Siedzę na paru forach. W ciągu minionego roku w końcu dojrzałem do założenia sobie bloga. W tym roku wlazłem na fejsbuka. W pewnym momencie dojrzeję do tego, żeby wleźć na Twittera. Ale to za jakiś czas, jestem jeszcze cyfowo za mało multimedialny. Dziś natomiast poćwiczę mikroblogowe wpisy. W wersji skoncentrowanej.
***
Król Wilków - złaaa, złaaa, złaaa niedobra manga. Unikajcie tej lipy.
***
Łajka - po lekturze już wiem dlaczego ten komiks dostał Eisnera właśnie w kategorii dla młodzieży. Raczej nie jestem targetem.
***
Ile waży koń trojański? - 'dzień świstaka, kurde'? Chciałbyś, panie Machulski, chciałbyś...
***
Chłopaki też płaczą - wytrzymałem 15 minut. Totalnie nieśmieszna komedia. Dalej słucham jednym uchem, ale jak słyszę nic nie tracę.
***
Na dziś starczy raczej. Jak już dorosnę to założę sobie Twittera i zarządzę siecią.
Dobre komiksy, złe filmy, dobre gry, zła muzyka, dobre filmy, złe komiksy, dobra muzyka, złe gry, kumoterstwo i chwalenie znajomych, samochwalstwo a na dodatek spora ilość skisłej żółci.
czwartek, 30 lipca 2009
środa, 29 lipca 2009
Crank 2
Adrenalina 2
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa akcji.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jeszcze więcej akcji.
To nie jest film dla tych, którym może przeszkadzać udział znanych aktorów kina porno w epizodach.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią pościgów.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią strzelanin.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jak bohaterowie zmieniają się w monstra, i niszczą makiety miasta, niczym Godzilla.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią Mike'a Pattona na santraku.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią nowych części GTA.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują fabuły.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią dynamiki.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują w filmie sensu.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują w filmie głębi.
To nie jest film dla tych, których razi w filmach głupota, łącznie z tą celową.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza pokazywanie w dziwny sposób mniejszości (murzyni-geje-cykliści???).
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują głębi psychologicznej bohaterów.
To nie jest film dla tych, którzy nie przepadają za Stathamem.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa mniej/bardziej znanych aktorów/muzyków/whateva w drugim planie (Maynard Keenan? Geri Halliwel?lol).
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jak film zaczyna się od pixelowej animacji.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią wpływu gier komputerowych na kulturę popularną.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa bezsensownej, ale efekciarskiej przemocy.
To nie jest film dla tych, którzy nie chcą zobaczyć sceny publicznego dymanka kształtnej blondyny w różnych pozycjach na torach wyścigowych.
To nie jest film dla tych, którzy ufajom recenzjom z 'Co jest grane?'.
To nie jest film dla tych, dla których argumentem moze być, ze dane dzieło ma według kogoś punk rockową specyfikę
To nie jest film dla tych, których zniesmacza gore.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza nabijanie się z osób chorych.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza scena ocierania się bohatera o innego bohatera.
Jest mnóstwo ludzi, dla których ten film nie jest.
Ja bawiłem się świetnie. Crank 2 to petarda.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa akcji.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jeszcze więcej akcji.
To nie jest film dla tych, którym może przeszkadzać udział znanych aktorów kina porno w epizodach.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią pościgów.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią strzelanin.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jak bohaterowie zmieniają się w monstra, i niszczą makiety miasta, niczym Godzilla.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią Mike'a Pattona na santraku.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią nowych części GTA.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują fabuły.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią dynamiki.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują w filmie sensu.
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują w filmie głębi.
To nie jest film dla tych, których razi w filmach głupota, łącznie z tą celową.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza pokazywanie w dziwny sposób mniejszości (murzyni-geje-cykliści???).
To nie jest film dla tych, którzy potrzebują głębi psychologicznej bohaterów.
To nie jest film dla tych, którzy nie przepadają za Stathamem.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa mniej/bardziej znanych aktorów/muzyków/whateva w drugim planie (Maynard Keenan? Geri Halliwel?lol).
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią jak film zaczyna się od pixelowej animacji.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią wpływu gier komputerowych na kulturę popularną.
To nie jest film dla tych, którzy nie lubią mnóstwa bezsensownej, ale efekciarskiej przemocy.
To nie jest film dla tych, którzy nie chcą zobaczyć sceny publicznego dymanka kształtnej blondyny w różnych pozycjach na torach wyścigowych.
To nie jest film dla tych, którzy ufajom recenzjom z 'Co jest grane?'.
To nie jest film dla tych, dla których argumentem moze być, ze dane dzieło ma według kogoś punk rockową specyfikę
To nie jest film dla tych, których zniesmacza gore.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza nabijanie się z osób chorych.
To nie jest film dla tych, których zniesmacza scena ocierania się bohatera o innego bohatera.
Jest mnóstwo ludzi, dla których ten film nie jest.
Ja bawiłem się świetnie. Crank 2 to petarda.
niedziela, 26 lipca 2009
Gdzie jesteś, Afflecku?
Przyjście północy uratowało mnie przed doublepostingiem. Nowy dzień, nowy wpis.
Ben Affleck to dla mnie taki sympatyczny, ale jednak przez ogół ignorowany typ. Jako Daredevil był w pytę. W filmach Kevina Smitha też zawsze był OK. Jednak kojarzy się go jako plastikowego typa o klasycznie białym uzębieniu z plastikowych produkcji dla mas. Takie uosobienie makdonaldyzacji. Ale ja gościa i tak lubię, trudno że takie a nie inne role wybiera. Mało kto go lubi zresztą, w Polsce zadeklarowanych fanów jest bodajże trzech - ja, KRL i Kamil Śmiałkowski.
Nie ważne, Eastwoodem też gardzono, aż został reżyserem, i po paru filmach pozamiatał. Affleck też został reżyserem. Jeszcze nie pozamiatał (dopiero skręcił pierwszy swój film kinowy), ale kto wie, czy nie pójdzie śladem ostatniego testosteronowca holiłudu.
Affleckowi znudziło się eksponowanie swoich zębów (będących mokrym marzeniem każdego dentysty i każdego ortodonty), i skręcił własny film. O dziwo, nie skręcił go po to, by zagrać główną rolę, bo zdaje się taki miał wstępnie plan. W roli głównej obsadził własnego brata, Caseya. I był to strzal w dziesiątkę, jako że brat jest mniej landrynkowaty, a bardziej przaśny. I tak powstało...
