naprawdę, zacne.

Reszta premier za jakiś czas, pewnie łącznie oba komiksy z Kultury Gniewu obsmaruję, coś tam jeszcze chyba też się znajdzie. Chyba.


Pod skryptem: kto uważa że Gildia przegięła z ilością popupów - ręka w górę.

czwartek, 16 października 2008

Dobre anime? Tylko z kiosku.

Żyjemy w ogólnie śmiesznym kraju. Wystarczy obejrzeć wiadomości (kabaret pozostawię tym, którzy pobierają za tę działalność diety, daruję sobie szczegóły). Polska - kraj wyborowej i kiełbasy, prezydenta-elektryka i wożenia chorób tropikalnych na Ukrainę. Ryneczek komiksowy - wiadomo - w porównaniu do Francji czy USA biednawy. Z rynkiem anime na DVD jest niewiele lepiej, od dawna miłośnicy japońskiej animacji jak chcą zobaczyć coś nowego, dobrego, klasycznego, to są raczej skazani na piraty.

No chyba że pójdą do kiosku.

Przedziwna to sprawa. Z dwóch żelaznych klasyków japońskiej animacji ("Akira" i "Ghost in the Shell"), oba miały u nas premierę jako dodatki do magazynów. Owszem, ukazało się normalnie parę dobrych produkcji (pełnometrażowy "Cowboy Bebop", "Księżniczka Mononoke", "Vampire Hunter D: Bloodlust", czy zlepiony z szortów "Animatrix"), ale to nie zmienia faktu. Po klasykę anime - taką nie dla otaku, a dla ludzi - chodzi się u nas do kiosku.

No chyba że produkcje Miyazakiego, ale to jest zupełnie inna bajka.

No i śmieszna sprawa (powoli kończę wstęp, wytrwajcie...), ukazała się u nas trzecia pozycja z mojej prywatnej listy mistrzostwa japońskiej animacji. "Ninja Scroll". Bez magazynu. Ale też w kiosku. Za 20 dzika. W sumie lepiej tak, niż w ogóle, albo za bandyckie pieniądze (vide Anime Video - 50 dzika za 4 odcinki serialu).

Okazuje się że nie da się u nas wydawać anime normalnie, ale można nienormalnie. W formie dodatku do "Kino Domowe - magazyn DVD" wyszły u nas pozycje wspomniane na początku, ale też pare innych fajnych rzeczy, jak "Blood: the Last Vampire" czy "Perfect Blue". Dobre, nie tylko dla fanów gatunku. Wyszedł też serial "G.I.T.S - Stand Alone Complex" - nawet dwie serie. Wydawnictwo IDG dało sobie trochę luzu, i kontratakuje z całą serią anime, z jakąś broszurą zamiast magazynu, za 20 dzika, opychanych po kioskach. No i przyznam że jest grubo. Tak grubo, że decyduję się na prenumeratę. Polecam niemal wszystko z listy, onanistycznie poklepię sobie o prawie każdym dziele co wychodzi w ramach 'kolekcji'. Lecę chronologicznie według dat premier, pierwsza pozycja to październik.

Ninja Scroll - wspomniane mistrzostwo. Świetna animacja, dynamiczna acz nagięta fabuła, 'growy klimat' (samotny, małomówny heros, ścierający się z armią ninja i kolejnymi dopakowanymi bossami). I świetna animacja. Wyszła potem do tego nędzna seria i nieautoryzowana kontynuacja, lipne jedno i drugie, Scroll się przez ten czas prawie nie zestarzał. Heh, nawet w "Osiedlu swoboda" nawiązanko było ("się oglądało Ninja Scrolla, to się umie..."). Moja polecać.

Millenium Actress - komedia romantyczna, cośtam, brzmi odpychająco, ale film wyreżyserował Satoshi Kon. Mam do typa zaufanie. "Ojcowie Chrzestni z Tokio" było przewybornym obyczajem komediowym o życiowych rozbitkach, "Perfect Blue" było nastrojowym, pokręconym thrillerkiem, a "Paprika" ponoć też daje radę. Jak mi ją w końcu po pół roku Sztybor przyniesie kiedyś, to może sobie nawet własne zdanie na temat ostatniej pozycji wyrobię. Tak czy siak - "Aktorkę Tysiąclecia" łykam w ciemno.

