Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lipca 2012

Syndrom Mamonia

Tak naprawdę to miałem poświęcić najświeższy (LOL) post nowemu Spidermanowi, więc w skrócie:

nie jestem fanem trylogii raimiego. Jest dla mnie zbyt infantylna, zbyt nakierowana na emoproblemy licealisty, za bardzo ultimate-spidermanowa, za bardzo przynudza. Nie cierpię Tobiego Magłajera w roli Człowieka Pająka. Ten typ to totalna pipa mnientkim chujem robiona, nie ważne czy jest przed, czy po dziabnięciu przez pająka. Jego przeobrażenie po spotkaniu z symbiontem to już totalna groteska, może i zamierzona, ale słaba. Kirsten Dunst natomiast sprawia wrażenie permanentnie upalonej. Jedyne dwie rzeczy w starej trylogii to gościnne występy Bruce'a Campbella i J.K. Simmons w roli J. Jonaha Johnsona.

A co z resetem? Garfield to dla mnie Peter Parker. Totalny nerd, wycofany ale inteligentny, z poczuciem humoru, u niego one-linery wychodzą tak samo naturalnie jak pęczniejące ego Downeya jr. w roli Iron Mana. Parker to on. Tak samo z Emmą Stone. Kupuję ją i jako Gwen Stacy (EMMA STONE!!!), i sam fakt wprowadzenia Gwen przed MJ, co umożliwi wprowadzenie emofazy pewnie w części drugiej.

Poza tym plus za Ifansa w roli Connorsa, Sheena jako wujka i Field w roli ciotki, oraz Learyego w roli ojca Stacy. Na słabą obsadę narzekać nie można.

Tak czy siak - jest efekciarsko, dynamicznie i z jajem. Jedyny zarzut to ten jebany BING, który nie jest w stanie przekonać nikogo, że true nerd by z niego korzystał. Kij z tym, to najlepszy jak na razie film o Spidermanie. Melike

Starałem się być lapidarny. Wiem że nie umiem.

Więc do tematu.


Z dużym lagiem załapałem się jakiś czas temu na zajarkę formacją Baroness. Ekipa z Georgii zajebiście miesza klasyczny metal ze sludgem, stonerem i progresją. Album 'Blue Record' mnie krótko mówiąc rozjebał. Kawałek A Horse Called Golgotha ilością występujących w nim patentów starczył by mniej ambitnej kapeli na nagranie całej EPki (co najmiej). No kaman, kliknijcie play:

 
Niebieskie Nagranie to kapitalna płyta, przeszyta powtarzalnym motywem, jednocześnie najeżona zmianami tempa, ale nade wszystko nieustannymi zmianami, nie pozwalającymi by następowały powtórki zwrotek, refrenów, czy nawet ich fragmentów w tej samej formie. Progresywny metal w formie czystej. Ekstaza.

Po czym trzy lata od Niebieskiego, ci kolesie wydali Żółty i Zielony album na raz. Podwójny album, w którym każda połówka trwa co najmniej pół godziny.



Posłuchałem nagrań prezentujących album na streamach choćby tu (dzięki, Szymon), i się obesrałem.

Pierwsza, żółta połowa albumu, chociaż jest zdecydowanie mocniejsza, i tak jest odejściem zespołu w lżejsze rejony, co mnie nie boli, bo mnie sponiewierała.

Po intrze wchodzi Take My Bones Away, utwór o stonerowej motoryce, który można potraktować jako przejście pomiędzy metalową przeszłością kapeli a resztą albumu. Jest fajne brzmienie gitar, miło brzmiące przestery przy solówie. Jest moc. Acz nie tak sroga jak niegdyś. Jest singiel.


Potem leci March To The Sea, zdaje sie kolejny singiel, pulsujący bas, wolniejsze tempo (tępo? dafuq?), nieco lżejsze gitary i głos wokalisty, który sprawia wrażenie jakby w międzyczasie gość poćwiczył i zrezygnował z darcia ryja na rzecz śpiewu. I ściana gitar. Nie mój ulubiony kawałek, ale ma potencjał. I moc.


Little Things - melodyjna, prawie balladowo łagodna gitara, spokojny śpiew, wkręcający się w mózg riff, podkreślany basem. Postrockowa przestrzeń brzmienia, że tak to nazwę, cokolwiek by to nie znaczyło. Trzeci kawałek z rzędu i trzeci potencjalny hicior (gdyby nam się MTV przez ostatnie półtorej dekady nie wzięło i nie zmarło).

(Lewar, jak Ci nie wstyd???)

Twinkler - niemal ballada, przestrzenna, klimatyczna, z wokalnymi chórami. Jest chyba nawet flet i klawisz, dziwny brzęczący przester. Jak to ponoć powiedział ojciec Holcmana: 'najlepsze ballady robią metalowcy'. Nic do dodania.

