wtorek, 29 lipca 2008

Red Right Hand (of Doom)

"Hellboy 2" nadciąga, zawita nad Wisłę już we wrześniu. Tak jak pitoliłem parokrotnie o spokrewnionych mediach promujących jedną markę (Matrix, Kroniki Riddicka, Batmany i inne cuda), tak samo warto chyba przemaglować temat Czerwonego.

No to uwaga. Będzie kobyła.

Do Polski dotarło niewiele. Wszystkie dotychczasowo wydane tomy serii, pocięte na kawałki i puszczone w nietypowych konfiguracjach zawartości (ktoś mi powie, czy Egmont w tych kolejnych dziwacznych zbitkach puścił u nas wszystko co szło w oryginałach?), początek serii B.P.R.D., a także słabiutka gra komputerowa, wydana ileś tam po premierze. No i film, w kinach i na DVD (i nawet na tych dziwacznych dyskach do PSPka). Porównując to z całą przebogatą ofertą dla halbojofili, jaką proponuje USA, to naprawdę ubogo. Niedługo wyjdzie komiks inspirowany seryjką animowaną, ale to kurde komiks, na podstawie animiki, na podstawie filmu, na podstawie komiksu. Olaboga. A, maniacy może i mają soundtrack filmowy, też u nas wyszedł. Nie powalał, nie wiem kto to kupił...

W Stanach natomiast jest tego wszystkiego jak nasrał, byłem fanbojem Czerwonego parę lat temu i jeszcze to ogarniałem, ale teraz już się gubię.

Poza filmem wyszły animki - dwa hm... średniometrażowe filmy - "Hellboy Animated: Sword of Storms" i "Hellboy Animated: Blood and Iron", w drodze jest "Hellboy Animated: The Phantom Claw". Może ktoś pójdzie po rozum do głowy i to u nas przy okazji premiery wyda. Ta. Na pewno. Poza tym wyszedł 3-minutowy szorciak ""Hellboy Animated: Iron Shoes", acz nie wiem czy to jakoś wyszło, no - może jako bonus DVD. Animated ma też swoją serię komiksową, która - jak wspomniałem - wyjdzie u nas w kole premiery filmu.

Prawdziwy fan kreski łysawego okularnika nie obejdzie się bez artbooków. Najpierw wyszedł mignolowy "The Art of Hellboy", a przy okazji filmu książka z konceptami - "Hellboy: Art of the Movie". Fan ma to od lat. Ja mam. Ale nie mam "Hellboy II: Art of the Movie" i "The Monsters of Hellboy II" - wyszło toto niedawno, chyba już tak zajarany Hellbojastym nie jestem. Dla osób o bezdennych portfelach jednak jest to okazja nabyć dużo kolorowego papieru dobrej jakości z fajnymi grafikami. Fanboje dla których nie liczy się aż tak bardzo krecha pewnie rzucą się też na "Hellboy: the Companion". Ale to tylko fanboje, prawdziwy fan nie potrzebuje kompendium.

Pikuśem są jednak albumy z artworkami i szkicami i innymi cudami przy komiksach, jakie Mignola firmuje. Zaczęło się od serii głównej, Hellboy, Prawa Ręka Zniszczenia i takie tam. Potem Hellboy odszedł z Biura, polazł w cholerę, Biuro doczekało się własnej serii. U nas w dziwny sposób (jak zwykle) wydane zostały 2 tomy. W stanach to już zbliża się do dychy. Dodatkowo "Hellboy: Weird Tales", wariacje na wiadomy temat różnych autorów. 2 tomy. Niedawno wyszedł pierwszy tom cyklu o Homarze Johnsonie (jak dla mnie najlepsza postać 2-goplanowa z Hellboya, przynajmniej z 'tych dobrych'), a w październiku będzie trejd z Abrahamem Sapienem. Zwłaszcza intrygująco zapowiada się "Abe Sapien: The Drowning", rysowane przez Jasona Shawna Alexandra (plansza gdzieś poniżej). O ile "Abe Sapien i Bębny Umarłych" był po prostu brzydkim komiksem, o tyle tym razem zanosi się na nietuzinkową, nie zapatrzoną w Mignolę krechę. A właściwie malunek. Kolejną ciekawostką jest "Hellboy: In the Chapel of Moloch" - one-shot reklamowany jako 'pierwszy Hellboy rysowany przez Mignolę od 2005 roku', wyjdzie dopiero w październiku. Pytanie co Mignola robił przez tyle czasu? An,o jak się przyjrzeć, to wynika że sporo. Duża część spinoffów jest pisana albo współpisana przez tego pana. A niemało tego, nie? Im bardziej się przygląda człowiek, tym więcej ciekawostek, nawet B.P.R.D., które mnie swego czasu kusi najnowszym tomem. Tytuł tomu numer 9, który się pojawi w listopadzie (totalna, kurde, ofensywa), brzmi "1946". Będzie Trevor Bruttenholm, faszyści i sowieci. Mniam. Mnóstwo tego, naprawdę, aż trudno w to uwierzyć. Czyli jednak Dark Horse wydaje jeszcze coś poza komiksami ze świata Gwiezdnych Wojen, wbrew temu co usiłuje nam wmówić Gildia Komiksu, bezmyślnie kopiując niusy za Gildią Star Łorsów. Jedną z nich są nowe zeszyty Hellboya do rysunków Corbena (3-zeszytówka "The Crooked Man"), bo zeszyty to jeszcze inna baja, i nawet się w toto nie będę zagłębiał. Zeszyty w serii, w wydaniach specjalnych antologii Dark Horse'a, litości.


Ej, ale ja zapomniałem o "Hellboyu juniorze"! Nie ważne. Lecę dalej.

Kolejna rzecz - wydania specjalne. Najbardziej wypasionym tomem jest hardkowerowe "Nasienie zniszczenia", w stylowym pudełeczku/teczce oprawionej w skóropodobne tworzywo z wyciśniętą na okładce żabą. 1000 egzemplarzy, 100 dolców sztuka. Wynalazkiem bardziej na kieszeń statystycznego fanboja jest nowy pomysł Dark Horse'a - Hellboy Library Edition. Większy format, gruba oprawa, w środku dwa albumy (pierwsze wydanie z cyklu to "Nasienie zniszczenia" i "Obudzić Diabła") a także bonusy jakieś, cacko kosztuje 50 baksów. Właśnie do mnie człapie pocztą, więc niedługo wklepię jak czyta się Hellboya w innym formacie niż tradycyjny, i czy warto czekać na planowany na koniec roku drugi tom w tym wydziwnionym cyklu, kompilujący w środku dwa tomy z helbojowymi szorciakami.

