Uwielbiam DJ Shadowa za jego pierwsze albumy. Entroducing to mistrzostwo, potem też było dobrze, Bombay the Hard Way na przykład ma urok nieziemski. Po czym przyszedł Outsider, i okazało się że po zajebistym intrze następują tłuste basy dla czarniawych miłośników baunsu wożących się podpimpowanymi brykami. Na koncert do Gdańska jechałem z mieszanymi uczuciami, zakładając trochę sennych bujaków przekładanych siermiężnym acz grubym bitem dla muzycznie wrażliwych inaczej. No i Shadow mnie zaskoczył.
Najpierw beforek w Buffecie. Nie bywam w 3mieście często, ale to mój lokal #1. Bo jedyny fajny jaki znam. Jak nie gołe cyce na żywo, to trafia się na niewyżytego barmana który ma ciśnienie na mieszanie drinków. I miesza zajebiście. Różnorako. Bardzo smacznie, nie żałując tropical frutów. I liczy sobie za improwizowane niebo w gębie 10 dzika. Wielki szacuneczek, ja tam wrócę i będę wypatrywał tego pana. Ok, godzina 22 z hakiem, czyli do Shadowa godzinka z drugą połową haka, czas zalukać co się dzieje.
OK, Centrum Stocznia Gdańska. Postindustrialna hala, jak zwykle dennie umiejscowiony VIP-sektor (gówno widać, pewnie średnio z za filarów też słychać, czasem dobrze nie być VIPem), za deckiem jakiś kolo w czapie miesza. Pomieszał, pomieszał, zero obciachu, ale i bez rewelacji. Na koniec pokrzyczał że DJ Shadow to zajebisty koleś, wytarł się ręcznikiem, i zanim zdążyłem powiedzieć 'no chyba nim nie rzuci w publikę...' zrobił dokładnie to. Chyba nie trafił w fanów, bo nikt się po mokrą szmatę nie rzucał. Może nie dojechali. Trudno.
20 minut ciszy, techniczy regulujący wizuale. A zapowiadało się dziwnie. Telebim, a przed nim spora biała kula, średnicy ja wiem, 3-4 metrów? Z dwóch rzutników leciał obraz otulający kulę wizualem kontrolnym. A potem, ileś minut po północy Shadow po ciemku wlazł do kuli, i zaczęło się show. I z lekka oniemiałem.
Spodziewałem się bujających czilałtów, przy których Shadow na żywo sobie poskreczuje. Że będzie znany materiał + trochę popisów. Nic z tych rzeczy. Pan Gwiazda postawił na niealbumowe miksy własnych utworów, jadąc w stronę skocznej elektroniki. Coś jakby w tych wszystkich winylowych antykwariatach dobrzegał się nagle do połowy lat 90tych, do Aphexa, Squarepushera, różnych szkół D'N'B. I było fajnie. I mocno. Były też kawałki szykowane na nową płytę, wypadające dużo lepiej niż przekrój Outsidera. Publika reagowała entuzjastycznie, kolo obk mnie był przez cały czas w ekstatycznym transie (nie, to nie były narkotyki, trzymał kontakt z rzeczywistością), a przy Organ Donnor wszyscy dostali pierdolca. Godzina dwadzieścia występu, Shadow podziękował za super przyjęcie w kraju w którym wcześniej nie grał, zlaz, aplauz, powrót, i kolejne ileś minut skakania przy połamanych bitach. Zero zachowawczości czy konserwatywnego podejścia do własnej twórczości. Six Days zaczęło się względnie normalnie tylko po to, by stać się kulkuminutowym przejazdem przez poszczególne gatunki drumów. Ach, zapomniał bym. Skreczowanie też było.
Oddzielną kwestią były wizuale. Fajnie skrojone, przemieszane z widokiem z kamerki cyfrowej z wnętrza kuli, niezależne dla telebimu i dla tego baniaka w którym siedział Shadow. A patenty wykorzystania tego naprawdę były smaczne i zaskakujące, jak np. kula pokryta wizualizajcą kręcącej się metalowej kuli, w trakcie gdy w tle wirowały fabryczne robocie ramiona ze spawarką, ryjące po kuli, która opkrywa się jasnymi smugami, by w końcu pokryć się innym wzorem. Oczywiście Shadow nie siedział za parawanem cały czas, w trakcie odwrócono kulę, i ukazało się wycięcie z autorem zamieszania za deckami. Publika, podest, facio w kuli gurujący nad uchachanym tłumem. God is a DJ. DJ is a God.