Cocainium - to już jazda na fristajlu, jakieś hammondy w tle czy coś, astralne prawie klimaty zajeżdżające psychiodelą, z motorycznym, szorstkim refrenem.

Back Where I Belong - tu już skojarzenia jadą mi za sprawą wokalu w okolice Bitelsów. Niektórzy może poczytają to jako wadę. Potem wchodzi przesterowana, chropowata gitara, ale skojarzenie nie ginie aż do końca kawałka.

Sea Lungs - kolejny motoryczny kawałek. Wokal lekko bulgocze, pewnie dlatego że lekko go zalewa ciągnąca ten kawałek jakby zimna fala, albo trochę the Cure, nie wiem. Kolejny kandydat na porządnego singla. Kawał porządnego hard rocka.

Eula - jeden z najlepszych chyba kawałków na albumie, przywodzący mi na myśl Pink Floydów. Prawie 7 minut trwania kawałka daje dość miejsca na zrobienie z niego cudeńka. I wyszło. Z tyłu mózgu odpalają mi się skojarzenia. Nie pamiętam z czym. Trochę z Again Archajwów, trochę jakieś Mogłaje i inne Astronauty. Ale mi się to podoba, niesamowicie, od początku do końca.


Żółta połowa albumu jest dla mnie kapitalna, bo jest po prostu równa, a nie jest to poziom ani niski, ani średni. Nie jest na pewno tak mocna jak poprzednie albumy Baroness, za co sporo osób na nich psy wiesza. Szkoda mi tych typów co marudzą, nie wiedzą co piszą/mówią. Może nie jest najostrzej, może konstrukcja kawałków nie jest już tak nakombinowana, ale muzycznie jest to na pewno rozwój kapeli. Ja tam pójścia w stronę progresji, postrocków, dodania klawiszy, nasączenia grzmienia głębią (jak by to banalnie nie brzmiało) nie potrafię przecenić.

Tydzień czy dwa tygodnie po odpaleniu odsłuchów w sieci cały czas jednak nie mogę przebrnąć do Zielonego. Żółty jest tak zajebisty że powtarzam go raz za razem, a bardziej jeszcze stonowana druga połowa płyty po pierwszej, genialnej wybitnej połowie, jakoś mi nie wchodzi. Nie wiem czy jest gorsza, mam po prostu dysonans. I dystans. Muszę do niej wrócić za jakiś czas, zwłaszcza że studyjna jakość do tego zachęca. Lekko przesterowany wokal gładko miesza się z gitarami i sekcją rytmiczną, brzmienie żadnego ze składników tego koktajlu ani nie tłumi innych elementów piosenek, ani całości ich brzmienia.

Inna sprawa to oprawa graficzna autorstwa wokalisty, Johna Baizleya. Cudeńko. Piękność. Alfons Mucha z pierdolcem na punkcie czaszek i ptactwa. Chylę czoła, muszę dorwać we własne dłonie wydanie deluxe albumu i nasycić tym oczy.

Szczerze polecam tą płytę, z pełną świadomością że robię to na podstawie zaledwie części wydawnictwa. Nawet wtedy będzie to dla mnie album roku. A jak już dorżnę do bólu żółtą połowę, to może dojrzeję do zielonej części.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Komiksy to nie tylko komiksy

Tytuł wpisu dzisiejszego ma być jednocześnie tyle prowokacją do intelektualnej rozkminy, co czystą głupotą. Drwiną taką. Faktem jednak jest że ma związek z treścią wpisu, a ja po prostu w tani sposób domagam się atencji. Bo rzadko piszę. Ale po kolei.

Dzisiejszego wpisu prowokatorem jest formacja Fear Factory, na której koncert trafiłem byłem właśnie z kolegą. Osoby co kapeli nie znają albo nie lubią - zapraszam dwa akapity dalej, gdzie rozwinę dlaczego komiks to nie tylko komiks. Dla reszty - parę zdań o występie. Po pierwsze - Prorgesja, tak jak była, tak samo jest i będzie dennym klubem. Nie dość że w miejscu gdzie psy dupami szczekają, to w dodatku małe toto, duszne, nieprzewiewne, i jakoś tak umiarkowanie przyjacielskie dla akustyków. Support był. Jakiś tam. Piwo też. Średnie. Po czym dym, i wyszły gwiazdy. Śmieszne losy są tej kapeli. "Demanufacture" to jeden z moich (obok "Roots" Sepy, "Ill communication" BBoysów, czy drugich Deftonsów) ulubionych albumów ogólniaka, i dalej go lubię. Wokal Bella, na przemian warczącego jak dzika świnia i wchodzącego na rzadko uczęszczane przez współczesnych metalowców rejestry, chirurgicznie masakrujące riffy Cazaresa i miażdżąca cyce sekcja rytmiczna. Moc. Potem FF grało jakoś tak mniej dla mnie, potem sie im pojebało i wyjebali Cazaresa, potem się pomieszało lepiej - Cazares wrócił, ale poleciała sekcja rytmiczna. I nagrali coś nowego, i przyjechali na warszawskie zadupie. Czekam na reunion w lepszym lokalu.

