/na uchach
Herzeleid Rammsteina, debiut mieli mocny/

Po obejrzeniu w kinach obu części
tarantinowsko-
rodriguezowego Grindhouse'a stwierdziłem, że chociaż nie był to pojedynek, to Rodriguez i tak - niechcący - wygrał. Czytając recenzje filmu Quentina w takim Przekroju nie rozumiałem ani co ludzie w nim widzą, ani czy w ogóle recenzenci opisują ten sam film, co ja widziałem. Ubolewałem nad tym, że oba filmy trafiły do kin inaczej niż w USA, oddzielnie, i bez
fejkowych trailerów. Cóż, "Pulp Fiction" mogło dostać Złotą Palmę w Cannes, i Oskara jedynie za scenariusz, ale
QT stwierdził że podanie obu filmów na raz Europejczykom będzie ponad ich możliwości. Buc. Mam wrażenie że z wiekiem przeczucie coraz częściej go zawodzi. Uwiąd starczy, takie tam.
Dzięki Wyborczej (jak kto nie wie - dali do Gazety w piątek i w sobotę) w końcu miałem okazję obejrzeć oba filmy jeden po drugim, co zabawne do kiosków filmy trafiły dzień po tym, jak nabrałem ochoty na powtórkę "Planet Terror". Powtórzyłem więc oba filmy (w oparach ginu, martini i toniku), i
maratonowy wieczór potwierdził moje wcześniejsze refleksje. Tarantino kończy jako onanista. Rodriguez z filmu na film tylko się rozkręca, aż strach się bać co jeszcze nakręci. Tarantino zaczął jako ambitny twórca, zręcznie
żąglujący nawiązaniami i motywami, obecnie rozmienia się na drobne. Rodriguez zaczął od inteligentnej rozrywki, obecnie podnosi ją niemal do rangi sztuki ("Sin City"). A może nie tylko niemal?
Daznmeter.
Przejdę teraz do subiektywnej jazdy po obu filmach. Będzie ciężko.
Blogowo. I naprawdę subiektywnie.

"Death Proof" był dla mnie w kinie wyzwaniem. Wymęczył mnie. Niewiele się w nim dzieje, ale u Tarantino to nie wada, bo facet zawsze miał łapę do pisania dialogów. I tu go poniosła go chyba wiara we własne możliwości. Pierwsze 40 minut to sesja z ordynarnymi
sukowatymi laskami, które wygadują
puste pierdoły, że nie wiedzą skąd skombinować trawy, ani z kim się ruchać. Nuda, bzdety, nieciekawe postaci. Tak naprawdę te 40 minut to tylko wstęp, zrobiony chyba tylko po to, żeby jedna z bohaterek zrobiła
lap dance
Kurtowi Russelowi. Nuda i nuda, dalej nuda, po czym następuje taniec, który nie rusza chyba tylko impotentów. Nice one. Po czym bzdety, pięć minut później Russel z bezczelnym uśmiechem gapi się w obiektyw i już wiadomo. Film się zaczął. Po ponad 40 minutach. Następuje fajna scena demolki na autostradzie, zmasakrowane zostają
sukowate bitch'z, których w ogóle nie jest żal. Wulgarne, cyniczne, w dodatku jechały pijane i po trawie. Tak się nie robi. Zostały słusznie skarcone.
Mija pół filmu, a ja pamiętam tylko
lap dance, i fajny
rozpierdziel na autostradzie, pokazujący zgon każdej kolejnej laski detalicznie i oddzielnie.