Koncert sponiewierał mnie wewnętrznie od pozytywnej energii przesuwającej się po gdyńskiej hali w obu kierunkach. Shadow zaskoczył innymi wersjami własnych kawałków i zacięciem do drumów, a jego wizualizacje to czyste mistrzostwo. Kto nie był, ten trąba. Powaga. Nie obyło się bez zgrzytów, jak np. nawalone drecholstwo rzucające na boki błędnym wzrokiem, któremu do Shadowa zachciało się pogować. Trzoda straszna. Podobnie fucki kieruję do bydła, które przesuwa się pod scenę mówiąc 'przepraszam, chcę tylko przejść', po czym na uprzejmość reaguje stanięciem centralnie na widoku. Bynajmniej nie cudzym. Bynajmniej nie dalej. Największe fucki natomiast dla PKP, które nie daje rady ani przy transporcie na północ, ani na południe kraju. I na Centralnej, i na Gdańsku Głównym działy się dantejskie sceny, i ludzie cieszyli się że udało im się wcisnąć i jadą na stojaka. Pomijam co działo się na dalszych stacjach. Może to taktyka, mająca zachęcić ludzi do kupowania droższych biletów z opłaconą miejscówką. Jak tak, to ja od następnej wycieczki wybieram LOT. Gońcie się, Koleje Mazowieckie.
A na koniec coś, cośta przegapili.
DJ Shadow (live 2010-07-24) @ Gdańsk [excerpt] by krispeac
Dajcie zać czy wklejka dziala, bo na kompie na którym siedzę i tak nic nie widać.
Dobre komiksy, złe filmy, dobre gry, zła muzyka, dobre filmy, złe komiksy, dobra muzyka, złe gry, kumoterstwo i chwalenie znajomych, samochwalstwo a na dodatek spora ilość skisłej żółci.
środa, 28 lipca 2010
niedziela, 11 lipca 2010
Jestem stary i zblazowany. Coraz bardziej.
I coraz mniej jarają mnie polskie komiksy widać. Tylko jęczę i utyskuję. Rzadko się jaram. Jęczę że to nie to co kiedyś, że Miller, że Thorgale i takie tam. Można mnie w gablotce postawić i się ze mnie śmiać. Co nie zmienia faktu że wziąłem na warsztat polskie premiery Kultury Gniewu. Wessałem. Strafiłem. I nic. Nie czuję się ani trochę wewnętrznie bogatszy, tylko czuję że mi czasu nieco uciekło. Inni się jarają mniej lub bardziej. A ja jęcze. Oto dlaczego.
Kapitan Sheer - jakoś nigdy nie przepadałem za tym cyklem. Jednoplanszowy format powodował że zanim dostroiłem się do fal mózgowych szczutów nie mówiących nic, choć mówią o wszystkim, plansza się kończyła. Cóż ma mi do zaoferowania pełen tomik? To samo, tylko że przez parędziesiąt stron. W pełni zgadzam się z recenzją Pstrąga z Komiksomanii - zamiast intelektualnych głębi są mielizny. Od siebie dodam tylko nadętą parabolę, że z treścią rozważań szczurków jest jak z tym czym zajmują się w trakcie komiksu, czyli z podróżą morską. Ślizgają się po wierzchu. I podobnie mam wrażenie prześlizgnęli się Kolec z Robem. Zrobienie planszy na wzór pomieszanych puzzli nie jest jakoś dla mnie niczym więcej jak grą formalną która ze sobą wiele nie niesie. Podobnie plansza z labiryntem. Z co drugiej strony zawiewa pretensjonalnością, na przemian z licealnym emo (serce mam puste, i nikt już się szczerze nie uśmiecha, ach, gdzież są moje żyletki?). Szacun dla Kolca za kresję, bo gość ma w łapie petardę, jak poćwiczy skilla to petarda urośnie do rozmiaru dynamitu. No i drugi szacun za galerię. Dla galerników.
Siedem tygodni - podobnie jak poprzednio, ale zamiast metaforycznych szczurów które uosabiają zamęczonego współczesnego człowieka (lol) mamy po prostu umęczonego człowieczka. Który boryka się z rodziną, pracą, kolegami, psychoterapeutą, samym sobą. Znowu takie z lekka emo, momentami pretensjonalne, tylko że tematy jakby bliższe rzeczywistości, jak i doświadczenie życiowe dotyczące samoudręczenia wykraczające poza to jakie można nabyć w ogólniaku. Całość jednak jakaś taka... KRLowa. Ale bez tego pazura. Strona 50-ta to Kaerelek w czystej postaci, ale z gorszą płentą. Ponownie - szacun za rysunek, jakoś mi tak trondheimowym Alieenem podśmiardujący.