No ale OK, koncert. Defowo-blekowa niemal rzeźnia, na przemian z kawałkami które przypomniały mi o co Cazares miał beefa z Kornem. Beef był o brzmienie. Coś było na rzeczy, acz nie wiem kto komu je zajumał. Ogólnie zabawnie - basista miał na gitarze 6 strun, Cazares natomiast z 8 albo i 10 (z Dżimim Pejdżem i tak nie wygrał), dopiero potem wrócił do swojego 7-strunowego Jebaneza. Nachrzanianie, mosz pod sceną, pot na plecach, ryki z paszcz, wilgoć w powietrzu i na ścianach. Polecieli głównie starszymi płytami, tylko 2 kawałki z ostatniej. Pół koncertu, problemy techniczne, kombek, przejazd po hitach z "Demanufacture". Track tytułowy, Self Bias Resistor, Zero Signal, Replica na dobicie. Chyba nawet w kolejności jak na albumie popłynęli. Była moc mocarna, acz mi Hunter-Killera zabrakło, a to IMO ich najlepszy utwór. Trudno. I tak mocno pieprznęli. Godzina-10 i poszli w dupę, a ja zostałem z pomysłem na wpis na blog(a).

A więc dlaczego komiksy to nie tylko komiksy, i co to ma do gwiazdy metalu sprzed 15 lat? Otóż chodzi o album "Demanufacture", jak wspomniałem jedną z moich ulubionych płytek z elo, a także IMO najlepsze co nagrali (po koncercie wnosząc - chyba mają podobne zdanie). A co konkretnie z płyty? Okładkę, autorstwa niejakiego Dave'a McKeana. Oprosz, wklejam:


Okładkę tą lubię jeszcze z czasów, zanim wiedziałem co to "Arkham Asylum" i co McKean ma do "Sandmana". Aż sobie z wrażenia (co by poczuć się ogólniakowo i wogl) kupiłem tiszerta. Motyw graficzny kapitalnie koresponduje z cyberpunkową, Terminatorem nasyconą tematyką tekstów grupy. Acz to nie jedyna kooperacja. McKean stworzył też okładkę i wkładeczkę do "Obsolete", kolejnej płytki grupy, oprosz:


Jak poszperać (i jak ktoś nie wi), to okazuje się że McKean w ogóle dużo okładek dla albumów projektował, nie tylko dla FF (jakieś single, coś), ale w ogóle dla moich ulubionych kapel, czy też raczej do ulubionych niegdyś płyt.

Po kolei. Machine Head, "Burn My Eyes", Dave w pełnej krasie:


Life Of Agony, "Soul Searching Sun", fajnie zestawione słońce z jajem sadzonym i okiem, czy co to w ogóle jest, zażynałem taśmę z tym albumem solidnie, nawet wpoiłem ją swojej przyszłej (tudzież obecnej, zależy od perspektywy) kobiecie:


No tak, mietalowce, a coś może subtelniejszego? Niech będzie album z miksami Tori Amos:


A może wykonawca w którego wkręciłem się już po ogólniaku? Buckethead, "Monsters and Robots":


Ogólnie jest tego w pip. Skinny Puppy, Front Line Assembly (ze 20 okładek???), czy też rzeczy bardziej lajtowe i wkręcone w kulturę masową, jak na przykład OST z "Fortepianu", prosz:


OMG, znalazła się nawet okładka do albumu niejakiego Neila Gaimana. Ktoś wie co to za typ?


Jest tego naprawdę dużo - the Misfits, Alice Cooper, Kreator i inni. Komiksowym zajawkowiczom polecam przejrzenie galerii makkinowych okładek samodzielnie i po kolei. Podobnie osoby po prostu zainteresowane przenikaniem się mediów, czy też współczesnymi ludźmi renesansu zachęcam do poszperania po stronie McKeana w dziale 'CD Covers', szukać O TU! Mógłbym coś dodać od siebie, podsumowawczo, ale obraz wart jest tysiąc słów, mnie się tego tysiąca słów nie chce pisać, a grafiki McKeana bronią się same. Smacznego.

środa, 28 lipca 2010

Midnight on a perfect show

Uwielbiam DJ Shadowa za jego pierwsze albumy. Entroducing to mistrzostwo, potem też było dobrze, Bombay the Hard Way na przykład ma urok nieziemski. Po czym przyszedł Outsider, i okazało się że po zajebistym intrze następują tłuste basy dla czarniawych miłośników baunsu wożących się podpimpowanymi brykami. Na koncert do Gdańska jechałem z mieszanymi uczuciami, zakładając trochę sennych bujaków przekładanych siermiężnym acz grubym bitem dla muzycznie wrażliwych inaczej. No i Shadow mnie zaskoczył.