Jak ktoś maniak, to wie że są też crossovery. Niemało nawet. Hellboy wystąpił w Zbirze (średnio udany występ), był cross Hellboy/Ghost, był też arcyciekawy cross Batman/Hellboy/Starman. Miał go nawet u nas wydać Egmont. Wiadomo jak się skończyło. Co bardziej zapaleni maniacy mieli też do czynienia z crossem Hellboy/Savage Dragon, gdzie przewija się Hitler i wogóle jest śmiesznie. Pewnie coś przeoczyłem, ale nie będę się rozdrabniał, i tak lecę po łebkach, a czuję że jestem gdzieś w połowie tematu.

Merczendajzing. Masakrycznie dużo zabawek. Dzikie mnóstwo. Są figurki, są figurki w stylu superdeformed, są miniaturki, action figures i takie większe do postawienia, zdaje się że pluszaki nawet. Licencję kupiło w pip firm, więc wybór niemały. Postumenciki z popiersiem Hellboya chyba też gdzieś widziałem. Oczywiście tiszerty, czapki, naszywki z logiem B.P.R.D., pudła śniadaniowe, ale też bardziej odjechane gadżety, takie jak kielonki do wódy z logiem hellboyowym, czy wypasiona zapalniczka Zippo, z wygrawerowanym logiem Biura. Moja taką pragnąć. Razem z zapaliniczką z logiem Cowboya Bebopa (ale ta jest malowana, mniej bajerancka). A może kogoś kusi limitowana seria Adidasów?


Powiedzmy sobie że to co opisałem dotąd, to towar dla fana komiksu, dla nader rozrzutnego fana komiksu, oraz towar dla fana komiksu - maniaka i fana komiksu - gadżeciarza. Spokojnie, totalne świry cierpiące na nadmiar kasy też znajdą coś, dzięki czemu poczują się usatysfakcjonowane.

Kostiumy. Wyobraźcie sobie - włazicie do ulubionego sklepu komiksowego w odzieniu Hellboya. Rabat gwarantowany. Jest szansa że po jakimś czasie koszt zakupu kostiumu się zwróci. Wejdźcie do tego samego sklepu w kostiumie i masce - sprzedawca uklęknie, gwarantuję. Dlaczego by nie? Kistiumy są w różnych wariantach, każdy znajdzie coś na siebie. Maska Hellboya? CZEK! Kostium Hellboya, taki helołinowy, dla pętaków? CZEK! Płaszcz Hellboya? CZEK! Pełne umundurowanie (pas, prochowiec, czerwona rękawica na lewą łapę i Prawa Ręka Zniszczenia na drugą, koszulka i inne cuda)? CZEK! Nie widziałem nigdzie tylko ogona. Za jakieś 50-60 dolców (maska chyba nie jest w cenie) można wślizgnąć się w strój najznamienitszego agenta Biura, i brylować na konwentach, pod trzepakiem, na zjazdach fanów anime, erpegowców, blekmetalowców, fantastowców, w Bolkowie, no wszędzie tam, gdzie za taki strój nie dostanie się kamieniem. Bomba.

A u nas wydano tylko komplet albumów o Hellbou. I film. I dwa tomy B.P.R.D. I gównianą grę. Ale nie smućmy się, większość tego towaru to pewnie i tak badziew (myślę zarówno o komiksach, jak i zabawkach itd). Z drugiej strony - film będzie we wrześniu w kinach, może ktoś się ocknie z letargu i pierdyknie na rynek animkę chociaż. Na spinoffy komiksowe bym nie liczył. Może coś drgnie. Ale i tak wątpię.

Pod skryptem: kolega oglądający nielegale (prawdziwy fan chodzi na takie filmy tylko do kina i wogóle blebleble) donosi, że niestety hellboyowy klimat szlag trafił. Nie dziwne, w końcu to ekranizacja książki (HA, o tych nie wspomniałem), ale tak to bywa, panie Del Toro, jak się w jednym filmie po łebkach upycha prawie całą serię komiksową. Się potem trzeba byle czym podpierać. Ja tam liczę na fantastową przygodówkę z udziwnionymi bohaterami. No to do września.

Uff. I to chyba na tyle. Ktoś przeczytał to za jednym posiedzeniem? Ktoś to wogóle dokończył? :D

sobota, 26 lipca 2008

Za co lubimy Rosomaki...?

Jak to w życiu bywa, spięło mi się jednocześnie parę wiążących się wątków, co owocuje właśnie tym wpisem na blogu. No okej. Nie zawsze jak mi się mieszają pokrewne motywy to z tego jest wpis. Ale teraz tak jest.

Czytam ja sobie, bowiem, "Essential Wolverine". Nie cierpię mainstreamowych superbohaterskich klimatów, ale mi to wchodzi jak trzeba. Dlaczego?

Po pierwsze bohater. Wolverine - wyjątek wśród mutantów. Wyjątek w świecie Marvela. Za co uwielbiam kolesia? Z trzech powodów. Po pierwsze - nie cierpię drużyn harcerzy (vide X-men), idealistów bez skaz co chcą robić dobro. Nie, Logan ma skazy. To lekki wariat, trochę adrenaline junkie (może), facet trawiony przez wewnętrzną, tłumioną wściekłość i agresję, oraz zło które wie że popełnił.
Po drugie - koleś nie zatraca się w tej homogenicznej grupie. Jest indywidualistą. Może to jednak główny powód dla którego lubię tego typa. Jest X-menem z przekonania, ale nie do końca w to wierzy. Dla niego zrobić coś dobrze, to zrobić coś samemu. Z pewnością że nikt tego nie spieprzy. Nie da się kontrolować wszystkiego. Dlatego najlepiej się działa w pojedynkę, samemu ubezpieczając swoje plecy. I ja to rozumiem. Dlatego też to lubię.
Po trzecie - Logan to nie jest typ trafiający w X-menową czarno-białą paletę barw. To koleś co balansuje gdzieś na pograniczu. Wie, jak to mówią amerykanie, że nie zrobisz omletu bez rozbijania jajek. Nie stroni od brudzienia sobie rąk, bo wie, że w ten sposób się działa. Czasami nie da się czynić dobra (bleee), bez odrobiny przemocy, zarezerwowanej dla świata postaci na wskroś złych.


Postać z pogranicza. Ździebko zamotana wewnętrznie. Właśnie takich kochamy, nie? Nie Supermana, chrzanić Kapitana Amerykę, sympatia jest po stronie typów pokroju Batmana i Wolverine'a.

Więc już wiecie za co lubię tego typa.