Ghost in the Shell 2: Innocence - jedynka to kamień milowy w japońskiej animacji. Rewelacyjna strona wizualna, zwięzła fabuła, psychologiczna głębia rozwarzań o granicy człowieczeństwa. W 2-ce Oshii poszedł dalej, poza komiks, tworząc jeszcze piękniej zrealizowany egzystencjalny bełkot. Widziałem chyba dwa razy, nie do końca wiem o co biega, filozofia i religie wschodu, jakies zapętlone same w sobie twisty, dziwactwa. Ale wygląda toto cudownie. Biorę.

Cyber City Oedo 808 - 3 cyberpunkowe historyjki o skazańcach współpracujących z policją. Dzieło Yoshiakiego Kawajiri (jak się odmienia japońskie imiona i nazwiska? Godaaaai???), typka od "Ninja Scrolla" i kapitalnego "Vampire Hunter D: Bloodlust", czy animatrixowego "Programu". Gość ma chyba skręt w stronę białowłosych niewiast. Starawe, ale fajne, widziałem to we włoskojęzycznej 'kopii zapasowej' z niezsynchronizowanymi napisami, w końcu będzie okazja obejrzeć normalnie.

Sky Blue - produkcja koreańska, kiedyś widziałem, nic nie pamiętam, poza tym że animacja (wtedy) kopała zad. Chętnie to na dużym telewizorze albo rzutniku w porządnej jakości obejrzę.

Grobowiec Świetlików - wysoko oceniany dramat wojenny. Nie znany mi klasyk, na którego ostrzę sobie zęby od dawna. No to będę miał (za swoje).

Spriggan - a to ci heca, zaskoczyli mnie. Śmieszny filmik. Taki arcade'owy, jeśli można powiedzieć. Fabularnie jest to jakiś dziwny mix "Akiry", "Poszukiwaczy Zaginionej Arki", i motywów z Jamesa Bonda. Agenci, akcja, pojedynki z bossami. nieco Metal Gear Solid w tym wymiarze zawiewa.

Vampire Hunter D - klasyk z lat 80-tych, pierwsza część cyklu (może kiedyś dorobią 3-kę?), oparte bodajże na powieści. Znowu dziwny mixik - gothic horror w postapokaliptyczno-westernowej scenerii. Main hero to coś w stylu Bjelda - smutny półwampir z mieczem, polujący na krwiopijców. Ze względu na wiek animacja nie zachwyca, ale za to klimat i pomysły... Bąbeczka.

Space Firebird 2772 - jedyna jak dla mnie wtopa w zestawie, ale może mnie zaskoczą. Oceniane na IMDB średnie, niby fabuła ma coś wspólnego z Tezuką Osamu, nieświeże - z 1980 roku. Niby bym nie kupił, ale resztę bym wziął, a prenumerata kosztuje 20 dzika taniej niż komplet z kiosku. I do domu dowiozą. Więc biorę.

Przetrawcie zakup przynajmniej paru powyższych pozycji. Z paru powodów. Bo lepiej oryginalnym być. Bo jakość lepsza niż divixa. Bo dobrze wydane są od tych państwa nawet filmy - japońskie i angielskie audio (dla japonofobów), dwie wersie subów. Bo to kapitalne tytuły. No i bo jak nikt nie bedzie kupował, to się ten zasrany ryneczek anime DVD - który organicza się do działów filmowych w kioskach - nigdy nie rozwinie. Jak pisałem - biorę wszystko, warto.

sobota, 11 października 2008

Dziwne miejsca

Zapomniałem o jednej pozycji z przed MFK wspomnieć. Nowe dzieło Jerzego Szyłaka i Macieja Pałki. Wspomniałem że mi się - ku memu zaskoczeniu - nawet podobało, czemu na festiwalu dziwiło się parę osób. Tajemnicą nie jest że komiksowych płodów doktora (będącego podobno profesore) Jerzego nie lubię , bo epatują bezsensownie przemocą i zbędnym ( a juz na pewno nie estetycznym) dymaniem. Po nowe dzieło sięgnąłem z ciekawości co tam Maciej napsocił. No i się zdziwiłem.