Najpierw beforek w Buffecie. Nie bywam w 3mieście często, ale to mój lokal #1. Bo jedyny fajny jaki znam. Jak nie gołe cyce na żywo, to trafia się na niewyżytego barmana który ma ciśnienie na mieszanie drinków. I miesza zajebiście. Różnorako. Bardzo smacznie, nie żałując tropical frutów. I liczy sobie za improwizowane niebo w gębie 10 dzika. Wielki szacuneczek, ja tam wrócę i będę wypatrywał tego pana. Ok, godzina 22 z hakiem, czyli do Shadowa godzinka z drugą połową haka, czas zalukać co się dzieje.

OK, Centrum Stocznia Gdańska. Postindustrialna hala, jak zwykle dennie umiejscowiony VIP-sektor (gówno widać, pewnie średnio z za filarów też słychać, czasem dobrze nie być VIPem), za deckiem jakiś kolo w czapie miesza. Pomieszał, pomieszał, zero obciachu, ale i bez rewelacji. Na koniec pokrzyczał że DJ Shadow to zajebisty koleś, wytarł się ręcznikiem, i zanim zdążyłem powiedzieć 'no chyba nim nie rzuci w publikę...' zrobił dokładnie to. Chyba nie trafił w fanów, bo nikt się po mokrą szmatę nie rzucał. Może nie dojechali. Trudno.

20 minut ciszy, techniczy regulujący wizuale. A zapowiadało się dziwnie. Telebim, a przed nim spora biała kula, średnicy ja wiem, 3-4 metrów? Z dwóch rzutników leciał obraz otulający kulę wizualem kontrolnym. A potem, ileś minut po północy Shadow po ciemku wlazł do kuli, i zaczęło się show. I z lekka oniemiałem.

Spodziewałem się bujających czilałtów, przy których Shadow na żywo sobie poskreczuje. Że będzie znany materiał + trochę popisów. Nic z tych rzeczy. Pan Gwiazda postawił na niealbumowe miksy własnych utworów, jadąc w stronę skocznej elektroniki. Coś jakby w tych wszystkich winylowych antykwariatach dobrzegał się nagle do połowy lat 90tych, do Aphexa, Squarepushera, różnych szkół D'N'B. I było fajnie. I mocno. Były też kawałki szykowane na nową płytę, wypadające dużo lepiej niż przekrój Outsidera. Publika reagowała entuzjastycznie, kolo obk mnie był przez cały czas w ekstatycznym transie (nie, to nie były narkotyki, trzymał kontakt z rzeczywistością), a przy Organ Donnor wszyscy dostali pierdolca. Godzina dwadzieścia występu, Shadow podziękował za super przyjęcie w kraju w którym wcześniej nie grał, zlaz, aplauz, powrót, i kolejne ileś minut skakania przy połamanych bitach. Zero zachowawczości czy konserwatywnego podejścia do własnej twórczości. Six Days zaczęło się względnie normalnie tylko po to, by stać się kulkuminutowym przejazdem przez poszczególne gatunki drumów. Ach, zapomniał bym. Skreczowanie też było.

Oddzielną kwestią były wizuale. Fajnie skrojone, przemieszane z widokiem z kamerki cyfrowej z wnętrza kuli, niezależne dla telebimu i dla tego baniaka w którym siedział Shadow. A patenty wykorzystania tego naprawdę były smaczne i zaskakujące, jak np. kula pokryta wizualizajcą kręcącej się metalowej kuli, w trakcie gdy w tle wirowały fabryczne robocie ramiona ze spawarką, ryjące po kuli, która opkrywa się jasnymi smugami, by w końcu pokryć się innym wzorem. Oczywiście Shadow nie siedział za parawanem cały czas, w trakcie odwrócono kulę, i ukazało się wycięcie z autorem zamieszania za deckami. Publika, podest, facio w kuli gurujący nad uchachanym tłumem. God is a DJ. DJ is a God.

Koncert sponiewierał mnie wewnętrznie od pozytywnej energii przesuwającej się po gdyńskiej hali w obu kierunkach. Shadow zaskoczył innymi wersjami własnych kawałków i zacięciem do drumów, a jego wizualizacje to czyste mistrzostwo. Kto nie był, ten trąba. Powaga. Nie obyło się bez zgrzytów, jak np. nawalone drecholstwo rzucające na boki błędnym wzrokiem, któremu do Shadowa zachciało się pogować. Trzoda straszna. Podobnie fucki kieruję do bydła, które przesuwa się pod scenę mówiąc 'przepraszam, chcę tylko przejść', po czym na uprzejmość reaguje stanięciem centralnie na widoku. Bynajmniej nie cudzym. Bynajmniej nie dalej. Największe fucki natomiast dla PKP, które nie daje rady ani przy transporcie na północ, ani na południe kraju. I na Centralnej, i na Gdańsku Głównym działy się dantejskie sceny, i ludzie cieszyli się że udało im się wcisnąć i jadą na stojaka. Pomijam co działo się na dalszych stacjach. Może to taktyka, mająca zachęcić ludzi do kupowania droższych biletów z opłaconą miejscówką. Jak tak, to ja od następnej wycieczki wybieram LOT. Gońcie się, Koleje Mazowieckie.