Wartości rodzinne #4 - czyli Śledź w końcu dociągnął do końca swoich Simpsonów. Chciał taką serię spłodzić, to mu się udało, acz jakoś do mnie nie trafiła. Wolę Osiedle, wolę Na szybko spisane, a to mi jakoś nie ten. No hm. No nie robiło bardzo. I finał mi tak też jeszcze mniej robi, bo zdążyłem zapomnieć o co cho. Śledź to klasa, poniżej poziomu pewnego nie schodzi, ale zdaża mu się wchodzić na dużo wyższy niż tu. Swoją drogą czwarty zeszyt to najmocniejszy akcent całej serii - czarno-białe dynamiczne kadry catfighta z finału. Ta konwencja robi mi dobrze. Łudzę się nadzieją że Śledziowi kiedyś się zachce, i wydusi w końcu Parisha. To by mnie jarało dużo bardziej niż pseudostereotypowa rodzinna i Pan Dżej. A - drugi mocny akcent to plakat-zapowiedź spinoffa Tucholskiego Patrolu. Liczę na to że kiedyś coś z tego wyniknie, bo trzecioplanowe leśne głupki były dla mnie najmocniejszym akcentem serii. Zabawniejszym niż pseudostereotypowa rodzina. Ciekawszym niż Pan J.
Kapitan Sheer - jakoś nigdy nie przepadałem za tym cyklem. Jednoplanszowy format powodował że zanim dostroiłem się do fal mózgowych szczutów nie mówiących nic, choć mówią o wszystkim, plansza się kończyła. Cóż ma mi do zaoferowania pełen tomik? To samo, tylko że przez parędziesiąt stron. W pełni zgadzam się z recenzją Pstrąga z Komiksomanii - zamiast intelektualnych głębi są mielizny. Od siebie dodam tylko nadętą parabolę, że z treścią rozważań szczurków jest jak z tym czym zajmują się w trakcie komiksu, czyli z podróżą morską. Ślizgają się po wierzchu. I podobnie mam wrażenie prześlizgnęli się Kolec z Robem. Zrobienie planszy na wzór pomieszanych puzzli nie jest jakoś dla mnie niczym więcej jak grą formalną która ze sobą wiele nie niesie. Podobnie plansza z labiryntem. Z co drugiej strony zawiewa pretensjonalnością, na przemian z licealnym emo (serce mam puste, i nikt już się szczerze nie uśmiecha, ach, gdzież są moje żyletki?). Szacun dla Kolca za kresję, bo gość ma w łapie petardę, jak poćwiczy skilla to petarda urośnie do rozmiaru dynamitu. No i drugi szacun za galerię. Dla galerników.
Siedem tygodni - podobnie jak poprzednio, ale zamiast metaforycznych szczurów które uosabiają zamęczonego współczesnego człowieka (lol) mamy po prostu umęczonego człowieczka. Który boryka się z rodziną, pracą, kolegami, psychoterapeutą, samym sobą. Znowu takie z lekka emo, momentami pretensjonalne, tylko że tematy jakby bliższe rzeczywistości, jak i doświadczenie życiowe dotyczące samoudręczenia wykraczające poza to jakie można nabyć w ogólniaku. Całość jednak jakaś taka... KRLowa. Ale bez tego pazura. Strona 50-ta to Kaerelek w czystej postaci, ale z gorszą płentą. Ponownie - szacun za rysunek, jakoś mi tak trondheimowym Alieenem podśmiardujący.
Wartości rodzinne #4 - czyli Śledź w końcu dociągnął do końca swoich Simpsonów. Chciał taką serię spłodzić, to mu się udało, acz jakoś do mnie nie trafiła. Wolę Osiedle, wolę Na szybko spisane, a to mi jakoś nie ten. No hm. No nie robiło bardzo. I finał mi tak też jeszcze mniej robi, bo zdążyłem zapomnieć o co cho. Śledź to klasa, poniżej poziomu pewnego nie schodzi, ale zdaża mu się wchodzić na dużo wyższy niż tu. Swoją drogą czwarty zeszyt to najmocniejszy akcent całej serii - czarno-białe dynamiczne kadry catfighta z finału. Ta konwencja robi mi dobrze. Łudzę się nadzieją że Śledziowi kiedyś się zachce, i wydusi w końcu Parisha. To by mnie jarało dużo bardziej niż pseudostereotypowa rodzinna i Pan Dżej. A - drugi mocny akcent to plakat-zapowiedź spinoffa Tucholskiego Patrolu. Liczę na to że kiedyś coś z tego wyniknie, bo trzecioplanowe leśne głupki były dla mnie najmocniejszym akcentem serii. Zabawniejszym niż pseudostereotypowa rodzina. Ciekawszym niż Pan J.
piątek, 9 lipca 2010
No dobra, nie jest ze mną aż tak źle.