Ale dlaczego wchodzi mi Essential? W końcu to zbiór starych komiksów, początek cyklu o Wolverinie. Dobrze że Wolverine zaczął wychodzić w latach 80-tych. Nie boli. Sądzę że Daredevila czy Spidermana przeżył bym boleśniej. Ale to fajne komiksy. Wolverine z powodów które pewnie są znane tym co śledzili ówczesnych X-menów jest incognito. Jego przeciwnikami nie są zwykle super-łotrzy, tylko różnej maści bandziory. Logan człapie w tym świeicie mroku w nieodłącznym kapelutku, jarając szluga. Wypisz-wymaluj noirowy detektyw. Logan miesza się w świat dwuznaczny moralnie. Gangsterzy są źli, wiadomo. Ale są mniej źli niż gangsterzy zepsuci do szpiku kości, handlujący bonusowo narkotykami i żywym towarem. I w takim świecie działa Wolverine, jego decyzje moralne są sprowadzone do tego poziomu. Mnie się to podoba, jak na komiks z lat 80-tych jest to coś niebanalnego. Fakt, jeszcze nie skończyłem 1-szego tomu, ale w końdu to ponad 500 stron. I już mi się podoba. No i okładkę zrobił Maro. Ristekpa.


No więc Essential. Co poza tym? Nie będę pisał o "Weapon X". To zajebisty komiks. Każdy fan komiksu, nawet ograniczający się do rzeczy dajmy na to Satrapi czy Otta powinien go wchłonąć. Jest to dobrze opowiedziana historia i tyle, w dodatku zawierająca w sobie lęki z przed dekady, dotyczące postępu nauki, braku zaufania do władz, itd. Sięgnąłem ostatnio po Saber Tootha z TM-Semica. No i znowu - Logan to fajna postać, nawet jak w drugim planie. Włochaty, gruboskórny kurdupel jest trudny do znielubienia. To paradoks tej postaci - gość lubiany za to że jest szorstki (z drugiej strony dzięki temu wyróżnia się z pomiędzy rozmamłanych harcerzy). Sabertooth swoją drogą fajnie pokazany i z lekką głębią (co olewam, to nie o nim wpis), ale rozbawiło mnie że na paru kadrach Wolverine wygląda jak Jack Nicholson. Czy to nie wtedy przypadkiem w Stanach wyszedł "Wilk"???


(No to uwaga, fota z powstającego de móvi, wzięta z ign.com)

Nie ważne. Kolejny wątek. Trwa San Francisco Comic Con. Nieprzypadkowo właśnie ostatnio pojawiła się zajawka do "Watchmenów". Nie ona jedna. Na Conie miała miejsce pogadanka dotycząca powstającego właśnie "X-Men Origins: Wolverine". Pogadali autorzy filmu, pogadał Hugh Jackman, który nie tylko gra Logana, ale i produkuje film. Miło z gościa strony za rispekt dla fanów, którym podziękował że jest, tym kim jest, właśnie dzięki ich uznaniu dla jego roli jako Wolverine'a. Fajnie że typ rozumie, że jedna z najważniejszych cech Wolverina to tajemnica. Poznajemy kolejne fakty z jego życia. Czasem w kolejnych komiksach są one sprzeczne (vide niuanse z "Weapon X" i "Origin'a"). Ale ciągle nie wiemy jak uktrztałtowała się historia tego typa. Ten film ma wypełnić część tej historii - wojenną przeszłość i Wolverine'a i Saber Tootha. Panowie są w nowej wersji ich historii weteranami z Wietnamu. Cóż, czas płynie, i robienie z nich herosów z Korei, albo co gorsza - z II Wojny Światowej trącaąło by mychą. Ja to kupuję. Gożej, że Saber Tootha gra niejaki Liev Schreieber, wyglądający, przepraszam, zbyt aryjsko. Facet jest zbyt gładki. Lepszy to ruch, niż robienie z Szablozębego tępego dzikusa, jak w pierszych X-menach. Ale facet ani barczysty, ani wysoki (2 centymetry róznicy w stosunku do Jackamana!!!). No i taki plastelinowy z twarzy. Pocieszające że Deadpoola zagra Ryan Reynolds. I że kawałek filmu prezentujący szalejącego Rosomaka, który pokazano na konwencie, skopał widzom dupę. No to mnie miło jest niezmiernie. I czekam na resztę. Szkoda że się panowie nie trzymali sztywno kapitalnego "Weapon X", ale i tak liczę na świetne widowisko. Wolverine -jako postać -sobie na nie zasłużył.

Pod skryptem: kupiłem sobie w New Yorkerze tiszerta z Wolverinem. I jestem z niego dumny. Powaga.

czwartek, 24 lipca 2008

Niusysrusy

Informacje raczej mało fajne. Wyszła gra "Hellboy: The Science of Evil", wiadomo, film się zbliża, robią z nim co się daje. Liczyłem na niezłą napieprzankę z dobrą nextgenową grafiką. W końcu pierwsza gra z przed lat wyglądała biednie, była nudna, momenty zręcznościowe upierdliwe, a zagadki nieciekawe. IGN dało nowej gierze 3.5. 'To quote the main character, "Crap."'. Dodam jeszcze cytat z końca recenzji.

'If you're the biggest Hellboy fan in the world, do not spend $60 on this game; if you're Ron Perlman, do not play the free copy I hope they sent you; and if you're Hellboy, seek vengeance on the people who did this to you.'

Znaczy się lipa. Z ciekawostek - Egmont zdradził że ich Hellboy animatedplepleple to zbiór trzech oryginalnych trejdów. Po niespodziance z ostatniego tomu zlewam to dokumentnie. Będę miał ciśnienie na to dzieło, to ściągnę orydżynał. A - i premiera przesunięta na wrzesień. Nie śledzę, ale zakładam że pewnie wtedy będzie polska premiera filmu.

No i nius drugi. Dużo słabszy. Amerykanie zrobią fabularną adaptację "Cowboya Bebopa". Że co??? Że Jankesi sprofanują najlepszy serial anime ever. Kosmiczni łowcy nagród w stylu kowbojskim, zabawa konwencjami, barwne postaci, kapitalna muzyka i luźny humorek. Kto nie widział, ten powinien nadrobić. Podoba się każdemu, bez względu na stosunek do anime. I niejaki Erwin Stoff odgraża się że to zrobi dla Foxa, świstki podpisane, był w tej sprawie w Japonii, robią live action. Jara się gość jakie to głębokie, jakie wpytę, że ta zabawa konwencją. Co za różnica? Jak Amerykanie się biorą za coś takiego to i tak spłaszczają co się da. Niby facet odpowiada za produkcję "Scanner Darkly", więc jest nadzieja że wyjdzie przynajmniej ładnie, aleeee... No właśnie. Facet ma jakiś dziwny układ z Keanu Reevesem. Połowa dzieł jakie produkował, to filmy z Reevesem właśnie. "Matrix", "Constantine", ostatni "Królowie Ulicy" czy jakże toto się zwie, normalnie przejazd po karierze Kijanki od czasu "Szalonej Podróży Billa i Teda". Obstawiam więc - Spike'a Spiegela zagra Reeves. Jeta Blacka pewnie Fishbourne (co zabawne - głos do postaci o nazwisku Black w amerykańskim dubbingu dawał Murzyn). Może i wyjdzie ładnie. Ale zapewne bez sensu i uroku pierwowzoru. Może budżet im cofną. Albo Cameron odłoży na półkę Alitę i właśnie Bebopa zrobi. Oby...