A na koniec coś, cośta przegapili.

DJ Shadow (live 2010-07-24) @ Gdańsk [excerpt] by krispeac

Dajcie zać czy wklejka dziala, bo na kompie na którym siedzę i tak nic nie widać.

czwartek, 17 czerwca 2010

Hałas nastanie gdy Czwórka się zjednoczy

Mam za sobą muzyczne wydarzenie roku, a może i kurde całego życia, więc rozniesie mnie jeśli się nie podzielę refleksjami. Różnymi. Ponad miesiąc znowu milczałem i nawet mi się lansować nie chciało, więc tym razem sobie poużywam.

Thrash metal to taki gatunek, którym już się nie jaram. Choćby dlatego, że wyrosłem. Dlatego też, że obecnie od łojenia na gitarze wolę mniej lub bardziej agresywną elektronikę. Pewnie też dlatego, że legendy thrashu sprzed lat niewiele mają już dziś wspólnego z tym, kim były kiedyś. Może i Metallica jest popularniejsza niż ever. Ale to już inne czasy, inna muzyka i inny zespół. Co nie zmienia faktu że. W ogólniaku się słuchało, oglądało teledyski w Headbangers Ball, trząsło się łbem razem z Beavisem i Butt-Headem. W środę na bemowskim lotnisku mnie zabraknąć nie mogło. W końcu to Wielka Czwórka, na Swaroga!!!

Atmosfera festiwalu rozlała się w sumie po całej Wawie, nagle pełnej niedomytej i długowłosej szarańczy. W tramwaju był tak czarno, że aż prawie ciemno. Przy okazji przypomniałem sobie dlaczego nie trzymam z metalami. Rozbuchane, acz mało celne poczucie humoru, reagowanie hihotem na hasła 'Feel' i 'Britney Spears', czy porykiwanie hejsokołów ku uciesze gawiedzi i postrachowi Dobrych Katolików. Notmysortoffun.

Na Bemowie atmosfera festiwalu nie tylko się rozlewała, ale i wręcz rozpełzała po czym się dało. Na własne oczy widziałem zastępy barbarzyńców, którzy przybyli do Polski napić się taniego piwa, splądrować stolicę, a potem uprowadzić gwiazdy wieczoru hen hen, w skandynawskie (czy insze) mrozy. Na szczęście piwo było tańsze niż się spodziewali i dla wielu z nich impreza zakończyła się na punkcie pierwszym programu. Widok kiwającego się z puchą w ręku młodzieńca krwawiącego powoli spomiędzy włosów nie był tam na miejscu czymś wyrwanym z kontekstu. Koledzy moi co zajechali na spęd trzody (połączony z celebracją dla tru-traszowców) nieco później, relacjonowali mi że widok zarzyganych kolesi śpiących na trawie przed bramkami wejściowymi nie był ewenementem. Melanż życia. Bilet za te 200 czy 400 dzika, przejazd do Polski za kolejne ileś tam, spożycie czego się dało, i sen sprawiedliwego na bemowskiej trawie. To się nazywa 'dobrze bawić'.

Mniejsza z mniejszością. Prawdziwych fanów też dopisało, i lotnisko konsekwentnie zapełniało się czarnymi zastępami. A potem zaczęło się show.

Behemoth - jak to Behemoth. Wszedł, rzygnął złem, ponapieprzał i zlazł. Nergal pokrzyczał, ale Dody pokazać nie chciał. Za to fucka o ile pamiętam i owszem. Jako 'Gość Specjalny' (kurtuazyjny ekwiwalent dla 'supportu') zagrali krótko i bez fajerwerków. To nie ich impreza w końcu. Jak mają własne show to dają lepiej, a i szatanowa publika też skuteczniej dostaje szajby. No ale ponapieprzali i zeszli. Swoją drogą oglądanie Behemotha live przy oślepiającym słońcu było dość groteskowym doświadczeniem.

Poszedłem na browar. Zanim go wpiłem znowu ze sceny rozległ się huk. Szybko go w siebie wlałem, popędziłem.