Russel przeżywa, i dobrze, bo jest fajny, a ja go lubię. Druga połowa. Poznajemy sympatyczniejsze laski, też gadają o dymaniu, ale nie na zasadzie 'kogo by tu?' a raczej 'z kim on mnie puszcza kantem?'. Fajniejsze, ładniejsze, mają lepszy gust co do autek (zamiast jakimś japońskim czymś, jeżdżą Mustangiem). Od razu widać że są Prawomyślne, i co by się nie działo, mogą być tylko górą. Dialogi lżejsze (niby też o niczym, ale nie powodowały już że momentami się wyłączałem), ale skupienie
QT na zróżnicowanych bohaterkach (laski z pierwszej połowy w sumie niczym się nie różnią) odciągnęło jego uwagę od
grindhousowatości - skończyły się pomysły na wpadki montażowe, rozjazdy ostrości kamery, uszkodzenia taśmy i temu podobne kwiatki. Tak że mamy trzy, potem cztery jeżdżące autkiem laski. Jest konkretna autoironia i nawiązania do wcześniejszej twórczości. Laska siedząca za kierownicą jest prawie jak żeńska wersja Samuela z Pulpa,
Zoe to dublerka
Umy z "
Kill Billa", a facet Rosario Dawson zdradził ją z dublerką
Daryl Hannah, znanej z tego samego filmu. Jest też rozmowa o tym że właśnie ten facet masował jej stópki. I że nie było ani całowania, ani
ssanka, ani
lizanka, ani
pykanka. Z "Pulp Fiction" oczywiście wiadomo że to 'rzeczy z innej parafii', ale w sumie chodzi o to samo. Tarantino wdzięcznie zacytował siebie samego. Laski jeżdżą, pitolą, po czym następuje zajebista sekwencja kaskaderska. Czyste,
staroszkolne efekty specjalne bez komputera - laska siedzi na masce samochodu, a obok stara się ich staranować wózek Russela. Podziw dla kaskaderki. Robi to wrażenie. Film się kończy soczystym kopem w ryj (dosłownie). Finito.
Pamiętam tylko
lap dance,
rozpierdziel na autostradzie i finałowe pościgi. I Russela. I muzykę, ale Tarantino zawsze skądś jakieś zajebiste, stare kawałki wygrzebuje.

No to zapodaję płytę z "Planet Terror". I jest trailer "Machete". Danny
Trejo.
Cheech Marine. Jeff
Fahey. Tito
Larriva. Maczety, sieka i nawiązanie do "
Desperado". I od razu jest mi lepiej. Może to dlatego i poprzednio, i teraz dzieło Rodrigueza mi weszło lepiej...?
Skupię się na filmie Roberta. Prosta fabułka o zarazie zombie, ale z paroma wątkami, i wieloma bohaterami. I właśnie ci bohaterzy, a raczej aktorzy, wygrywają film. Owszem, Tarantino miał Russela. I co dalej? nic.
A Rodriguez (uwaga, będzie ciężko, bo zaczynam wyliczankę)? Zacznę od gliniarzy. Michael
Biehn, znany z pierwszego "Terminatora". Posterunkowy Carlos, czyli Carlos
Guallardo, znany z roli el
mariachi, z
rodriguezowego filmu "El
Mariachi" (MISTRZ!!!). Tom
Savini jako kolejny posterunkowy, mistrz efektów specjalnych z filmów
Romero, reżyser
rimejka romerowej Nocy, Sex Maszyna z "Od zmierzchu do świtu" Rodrigueza, inna sprawa że karykaturalna maska samego siebie, ale trudno,
Savini to
Savini. Dalej. Jeff
Fahey, kojarzony z "Kosiarza Umysłów" i tony filmów kategorii B i C, jako redneck, szukający idealnego sosu barbeque. Sparaliżowany na twarzy (ach ten botoks) Bruce Willis, w roli zbliżonej do Big Bossa z Metal Gear Solid - żołnierz o legendarnych dokonaniach (Człowiek Który Zabił Bin Ladena), z traumą na styl wietnamski. Jeśli zekranizują fabularnie
MGSy, to jest moim pewniakiem do roli pierwszego
Snejka. Na bank. Dalej. Michael Parks jako szeryf Earl McGraw. Kojarzycie, ten
redneck. No okej. Facet grał też tę samą rolę i w "Death Proof", i w "
Kill Billu", i w "Od zmierzchu do świtu". Czyli u Rodrigueza pojawił się po raz pierwszy. Ale w skrypcie Tarantino. Dalej. Kto jeszcze ze znanych ludzi? Tarantino, z rozczłonkowanym kutasem. Rose
McGowan, w głównej roli laski z M-16 zamiast nogi.