środa, 23 lipca 2008

Zew czerni

Nowy Hellboy kopie dupę.








Kropka.













Zdażyło mi się marudzić że seria się rozłazi, rozmienia na drobne, zamiast pełnokrwistego głównego cyklu doczekaliśmy się tony popierdułek, a sam Hellboy polazł w przysłowiowe maliny. Znaczy się - wyrzucił odznakę szerywa B.P.R.D. i pojechał do Afryki. Od czasu "Zdobywcy Czerwia" nie mieliśy niestety porządnej miniserii o Czerwonym, Mignola postawił raczej na szorty, a sprawa Prawej Ręki Zniszczenia zeszła na dalszy plan. Owszem, mity afrykańskie nawet są fajne i tak dalej, ale to nie za to lubię tę serię. No i Mignola wrócił do korzeni.

"Zew ciemności" powraca do głównego wątku, zbliżając bohaterów do nadejścia Ragnarok o kolejny krok. Pojawiają się znowu bohaterowie znani chociażby z "Obudzić Diabła", czy Baba Jaga. Mignola zdecydował się jednak na pewne urozmaicenie - po cthulowatych demonach rodem z Lovecrafta i kolejnych mitach europejskich, zdecydował się na osadzenie nowej miniserii w konkretnej mitologii. Mitologii słowiańskiej.



No i właśnie ta słowiańskość kopie dupę. Po zalatującym Szejkspirem początku w Anglii Hellboy trafia do świata legend rosyjskich. Poza Babą Jagą mamy tu między innymi Kościeja, Leszego, jest też domowy duch opiekuńczy. Po prostu kapitalnie. Można się przyczepić że to najmniej zwarta miniseria w cyklu - Mignola nie trzyma się kurczowo głównego wątku, co nieco spowalnia tempo opowieści, ale za to autor w kapitalny sposób wprowadza nas w świat słowiańskich demonów. I za to Majkowi siekierka, jest to chyba najlepszy komiks jaki chciałbym kiedyś napisać, ale tego nie zrobię bo się spóźniłem. Ba, spominałem nawet że jedna scena (żywe trupy) jest w podobnej postaci w scenariuszu do drugiego Odmieńca. Maro się spiął i chciał pozmieniać. Nie widzę sensu. I tak nam zarzucą zżynę z Hellboya, więc po co się spinać?

Mignola pacnął mnie po prostu w czoło tym tomem, urokiem słowiańskich legend które uwielbiam. Jeśli ktoś jeszcze nie wie - nawet o tym cisnąłem magisterkę. Są zgrzyty - Baba Jaga stoi u stóp Yggdrasila i pitoli o Ragnaroku. Nijak się ma słowiański świat do mitologii nordyckiej, ale z drugiej strony mitologia świata Hellboya jest na tyle eklektyczna (to KOMIKS, na bogów Eterni!!!), że nie ma co zgrzytać kłami.

Oddzielną sprawą jest rysunek, który przejął od zarobionego Mignoli (co on niby teraz robi???) niejaki Duncan Fegredo. I robi dobrze, trzyma się wytyczonego stylu ale nie kurczowo, bardziej atakuje detalem, częściej zagina linie, mniej ma kantów. Jest dobrze.

Niestety nie ze wszystkim. Z wydaniem polskim (przynajmniej moim egzemplarzem) nie wszystko jest okej. Hellboy często miał problemy z nasyceniem tuszu - czernie wypadały nieco blado. W najnowszym tomie mam parę plansz, gdzie czerń jest jaśniejsza od wypełniających pozostałe części kadrów kolorów. Efekt? Zlewa się toto, gówno widać, zero frajdy z obcowania z fachowymi rysunkami. Niby jest okej - 200 stron komiksu niemal, w tym szkice, za 40 dzika. Na nasze obecne warunki cena przystępna. Ale wydane toto na papierze toaletowym.. no dobra, offsetowym, z wydrukiem momentami jakości średniej. Idę to reklamować, tak być nie może. Duże wydawnictwo, chwalące się największą ilością komiksów na miesiąc, a jeśli coś nie kosztuje przynajmniej 70 złotych, to już jakości wydania nie pilnują. Szkoda.

Kolejna nauczka - kupować oryginały. Cena zbliżona, jakość na pewno lepsza (miałem w łapie poprzedni tom, soczyste czernie na grubej gładkiej kredzie). No i w oryginalnym wydaniu we wstępie na Moby Dicka na pewno nie poluje kapitan Arab.

Pod skryptem: na Amazonie można łyknąć pierwszych 7 tomów (czyli bez Zewu) za 80 dolców. Kusi. Ale nie tak bardzo jak hardkowerowe Library Edition, wydane w powiększonym formacie. Raczej się skuszę. Tak samo jak na Homara Johnsona.

wtorek, 22 lipca 2008

Astrópía

To nie jest film dla wszystkich. "Astropia" to historyjka laseczki zagubionej w życiu, która trafia do sklepiku dla nerdów. Słowo 'nerd' pojawia się nawet w języku islandzkim, i tłumacz dyletand upierdliwie tłumaczy je na swojskie, a nieadekwatne 'maniak'. RPG, komiksy, literatura i filmy z pogranicza SF, fantasy i horroru - wszystko to jest na półkach sklepu, i film został w sumie zrobiony właśnie dla potencjalnych klientów tytułowej Astropii. Na przykład dla mnie. I jak sądzę dla Was.

Plakat zniechęca, wygląda jak skrinszot z reklamówek Cinemy wklejonych przed polskie wydania filmów na DVD. Potem jest ciężki początek, przedstawiający smętną historię obyczajową. A potem laska zatrudnia się w sklepie, i już robi się fajnie. Dodam krótko - sfera obyczajowa o problemach głównej bohaterki, Hildur, jest banalna, nudna i rozwleczona, w dodatku stanowi (niestety) prawie połowę filmu. Druga połowa, z którą przeplatają się rozterki kopciuszka w stylu Dody, wynagrodziła mi to z nawiązką.



Sklepik - podobnie jak "Sprzedawcach" - ściąga różnej maści świrów, ale świrów sprofilowanych. Fani bitewnego Warhammera, czytelnicy Eragona, podobne im typy, w dodatku sami sprzedawcy to też niezłe czuby. Teoretycznie. Nie dla mnie. Nie dla was. Sam pracowałem 5 lat w wypożyczalniach video, sam mawiam cytatami z gwiezdnych wojen. Ale ja nie upierał bym się że "Red Son" to nieprzeciętne romansidło. I nie mówię na "Firefly'a" Whedona "Świetlik" (no ale jak się tłumaczy 'nerd' na polski...). Tak więc mamy tych kolesi co jarają się komiksami Morrisona i wczesnymi filmami Jacksona. Kolesie grają po godzinach w RPG (oczywiście najnowsza edycja Dungeons & Dragons). I tu fajny patent - sesje są zwizualizowane, z tła dobiega głos mistrza gry, a postaci wygłaszają zdania w stylu 'fajnie, przynajmniej nie zaczynamy przygody znowu w karczmie'. Słowem - swojsko, fajnie, autoironiczna zbita fanbojska, ale z urokiem.