Tomine w lekki, bezpretensjonalny i autentyczny sposób opowiada o ludzkich uczuciach, niezrozumieniu, rozpadzie związków, tworzeniu się innych, tożsamości etnicznej, seksualnej, problemach z pracą - czyli po prostu o życiu. Bez moralizatorstwa, bez nadymania się, za to z wyczuciem i kapitalnym zmysłem obserwacji ludzkich zachowań. Może nie jestem azjatą z fiksacją na punkcie samic rasy kaukaskiej, czekającym na przerwę w związku żeby sobie pofikać, ale trudno mi było się nie identyfikować z Benem. W końcu też jestem marudnym fiutem. Też przechodziłem takie zwykłe rozmowy z wybranką serca kończące się bezsensowną kłótnią o pierdoły. Też rozumiem obawę przed zmianami, i konsekwentną próbę wyprowadzania na prostą związku skazanego na smutny finał. Jak każdy. Życie. Po prostu.
Niedoskonałości nie uczyniły mego życia lepszym. Nie przeżyłem katharsis. Nie powaliły mnie. Ale to kawał dobrej komiksowej roboty, ciekawa (choć tak zwykła) opowieść, dobrze opowiedziana i kapitalnie narysowana czyściutką i precyzyjną krechą. Ta opowieść w jakiś sposób do mnie przemówiła na poziomie osobistym, i mam wrażenie (między wierszami) że może jej trochę nie doceniam, ale na pewno do niej i tak wrócę.
Moja polecać. Znak jakości.

Pod skryptem, bo zapomniałem: dodatkowy punkt za parę kadrów z laską w krawacie. Taki widok zawsze robi mi dobrze bez względu na formę i okoliczności
Niedoskonałości nie uczyniły mego życia lepszym. Nie przeżyłem katharsis. Nie powaliły mnie. Ale to kawał dobrej komiksowej roboty, ciekawa (choć tak zwykła) opowieść, dobrze opowiedziana i kapitalnie narysowana czyściutką i precyzyjną krechą. Ta opowieść w jakiś sposób do mnie przemówiła na poziomie osobistym, i mam wrażenie (między wierszami) że może jej trochę nie doceniam, ale na pewno do niej i tak wrócę.
Moja polecać. Znak jakości.

Pod skryptem, bo zapomniałem: dodatkowy punkt za parę kadrów z laską w krawacie. Taki widok zawsze robi mi dobrze bez względu na formę i okoliczności
czwartek, 17 czerwca 2010
Hałas nastanie gdy Czwórka się zjednoczy
Mam za sobą muzyczne wydarzenie roku, a może i kurde całego życia, więc rozniesie mnie jeśli się nie podzielę refleksjami. Różnymi. Ponad miesiąc znowu milczałem i nawet mi się lansować nie chciało, więc tym razem sobie poużywam.
Thrash metal to taki gatunek, którym już się nie jaram. Choćby dlatego, że wyrosłem. Dlatego też, że obecnie od łojenia na gitarze wolę mniej lub bardziej agresywną elektronikę. Pewnie też dlatego, że legendy thrashu sprzed lat niewiele mają już dziś wspólnego z tym, kim były kiedyś. Może i Metallica jest popularniejsza niż ever. Ale to już inne czasy, inna muzyka i inny zespół. Co nie zmienia faktu że. W ogólniaku się słuchało, oglądało teledyski w Headbangers Ball, trząsło się łbem razem z Beavisem i Butt-Headem. W środę na bemowskim lotnisku mnie zabraknąć nie mogło. W końcu to Wielka Czwórka, na Swaroga!!!
Atmosfera festiwalu rozlała się w sumie po całej Wawie, nagle pełnej niedomytej i długowłosej szarańczy. W tramwaju był tak czarno, że aż prawie ciemno. Przy okazji przypomniałem sobie dlaczego nie trzymam z metalami. Rozbuchane, acz mało celne poczucie humoru, reagowanie hihotem na hasła 'Feel' i 'Britney Spears', czy porykiwanie hejsokołów ku uciesze gawiedzi i postrachowi Dobrych Katolików. Notmysortoffun.