Benek Dampc: Strange Places - Szyłak skomponował dobrze skrojony, noirowy kryminał. Bohaterowi miesza się 'teraz' i 'wtedy', a Pan Scenarzysta naprawdę sprawnie zabawił się z mieszaniem chronologii. Wieje "Memento". Ktoś kiedyś chyba napisał że problemem Szyłaka są finały, które po niezłym początku i dobrym rozwinięciu kładzie. Nie wiem, nie wnikałem aż tak głęboko. Tu finał jest półotwarty, i wychodzi to fabule na zdrowie, nie przedłużając poplątanego śledztwa. A, zapomniałem. Nie ma ruchania. Na jednej planszy są cycki jeno (erotomani mogą sobie wycinek z tej planszy czeknąć u Macieja).

No i łyknąłem to ze względu na kolegę Pałkę, i mnie Pałka zawiodła. Podobały mi się jego porypane "Laleczki", dobrze się jego rysunek sprawdza we wszelkiej psychodeli, ale tu tego zamącenia dla mnie za dużo, bo to owszem, pokręcona historia, ale realistyczna. Rewolwer zmienia na kolejnychy planszach swoje proporcje, Dampc wygląda raz jak azjata o wąskich oczach, to znów wybałusza gały. Ponoć to może być nawiązanie do poprzedniego Benka. Może i jest, efekt taki sobie. Wyrwana z kontekstu się wydaje też strona Benka w areszcie, rysowana w innej nieco konwencji, gdzie bohater nawet uczesanie zmienia. Może się i czepiam (acz Maciej sam przyznawał u siebie na blogu że w pewnych kwestiach warsztatowych ma tyły), ale kurde. Jerzy zaskoczył mnie pozytywnie, czego wogóle się nie spodziewałem (znaczy się - fabuła pewnie nie jest taka fajna jak piszę, ale lepsza niż poprzednie), a Maciej negatywnie. Do komiksu wrócę, może się przekonać, warto przeczytać, bo komiks udowadnia że fabuły J.S. to nie tylko kopulacja, gwałty, okrucieństwo i ludzkie wydzieliny spływające po lustrze.

Oczywiście przekonuję tylko antyfanów Doktora Wyspy. Fani pewnie już ten komiks mają, i uznają go za opus magnum Wieszcza.

piątek, 10 października 2008

Przesilenie jesienne

Tak, wiem że nie ma czegoś takiego jak przesilenie jesienne, ale czuję się jak by było i miało wpływ na wszystkich. Zmiany ciśnienia, kiwanie się termometru, no po prostu chce mi się tylko spać, albo czilałtować przy Lego Star Wars na Boxie. Pisać też mi się nie chce. Zmuszę się, co by wklepać posta, bo zapomnę jak to działa, a lista przerzuconych komiksów ostatnio rośnie (i wzrośnie, jak premiery MFKowe uzupełnię).

No to ostatnia, genialna płyta Amona Tobina na uchy i jadziem z maruderami.

Na pierwszy ogień importy - potrójne wejście smoka. Bo ja mam skręt w stronę azjatyckich klimatów kopanych.

The Immortal Iron Fist: The Last Iron Fist Story - tytuł przydługi, w dodatku w obu jego członach pada nazwa bohatera. W sumie chyba nieprzypadkowo, bo działa ramię w ramię (piącha w piąchę?) z innym Fistem. Story - Brubaker i Fraction, rysunki Aja. Graficznie jest fachowo, dobrze robią wstawki z historycznymi Fistami, bo tych kolesi cała linia jest, każda prawie wstawka rysowana przez kogoś innego. Jak ktoś nie wie - Fist to superheros w stylu Hong Kongu, bije, kopie, skacze, zna sekrety antycznego wschodu i niest nie do pobicia ogólnie. Fabułka fajnie miesza klimaty wschodnie (filozofia i mitologia taoistyczna, nawiązanie do gór Wudang) ze światem Marvela, trykociarstwem, Hydrą i Civil War. No i miksik fajny, rozrywkowy ale inteligentny. Co prawda z taoistycznego spojrzenia na świat - dualizm, ścieranie się przecznych pierwiastków, które nie są złe lub dobre tylko inne od siebie - amerykanie zrobili tradycyjną przypowiastkę o tym że dobry spuści wpierdziel złemu. Tak czy siak - fajne, dobry mtoyw ze starym Fistem który używa Chi do dopakowania Coltów 1911 (coś jak Kyu-Do). Naaajs. No i smaczki - tu Fist z gardą Bruce'a, tam ktoś stoi w pozie Panny Młodej z Kill Billa. Moja chcieć więcej takowego trykociarstwa. Znak jakości Gonza (dziś zrobię sobie wakacje, i nie będę wklejał znaków, o!).