Bólem jest wspomniana mętna fabuła o problemach Hildur. Same sceny sklepowe i RPG-owe też nie grzeszą nadmierną fantazją i szczególnie wyszukanym humorem, ale jest w tym coś więcej - takie drugie dno, które odkryją właśnie prawdziwi fanboje. Obok Supermana na ścianie Astropii jest rysunek Sally Jupiter. Można bawić się w wypatrywanie produktów w sklepie (okładki 100 Naboi, czy Punishera, Głębi i innych filmów, gdzieś tam jest plakat filmowego Hellboya). Laseczka grająca w RPG gra rangerem, i zgodnie z profesją wywija dwoma kosami. Taka pierduła, a cieszy. Acz nie cieszy aż tak, jak szarża na wroga z okrzykiem 'LEEEROOOY JENKIIINS!!!' na ustach.

Film polecam fanbojom wszelakiej maści. Uśmieją się. Wyszło autoironicznie ale i ciepło. Prawdziwe. Dla mnie pytanie o ilość figurek w blisterze ze Skavenami nie jest dziwne. Dla wielu to jakiś bełkot. Jest fajnie, jest prawdziwie. Acz jest w tym filmie doza fantasy i poza scenami erpegowymi. Drużyna graczy RPG w połowie złożona z lasek to już raczej czysta fantazja.

poniedziałek, 21 lipca 2008

6K + Number of the Beast

Z okazji piekielnej liczby klików (która nastąpi za chwilę albo właśnie nastąpiła) bonusowa grafika od Mara, przedstawiająca Odmieńca w towarzystwie czartostwa wszelakiej maści.



Z tejże okazji parę niusów. Po pierwsze - drugi Odmieniec nie będzie już taki wyjątkowy w temacie słowiańskich żywych trupów. Mignola dał radę w swoim "Zewie ciemności". Swoją drogą na bank ktoś nam zwróci uwagę że zerżnęliśmy motyw, bo tam Hellboy zombiaki trzaska w dość podobnej scenie. Trudno. Kara za przeciąganie pracy. Ale w scenariuszu to i tak już się pojawiło dawno temu.

Nius numer dwa. Nikogo nie zaskoczę, ale wypadało by to przyznać - na jesień to się z komiksem nie wyrobimy. Z powodów różnych, zewnętrznych i niezależnych, nie idzie to tak szybko jak byśmy chcięli. Maro ma sekretny plan jak to przyśpieszyć, ale to zupełnie inna baja (coś to da, albo i nie da, oby tak, bo jeszcze premierą Odmieńca uczcimy Euro 2012 w krajach słowiańskich).

Pod skryptem: nowy komiksowy Hellboy to kozak. Po dwóch średnich tomach czuję się że Czerwony w końcu, znowu skopał mi dupala. A radę nie do końca dał Egmont (nasycenie czerni choćby), ale to o tym potem, jou.

Pod skryptem 2: czeknijcie ten filmik - Number of the Beast w Guitar Hero 3 na expercie facio 100% cisnął. Wariat. Od pierwsej minuty jakies zupełnie niesamowite zeczy sie dzieja.

piątek, 18 lipca 2008

Ministerium

Sobota, pierwszy i ostatni koncert Ministry w Polsce. Podobno przedostatni na świecie. Trasa pożegnalna.

Ku naszemu zdziwieniu nie było kolejki przy wejściu (na takim Down był tabun luda, no ale wtedy wiadomo - pół Pantery grało). Wbijamy, Agressiva 69 już nie grała, przegrała u nas z piwem. Chłopaki mają chyba etat supportowania wszystkiego co ma elektronikę, a nie do końca da się przy tym tańczyć. To że przed Depeszami zdaje się grali może nie dziwi. Czy oni przypadkiem nie supportowali kiedyś Prodigy?

No to wibjamy, i grają Dick4Dick. Można było kupić ich Grey Album. Czy też Gay album. Różowa błyskawica na okładce zobowiązuje. Grali bez werwy, ale nie dziwne bo publika się nie podnieciła. Co najwyżej tu i tam ktoś drygał. Sprowokować nawoływań do bisów się nie udało, więc się zmyli.

Piwo.

Wbijamy na właściwą imprezę, na telebimie było chyba coś Revolting Cocks, scenę osłaniają świeżo podwieszone hm... ekrany z siatki metalowej obitej na ramach. Ponoć obrzucono gdzieś na trasie butelkami ekipę. To się bronią. Efekt był taki że gitarzyści stali po bokach tych ustrojstw, mając cały metr wolnej przestrzeni co by chłonąć bliskość publiki (czy dawać publice chłonąć swoją bliskość). Jurgensena nie było prawie widać - zasłaniał go takiż właśnie siatkowy ekran, a za ekranem jeszcze był pokręcony statyw zintegrowany z kierownicą od roweru. Mogli i Michaleja Jacksona postawić za mikrofonem, a i tak bym się nie zorientował, tym bardziej ze Al albo statycznie chował się za statywem, albo cofał po fajka i łyk piwa. Koniec. Poza tym dużo ciekawsze do oglądania były wizualki - oldskulowe, psychodeliczne, w klimacie teledysków z połowy lat 90-tych. Inna sprawa ze zbyt często pokazywali Busha, Bin Ladena i innych tego formatu idoli. Taka grubo ciosana agitka. A więc było widowisko, gorzej z muzyką. O tym ze kapela grała na 2 gitary wiem z tego, ze widziałem dwóch gitarzystów. Gitarę słyszałem tylko jedną. Podobnie z klawiszem - stał facio za parapetem, słychać go nie było. A to industrial przeca. W efekcie brzmiało to jak bardziej rytmiczny, prostacki trash. Albo industrial bez klawiszy. Gitara, perkusja, bas, darcie mordy Jurgensena. Było agresywnie i antybushowo, ludzie dostawali momentami amoku. Ja nie. Zawsze wolałem Trenta i Roba. NIN zeszło na psy, a Zombie nuza się w masówce. Ale i tak było dobrze. Żenadą jednak jest ze tego formatu klub (format oceniam po wykonawcach którzy do niego zaglądają) śpiewa sobie zwykle 100-wkę za bilety, a nie ma nawet ambicji zadbać aby impreza miała oprawę wartą tej forsy. I światowo i zaściankowo. Remiza na mazurach. Ale wjazd tylko w złotych ostrogach. Choć boso.