Anthrax - nie wiedziałem, że na tej trasie będą z Belladonną :D Słysząc jak pieje, od razu na pysku wyrósł mi banan. Trochę mam polewkę z klimatów power i heavy metalowych, ale na koncertach to się sprawdza. Tu taka dygresja. Scott Ian (wyglądający obecnie jak CD Jack bez wącholi) w jakimś starym wywiadzie dla MTV (jak jeszcze grali nie tylko muzykę, ale nawet metal, czyli naprawdę stare dzieje) mówił, że w okresie współpracy z tym panem cały niemal zespół miał problemy z LSD. W ich przypadku był to skrót od Lead Singer Disease. Poradzili sobie wywalając typa. Zrobili reunite, i było w pytę. Stare kawałki, parę coverów, kapela widać że przeszła bez szwanku przez epokę grunge i daje radę (gacie 3/4, włóczkowa czapa itd), tymczasem Belladonna pozostał w latach 80-tych. Długie włosy, spodnie-rurki, ćwiekowany pas za który wpuszczony jest t-shirt. I pieje. I biega po scenie, skacze, miota się, macha kijkiem na kórym ma zainstalowany mikrofon. Dobrze że tour Big4 zaczął się w Wawie, bo jeszcze 2 takie koncerty i mu dysk wypadnie, biodro siądzie, w tym wieku nie ma żartów. A tak to miałem go okazję zobaczyć jeszcze na chodzie. Nie ważne. Anthrax zabił mnie starym wokalistą, jego scenicznymi popisami (przez chwilę biegał po scenie w indiańskim pióropuszu na przykład), jego kontaktem z publiką i ogarnięciem materiału (a przecież tych kawałków z Anthraxem nie grał od prawie 20 lat!!!), oraz energią. Facet cały czas się cieszył, machał rękami, pozdrawiał, widać było że bawi się jak dziecko śpiewając stare kawałki. Dla publiki. Z Anthraxem. Fajnym momentem było wykonanie "Only", kiedy to typ oświadczył że premierowo publicznie zaśpiewa kawałek Antraxów z okresu gdy nie był wokalistą. I dał radę. Trochę mniej piania, więcej chropowatości w głosie, i było gut. A na koniec wykonali "I am the law", i dla mnie to był szczytowy moment imprezy. Potem mi opadł, i już tylko momentami drygał.

No to piwo. OMG. Ogródek Carlsberga (niepoważna korporacja, oni nie wiedzą ile metale piją piwa???) zamknięty dla zwiedzających na kolejny kwadrans, ruch tylko out, nikt nie wchodzi dopóki się nie zluzuje. Cóż. Anthrax grał wcześnie, poza tym miał chyba najmniejszy odsetek fanów wśród publiki. Kto przyszedł o tej porze to lazł na piwo, i zapchał ogródek. To ja do dalej od sceny położonego, większego. A tam kolejka na pół godziny stania. To ja w stronę sceny, i w sam raz załapałem się na początek koncertu.

Megadeth - Mustaine z ekipą zagrali większość swoich hitów z czasu jak grali hity. W końcu taki koncept imprezy. Technicznie potęga. Dave wielkim gitarzystą jest. Wokalistą już mniej. Natomiast powiedzieć że nie jest on demonem charyzmy, to prawie jak typa pochwalić. Pierwszym kontaktem z publiką było po trzecim kawałku głuche wymówienie 'thank you' w stronę publiki i podniesienie gitary na 15 centymetrów. Hm. Wow. Ogólnie koncert był statyczny, kontakt z publiką niemal zerowy, a Dave markotny. Albo znowu chleje, albo miał w głowie ciągle myśl 'kiedyś, kurwa, grałem w Metallice, a teraz gram jako druga kapela PRZED nimi...'. Rzemieślnicze i czerstwe to było. Polazłem na piwo. Jak chcę słuchać muzyki, to odpalam CD. Na koncercie chcę show. Którego tu zabrakło. Za to chyba widziałem gdzieś wśród publiczności potylicę CD Jacka i ćwierć jego brodziszcza. Albo jego klona. Albo Scotta Iana. A może to było na Slayerze?

Piwo. Piwo. O, koledzy! Piwo. A tu już Slayer ryczy. Nie jestem fanem w sumie, chciałem usłyszeć jeden kawałek live tylko, więc mogłem sobie odpuścić. Slayer jest dla mnie zbyt rzeźnicki, zbyt gęsty. Więc dopiliśmy na spokojnie, i poszliśmy.

Slayer - notmykindo'shiet, ale i tak klasa. Zdrowe łojenie, Kerry King z wymyślnymi mutacjami czegoś na kształt Flying-V, Arraya uśmiechnięty od ucha do ucha, co zabawnie kontrastowało z faktem, że zespół wykonywał w tym momencie np. utwór "God Hates Us All". Na koniec "Raining Blood". Zrobili mi przyjemnie. Acz nie przepadam, nie jaram się, ale i tak.

No i dziura, czasowa, pochłonięcie czegoś co nazywało się Pajda Full Opcja, któren to produkt mi chyba później zaszkodził. Nie polecam. No i finał. GwiaZda, lol.