Na Bemowie atmosfera festiwalu nie tylko się rozlewała, ale i wręcz rozpełzała po czym się dało. Na własne oczy widziałem zastępy barbarzyńców, którzy przybyli do Polski napić się taniego piwa, splądrować stolicę, a potem uprowadzić gwiazdy wieczoru hen hen, w skandynawskie (czy insze) mrozy. Na szczęście piwo było tańsze niż się spodziewali i dla wielu z nich impreza zakończyła się na punkcie pierwszym programu. Widok kiwającego się z puchą w ręku młodzieńca krwawiącego powoli spomiędzy włosów nie był tam na miejscu czymś wyrwanym z kontekstu. Koledzy moi co zajechali na spęd trzody (połączony z celebracją dla tru-traszowców) nieco później, relacjonowali mi że widok zarzyganych kolesi śpiących na trawie przed bramkami wejściowymi nie był ewenementem. Melanż życia. Bilet za te 200 czy 400 dzika, przejazd do Polski za kolejne ileś tam, spożycie czego się dało, i sen sprawiedliwego na bemowskiej trawie. To się nazywa 'dobrze bawić'.
Mniejsza z mniejszością. Prawdziwych fanów też dopisało, i lotnisko konsekwentnie zapełniało się czarnymi zastępami. A potem zaczęło się show.
Behemoth - jak to Behemoth. Wszedł, rzygnął złem, ponapieprzał i zlazł. Nergal pokrzyczał, ale Dody pokazać nie chciał. Za to fucka o ile pamiętam i owszem. Jako 'Gość Specjalny' (kurtuazyjny ekwiwalent dla 'supportu') zagrali krótko i bez fajerwerków. To nie ich impreza w końcu. Jak mają własne show to dają lepiej, a i szatanowa publika też skuteczniej dostaje szajby. No ale ponapieprzali i zeszli. Swoją drogą oglądanie Behemotha live przy oślepiającym słońcu było dość groteskowym doświadczeniem.
Poszedłem na browar. Zanim go wpiłem znowu ze sceny rozległ się huk. Szybko go w siebie wlałem, popędziłem.
Anthrax - nie wiedziałem, że na tej trasie będą z Belladonną :D Słysząc jak pieje, od razu na pysku wyrósł mi banan. Trochę mam polewkę z klimatów power i heavy metalowych, ale na koncertach to się sprawdza. Tu taka dygresja. Scott Ian (wyglądający obecnie jak CD Jack bez wącholi) w jakimś starym wywiadzie dla MTV (jak jeszcze grali nie tylko muzykę, ale nawet metal, czyli naprawdę stare dzieje) mówił, że w okresie współpracy z tym panem cały niemal zespół miał problemy z LSD. W ich przypadku był to skrót od Lead Singer Disease. Poradzili sobie wywalając typa. Zrobili reunite, i było w pytę. Stare kawałki, parę coverów, kapela widać że przeszła bez szwanku przez epokę grunge i daje radę (gacie 3/4, włóczkowa czapa itd), tymczasem Belladonna pozostał w latach 80-tych. Długie włosy, spodnie-rurki, ćwiekowany pas za który wpuszczony jest t-shirt. I pieje. I biega po scenie, skacze, miota się, macha kijkiem na kórym ma zainstalowany mikrofon. Dobrze że tour Big4 zaczął się w Wawie, bo jeszcze 2 takie koncerty i mu dysk wypadnie, biodro siądzie, w tym wieku nie ma żartów. A tak to miałem go okazję zobaczyć jeszcze na chodzie. Nie ważne. Anthrax zabił mnie starym wokalistą, jego scenicznymi popisami (przez chwilę biegał po scenie w indiańskim pióropuszu na przykład), jego kontaktem z publiką i ogarnięciem materiału (a przecież tych kawałków z Anthraxem nie grał od prawie 20 lat!!!), oraz energią. Facet cały czas się cieszył, machał rękami, pozdrawiał, widać było że bawi się jak dziecko śpiewając stare kawałki. Dla publiki. Z Anthraxem. Fajnym momentem było wykonanie "Only", kiedy to typ oświadczył że premierowo publicznie zaśpiewa kawałek Antraxów z okresu gdy nie był wokalistą. I dał radę. Trochę mniej piania, więcej chropowatości w głosie, i było gut. A na koniec wykonali "I am the law", i dla mnie to był szczytowy moment imprezy. Potem mi opadł, i już tylko momentami drygał.