No i tak sobie grali i grali. Po czym zagrali bis, ponapieprzali jeszcze trochę (ponoć klasyki z dawniejszej działalności kapeli były, ja tam nie wiem). Po czym drugi bis - Jurgensen wychrypiał 'What a wonderful world' Armstronga. Cynik, kurwa, nie? Po tylu latach rzucania mięchem na rządy i autorytety czymś takim karierę kończyć. No i się zmyli.

A z głośników poleciało 'You only live twice'.

Al Jurgensen powróci z kapelą Quantum of Solace. Czy coś w ten deseń.

No cóż, C U 2, Al.

Pod skryptem: wychodzi na to że bulnąłem tę stówę tylko po to żeby zaliczyć widok Ministry na żywo. Bo o posłuchaniu ciężko mówić. Akustycy Stodoły - zróbcie coś, bo się w końcu ludzie wpienią i wam pourywają jaja.

czwartek, 17 lipca 2008

Numer 73304-23-4153-6-96-8

Kisiel kiedyś powiedział że dobre książki nie mają recenzji. To co ja się mam dłużej produkować? Ja wiem że czasy inne były, ale może to się i do współczesnej Polski (i komiksów i książek) odnosi. Inna sprawa że nie jestem w stanie powiedzieć o tym komiksie dużo więcej niż o Otta poprzednich dziełach. Dobrze to i źle chyba też, troszeczkę.

Zresztą jaki Ott jest każdy widzi, fani pewnie już ten komiks mają, antyfani i tak nie ruszą. Niezorientowanych zachęcam do zorientowania.

Pod skryptem: standardowo Kultura postarała się z wydaniem, jest ciężki papier, tłusty tusz, gruba oprawa. Nadstantadrowy jest płócienny grzbiecik, jak wziąłem komiks do ręki to mi aż drygnął. Nie komiks w sensie. Lubię takie drobiazgi. A w następnym poście pewnie się pozbieram i w końcu coś o ostatnio oglądanych filmach z San Francisco coś wstukam. Albo i nie. Nie zmusicie mnie. Ostrzegam. Jestem nieobliczalny. A teraz spać.

niedziela, 13 lipca 2008

Hancock

Krótko: nie idźcie na to do kina. Nie ściągajcie divixa. Nie wypożyczajcie jak wyjdzie na dvd. szkoda czasu i pieniędzy. Dawno nie widziałem tak zarżniętego dobrego pomysłu na film rozrywkowy. W dodatku opinia Kolca pokrywa się z recenzją z Wyborczej. To nie zdarza się często. W tym musi coś być.

Plusy? Pomysł na fabułę - niby pozytywny superheros co ma wszystko gdzieś, jest żulem i pijakiem, fajne odejście od schematu, zabawa konwencją. Charlize Theron, bo lubię sobie na nią pozerkać, acz podmamusiała się robi. No i efekty jak już się pojawią to nie są słabe. Acz wrażenia nie robią.

Wyliczamy minusy.

*Will Smith - cały film blaza na dziobie, jedna mina pod tytułem 'czy ja dobrze zrobiłem przystając do scjentologów...?'

*jego przydupas z cyklu 'największa pierdoła Ameryki, co się dotknie to spieprzy' - ile razy dokoła takiego typa można historię budować, przecież to nawet Amerykanów musi nużyć;

*ogólna głupota i brak logiki. Ja wiem że to film gdzie ma być humor i wybuchy, ale jakieś minimalne oczekiwania zdarza mi się mieć. Nie rozumiem motywacji głównego herosa. Skoro ma wszystko w dupie, pomagając policji ma gdzieś poszanowanie dla mienia publicznego i bezpieczeństwa cywili, w ogóle zero zasad, moralności itd, to po kiego typ łapie złoczyńców? Zwłaszcza że nikt od niego tego nie oczekuje, bo wiadomo z czym się to wiąże (zniszczenia nieproporcjonalne do sukcesu, jakim jest złapanie bandziora). Ble. Takie "Wanted" też było durne, ale tam jakoś to zawieszenie niewiary w moim przypadku jeszcze działało...

*familijnośc rodem z filmów Disneya, infantylizm, do tego ckliwa muzyczka;

*czerstwy humor ('aha, to tu miałem się zaśmiać...');

*nudy i dłużyzny wręcz okrutne, to miał być film akcji a nie jest, akcji za mało, efektów za mało, bohaterowie zbyt często do wtóru wzmiankowanej muzyki zerkają sobie w źrenice;

*większość dobrych patentów (gagów, scen akcji itp.) jest w trailerze. Albo i wszystkie;

*finałowy twist - co to kurde ma być??? Origin superherosa, niby tak, ale tak durny patent że odpadłem. Nie zamierzam zanadto spoilować, ale tak zmiękczającej widza głupoty dawno nie widziałem. Najlepsze jest że to, nikomu do niczego nie potrzebne, nie rozwija fabuły, niewiele wnosi;

*wkurzona Charlize Theron wygląda jak 30-letnia Avrile Lavigne. e?

*o przewidywalności i takich tak nawet nie ma co mówić, przy nudzie i głupocie to jest wręcz żaden zarzut.

Pod skryptem: naprawdę, nie oglądajcie tego.

piątek, 11 lipca 2008

Takietam

Jak rany.

Wiedzieliście że typek co grał Kota w Czerwonym Karle, grał też jedną z głównych ról w Blejdzie 2?

Ten typek:









...tego typka:


















W sensie kto to niby Kot?

W sensie... Co to Czerwony Karzeł?

Błąd, bo to jedna z fajniejszych brytyjskich serii komediowych. Zbita z Gwiezdnych Wojen, Star Treka, Odysei Kosmicznej, Obcego i z czego się da, w dodatku skręcona bez obciachu w wyjątkowo tandetny sposób. Kot to może nie główny bohater, ale biorąc pod uwagę że serię ciągną dosłownie 4 osoby, to można go uznać za jednego z głównych bohatyrów. Gość lubi błyskotki i jedzenie, a jako że to kot po tysiącach lat mutacji, to zachowuje się jakby go kto skrzyżował z Jamesem Brownem (nie pytajcie dlaczego).Kozacko zagrana postać. Zresztą ogólnie jest zabawnie - jedyny ocalały członek załogi gigantycznego statku międzyplanetarnego mający wszystko gdzieś, przytępawy komputer pokładowy, nadęty hologram, no i Kot. Cyklu wyszły u nas 3 serie, z czego ostatnia zasysa, reszta nie wyszła, więc nie wiem/nie pamiętam jak się mają. Wieki temu to w TV było.
No to krótki klipik z Kotem.


A wiecie że koleżka tańczył z Wham w trakcie ich amerykańskiej trasy? :D


Pod skryptem: nie ma mnie, nie mogę, zarobiony jestem, zmęczony i wogóle, temu dłużej nie klepię, tylko pierdoły. A szkoda, chciałbym mieć czas na dłuższe klepanie, mógłbym nie pisać, a zamiast tego w Ninja Gaiden 2 pocisnąć (od tygodnia nie mam czasu wyjść poza 3ci level). A i popisał bym, bo zupełnie przypadkiem pod rząd cyknąłem 3 filmy dziejące się w San Francisco, z czego przynajmniej 2 (jeśli nie komplet) można uznać za klasyki.