"Gdzie jesteś Amando" - czyli wzorcowy neo-noir. Affleck wziął na warsztat swoją ulubioną powieść, czyli "Gone, baby, gone" niejakiego Dennisa Lehane, znanego u nas jako autora pierwowzoru "Mistic River". Jest to o tyle ważne, że oba dzieła, mając zupełnie inne fabuły, mówią o tych samych sprawach, ale o tym zaraz. Aflek (wybaczcie skróconą formę, Ben, jako luzak, pewnie by wybaczył) postanowił zadebiutować właśnie swoją ulubioną powieścią. Trochę przecenił swoje możliwości, ale to debiut, sporo można wybaczyć, zwłaszcza że nie jest źle.
Problem z filmem Afleka (przynajmniej dla mnie), to jego nierówność, jeśli chodzi o płaszczyzny historii.
Pierwsza to sama fabuła i otoczka, druga to formalna zabawa formułą kryminału noir, trzecia to poruszane w filmie dość dwuznaczne zagadnienia moralne. Paradoksalnie, debiutant miał największe problemy z samą historią, ale zagadnienia, których się tyka zwykle wyższa liga, przerobił wzorcowo.
A więc zacznę od negatywów. Fabuła. Historia dotyczy dwójki detektywów do wynajęcia (co jest o tyle znaczące, że łączy się potem z kwestiami moralnymi), którzy biorą na siebie sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Niestety, nie jest grubo. Jest momentami srogo przewidywalnie. Narkomania matki sama sugeruje w którą stronę powinno pójść śledztwo nie tylko dla detektywów, ale także dla widza. Podobnie scena wymiany - trudno ją traktować poważnie, jako dwuznaczną, wiadomo że są w niej co najmniej jeden albo i dwa twisty. W dodatku film się ciągnie, ma dwie godziny, a to w sumie dość prosty kryminał. Moją Olę i jej siostrę znudził. Spały. To słaba rekomendacja. Ja nie spałem. Bo jest w tym filmie sporo więcej, ale to raczej jazda dla smakoszy kryminału.
Rozkmina formalna. Coś, co miażdży pytę. Polecam odbiór tego filmu z rozkładaniem na czynniki pierwsze jakiegoś klasyka noir z tyłu głowy. U mnie był to oczywiście "Sokół maltański" (soooory za brak oryginalności). No i to dodaje dziełu +2 w skali 10-punktowej do oceny. Detektywi to parka, główny bohater zamiast w prochowcu i fedorze, popierdala po Bostonie w dresiku, za którego gumką trzyma klamkę. To wygadany typek, który ma znajomości gdzie trzeba. Powinienem to dopisać do samej fabuły - w filmie mają miejsce dialogi - ale są one nie zawsze trafne. Acz bywają (gliniarz: połowa twoich znajomych to kryminaliści, main hero: tak, ale druga połowa to gliny). Ważne że koleś ma posłuch po obu stronach prawa. Ważne, że jest on pewnym - chcąc, nie chcąc - autorytetem moralnym. To antyheros, który robi co robi bo musi. Jest niemalże typem z rynsztoka, z przeszłością, ale to on, a nie inni - gliniarze, komisarze - ma sprawiedliwość po swojej stronie. Ma pewne zasady, których się trzyma. Uznaje je, nawet jak wie, że więcej z nich złego może wyniknąć niż dobrego, ale zdaje sobie też sprawę, co wynika z łamania zasad. To on jest od tego, aby wszystkim chujom na stanowiskach wygarnąć że robią źle, ponieważ demoralizują innych i zdradzają własne powołanie. W pewnym sensie to postać, której nie sposób nie lubić. Koleś jest niczym Rorschach: "Nigdy nie rezygnuj, nigdy się nie poddawaj". Zresztą podobna jest tu struktura jak w "Strażnikach" - koleś który ryje, spisek, twist, i kwestia do którego stopnia facet postawi na opcję 'dość'. Tu oczywiście nie ma Doktora Manhattana. Koleś nie ma fedory, koleś nie ma prochowca, ale i przeciwnicy i sprawa są zupełnie inne. Zamiast abstrakcyjnego międzynarodowego, spasionego złoczyńcy, jest haitański handlarz koksem. Zresztą kto tu jest wrogiem, i kto gra nie fair? Wszyscy? W końcu przedmiotem (???) o który toczy się gra nie jest legendarna figurka ptaszyska, a trzyletnia dziewczynka. Wnętrzami nie są drogie hotele, a przedmieścia biednego Bostonu. Autor pierwowzoru genialnie wywrócił na lewą stronę formułę noir, a Aflek świetnie ogarnął o co mu chodziło. Klasyczny detektyw kontra problemy współczesnej rzeczywistości. W końcu też jest to film, który daje odpowiedź na pytanie, dlaczego noirowi detektywi zawsze są samotni. Bo inaczej im nie wychodzi. Bomba. Kupuję to, bo jest to podane świetnie, dużo lepiej od ciągnącej się fabuły.
W końcu kwestie moralne, czyli coś, na co we współczesnym kinie nie ma niby miejsca. Aflek w debiucie wziął to na rogi, choć to duże wyzwanie (a może właśnie dlatego), i jest to dla mnie chyba najlepsza część filmu. "Gdzie jesteś, Amando" prawie od początku, do końca, drąży temat tego, do czego jesteśmy zdolni, gdzie jest granica pomiędzy prawem a samowolą, i co uznajemy za właściwe w określonych sytuacjach. Czyli coś, co Eastwood (ha?) ugryzł w "Mistic River". Nie co jest dobre, nie co jest uznawane prawem, a co jest właąśnie WŁAŚCIWE. Aflek nie daje odpowiedzi, zostawia z pytaniem widza, a zostawia te pytania dosyć często. Świetnym przykładem jest tu sytuacja: pedofil, ofiara jego poczynań, pistolet w ręku. Co zrobisz, po tym jak już się wyrzygasz z wrażenia? Kropniesz typa w naturalnym odruchu, czy będziesz czekał na gliniarzy w imię prawa? Nie ważne co zrobisz - czy będzie Ci z tym dobrze? I taki jest cały film. Historia porwanego dziecka zapewnia sporo takich pytań, zwłaszcza że jego otoczenie to byli kryminaliści i zaćpana matka. Co jest właściwe? Co jest dla niej dobre? Czy wiedząc co dobre, możemy zdradzić dane obietnice i wyznawane zasady?