Metallica - na telebimach pojawiła się scena finałowa z "Dobrego, Złego i Brzydkiego". Aha. "Ecstasy of Gold", i zaczynamy. No i pieprznęli na początek "Creeping Death", czyli nie ma zmiłuj, odpuszczamy Loudy-Riloudy, i lecimy traszem. Poza przerywnikami typu "Fuel" (to naprawdę bardzo koncertowy numer) i wtrętu w postaci 3-ch kawałków z "Death Magnetic", chłopaki uszanowały nostalgiczny charakter imprezy. Jak już miałem ochotę wrzasnąć 'Skończyliście się na 'Kill'em All', chujki!' to odpuścili, i polecieli klasykami. Hetfield się okrutnie szczerzył, wyglądał jakby się naprawdę dobrze bawił, Ulrich naparzał w gary, Trujillo miotał się jak zwykle (czyli jak małpa), a Hammett tak sobie subtelnie z boczku solówki wycinał. Zagrali prawie wszystko co zagrać powinni, był ogień lecący w niebo, sztuczne ognie, był też fajny kontakt z publiką, która miała ogień - przysłowiowy - z dupy. Może mi przy Metallice nie dryga już aż tak, jak swego czasu na Gwardii, ale i tak to było porządne show, w którym przypomnieli co doprowadziło ich do szczytu. Na szczęście odpuścili sobie kawałki które na tym szczycie ich usadziły. Jak Wielka Czwórka to thrash, i starczy. I dobrze. Oczywiście na koniec dziękowali, szacunkowali, pozdrawiali, rzucali kostkami, ale też sporo gadali w trakcie. Że to historyczne wydarzenie. Że wyjątkowe. Do you feel it? Yeah! Że Warszawa była oczywistym miejscem na rozpoczęcie trasy wielkich śmiećmetalowców. I że stay tuned, jeszcze tu wpadniemy. No i git.

Ale jeśli ten dzień to nie tylko lekcja historii, ale i konkurs, to w moim mniemaniu wygrał Anthrax. Za przypomnienie choćby skąd się thrash wziął - u żadnej kapeli nie było aż tak czuć mieszania się punka z heavy metalem. Acz to moja subiektywna uwaga. Ale też punkty za powrót do korzeni także w pogodzeniu się z Belladonną. W końcu za samego Belladonnę, który był momentami wręcz pocieszny, bawiąc się jak dziecko. To był ten koncert, na którym jarałem się najbardziej, choć słoneczko waliło, a publiki było najmniej. No i chłopcy też obiecali rychły powrót. I chętnie pójdę, przewaliwszy wcześniej całą dyskografię z Belladonna-era, bo nie znam poza wyjątkami prawie wogóle tego ich okresu. A na koncercie mnie to i tak ruszyło. I za to dodatkowe punkty.

Dodatkowe rispekty dla władz Bemowa i ZTM-u za wzorcowy pokaz jak powinno się rozwiązywać logistykę po takich koncertach. Żmudny spacer przez zawalone ludźmi lotnisko (to nie ich wina), potem długawy spacer przez zalane długowłosymi ulice, by dojść do miejsca gdzie kursowały specjalne autobusy. Nie mogły podjechać w sumie bliżej, bo by ludzi rozjeżdżały, w końcu to było ponad 80 tysięci luda, for fucks sake! A więc autobusy, które jeździły jeden po drugim raz dwa trzy (uczcie się, Open'er, uczcie!), a potem stacja metra i podjazd podziemnej kolejki co 5 minut. MISTRZOSTWO! Przyjezdni mieli własne autobusy kursujące na Centralny. No po prostu wybornie!

Reasumując. Koncert życia? No nie wiem. jeszcze 15 lat temu bym się na nim obesrał z wrażenia. 20 lat temu pewnie mniej, ale też. A dziś? Been there, done that. Może za mało wypiłem piwa. Może jestem już dziadem. Może to straszmetalowcy zdziadzieli. Nie umarłem z wrażenia po skończeniu imprezy, jak z głośników poleciało bodajże "One" w wersji bluegrassowej (wszystkim polecam płytkę "Fade to Bluegrass"!!!). Było dobrze. Momentami świetnie. Momentami kiepsko. Ale to i tak było do cholery historyczne wydarzenie, i będę nudzeniem że byłem i widziałem męczył swoje dzieci. Bo nie wiem co jeszcze tego formatu z ogólniakowych kapel zostało mi do zobaczenia. Chuba jedynym równorzędnym wydarzeniem był by koncert Pantery w klasycznym składzie. A potem długo długo nic.


Na deser muzyczka. Nie będzie nic z tego co słyszałem na koncercie. A przynajmniej standardowych wersji. Na dobranoc zagra nam Amon Tobin.

czwartek, 25 czerwca 2009

Wieczór z usechniętą legendą

Poznań odwiedzony, i jedno z najważniejszych dla mnie tegorocznych wydarzeń muzycznych (obok koncertu Faith No More) już za mną.