No to piwo. OMG. Ogródek Carlsberga (niepoważna korporacja, oni nie wiedzą ile metale piją piwa???) zamknięty dla zwiedzających na kolejny kwadrans, ruch tylko out, nikt nie wchodzi dopóki się nie zluzuje. Cóż. Anthrax grał wcześnie, poza tym miał chyba najmniejszy odsetek fanów wśród publiki. Kto przyszedł o tej porze to lazł na piwo, i zapchał ogródek. To ja do dalej od sceny położonego, większego. A tam kolejka na pół godziny stania. To ja w stronę sceny, i w sam raz załapałem się na początek koncertu.
Megadeth - Mustaine z ekipą zagrali większość swoich hitów z czasu jak grali hity. W końcu taki koncept imprezy. Technicznie potęga. Dave wielkim gitarzystą jest. Wokalistą już mniej. Natomiast powiedzieć że nie jest on demonem charyzmy, to prawie jak typa pochwalić. Pierwszym kontaktem z publiką było po trzecim kawałku głuche wymówienie 'thank you' w stronę publiki i podniesienie gitary na 15 centymetrów. Hm. Wow. Ogólnie koncert był statyczny, kontakt z publiką niemal zerowy, a Dave markotny. Albo znowu chleje, albo miał w głowie ciągle myśl 'kiedyś, kurwa, grałem w Metallice, a teraz gram jako druga kapela PRZED nimi...'. Rzemieślnicze i czerstwe to było. Polazłem na piwo. Jak chcę słuchać muzyki, to odpalam CD. Na koncercie chcę show. Którego tu zabrakło. Za to chyba widziałem gdzieś wśród publiczności potylicę CD Jacka i ćwierć jego brodziszcza. Albo jego klona. Albo Scotta Iana. A może to było na Slayerze?
Piwo. Piwo. O, koledzy! Piwo. A tu już Slayer ryczy. Nie jestem fanem w sumie, chciałem usłyszeć jeden kawałek live tylko, więc mogłem sobie odpuścić. Slayer jest dla mnie zbyt rzeźnicki, zbyt gęsty. Więc dopiliśmy na spokojnie, i poszliśmy.
Slayer - notmykindo'shiet, ale i tak klasa. Zdrowe łojenie, Kerry King z wymyślnymi mutacjami czegoś na kształt Flying-V, Arraya uśmiechnięty od ucha do ucha, co zabawnie kontrastowało z faktem, że zespół wykonywał w tym momencie np. utwór "God Hates Us All". Na koniec "Raining Blood". Zrobili mi przyjemnie. Acz nie przepadam, nie jaram się, ale i tak.
No i dziura, czasowa, pochłonięcie czegoś co nazywało się Pajda Full Opcja, któren to produkt mi chyba później zaszkodził. Nie polecam. No i finał. GwiaZda, lol.
Metallica - na telebimach pojawiła się scena finałowa z "Dobrego, Złego i Brzydkiego". Aha. "Ecstasy of Gold", i zaczynamy. No i pieprznęli na początek "Creeping Death", czyli nie ma zmiłuj, odpuszczamy Loudy-Riloudy, i lecimy traszem. Poza przerywnikami typu "Fuel" (to naprawdę bardzo koncertowy numer) i wtrętu w postaci 3-ch kawałków z "Death Magnetic", chłopaki uszanowały nostalgiczny charakter imprezy. Jak już miałem ochotę wrzasnąć 'Skończyliście się na 'Kill'em All', chujki!' to odpuścili, i polecieli klasykami. Hetfield się okrutnie szczerzył, wyglądał jakby się naprawdę dobrze bawił, Ulrich naparzał w gary, Trujillo miotał się jak zwykle (czyli jak małpa), a Hammett tak sobie subtelnie z boczku solówki wycinał. Zagrali prawie wszystko co zagrać powinni, był ogień lecący w niebo, sztuczne ognie, był też fajny kontakt z publiką, która miała ogień - przysłowiowy - z dupy. Może mi przy Metallice nie dryga już aż tak, jak swego czasu na Gwardii, ale i tak to było porządne show, w którym przypomnieli co doprowadziło ich do szczytu. Na szczęście odpuścili sobie kawałki które na tym szczycie ich usadziły. Jak Wielka Czwórka to thrash, i starczy. I dobrze. Oczywiście na koniec dziękowali, szacunkowali, pozdrawiali, rzucali kostkami, ale też sporo gadali w trakcie. Że to historyczne wydarzenie. Że wyjątkowe. Do you feel it? Yeah! Że Warszawa była oczywistym miejscem na rozpoczęcie trasy wielkich śmiećmetalowców. I że stay tuned, jeszcze tu wpadniemy. No i git.