Szczerze polecam. Może i brak w holiłudzie testosteronowych typów zawiewających whiskey i cygarami, ale Aflekowi udało się tą atmosferę przywrócić. Nie boi się zadawać pytać, a co najważniejsze - nikomu nie wciska swoich racji. Przedstawia historię smutną i (zwłaszcza biorąc pod uwagę finałową scenę) pesymistyczną. Czy jest coś takiego jak 'racja'? Nie wiem, i Aflek też nie udaje że wie. Wielka siekierka. Mam tylko nadzieję że jego drugi film będzie się bronił także jako fabuła, a nie jako drugi i trzeci (najważniejszy zresztą) plan.
Dałbym tu logosa 'Gonzo poleca', ale nie mogę znaleźć. Uznajcie że go wstawiłem (przyunajmniej ci, co są zajarani na punkcie noirów).
Ben Affleck to dla mnie taki sympatyczny, ale jednak przez ogół ignorowany typ. Jako Daredevil był w pytę. W filmach Kevina Smitha też zawsze był OK. Jednak kojarzy się go jako plastikowego typa o klasycznie białym uzębieniu z plastikowych produkcji dla mas. Takie uosobienie makdonaldyzacji. Ale ja gościa i tak lubię, trudno że takie a nie inne role wybiera. Mało kto go lubi zresztą, w Polsce zadeklarowanych fanów jest bodajże trzech - ja, KRL i Kamil Śmiałkowski.
Nie ważne, Eastwoodem też gardzono, aż został reżyserem, i po paru filmach pozamiatał. Affleck też został reżyserem. Jeszcze nie pozamiatał (dopiero skręcił pierwszy swój film kinowy), ale kto wie, czy nie pójdzie śladem ostatniego testosteronowca holiłudu.
Affleckowi znudziło się eksponowanie swoich zębów (będących mokrym marzeniem każdego dentysty i każdego ortodonty), i skręcił własny film. O dziwo, nie skręcił go po to, by zagrać główną rolę, bo zdaje się taki miał wstępnie plan. W roli głównej obsadził własnego brata, Caseya. I był to strzal w dziesiątkę, jako że brat jest mniej landrynkowaty, a bardziej przaśny. I tak powstało...
Problem z filmem Afleka (przynajmniej dla mnie), to jego nierówność, jeśli chodzi o płaszczyzny historii.
Pierwsza to sama fabuła i otoczka, druga to formalna zabawa formułą kryminału noir, trzecia to poruszane w filmie dość dwuznaczne zagadnienia moralne. Paradoksalnie, debiutant miał największe problemy z samą historią, ale zagadnienia, których się tyka zwykle wyższa liga, przerobił wzorcowo.
A więc zacznę od negatywów. Fabuła. Historia dotyczy dwójki detektywów do wynajęcia (co jest o tyle znaczące, że łączy się potem z kwestiami moralnymi), którzy biorą na siebie sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Niestety, nie jest grubo. Jest momentami srogo przewidywalnie. Narkomania matki sama sugeruje w którą stronę powinno pójść śledztwo nie tylko dla detektywów, ale także dla widza. Podobnie scena wymiany - trudno ją traktować poważnie, jako dwuznaczną, wiadomo że są w niej co najmniej jeden albo i dwa twisty. W dodatku film się ciągnie, ma dwie godziny, a to w sumie dość prosty kryminał. Moją Olę i jej siostrę znudził. Spały. To słaba rekomendacja. Ja nie spałem. Bo jest w tym filmie sporo więcej, ale to raczej jazda dla smakoszy kryminału.
Rozkmina formalna. Coś, co miażdży pytę. Polecam odbiór tego filmu z rozkładaniem na czynniki pierwsze jakiegoś klasyka noir z tyłu głowy. U mnie był to oczywiście "Sokół maltański" (soooory za brak oryginalności). No i to dodaje dziełu +2 w skali 10-punktowej do oceny. Detektywi to parka, główny bohater zamiast w prochowcu i fedorze, popierdala po Bostonie w dresiku, za którego gumką trzyma klamkę. To wygadany typek, który ma znajomości gdzie trzeba. Powinienem to dopisać do samej fabuły - w filmie mają miejsce dialogi - ale są one nie zawsze trafne. Acz bywają (gliniarz: połowa twoich znajomych to kryminaliści, main hero: tak, ale druga połowa to gliny). Ważne że koleś ma posłuch po obu stronach prawa. Ważne, że jest on pewnym - chcąc, nie chcąc - autorytetem moralnym. To antyheros, który robi co robi bo musi. Jest niemalże typem z rynsztoka, z przeszłością, ale to on, a nie inni - gliniarze, komisarze - ma sprawiedliwość po swojej stronie. Ma pewne zasady, których się trzyma. Uznaje je, nawet jak wie, że więcej z nich złego może wyniknąć niż dobrego, ale zdaje sobie też sprawę, co wynika z łamania zasad. To on jest od tego, aby wszystkim chujom na stanowiskach wygarnąć że robią źle, ponieważ demoralizują innych i zdradzają własne powołanie. W pewnym sensie to postać, której nie sposób nie lubić. Koleś jest niczym Rorschach: "Nigdy nie rezygnuj, nigdy się nie poddawaj". Zresztą podobna jest tu struktura jak w "Strażnikach" - koleś który ryje, spisek, twist, i kwestia do którego stopnia facet postawi na opcję 'dość'. Tu oczywiście nie ma Doktora Manhattana. Koleś nie ma fedory, koleś nie ma prochowca, ale i przeciwnicy i sprawa są zupełnie inne. Zamiast abstrakcyjnego międzynarodowego, spasionego złoczyńcy, jest haitański handlarz koksem. Zresztą kto tu jest wrogiem, i kto gra nie fair? Wszyscy? W końcu przedmiotem (???) o który toczy się gra nie jest legendarna figurka ptaszyska, a trzyletnia dziewczynka. Wnętrzami nie są drogie hotele, a przedmieścia biednego Bostonu. Autor pierwowzoru genialnie wywrócił na lewą stronę formułę noir, a Aflek świetnie ogarnął o co mu chodziło. Klasyczny detektyw kontra problemy współczesnej rzeczywistości. W końcu też jest to film, który daje odpowiedź na pytanie, dlaczego noirowi detektywi zawsze są samotni. Bo inaczej im nie wychodzi. Bomba. Kupuję to, bo jest to podane świetnie, dużo lepiej od ciągnącej się fabuły.