Na koniec ciekawostka - wg tego zestawienia wynika że Iron Fist to buddysta, ale to jakiś jełop chyba zestawiał. Taoista, jak nic. Przynajmniej w tym tomiku. A zestawienie śmieszne, zachęcam. Wiedzieliście że Nite Owl ze Strażników to Żyd???

Bastard Samurai: Noir - Michael Avon Oeming, Miles Gunter i Kelsey Shannon, nie będę pisał kto co robił, bo np taki Oeming i inkował, i współpisał story, masakra. Prosta historyjka - współczesny gladiator, gość z wypranym mózgiem i wprasowanym w nim bushido, uczestniczy w tajnych walkach na śmierć i życie, by zgniłe elity mogły robić brudne zakłady. Jak to w takich historyjkach bywa - ma przebłysk świadomości i postanawia skarcić kogo trzeba. Banalne. Ale jak toto rozrysowane!!! Z deka mangowej dynamiki, stylistyka cartoonowa, bliska do Samurai Jacka, psychodeliczne wstaweczki. Smaczne, proste, ale wrócę do tego.

Fight For Tomorrow - pan Wood od DMZ przeczytał Bastarda i stwierdził - no okej, ale ja zrobię to lepiej, i z głębszym psychologizmem postaci. No i fabularnie jest drętwa czkawka po poprzednim, z jakimiś rozkminami, bohater w sumie antypatyczny, nie chce ratować innych, ale jakoś to nie wiadomo dlaczego robi, ręce opadają, a finał taki że aż przysiadłem. Bo i o kobietę się rozchodzi. A jak przychodzi co do czego to smutnym się robi ten komiks. Lubię temat, więc brałem w ciemno, tym bardziej że inkował toto Kent Williams, a wydało Vertigo. No i pomyłka, Denys Cowan tuszowany przez Williamsa to bazgroły jakieś nie dla mnie raczej. Mordobicia mało dynamiczne. Ja tak mam że jak sceny akcji są, to lubię przedstawienie niektórych scenek w sposób animacyjny. Tu tego nie ma. Zawód. Ktoś chce kupić może?


Przypomniało mi się. Na koniec jeszcze jeden import.

Superman: Red Son - smaczny Elseword, punktem wyjścia jest pytanie - co by było, gdyby szalupa ratunkowa z Kal-Elem pierdyknęła nie w jakieś wiejksie okolice USA, a - powiedzmy - w Ukrainę. Superman jest ziomem Stalina, wierzy w komunizm, który stara się wdrażać na swój sposób, nie plamiąc sobie dłoni polityką, czy współpracą z KGB. W końcu bierze na siebie brzemię, coraz głębiej przekonując się, że nie wprowadzi bezpieczeństwa i dobrobytu, nie kontrolująć gdzie się da. Millar pojechał sobie zarówno po sowieckim aparacie represji, jak i po współczesnej Ameryce - harcerz (tym razem totalnie Czerwony) chce dobrze, ale nie umie inaczej. W efekcie supremacja Rosji przypomina tą USA ze Strażników, osiągniętą dzięki Manhattanowi. Przewija się plejada znanych i lubianych (lub też nie): Batman (jako rewizjonistyczny rewolucjonista), Wonder Woman, Lex Luthor, Lois Lane, Jimmy Olsen, jak i sporo innych postaci, których pewnie nie ogarniam, bo Supermena i opowieści o nim zwyczajnie nie cierpię. Ale ta wariacja jest fajna. Fajne też są w socrealistycznym klimacie utrzymane okładki. Można. Nie trzeba. Jak ktoś lubi trykociarstwo to chyba powinien, ale jak nie, to też się nie zawiedzie. To tak dobry komiks, jak tylko można zrobić o Supermanie.


W ten sposób uporałem się z importami, to teraz rodzimy ryneczek z przed festiwalu.

Blaki: Paski - ponurego skutnikowego człowieczka lubię, acz ten tomik podszedł mi mniej niż poprzednie jakoś. Może chodzi o brak podpisów pod kwadratopaskami z konkursu wrakowego, i nie pamiętam kontekstu. Może o coś innego chodzi. Nie zmienia to faktu że ktomiks to fajny, śmieszno-gorzkawy, który warto mieć, choć zestaw trzech kolejnych wydań będzie wyglądał na półce biernie, bo formaty z dupy, wiadomo. Ale i tak chyba najbardziej mi się podobał ten Blaki od Timofa.