Takietam.

środa, 9 lipca 2008

Czarny Koń x2

Fajna wiadomość na początek.



Fincher ma zekranizować Zbira. Słabo? Na szczęście nie będzie to fabularniak, a animka. Zbir jest zbyt cartoonowy by robić go w konwencji nawet umiarkowanie realistycznej, ale z aktorami. Tak sobie nawet niedawno pomyślałem, zanim ten nius się ukazał. Inna sprawa że studio Blur, które ma odpowiadać za animację, ciska animy 3D. A ja mam tego przesyt. No ale zobaczymy, fajnie że duży ekran, w pytę że cartoon, moc że Fincher.

A teraz z innej beczki. Nieco przeszedł mi fanboizm odnośnie Hellboya, i smutno mi że seria rozłazi się na drobne, tracąc swój urok. Seria główna, pierdyliard spinoffów, słaba gra, niezła ekranizacja, w drodze druga ekranizacja i druga gra, gdzieś tam po drodze animka (albo i dwie), ponoć zgrabna. A na podstawie serii animowanej na podstawie komiksu - zrobiono komiks. Wyszły 3 tomy w JuEsEj. Egmont odgraża się że to niedługo wyda. Cena? 50 dzika. Nie jestem przekonany, ciekawe zresztą co ma tom zawierać. Oryginalne wydania to 7 dolców za sztukę, więc cenowo jest porównywalne. O ile obejdzie się bez cięć. A bym się nie zdziwił gdyby były, co sugeruje choćby los "Batmana i Syna". Inna sprawa że Mignola to z tym wydawnictwem nic wspólnego już nie miał, poza zainkasowaniem kasy za prawa autorskie. Nie wszystko Hellboy co się świeci. Wyjdzie to zobaczymy, nie ma co krakać nad jeszcze nierozlanym mlekiem.

poniedziałek, 7 lipca 2008

Heineken w polu 2008

W tym roku nie było nikogo na miarę Beastie Boysów, i nie sądziłem że mnie ktoś zaskoczy tak jak the Roots rok temu. Nikt nie zaskoczył, ale i tak warto było jechać.

Po kolei.

Piątek

Olaliśmy Muchy na dużej scenie (kto zapłacił za to żeby właśnie tam grali???) i poszliśmy do namiotu na Mitch & Mitch w wersji big bandowej. Wesoło, z klasą i toną autoironii. Trochę country&western, trochę pojebany przejazd gatunkowy w typie Mr. Bungle. Co ciekawe - prawie wogóle to Miczów z albumu nie przypominało. Co prawda nikt z kapeli nie wymachiwał gumową kurą (słyszałem o takich jazdach u nich), ale i tak dali czadu. Kolejne sola grane tylko jednym palcem, przedstawienie publiczności szklanki z wodą i stojaka na majka, wieśniackie gadki, było zabawnie.

Devotchka - bylim chwilę, nie porwało, nie pasowała mi ta muzyka do openerowej otoczki, kiedyś wrócę do nich.

The Raconteurs - rockowo, ale jakoś niezbyt charyzmatycznie, nie rozumiem prasowego brandzlu nad ich występem. Owszem, grał pan White z ziomami i basta. Poplumkali, zagrali "Steady as she goes", stwierdziliśmy że dosyć tego dobrego i poszliśmy pod scenę world.

A na World stejdżu napinał DJ Vadim z jakąś totalnie odjechaną MC pci żeńskiej. Dynamiczne i z wykopem, trochę tłustych skreczy, trochę strzelania jak z kałacha do majka przez fajną panią. Koncert dnia, w sferze muzycznej nie słyszałem w piątek nic lepszego.

Roisin Murphy - olana na rzecz Vadima. Zero wyrzutów sumienia.

Fujiya & Miyagi - odpadłem. Podobno lekko monotonne ale z wkręcającymi wizualami, acz nic z tego nie zarejestrowałem.


Sobota

CKOD - na głównej o 19-tej, zamiast Eryki Badu. Sensowna zmiana planu. Niby nie lubię ale grali nieźle, niestety po jednym kawałku przegrali z ciekawością dotyczącą namiotów NGOsów. Kolega postanowił umalować się na Clowna. Warto było.

Interpol - zlałem (podobnie jak poprzedniego dnia Editorsów) bez żalu, szkoda mi Gentlemana na którego się nie załapałem natomiast.

Jay-Z - koncert soboty. Dobry początek, agresywne bity, lecenie podkładami po Prodziżach, Winehouse czy AC/DC robiło dobrze. No i "99 problemów". Porządne show z konkretną ekipą, 2ch perkusistów z czego jeden mieszał naprawdę srogo. Jakoś w połowie zaczęły się te późniejsze hity Jaya, "Umbrella" była, ale i tak się dobrze bawiłem. Po godzinie Jay zagrał "Encore", pewnie żeby mu nikt nie kazał bisować - i spierdolił. Smutno, krótko, z niedosytem, ale i tak najlepszy występ dnia. Z drugiej strony, jak czytam że to najlepszy hiphopowy koncert wszystkich Hainekenów to się zastanawiam gdzie te pismaki były jak wszystkim rok temu Rootsi robili dobrze. Robili, nie smęcili miałkimi hitami z MTV i nie chcieli skończyć. O B-Boysach nie wspominam.

Sex Pistols - widziałem, żyją. Rotten jeszcze jest w stanie machać łapami. Wystarczyło zobaczyć, słuchać nie było po co.

Masala - jakoś nie dali czadu, poza tym przegrali z rybskiem którym postanowiliśmy się zapchać w tym czasie.

Erykah Badu - Badu sradu. I tyle. Taka muzyka o 1:00 w nocy, w dodatku w plenerze strasznie zamula. Ziefzief. Uciekliśmy w połowie, może dlatego nie rozumiem dlaczego dla wielu dziennikarzy to jeden z najlepszych występów festa.

Z drugiej strony jak czytałem poniedziałkowe gazety o openerze to widać było że teksty poszły do składu grubo przed końcem festa, bo o takich Massive Attack czy Chemicznych Braciach słowa nie było niemal. Szybka informacja lepsza niż kompletna informacja? Na to wygląda.


Niedzierla

Olać wszystko, ważne rzeczy działy się tylko na scenie głównej. Po feście kręciło się mniej hiphoperów niż w sobotę, za to ponoć sporo luda na triphopowców z UK przyjechało.

Goldfrapp - no oka, oka, ale może by na piwo?