Jaki motyw. Laska, z karabinem zamiast nogi. Pierwszy rocket-jump w historii kina!!! Rodriguez dla niepełnosprawnych zrobił w tym filmie chyba więcej niż wszystkie kampanie społeczne. Ta kobieta bez nogi (wiem że to komputer) wygląda poważnie. Wygląda groźnie. Co najważniejsze - wygląda niesamowicie seksownie. Kurde. Jak nie, jak tak? Po tym filmie nigdy już nie spojrzę tak samo na osobę niepełnosprawną. Cytując postać Tarantino: "lepszy dostęp...". Nie no. Jaja sobie robię (to dla tych co mają wątpliwości). Ale Rose bez nogi dalej wygląda seksownie. Serio. Lecimy dalej. Freddie Rodriguez, który podobno wcale nie jest kuzynem Roberta (
Trejo jest!!!), i który zagrał El Wraya. No zajebista postać. Koleś niby znikąd, ale
ewidentnie z historią. Jakiś legendarny typ, któremu szeryf wali
rispekta, jak się dowiaduje kim on jest. Oczywiście widz się nie dowie, bo ta część filmu jest na rolce, która 'zaginęł'a. Tej samej rolce z filmem, na której jest większość stosunku El Wraya i Cherry, czyli
potaci Rose. Zajebiście się zapowiadającej sceny
pykanka nornalnego (acz
kurduplawego) faceta z laską z jedną nogą. Czy ktokolwiek czuł się zniesmaczony, że ten facet pyknie laskę z drewnianą nogą??? Dobra, daje na
stop w tym temacie, kontynuuję wyliczankę. Acz scena zacna. Dalej. Meksykańskie psychopatyczne opiekunki do dzieci. Kapitalny Josh
Brolin, o którym wcześniej
w ogóle nie słyszałem, jako lekarz. Zabawny, alfonsowaty
manago klubu go-go.
Ten film zwyczajnie niosą bohaterowie i aktorzy. Poza tym oczywiście - mnóstwo zabawnego gore, nastrojowa
muzyka, kojarząca się z horrorami i
SF z lat 70/80, zabawne one linery. Rozrywka, dystans, efekty, dynamika. Owszem, kicz i tandeta, ale jedno i drugie wykorzystane z wdziękiem i świadomie.
Dochodzę do podsumowania. Mam wrażenie że Tarantino
uwierzył w swoją moc za bardzo. Że jakich dialogów by nie napisał, to będą zajebiste. Już w
Kill Billach dialogi miał ubogie ("Bękarty Diabła" Zombiego miały już dużo lepsze, i bardziej '
tarantinowskie'), ale to co się dzieje w "Death
Proofi'e" to padaczka zwyczajna, gadki o niczym i zupełnie po nic. Jego udział w jego własnym filmie zupełnie niepotrzebny, parę scen na siłę napompowanych, żeby dało się z filmu pełen metraż zrobić. A chodzi tylko o dwie sceny z efektami, i jedną z rasowym kręceniem dupą. Wierzę że Tarantino się dobrze bawił na planie - w końcu rozwalił na nim 4 samochody. Co innego Rodriguez - radosna
rozpieprzanka bez spinki i nadęcia. Chodzi o siekę, braną w duży cudzysłów. Wierzę że dobrze się bawił razem z aktorami, epatując przemocą i spływającą płynami ustrojowymi obleśnością. Ale nie zapomniał, że bawić się ma przy tym nie tylko ekipa - ja też się dobrze bawiłem. Dwa razy.