Widziałem Trenta na żywo. Niektórzy, jak donosi Semprini, mogą już po tym umrzeć spokojnie, Nine Inch Nasil zrobiło im kisiel z mózgu, i uważają że lepiej być nie mogło. No ja bym polemizował. Najlepszą jednozdaniową recenzję koncertu wystawił na gorąco dr Max: ‘O 10 lat za późno’. No i ja nie mogę się nie zgodzić. Ale po kolei.

Po pierwsze – pierwszy i chyba ostatni raz jechałem na koncert busikiem z fanami. Radosna młodzież racząca się piwkiem, białowłosy tapir, koncert NIN z DVD (od którego się izolowałem), na przemian z hitami vivy cfaj z okresu mego ogólniaka, no i fanboje śpiewający teksty Trenta jak koncert leciał. No to ja chyba jednak jestem stworzony do podróżowania z PKP. No i godzinne kołowanie przed wysadzeniem nas. Ech, nie ważne.

Przyjazd na miejsce, zwiedzanie i rozmowy z tubylcami o „prawdziwym Poznaniu”. Miło, dzięki, aż szkoda że z koncertu pakowaliśmy się do busa, a nie na jakąś imprezkę.

No i koncert – Targi Poznańskie, podśmichujki z delikwentów ze strefy 2-giej (z której raczej niewiele było widać, pewnie sam to na Radiohead zaliczę), Karolak, którego widziałem w kolejce do toj toja (łooo, nie było VIP-zone???), aż w końcu na małą scenę wylazł Alec Empire, jego laptop, i jego obsługiwaciciel laptopa. No i było fajnie, pod koniec ATARI Teenage Riot nawet poszło, no i Alec chwilę gitarę potrzymał, ale kurde nagłośnienie gorsze niż w stodole. Wiem że on ma garażowe brzmienie, ale efekt był marny, sam szum. Laptopowość też dobrze nie zrobiła, w momencie gdy Alec miał majka przy udzie, a z twardego jego maszyny leciał jego wokal. No tak no nie ten… W sumie dobry set do klubu, nie na plener.

No i przerwa, i jedzie Trent z chłopakami. Zasadniczo – za dużo rocka, za mało industrialu, a lidera ewidentnie od lat kilku kręci bardziej pulsujący basik niż cokolwiek innego, co też słychać było w wersjach koncertowych starych hiciorów. Ogólnie miło było usłyszeć kawałki z „Downward Spiral” w końcu na żywo, szkoda tylko że występ rozmemłały najnowsze produkcje. Usłyszenie na żywca „Head like a hole”, „Wish” czy „Hurt” robiło wrażenie, a „Mr. Self Destrukt” mi mało nie urwał pupy, ale zabrakło „Perfect Drug” czy „Closer”. Semprini mędzi że na szczęście, ale ja mam żal, bo nie słyszałem tego nigdy na żywo, bo w Polsce było to raczej dotąd niewykonalne. Co też mógł Trencie wziąć pod uwagę. I fajnie że ze sceny się jarał że w końcu, po 20 latach, gra u nas, że chwalił ten koncert sobie i dziękował także mnie na swoim Twitterze (podobnie koncertem NIN właśnie w Poznaniu na Twicie jarał się Alec), co z tego, jak koncert odbył się właśnie o dekadę za późno. Po „Fragile” by mnie pewnie musieli z tego koncertu wynieść, bo ja bym się zwinął w koncie gdzieś w kłębek, chlipiąc i rozpamiętując najsmutniejsze momenty mojego życia, do którego Trent napisał kapitalny santrak. Spirala by mnie zmiażdżyła depresyjnością tak, że nawet nie patrzył bym się gdzie indziej niż na moje buty. Zdecydował bym się o zafundowaniu sobie tapira, nie zarzucił bym gry w klawiszach, i dziś grał bym w bandzie New Romantic.

A tak?

Dzięki Trent, że w końcu. Że w ogóle. I że w Polsce. I tyle.


Pod skryptem: nie obyło się też bez paru elementów karygodnych. Po pierwsze – standard. Laski na ramionach swoich chłopów, zasłaniające centralnie scenę ludziom, którzy mają pecha być za nimi. Za to powinna być zgoda na odstrzał ostrą amunicją. Druga sprawa. Serdecznie pozdrawiam osobę, która zatruwała mi namiętnie powietrze gazowymi wydzielinami własnych trzewi. Ja rozumiem że bywa. Ale i tak życzę temu komuś z równą namiętnością sraczki w trakcie egzaminu na prawo jazdy, obrony pracy magisterskiej, czy ważnej rozmowy o pracę. Na zdrowie, barbarzyńco. No i najlepsze – telebimy, co to się włączały na chwilę przy ostatnich trzech kawałkach. Jak zwykle ktoś pomyślał.