Opowieści grozy - dla mnie to miłe zaskoczenie, bo poprzednią wydaną u nas współpracę Trillo i Risso uważam za tak przeciętną, że aż bolało. A tu i rysunki mi podeszły bardziej, bo Risso kombinuje z planszą, z czernią, i robi to w sposób który mi robił dobrze w 100 Kulkach, i historyjki przyjemne, choć błache. Wampir, mumia, mordercy, wszystko z czarnym humorem, ale tylko jako pretekst dla rysunków. Nie rozumiem tylko po co toto na kredzie, offest dał by radę, a tak mamy cenę podbitą do 40 dzika z hakiem. Dla fanów Risso - mus!

Niewinny pasażer - nie znam zanadto Diecka, ale już go lubię. Dziwna, metafizyczna opowieść o morskiej podróży. O celu, o potrzebie autorytetu, o tym jak odczuwa się dezorientację. A to tylko moja interpretacja, bo komiks to dziwny, odrealniony i psychodeliczny, coś jak lynchowskie zabawy rzeczywistością i jej percepcją. Każdy wyczyta sobie co chce, bo niedopowiedzeń tu więcej niż pewników, osoby zaciekawione filozofią znajdą tu pewnie dużo wątków których ja nie wyłapałem, a i tak pewnie większość osób da się porwać rysunkom, idealnie oddającym tajemniczy klimat. Albo i nie. Ja się dałem. Nie wiem do końca o czym to, ale mi się podoba, wrócę do tego na pewno. Ladida ma u mnie plusa.

Morskie powietrze - no i znowu jest morze i niedopowiedzenia, ale tym razem mówię pas. Konwencja jest raczej realistyczna, fabuła wątła niczym łydka Kuby Wojewódzkiego wlecze się powoli, w morzu czai się Ośmiornica która coś symbolizuje, ale ja nie wiem co poeta miał na myśli. Należę do tej kategorii upośledzonych odbiorców, którzy uważają że jak autor bawi się w symbolikę i chce coś przekazać (a tu jest dla mnie odczuwalne że o coś chodzi), to jego psim obowiązkiem jest zrobienie tego w sposób zrozumiały dla odbiorcy (a zdecydowanie nie jest). Jak spotkam kogoś kto wie o co kaman to dam znać. Polecam szukającym wyzwań, ja przy tym twiście fabularnym ze zgonem w rodzinie i mackami wymiekłem. A. No i kupy się nie trzyma, dlaczego właśnie taka para bohaterów trzyma się razem. Pojechanemu po bandzie Dieckowi mogę wybaczyć niezrozumiałośc, fabularnej opowieści o wzajemnym zrozumieniu już nie. Pas. To ja jednak wolę jak Timof wydaje cegły znane jako klasyki komiksu, które kupuje się za 100 dzika.


I na koniec ogłoszenia.

Chłopaki od Bug City przestali się lenić i grać na konsolach, w przerwach pomiędzy imprezami (nie wmówi mi nikt że w wakacje ciężko się uczyli), i wracają z nowym komiksem Hell Hotel. Jak go zapowiadają na Bug City: "Nowy komiks twórców Bug City, o którym fani Bug City powiedzą, że jest gorszy od Bug City". Humorek, porządny rysunek, strona widać że będzie miała forum, aktualizacja 3 razy na tydzień, no to czekamy. Jak będą wampiry, wilkołaki i zombie, to nie trzeba mnie przekonywać.

Poza tym Motyw Drogi przestał być blogiem. Dalej jest oparty na blogowym silniku, dalej jest blogowo (znaczy się - po artykule, jak chłopakom się zachce - chyba że jest prawidłowość, a ja głupi nie wiem!!!) uaktualniany, więc drugi KZet to nie jest, blogowy system komentarzy i wszystko - ale za to jest numer ISSN. Chłopaki dzielnie budują markę, i po zaatakowaniu jutuba oraz sektora podcastów, formalnie udowodnili że myslą poważnie o tym co robią. Dla mnie to raczej symboliczne, czekam raczej na dalsze rozwijanie marki i wprowadzenie periodycznych wydań z niepublikowanymi tekstami na papierze.