W końcu kwestie moralne, czyli coś, na co we współczesnym kinie nie ma niby miejsca. Aflek w debiucie wziął to na rogi, choć to duże wyzwanie (a może właśnie dlatego), i jest to dla mnie chyba najlepsza część filmu. "Gdzie jesteś, Amando" prawie od początku, do końca, drąży temat tego, do czego jesteśmy zdolni, gdzie jest granica pomiędzy prawem a samowolą, i co uznajemy za właściwe w określonych sytuacjach. Czyli coś, co Eastwood (ha?) ugryzł w "Mistic River". Nie co jest dobre, nie co jest uznawane prawem, a co jest właąśnie WŁAŚCIWE. Aflek nie daje odpowiedzi, zostawia z pytaniem widza, a zostawia te pytania dosyć często. Świetnym przykładem jest tu sytuacja: pedofil, ofiara jego poczynań, pistolet w ręku. Co zrobisz, po tym jak już się wyrzygasz z wrażenia? Kropniesz typa w naturalnym odruchu, czy będziesz czekał na gliniarzy w imię prawa? Nie ważne co zrobisz - czy będzie Ci z tym dobrze? I taki jest cały film. Historia porwanego dziecka zapewnia sporo takich pytań, zwłaszcza że jego otoczenie to byli kryminaliści i zaćpana matka. Co jest właściwe? Co jest dla niej dobre? Czy wiedząc co dobre, możemy zdradzić dane obietnice i wyznawane zasady?
Szczerze polecam. Może i brak w holiłudzie testosteronowych typów zawiewających whiskey i cygarami, ale Aflekowi udało się tą atmosferę przywrócić. Nie boi się zadawać pytać, a co najważniejsze - nikomu nie wciska swoich racji. Przedstawia historię smutną i (zwłaszcza biorąc pod uwagę finałową scenę) pesymistyczną. Czy jest coś takiego jak 'racja'? Nie wiem, i Aflek też nie udaje że wie. Wielka siekierka. Mam tylko nadzieję że jego drugi film będzie się bronił także jako fabuła, a nie jako drugi i trzeci (najważniejszy zresztą) plan.
Dałbym tu logosa 'Gonzo poleca', ale nie mogę znaleźć. Uznajcie że go wstawiłem (przyunajmniej ci, co są zajarani na punkcie noirów).
piątek, 10 lipca 2009
Kultura Gniewu czerwiec 2009
/na uchach Pendulum - "Hold Your Color"/
/a także Primitive Super Natural - "Alice"/
Jakoś tak ostatnio komiksy przestałem czytać (za co winię brubakerowy run Kapitana Ameryki, któren to mnie zniechęcił do obrazków), ograniczając się tylko do wessania "Miecza Nieśmiertelnego" i kolejnych zeszytów "Gwiezdnych Wojen". No i nowego tomu "Edenu", niezły jest, sporo się dzieje. W każdym razie poza tymi pozycjami ostatnio w ogóle nic komiksowego nie czytam.
Zawiało mię jednakowoż na Chłodną 25 na spotkanie z Guy (chyba się jednak jego imienia nie odmienia, skoro wymawia się Giii?) Delislem, i oczywiście wróciłem dodom z pakietem wspomnianym w tytule. Spotkanie było miłe, pakiet jest zacny, pospotkaniowe piwo też było arcyprzyjemne, ba, nawet reporter Alei Wiecie-Czego chodził za mną krok w krok, by uwiecznić chwilę gdy wspomniany pakiet nabywam!
Tyle tytułem zamulającego wstępu, który każdy pewnie opuścił (z testu z fejsbuka wynika że jestem jak Umberto Eco - mało kto czyta wszystko co napiszę, choć ja i tak nie mam czasu na pisanie wszystkiego co bym chciał). No to do rzeczy. W kolejności według podobalnościowego widzimisię.
Bez Komentarza, Ivan Brun - Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kapitalna, precyzyjna grafika, i świetny kolorek. Druga rzecz, to płynność i przejrzystość niemej (a może raczej bezsłownej, bo to chyba nie to samo) narracji, jaką posługuje się autor. Trzecia rzecz, to ilość przemocy, którą zadają sobie te dziecinnie wyglądające ludki. I nie przypadkiem, bo to komiks z morałem, komiks o naszym smutnym świecie. Hola. Komiks o smutnym świecie, ale bez morału, bo komentarza nie ma. Dzięki temu komiksowi dowiedziałem się natomiast, że bieda popycha ludzi do przemocy, media na tym żerują, system więzi jednostki, a człowiek to takie bydlę, co jest w stanie zrobić, albo zgodzić się na potworne rzeczy w imię pieniędzy.
No to czuję się oświecony.
Wielu osobom się ten przekaz podoba, dla mnie jest jednak płytki i banalny, na poziomie lewackich ulotek rozdawanych na wiecach przeciwko inwazji USA na Irak. Tak, wiem że leczenie kompleksów władzą czyni z ludzi monstra. Tak, przeszkadza mi znieczulenie władnych na bolączki maluczkich. Mam to i bez tego komiksu, wystarczą mi wiadomości czy spacer po ulicach Wawy. Jak zmienić tą sytuację? Nie wiem, autor też nie wie. Więc po co wyjazd z czymś, co już wiemy? Może chodzi o uwrażliwienie jednostek? Uda się, o ile komiks trafi do tych znieczulonych, acz wątpię czy wyrwie on ich z letargu, jeśli zachce się im po niego sięgnąć.
Jakiś taki lekki niesmak miałem, jako osoba z alergią na lewackość. Nie lubię wytykania oczywistych problemów bez propozycji co robić. Niekonstruktywne to. Dla mnie. Bo mam alergię. Bo co, mam wyemigrować na Kubę, czy na Białoruś, gdzie kona jeszcze socjalizm? Wzniecić antyrządową rewoltę, domagającą się ustąpienia rządu i zniesienia środków płatniczych, w których drzemie szatan? Zaszyć się w jakimś zapomnianym zakątku afryki i żyć z uprawy tego co wyhoduję, antysystemowo nie odprowadzając podatków? Przekaz, zamiast mnie uwrażliwić, rozdrażnił mnie. Ale ja to ja, a znajomym się poleca, w warstwie wizualnej i narracyjnej jest to dzieło naprawdę porządne, więc też polecam. No chyba że ma ktoś większą niż ja alergię na antysytemowe potrząsanie pięściami w oznace niezadowolenia
Klezmerzy #1 - Podbój Wschodu, Joann Sfar - jak w posłowiu stwierdza autor, jest to druga strona monety, której awersem jest "Kot Rabina". O ile tam osnowę fabuły stanowili algierscy Żydzi, w "Klezmerach" mamy do czynienia z tymi 'polarnymi Żydami', jak to nazwano ich w Kocie. Są to więc okolice przedwojennej Polski, Rosji i Ukrainy, czyli okolice Żydom nie zawsze przyjazne, co bardziej niż aura odróżnia fabułę od Kota. Humoru też jakby nieco mniej. Tytułowi Klezmerzy zbierają się przez cały komiks, by na koniec się zziomować w trakcie koncertu. I co? Niby mnie ten komiks nie ruszył tak jak "Kot Rabina", ale po przeczytaniu ciekawi mnie co będzie dalej, i - co najważniejsze - zachciało mi się posłuchać muzyki klezmerskiej, o której mam blade pojęcie, choć lubię. I o to chyba autorowi chodziło, po to zresztą podrzucił na koniec parę zespołów i tytułów. A rysunkowo? Jaki Sfar jest każdy widzi.