Ale jeśli ten dzień to nie tylko lekcja historii, ale i konkurs, to w moim mniemaniu wygrał Anthrax. Za przypomnienie choćby skąd się thrash wziął - u żadnej kapeli nie było aż tak czuć mieszania się punka z heavy metalem. Acz to moja subiektywna uwaga. Ale też punkty za powrót do korzeni także w pogodzeniu się z Belladonną. W końcu za samego Belladonnę, który był momentami wręcz pocieszny, bawiąc się jak dziecko. To był ten koncert, na którym jarałem się najbardziej, choć słoneczko waliło, a publiki było najmniej. No i chłopcy też obiecali rychły powrót. I chętnie pójdę, przewaliwszy wcześniej całą dyskografię z Belladonna-era, bo nie znam poza wyjątkami prawie wogóle tego ich okresu. A na koncercie mnie to i tak ruszyło. I za to dodatkowe punkty.
Dodatkowe rispekty dla władz Bemowa i ZTM-u za wzorcowy pokaz jak powinno się rozwiązywać logistykę po takich koncertach. Żmudny spacer przez zawalone ludźmi lotnisko (to nie ich wina), potem długawy spacer przez zalane długowłosymi ulice, by dojść do miejsca gdzie kursowały specjalne autobusy. Nie mogły podjechać w sumie bliżej, bo by ludzi rozjeżdżały, w końcu to było ponad 80 tysięci luda, for fucks sake! A więc autobusy, które jeździły jeden po drugim raz dwa trzy (uczcie się, Open'er, uczcie!), a potem stacja metra i podjazd podziemnej kolejki co 5 minut. MISTRZOSTWO! Przyjezdni mieli własne autobusy kursujące na Centralny. No po prostu wybornie!
Reasumując. Koncert życia? No nie wiem. jeszcze 15 lat temu bym się na nim obesrał z wrażenia. 20 lat temu pewnie mniej, ale też. A dziś? Been there, done that. Może za mało wypiłem piwa. Może jestem już dziadem. Może to straszmetalowcy zdziadzieli. Nie umarłem z wrażenia po skończeniu imprezy, jak z głośników poleciało bodajże "One" w wersji bluegrassowej (wszystkim polecam płytkę "Fade to Bluegrass"!!!). Było dobrze. Momentami świetnie. Momentami kiepsko. Ale to i tak było do cholery historyczne wydarzenie, i będę nudzeniem że byłem i widziałem męczył swoje dzieci. Bo nie wiem co jeszcze tego formatu z ogólniakowych kapel zostało mi do zobaczenia. Chuba jedynym równorzędnym wydarzeniem był by koncert Pantery w klasycznym składzie. A potem długo długo nic.
Na deser muzyczka. Nie będzie nic z tego co słyszałem na koncercie. A przynajmniej standardowych wersji. Na dobranoc zagra nam Amon Tobin.
Thrash metal to taki gatunek, którym już się nie jaram. Choćby dlatego, że wyrosłem. Dlatego też, że obecnie od łojenia na gitarze wolę mniej lub bardziej agresywną elektronikę. Pewnie też dlatego, że legendy thrashu sprzed lat niewiele mają już dziś wspólnego z tym, kim były kiedyś. Może i Metallica jest popularniejsza niż ever. Ale to już inne czasy, inna muzyka i inny zespół. Co nie zmienia faktu że. W ogólniaku się słuchało, oglądało teledyski w Headbangers Ball, trząsło się łbem razem z Beavisem i Butt-Headem. W środę na bemowskim lotnisku mnie zabraknąć nie mogło. W końcu to Wielka Czwórka, na Swaroga!!!
Atmosfera festiwalu rozlała się w sumie po całej Wawie, nagle pełnej niedomytej i długowłosej szarańczy. W tramwaju był tak czarno, że aż prawie ciemno. Przy okazji przypomniałem sobie dlaczego nie trzymam z metalami. Rozbuchane, acz mało celne poczucie humoru, reagowanie hihotem na hasła 'Feel' i 'Britney Spears', czy porykiwanie hejsokołów ku uciesze gawiedzi i postrachowi Dobrych Katolików. Notmysortoffun.