I na dziś dość, bo głowa mi pęka ("prowadzę bloga, więc piszę jak na bloga").

poniedziałek, 6 października 2008

Welcome to the real world


Weekend za mną, nie było łatwo. MFK2008. Nie wiem, czy ma sens streszczać - kto był to wie co się działo, kto nie był to albo mu to zwisa, albo będzie żałował że go tam nie było.

Jednak wklepię słów parę. Rozmawiając w sobotę ze Stefańcem, stwierdziłem że konwenty zabił internet (tak jak bym bywał na nich, przed nastaniem internetu). Teraz nowych ludzi poznaje się po forach i blogach, myśli wymienia się na forum Gildii czy w komentarzach, rozmawia się na GG. Trudno zaskoczyć świeżą myślą, skoro pewne tematy międli się do znudzenia online.

No i dupa z moich mądrości.

Kapitalnie mi się gadało z Pawłem, kumplem właśnie Wojciecha, poznałem Bąkowicza w końcu osobiście, byłem świadkiem wesołej błazenady Sztybora w momencie rozdawania nagród, a urodzinowe "jeszcze raz" zaśpiewał mi Rosiński. A to lepsze od autografu. Miałem scenkę szerzej opisać, ale Godai mnie ubiegł, w każdym razie sikałem tym samym powietrzem, i oddychałem tą samą ścianą co On... No jakoś tak. Było warto. I myśli świeże, i cały czas nowe twarze, choć ma się wrażenie że co roku gęby te same, i Moebius, i inne takie. Daniela ponosiło, bo inspirowały go kolejne fascynujące rozmowy. Z KRLem przeszliśmy próbę charakterów z ochroną Łodzi Kaliskiej. Trafiliśmy na równego, można uznać że wygraliśmy. Ten drugi to był łachudra... Konwerski ze Skutnikiem byli nieco jak Flip i Flap. Nierozłączni w sensie. Śledź wyglądał jak pirat. Godai jak partyzant. CD Jack jak wiking, ale i tak się nie bałem, i chyba nawet go obraziłem. Czasem są takie koszty jak się człowiek za dobrze bawi i myśli że czego nie powie to jest zabawny i śmieszny. A z szefem największego komiksowego portalu się nie zadziera. Podobnie Ostrowskiego zaczepiałem w jakiś kretyński sposób, ale cierpliwy jest i zdystansowany, bo nic niemiłego mi nawet nie odpowiedział. Dobrze że w okolicach jacyś fanboje CKOD się nie kręcili, bo bym butelkami dostał (w knajpie o kamienie trudniej).

Błąd mój tylko że nie zareklamowałem znajomych przy poprzednim wpisie, ale wszystko do nadrobienia. Jeju nowe jest (a w nim nagrodzony w Łodzi komiks Sztyba i Szaleta, czyli duetu S.S.). Hardkorporacja trzecia, nawet spoglądam z niej, z tylnej strony okładki. A w środku kolorowe komiksos, aż szkoda stron na dziary, graffiti w sumie też. RRY - nowy zin PRQ, a także m.in. Pałki i Otoczaka (którego cośtam w zinie przeoglądałem, i nie czaje o co kaman ni w ząb).

A, tak mi się przypomniało. W Harkorpo Sztybor pieprznął tekst. Tym razem nie pisał że mu się nie chce pisać, a że - w skrócie - komiksowe blogi to jedna część ekshibicjonizmu i dwie części onanizmu, i On nie rozumie po co. Ale sam nie bloguje - nie ma czasu, bo cudze blogi czyta. Dobre.

No i mam "Rycerza Janka" z rysunkiem i autografem autora, dedykacja 'dla Piotrka'. Bo zupełnym przypadkiem biorąc komiks ze stosiku kupiłem egzemplarz podpisany dla Jaszcza.

Można pieprzyć godzinami. Jak to jeden młody rysownik był o krok, od dania w dziób starszemu rysownikowi, a było to tuż po tym jak doczepił się do innego rysownika, któremu produkował się z 10 minut, biorąc go za kogoś jeszcze innego. Widać nie tylko ja robiłem momentami trzodę.

Ale ja miałem tego wszystkiego nie pisać bo i po co. A piszę. Dwie części koniobijki, i jedna obnażania brysia.

To ja powoli przestanę.

Szkoda tylko czasu, którego za mało i uciekał jak porąbany, że z każdym się nie dało piwa wypić i pogadać i coś napsocić...