Luis na plaży, Guy Delisle - czerwcowy debeściak, i nie ważne że najbardziej banalny w treści. Autor znany u nas z komiksów zaangażowanych społecznie (i w przeciwieństwie do "Bez komentarza" informujących o czymś czego powszechnie nie wiadomo, a także robiących na mnie akurat wrażenie) tym razem dzięki Kulturze popisuje się jako obserwator nie totalitarnego reżimu, a własnego synka. Te 48 plansz to jeden dzień z życia obu panów spędzony nad morzem. I jest wesoło, i fajnie, i aż mi się przypomniały scenki jak sam byłem jako dzieciak nad Bałtykiem z tatą, choćby scenka z życia jak stałem nad wodą, pogoda sztormowa, a tu nagle fala większa niż inne, zawinęła mnie, zabrała, ale ojciec mnie w ostatniej chwili chwycił jak mnie porywała w pieniący się przestwór oceanu. Więc wesoło, fajnie, i nostalgię włącza. Komiks ten, bardziej niż te, które już znamy, pokazuje Delisle'a jako animatora - kolejne kadry tego niemego komiksu tworzą konsekwentną sekwencyjność (SIC! lol) na zasadzie storyboardu. Jeśli dla kogoś to za mało, to na rogach stron umieszczono krótkie animacyjki, które można obejrzeć szybko kartkując album. Świetna krecha, fajne kolory. Prawda o dniu na plaży - razem z jego negatywnymi konsekwencjami - zebrana na 48 stronach. Must-have. Gonzo poleca. Znak jakości.

No to teraz czekam aż Kultura, zachęcona pozytywną reakcją, zdecyduje się na wydanie u nas "Luisa na nartach" i poświęconego Chinom "Shenzhen". Oby szybko.
/a także Primitive Super Natural - "Alice"/
Jakoś tak ostatnio komiksy przestałem czytać (za co winię brubakerowy run Kapitana Ameryki, któren to mnie zniechęcił do obrazków), ograniczając się tylko do wessania "Miecza Nieśmiertelnego" i kolejnych zeszytów "Gwiezdnych Wojen". No i nowego tomu "Edenu", niezły jest, sporo się dzieje. W każdym razie poza tymi pozycjami ostatnio w ogóle nic komiksowego nie czytam.
Zawiało mię jednakowoż na Chłodną 25 na spotkanie z Guy (chyba się jednak jego imienia nie odmienia, skoro wymawia się Giii?) Delislem, i oczywiście wróciłem dodom z pakietem wspomnianym w tytule. Spotkanie było miłe, pakiet jest zacny, pospotkaniowe piwo też było arcyprzyjemne, ba, nawet reporter Alei Wiecie-Czego chodził za mną krok w krok, by uwiecznić chwilę gdy wspomniany pakiet nabywam!
Tyle tytułem zamulającego wstępu, który każdy pewnie opuścił (z testu z fejsbuka wynika że jestem jak Umberto Eco - mało kto czyta wszystko co napiszę, choć ja i tak nie mam czasu na pisanie wszystkiego co bym chciał). No to do rzeczy. W kolejności według podobalnościowego widzimisię.
No to czuję się oświecony.
Wielu osobom się ten przekaz podoba, dla mnie jest jednak płytki i banalny, na poziomie lewackich ulotek rozdawanych na wiecach przeciwko inwazji USA na Irak. Tak, wiem że leczenie kompleksów władzą czyni z ludzi monstra. Tak, przeszkadza mi znieczulenie władnych na bolączki maluczkich. Mam to i bez tego komiksu, wystarczą mi wiadomości czy spacer po ulicach Wawy. Jak zmienić tą sytuację? Nie wiem, autor też nie wie. Więc po co wyjazd z czymś, co już wiemy? Może chodzi o uwrażliwienie jednostek? Uda się, o ile komiks trafi do tych znieczulonych, acz wątpię czy wyrwie on ich z letargu, jeśli zachce się im po niego sięgnąć.
Jakiś taki lekki niesmak miałem, jako osoba z alergią na lewackość. Nie lubię wytykania oczywistych problemów bez propozycji co robić. Niekonstruktywne to. Dla mnie. Bo mam alergię. Bo co, mam wyemigrować na Kubę, czy na Białoruś, gdzie kona jeszcze socjalizm? Wzniecić antyrządową rewoltę, domagającą się ustąpienia rządu i zniesienia środków płatniczych, w których drzemie szatan? Zaszyć się w jakimś zapomnianym zakątku afryki i żyć z uprawy tego co wyhoduję, antysystemowo nie odprowadzając podatków? Przekaz, zamiast mnie uwrażliwić, rozdrażnił mnie. Ale ja to ja, a znajomym się poleca, w warstwie wizualnej i narracyjnej jest to dzieło naprawdę porządne, więc też polecam. No chyba że ma ktoś większą niż ja alergię na antysytemowe potrząsanie pięściami w oznace niezadowolenia

No to teraz czekam aż Kultura, zachęcona pozytywną reakcją, zdecyduje się na wydanie u nas "Luisa na nartach" i poświęconego Chinom "Shenzhen". Oby szybko.
wtorek, 30 czerwca 2009
Idąc doliną śmierci zła się nie ulęknę, gdyż jesten największym MOFO w całej dolinie
Na początek ustalmy jedno. Od dawno trwa tu i tam spór o to, czy manga komiksem jest czy nie jest. Powiem wprost, żeby mieć to za sobą i nie prowokować durnych polemik w komentarzach. Manga komiksem nie jest. W końcu jak by była komiksem, to by się tak po naszemu zwała. Ale się nie zwie. Więc nie jest. I nie przekona mnie nikt że jest, bo po japońsku manga oznacza komiks. Nie jesteśmy w Japonii. Formalnie to samo, ale wchodzi semantyka i robi nam z zagadnienia czystą mielonkę. Tak samo zamek to niekoniecznie zamek. I nie zmienia faktu że oba bywają zamknięte na klucz.