Massive Attack - no niby oka, obcowanie z legendą, ale znowu ochota na piwo? Mnie zawiedli, pan Robert Del Naja szołmenem nie jest, nie pomogła kapeli ani laska ubrana jak Dolly Parton śpiewająca "Teardrop", ani mądre zdania o wolności i równości idące na telebimie, ani dwukrotne odwołanie się do legendy Solidarności i tego że nam panowie z Ataków są za nią wdzięczni. Widziałem. Fajnie. Nic nie zapamiętałem.

Chemical Brothers - najlepsze show sceny głównej tego dnia. Secik złożony z kawałków z różnych albumów, przemiksowanych co by nudy nie było, ale za to zajebiście zwizualizowany. Kolega od klauna przed koncertem miał wizję co będzie na wizualach. Wszystko się sprawdziło, nawet klaun był. Był klaun, przejazdy po 3-wymiarowych obiektach architektonicznych, rozety i mandale, wzory matematyczne, wirujące koła i trójkąty oraz małpy. Wszystko ładnie się mixowało z muzyką, która była naprawdę wpyte nagłośniona. Te kwasiarskie wizuale i muza tak mi szeptały, że brytyjska fala rave i klubowego pigularstwa to chyba spóźniona, zabawowa i pozbawiona idealistycznych złudzeń czkawka po dzieciach kwiatach. Fala się skończyła, Chemicale nie. I dobrze. Dali fajnie, bez uczenia się mówić 'dzien dobhy' po polsku. Bo nic nie mówili. A i tak dali zajebiste show.

Warto było, za rok pojadę pewnie znowu, ale w 2007 mieli lepsze występy. Kibli prawie w sam raz, stoisk z piwem w sam raz, podobnie z colą, ale przy stoiskach z żarłem po nocy była masakra. A gehenną był powrót z imprezy festowymi autobusami. Dramat straszny. Iść spać 3 dni z rzędu o 5tej rano? Inaczej się nie dało. A tak naprawdę to 2 dni, bo 3ciego nie było po co się kłaść, bo pociąg itd. A ja jak gupi jaki bez snu siedzę i napieprzam tekst na blogu...

Podziękowania w pierwszej kolejności dla Wojewody za gościnę. Nie zapomnimy.

W drugiej kolejności dla ekipy: Teera z Sorenem, Lewara z Zygą, no i momentami też Stanleya. Jak się nie gubił. Dobrze było, bez znajomych to by była zajebiście nudna impreza jednak. Dozozarok.

wtorek, 1 lipca 2008

Wanted. Ścigani

No i drugi post filmowy pod rząd, a w dodatku też ekranizacja komiksu.

Wlazłem parę dni temu na bloga Sicka, co by poczytać o Wanted przed zobaczeniem ekranizacji tego dzieła. Przeczytałem pierwszy akapit, i myślę - o w mordę, ale ze mnie cep. Zaspoilowałem sobie. I wiecie co? Okazuje się że może i akcja rozwija się zgodnie z tym co jest w komiksie (a ja na szczęście nie doczytałem), ale za to całe wprowadzenie w świat gdzie superherosom wyprano mózgi - tego wogóle w filmie nie było!!! Może to i lepiej, zamiast tego dostaliśmy porządny akcyjniak, który dzięki uniknięciu trykotów zgrabnie mija mielizny kiczu i totalnej groteski.

Timur Bekmambetov to zdolniacha, już po jego "Straży Nocnej" było widać że to facet z pomysłami na miarę amerykańskiego rynku, jeno rytm filmu nieco kulał, ale to kwestia wprawy. Pojechał do stanów, dostał porządną kasę i ekipę dobrych (dużo kojarzonych, mało naprawdę znanych) aktorów, i skręcił porządne kino. Niespodzianka na miarę "Doomsday'a". Jak dla mnie. Chociaż to zupełnie inne kino.



"Wanted" to ten rodzaj filmu, którego nie da się obejrzeć, bez zawieszenia niewiary, albo może nawet bez zostawienia tej niewiary w domu. Fabuła - będę szczery. Jest nieistotna. Mamy klan superzabójców, źle się dzieje w państwie duńskim, i nasz główny bohater-pierdoła jako jedyny może temu zaradzić. Dość gadania o akcji. Na pęczki jest zapożyczeń z "Matrixa" - czy to fabularnie, czy to w kwestii rozwiązania mocnych efektów specjalnych. Jest jedna scena z jednego ujęcia soczystej i krwawej strzelaniny, która przywodzi na myśl "Equilibrium" (adekwatna fota powyżej) i stare filmy Johna Woo. Jest patent wzięty bezpośrednio z "Imperium kontratakuje" (aż bym rzucił cytatem, ale nie chcę psuć zabawy, zresztą pewnie połowa czytających te słowa już się domyśla o co mi kamą). No i są rewelacyjne strzelaniny z pociskami latającymi po zakrzywionym torze lotu, ogólna pogarda dla praw fizyki, wynagradzająca to widzowi ubawem po pachy, rewelacyjne strzelaniny, dystans, czarny humor, okrucieństwo, bąbąwę efekty. I odbijające się od siebie w locie naboje. No i rewelacyjne strzelaniny. I kamera latająca za pociskami. I headshoty. No i fajne strzelaniny, których niby nie ma aż tak dużo, ale za to są naprawdę fajne.

Film zaczyna się od sceny jak wkurzony typo o charczącym głosie skacze z nie wiem, 50tego piętra budynku i w locie rozwala z pistoletu paru złych panów. A potem jest jeszcze weselej. Poza tym jest smutna demolka Dodge'a Vipera (sniff), Angelina która nie musi nic mówić, wystarczy że złowrogo zerka, Freeman który kłapie dziobem, Terence Stamp którego miło zobaczyć na chwilę, wspomniany typ o charczącym głosie i Thomas Kretschmann w bodajże trzeciej już ekranizacji komiksu, tym razem mówiący aż dwa zdania. Hiphopofile podjarają się Commonem, a rusofile Ruskiem ze "Straży Nocnej".

Timur i jego drużyna wrócili do Rosji z tarczą. Na bank. A może i nie wrócili? Tym lepiej. Koleś ma fantazję, umie realizować swoje pomysły i nie brak mu obciachu przy zajumywaniu cudzych pomysłów które się nie zestarzały. Może i niektórzy krytycy przesadzi (jak to zwykle) piejąc, że ten film ustawia na zupełnie nowy poziom poprzeczkę dla kina akcji. Nie, to nie rewolucja, ale parę scen zapamiętam na bank (np. asasynacja grubasa z cygarem jadącego limuzyną), i bawiłem się lepiej niż na i tak niezłym "Iron Manie", z którego kojarzę tylko Downeya.

Krótko: polecam. Ale na Bogów Eterni, nie oglądajcie tego filmu na monitorze!!! Na deser trailerrro. Jou


Pod szkryptem: ten post też sponsorowały literki 'D' jak dyswszystko, oraz 'P', jak słownik PWN.