Bez wymieniania (bo kogoś zapomnę) - dzięki wszystkim za dobrą zabawę. No to dozo w marcu.

środa, 1 października 2008

Odliczanie przed MFK

Ogłoszenia parafialne.

W Łodzi na festiwalu powinienem być od piątku, jeśli ktoś by chciał piwo wypić, piątkę przybić, w ryło zdzielić, czy spytać co tam u Odmieńca. To raz.

Dwa - prywata. Po pierwsze - koledzy przy mikrofonie. A raczej w programie. Warto wpaść na parę spotkań z autorami choćby dlatego, że znajomi je prowadzą. Na przykład Konrad i Łukasz. A za dyskusję o Batmanie będą współodpowiadać panowie od podcastu o Batmanie, nie wiem czy Godai, czy Japon, czy obaj.

Prywata, część druga.

Dolna Półka atakuje. Będzie "Rycerz Janek - W kanałach szaleństwa", autorstwa Bele, Makowca i Igora Wolskiego (nie będę chłopaków linkował, nie chce mi się, liniacze są na stronie Janka). Fabuła luźna, prawie że erpegowa, w sumie pretekst do luźnych zbitów w trakcie wędrówki po kanałach, której celem jest niesienie pomocy potrzebującym. Humor - jest, akcja - jest, makabreska - i owszem, fabuła może i płaska, ale to nie przeszkadza. Bo jest zabawnie. W dodatku Wolski, choć małolat, ciska sprawnie i z lekkością. Nie jest bez wad - intrygi się doszukać nie można, ale rechotałem, nie mam pretensji. Więcej żalu mam do Wolskiego, że zdolny leń. Nie zawsze chce mu się tło tak dokładnie rozrysowywać jak pierwszy plan. A raczej zwykle mu się nie chce. Jak nie kładzie tłustej czerni to to widać. Mam nadzieję że dostanie za to po uszach, i się poprawi. Warto się przekonać co gośc potrafi, zwłaszcza że ten zeszycik z fachowym, lanfeustem jadącym rysunkiem na okładce, ma kosztować - o jezusmaria - tylko 12 zybla!

Podobno nieszczęścia chodzą parami, tak więc Dolna Półka wykona na MFK double attack (a nawet 3xcombo, jak ktoś chce uzupełnić zestaw o "Biednie i Bosso"). Poza Jankiem, do łyknięcia będzie też "Kwaziu" Jaszcza, do scenara Daniela Gizickiego i w kolorach niejakiego Kuby Grabowskiego. Jaszcząb - widać z każdym kolejnym komiksem - rozrysowuje się coraz bardziej. Rysunkiem realistycznym raczej nas nie zaskoczy, za to doskonali swoją cartoonową technikę - i dobrze. Mam nadzieję że następnym razem weźmie się znowu za animorfy, bo to świetnie pasuje do jego stylu. Ale ja jeszcze o "Kwaziu". Tyle co widziałem kolory (dość przesterowana wersja była ta co dostałem do wglądu), to fajnie to dodawało jaszczowym rysunkom przestrzeni. Powinienem coś napisać o fabule, ale ja akurat w tym przypadku tendencyjny jestem, jeszcze się Daniel obrazi, więc sobie daruję. Czytałem, kupię, Wam też polecam, jak Śledziu zdziadzieje, to Jaszczu będzie za niego świąteczne kampanie reklamowe dla Pepsi rysował. To pewne jak to, że krokiety bez barszczu, to nie krokiety, a naleśniki z kapustą.

Poza tym, wiadomo, tona fajnych premier. "From Hell" (jeśli ktoś nie zrobił preordera na HCka). "Hard Boiled" (o ile nie kupiło się wcześniej w oryginale). "Baśnie: 1001 nocy śnieżki" (podobnie). Arzach (must have, a z Amazona się ściągnąć nie dało). Jejku. No dzikie mnóstwo. Ja tam postaram się gdzieś wytropić pierwszy tom rossowego "Justice" w oryginale. Polskie premiery i tak kupię po powrocie do Wawy, w Centrum Komiksu. Rabat, i na miejscu, i nic w knajpie przypadkiem nie zostawię.

No to do-zo-w-Ło. Kierunek - pizzeria Toscania.

Pod skryptem: ciekawostka. Czytałem nowy komiks Jerzego Szyłaka. I mi się podobał nawet. Jestem w szoku. Podobno Uwe Boll też w końcu zrobił fajny film O_o