Skoro sprawy natury formalnej mamy za sobą, przejdę do metodycznego trucia.
"Miecz nieśmiertelnego" to seria... Najkrócej mówiąc - samurajska. Z domieszką fantastyki. Z... No właśnie - nikt nie wie o czym jest ta seria. Zaczyna się od historii nieśmiertelnego samuraja, który za zabicie 100 innych samurajów, chce odpokutować, tnąc na kawałki 1000 innych badassów. Gość jest nie do ubicia, taki Lobo z epoki Edo - regeneruje się, jest obwieszony całym arsenałem broni pochowanej po kimonie, i wypełnia questa nie bo chce, a bo tak wyszło. Tak jak z L.E.G.I.O.N.em. No ale jest sobie ten samuraj i co z nim? Ano staje się przybocznym laski która chce pomścić śmierć rodziców na członkach złej szkoły Itto. Czyli historia drogi na zasadzie gry arcade - sieka, masowa sieka, sika, masowa sieka, mid-boss, powtarzać aż skończą się charakterne czarne charaktery, final boss, czyli ultimate evil, dekapitacja, koniec.
No ale tak nie jest. Seria ciągnie się już 15 lat, dżapce mają już 24 tomy (u nas 17 trafi do księgarń w sierpniu), i końca nie widać. Ultimate evil okazuje się być wcale-nie-tak-zły, z siekania mid-bossób szybko zrobiło się opowiadanie retrospektywne ich historii, postacie zyskują bio, więc szkoda ich ubić, tworzą się dziwne zależności, Rin, czyli osierocona nastolatka, odwleka zemstę... No nie wiem do czego to dąży, pułapka tasiemca pokroju "Szansa na sukces". Pewnie jak każdy stoczy pojedynek z każdym w każdej konfiguracji (i oczywiście nikt przy tym ginął nie będzie), to nagle po którejś mass-rzezi w świecie komiksu... MANGI rozlegnie się głośne PING, bo Manji wytnie 1000-cznego złego ludzia i wstąpi na niebiosa, gdzie zasiądzie po prawicy Buddy.
Albo i nie. Nie wiem. Ale w sumie to i tak nie ma znaczenia.
Znaczenie natomiast ma ukazanie realiów feudalnej Japonii (powierzchowne w sumie), akcja i pojedynki (krwawe i mięsiste), oraz galeria złych mid-bossów. Friki z którymi musi się zmierzyć Manji wyglądają jak z gier wyjęte, wdzianka, uczesanie, porąbana broń, no jak z chodzonego slaszera od Namco. Chlastanki są efekciarskie, pełne dekapitacji, a co lepsze finiszery mają zapewnionego 2-stronicowego splasza, na którym mistrz rękodzielnictwa zastyga w teatralnej pozie z prowadzoną po ciosie bronią, a za nim leci plątanina kawałków ciała, bądź krew bryzga z głębokiego cięcia w poprzek klaty piersiowej, czy co innego. W końcu urozmaicenia dodaje broń bohaterów - to nie zabawa w przechwalanie się czyja maga-otaku-ryu szkoła jest najlepsza, i który cios upadającej jaskółki szukającej pszenicy w murawie jest potężniejszy od uderzenia pierdnięcia wieprza o poranku. Nie. Zamiast tego sam Manji obwieszony jest dziwacznym sprzętem (który pewnie chowa wewnątrz swego samoregenerującego się ciała, bo gdzie?), a kolejni przeciwnicy mają co lepsze zdradliwe wynalazki. Którymi rzezają bez litości.
Na koniec - ristekpa dla Hiroaki Samury, który niby jedzie klasycznie mangowo, ale bez przegięć typu wypływające oczki (przynajmniej nie za często), no i kapitalnie co jakiś czas rozwiązuje te wspomniane sieki efekciarską dwuplanszówką, która aż się prosi o powiększenie i zawieszenie na ścianie. Czysta - bez kitu - poezja przemocy.
Czytać, nie czytać? Mnie podeszło, choć fabuła się totalnie zapętliła, ale banda skurwieli czekających na swoją kolej na mieczu Manjiego i dynamika walk to wynagradzają. Jeśli kogoś to satysfakcjonuje. Mnie i owszem.
Na koniec - w zeszłym roku powstał serial, adaptacja mangi. Ciekawi mnie bardzo, choć na tak dosłowną i obwitą rzeź nie liczę. Ale obadać trzeba.
czwartek, 25 czerwca 2009
Wieczór z usechniętą legendą
Poznań odwiedzony, i jedno z najważniejszych dla mnie tegorocznych wydarzeń muzycznych (obok koncertu Faith No More) już za mną.
Widziałem Trenta na żywo. Niektórzy, jak donosi Semprini, mogą już po tym umrzeć spokojnie, Nine Inch Nasil zrobiło im kisiel z mózgu, i uważają że lepiej być nie mogło. No ja bym polemizował. Najlepszą jednozdaniową recenzję koncertu wystawił na gorąco dr Max: ‘O 10 lat za późno’. No i ja nie mogę się nie zgodzić. Ale po kolei.
Po pierwsze – pierwszy i chyba ostatni raz jechałem na koncert busikiem z fanami. Radosna młodzież racząca się piwkiem, białowłosy tapir, koncert NIN z DVD (od którego się izolowałem), na przemian z hitami vivy cfaj z okresu mego ogólniaka, no i fanboje śpiewający teksty Trenta jak koncert leciał. No to ja chyba jednak jestem stworzony do podróżowania z PKP. No i godzinne kołowanie przed wysadzeniem nas. Ech, nie ważne.
Przyjazd na miejsce, zwiedzanie i rozmowy z tubylcami o „prawdziwym Poznaniu”. Miło, dzięki, aż szkoda że z koncertu pakowaliśmy się do busa, a nie na jakąś imprezkę.
No i koncert – Targi Poznańskie, podśmichujki z delikwentów ze strefy 2-giej (z której raczej niewiele było widać, pewnie sam to na Radiohead zaliczę), Karolak, którego widziałem w kolejce do toj toja (łooo, nie było VIP-zone???), aż w końcu na małą scenę wylazł Alec Empire, jego laptop, i jego obsługiwaciciel laptopa. No i było fajnie, pod koniec ATARI Teenage Riot nawet poszło, no i Alec chwilę gitarę potrzymał, ale kurde nagłośnienie gorsze niż w stodole. Wiem że on ma garażowe brzmienie, ale efekt był marny, sam szum. Laptopowość też dobrze nie zrobiła, w momencie gdy Alec miał majka przy udzie, a z twardego jego maszyny leciał jego wokal. No tak no nie ten… W sumie dobry set do klubu, nie na plener.
No i przerwa, i jedzie Trent z chłopakami. Zasadniczo – za dużo rocka, za mało industrialu, a lidera ewidentnie od lat kilku kręci bardziej pulsujący basik niż cokolwiek innego, co też słychać było w wersjach koncertowych starych hiciorów. Ogólnie miło było usłyszeć kawałki z „Downward Spiral” w końcu na żywo, szkoda tylko że występ rozmemłały najnowsze produkcje. Usłyszenie na żywca „Head like a hole”, „Wish” czy „Hurt” robiło wrażenie, a „Mr. Self Destrukt” mi mało nie urwał pupy, ale zabrakło „Perfect Drug” czy „Closer”. Semprini mędzi że na szczęście, ale ja mam żal, bo nie słyszałem tego nigdy na żywo, bo w Polsce było to raczej dotąd niewykonalne. Co też mógł Trencie wziąć pod uwagę. I fajnie że ze sceny się jarał że w końcu, po 20 latach, gra u nas, że chwalił ten koncert sobie i dziękował także mnie na swoim Twitterze (podobnie koncertem NIN właśnie w Poznaniu na Twicie jarał się Alec), co z tego, jak koncert odbył się właśnie o dekadę za późno. Po „Fragile” by mnie pewnie musieli z tego koncertu wynieść, bo ja bym się zwinął w koncie gdzieś w kłębek, chlipiąc i rozpamiętując najsmutniejsze momenty mojego życia, do którego Trent napisał kapitalny santrak. Spirala by mnie zmiażdżyła depresyjnością tak, że nawet nie patrzył bym się gdzie indziej niż na moje buty. Zdecydował bym się o zafundowaniu sobie tapira, nie zarzucił bym gry w klawiszach, i dziś grał bym w bandzie New Romantic.
A tak?
Dzięki Trent, że w końcu. Że w ogóle. I że w Polsce. I tyle.
Pod skryptem: nie obyło się też bez paru elementów karygodnych. Po pierwsze – standard. Laski na ramionach swoich chłopów, zasłaniające centralnie scenę ludziom, którzy mają pecha być za nimi. Za to powinna być zgoda na odstrzał ostrą amunicją. Druga sprawa. Serdecznie pozdrawiam osobę, która zatruwała mi namiętnie powietrze gazowymi wydzielinami własnych trzewi. Ja rozumiem że bywa. Ale i tak życzę temu komuś z równą namiętnością sraczki w trakcie egzaminu na prawo jazdy, obrony pracy magisterskiej, czy ważnej rozmowy o pracę. Na zdrowie, barbarzyńco. No i najlepsze – telebimy, co to się włączały na chwilę przy ostatnich trzech kawałkach. Jak zwykle ktoś pomyślał.
Widziałem Trenta na żywo. Niektórzy, jak donosi Semprini, mogą już po tym umrzeć spokojnie, Nine Inch Nasil zrobiło im kisiel z mózgu, i uważają że lepiej być nie mogło. No ja bym polemizował. Najlepszą jednozdaniową recenzję koncertu wystawił na gorąco dr Max: ‘O 10 lat za późno’. No i ja nie mogę się nie zgodzić. Ale po kolei.
Po pierwsze – pierwszy i chyba ostatni raz jechałem na koncert busikiem z fanami. Radosna młodzież racząca się piwkiem, białowłosy tapir, koncert NIN z DVD (od którego się izolowałem), na przemian z hitami vivy cfaj z okresu mego ogólniaka, no i fanboje śpiewający teksty Trenta jak koncert leciał. No to ja chyba jednak jestem stworzony do podróżowania z PKP. No i godzinne kołowanie przed wysadzeniem nas. Ech, nie ważne.
Przyjazd na miejsce, zwiedzanie i rozmowy z tubylcami o „prawdziwym Poznaniu”. Miło, dzięki, aż szkoda że z koncertu pakowaliśmy się do busa, a nie na jakąś imprezkę.
No i koncert – Targi Poznańskie, podśmichujki z delikwentów ze strefy 2-giej (z której raczej niewiele było widać, pewnie sam to na Radiohead zaliczę), Karolak, którego widziałem w kolejce do toj toja (łooo, nie było VIP-zone???), aż w końcu na małą scenę wylazł Alec Empire, jego laptop, i jego obsługiwaciciel laptopa. No i było fajnie, pod koniec ATARI Teenage Riot nawet poszło, no i Alec chwilę gitarę potrzymał, ale kurde nagłośnienie gorsze niż w stodole. Wiem że on ma garażowe brzmienie, ale efekt był marny, sam szum. Laptopowość też dobrze nie zrobiła, w momencie gdy Alec miał majka przy udzie, a z twardego jego maszyny leciał jego wokal. No tak no nie ten… W sumie dobry set do klubu, nie na plener.
No i przerwa, i jedzie Trent z chłopakami. Zasadniczo – za dużo rocka, za mało industrialu, a lidera ewidentnie od lat kilku kręci bardziej pulsujący basik niż cokolwiek innego, co też słychać było w wersjach koncertowych starych hiciorów. Ogólnie miło było usłyszeć kawałki z „Downward Spiral” w końcu na żywo, szkoda tylko że występ rozmemłały najnowsze produkcje. Usłyszenie na żywca „Head like a hole”, „Wish” czy „Hurt” robiło wrażenie, a „Mr. Self Destrukt” mi mało nie urwał pupy, ale zabrakło „Perfect Drug” czy „Closer”. Semprini mędzi że na szczęście, ale ja mam żal, bo nie słyszałem tego nigdy na żywo, bo w Polsce było to raczej dotąd niewykonalne. Co też mógł Trencie wziąć pod uwagę. I fajnie że ze sceny się jarał że w końcu, po 20 latach, gra u nas, że chwalił ten koncert sobie i dziękował także mnie na swoim Twitterze (podobnie koncertem NIN właśnie w Poznaniu na Twicie jarał się Alec), co z tego, jak koncert odbył się właśnie o dekadę za późno. Po „Fragile” by mnie pewnie musieli z tego koncertu wynieść, bo ja bym się zwinął w koncie gdzieś w kłębek, chlipiąc i rozpamiętując najsmutniejsze momenty mojego życia, do którego Trent napisał kapitalny santrak. Spirala by mnie zmiażdżyła depresyjnością tak, że nawet nie patrzył bym się gdzie indziej niż na moje buty. Zdecydował bym się o zafundowaniu sobie tapira, nie zarzucił bym gry w klawiszach, i dziś grał bym w bandzie New Romantic.
A tak?
Dzięki Trent, że w końcu. Że w ogóle. I że w Polsce. I tyle.
Pod skryptem: nie obyło się też bez paru elementów karygodnych. Po pierwsze – standard. Laski na ramionach swoich chłopów, zasłaniające centralnie scenę ludziom, którzy mają pecha być za nimi. Za to powinna być zgoda na odstrzał ostrą amunicją. Druga sprawa. Serdecznie pozdrawiam osobę, która zatruwała mi namiętnie powietrze gazowymi wydzielinami własnych trzewi. Ja rozumiem że bywa. Ale i tak życzę temu komuś z równą namiętnością sraczki w trakcie egzaminu na prawo jazdy, obrony pracy magisterskiej, czy ważnej rozmowy o pracę. Na zdrowie, barbarzyńco. No i najlepsze – telebimy, co to się włączały na chwilę przy ostatnich trzech kawałkach. Jak zwykle ktoś pomyślał.
niedziela, 21 czerwca 2009
"Wejście Skopa"
"Wejście Smoka" z Brusem to klasyk i basta. Mówiłem nie raz, pisałem nie raz, zdania nie zmienię. Już dziecięciem będąc, gdy przeszła mi ochota na zostanie małorolnym, to pragnąłem jak dorosnę być Indianą Jonesem (łamane na Hana Solo, ale umówmy się - na to samo wychodzi), albo Brusem właśnie. Nie zostałem oczywiście. Ale spaczenie bani już mi chyba do końca życia nie przejdzie, Brus będzie królem kung fu, a "Wejście..." najlepszym filmem z jego udziałem.No i jest Bruce, specjalny agent po szkoleniu z Shaolin (co wynika ze scen z wersji dłuższej, zaiste zbędnych). Trafia na wyspę, gdzie odbywa się turniej wojowników. Wygrany będzie miał tytuł wygranego. Razem z nim trafiają tam przedstawieni w komiksowych skrótach kolejni kolesie - uciekający przed kłopotami Roper i czarnoskóry Williams, który zdaje się że jedzie dla sławy i dup. Postaci są wprowadzane krótko, grubą krechą, treściwie, niczym w "Za garść dolarów wincy" Serżioleone. No prawie jak komiks. Jest funkowa oprawa muzyczna, której by się Shaft nie powstydzil. Bolo jest zły, i krzywi się jak małpa. Na ułamek sekundy pojawia się Jackie Chan (dostaje w pałę od Brusa). No i niezłe onelinery lecą. 'Man, you're out of a comic book' - mówi z czarnoziomalskim akcentem Williams do Hana, gdy czuje co się święci, a z Hana wychodzi zło w stylu i na poziomie doktora No.
Jako fan mordobić, Brusa, komiksów i Bondów nie mogę do tego dzieła podchodzić obiektywnie, nie mogę też go nie lubić. Dla mnie klasyk i już, sceny jak Bruce macha drągiem czy nunczakiem są po prostu świetne, a finałowy pojedynek w labiryncie luster to po prostu mistrzowa robota. Może dla kinomanów z wyższymi ambicjami to pukpowy chłam, ale ta scena wygląda po prostu pomysłowo i ładnie.
Wejście jara nie tylko mnie, jara też od paru dekad filmowców, i to w sposób dosyć ostry. Są i inspiracje łagodniejsze. Na przykład jeet kune do - styl walki opracowany przez Bruce'a, czyli technika bez techniki (trakie tam taoistyczne brednie), wykorzystywany jest przez filmowców raczej jako styl poruszania się Małego Smoka. Choćby Spike Spiegel z "Cowboy Bebop" ewidetnie porusza się właśnie po brusowemu (jedna z walk nawiązuje dosłownie akurat do "Gry Śmierci"). Podobnie Morfeusz z "Matrixa" w wirtualnym dojo (pierwszy trening Neo) niby walczy w tai chi chuan, ale 'tańczy' na matach w sposób znany z "Wejścia..." czy "Gry...". Jak Bruce w końcu zachowuje się Tyler Durden lejąc pod koniec "Fight Clubu" Nortona, nie wspominając o nunczaku.
Trudno tu jednak mówić o inspiracji samym "Wejściem Smoka", bardziej ikoniczną postacią pana Lee. Ale i konkretów jest sporo, jak choćby scena z finału "Mrocznego Widma", gdy odgrodzony od przeciwnika osłonami Quigon Jin siada po turecku i medytuje. Dosłownie do "Wejścia..." "Matrix" nawiązuje w dialogach. No pełno tego po prostu w cholerę.
Ale jest jeszcze oddzielna grupa filmów jadących po prostu na chama po fabule tego dzieła. No i trudno to wtórnością nazwać, bo tylez te one czerpią z klasyka, co dodają coś od siebie. Przeważnie.
Co z tego filmu mam dzisiaj? Efekty się zestarzały, mordobicia prezentują typową amerykańską szkołę produkcji (bliskie ujęcia, częsty montaż maskujący nikłe możliwości aktorów), co odbija się na braku dynamiki walk. Z drugiej strony MK wylansował nowy typ realizacji sekwencji akcji. Agresywne cięcia, mocna muzyka towarzysząca walkom, dynamizm, to patenty które potem rozwinął "Blade", a które jeszcze bardziej rozkręcone i ożenione z chińską szkołą zaowocowały "Matrixem". No i plus dla Andersona za zdystansowane podejście do bredni, które zekranizował. Luźny odmóżdżacz. Me like.
Bruce Lee nie żyje. To chyba kara za jedzenie narkotyków, służących do palenia. "Mortal Kombat" zmieniło się w powracający koszmar, z części na część coraz bardziej przerażający. Jednak znając świat za niedługo pewnie się doczekamy kolejnego klona "Wejścia Smoka". Fabuła nie zaskoczy, w końcu jest znana od ponad trzech dekad. Ale jeśli będą się do tego ładnie lali, a przerwy w pojedynkach będą zbyt długie, to ja nie mam nic przeciwko...
Subskrybuj:
Posty (Atom)