Na Bemowie atmosfera festiwalu nie tylko się rozlewała, ale i wręcz rozpełzała po czym się dało. Na własne oczy widziałem zastępy barbarzyńców, którzy przybyli do Polski napić się taniego piwa, splądrować stolicę, a potem uprowadzić gwiazdy wieczoru hen hen, w skandynawskie (czy insze) mrozy. Na szczęście piwo było tańsze niż się spodziewali i dla wielu z nich impreza zakończyła się na punkcie pierwszym programu. Widok kiwającego się z puchą w ręku młodzieńca krwawiącego powoli spomiędzy włosów nie był tam na miejscu czymś wyrwanym z kontekstu. Koledzy moi co zajechali na spęd trzody (połączony z celebracją dla tru-traszowców) nieco później, relacjonowali mi że widok zarzyganych kolesi śpiących na trawie przed bramkami wejściowymi nie był ewenementem. Melanż życia. Bilet za te 200 czy 400 dzika, przejazd do Polski za kolejne ileś tam, spożycie czego się dało, i sen sprawiedliwego na bemowskiej trawie. To się nazywa 'dobrze bawić'.
Mniejsza z mniejszością. Prawdziwych fanów też dopisało, i lotnisko konsekwentnie zapełniało się czarnymi zastępami. A potem zaczęło się show.
Behemoth - jak to Behemoth. Wszedł, rzygnął złem, ponapieprzał i zlazł. Nergal pokrzyczał, ale Dody pokazać nie chciał. Za to fucka o ile pamiętam i owszem. Jako 'Gość Specjalny' (kurtuazyjny ekwiwalent dla 'supportu') zagrali krótko i bez fajerwerków. To nie ich impreza w końcu. Jak mają własne show to dają lepiej, a i szatanowa publika też skuteczniej dostaje szajby. No ale ponapieprzali i zeszli. Swoją drogą oglądanie Behemotha live przy oślepiającym słońcu było dość groteskowym doświadczeniem.
Poszedłem na browar. Zanim go wpiłem znowu ze sceny rozległ się huk. Szybko go w siebie wlałem, popędziłem.
Anthrax - nie wiedziałem, że na tej trasie będą z Belladonną :D Słysząc jak pieje, od razu na pysku wyrósł mi banan. Trochę mam polewkę z klimatów power i heavy metalowych, ale na koncertach to się sprawdza. Tu taka dygresja. Scott Ian (wyglądający obecnie jak CD Jack bez wącholi) w jakimś starym wywiadzie dla MTV (jak jeszcze grali nie tylko muzykę, ale nawet metal, czyli naprawdę stare dzieje) mówił, że w okresie współpracy z tym panem cały niemal zespół miał problemy z LSD. W ich przypadku był to skrót od Lead Singer Disease. Poradzili sobie wywalając typa. Zrobili reunite, i było w pytę. Stare kawałki, parę coverów, kapela widać że przeszła bez szwanku przez epokę grunge i daje radę (gacie 3/4, włóczkowa czapa itd), tymczasem Belladonna pozostał w latach 80-tych. Długie włosy, spodnie-rurki, ćwiekowany pas za który wpuszczony jest t-shirt. I pieje. I biega po scenie, skacze, miota się, macha kijkiem na kórym ma zainstalowany mikrofon. Dobrze że tour Big4 zaczął się w Wawie, bo jeszcze 2 takie koncerty i mu dysk wypadnie, biodro siądzie, w tym wieku nie ma żartów. A tak to miałem go okazję zobaczyć jeszcze na chodzie. Nie ważne. Anthrax zabił mnie starym wokalistą, jego scenicznymi popisami (przez chwilę biegał po scenie w indiańskim pióropuszu na przykład), jego kontaktem z publiką i ogarnięciem materiału (a przecież tych kawałków z Anthraxem nie grał od prawie 20 lat!!!), oraz energią. Facet cały czas się cieszył, machał rękami, pozdrawiał, widać było że bawi się jak dziecko śpiewając stare kawałki. Dla publiki. Z Anthraxem. Fajnym momentem było wykonanie "Only", kiedy to typ oświadczył że premierowo publicznie zaśpiewa kawałek Antraxów z okresu gdy nie był wokalistą. I dał radę. Trochę mniej piania, więcej chropowatości w głosie, i było gut. A na koniec wykonali "I am the law", i dla mnie to był szczytowy moment imprezy. Potem mi opadł, i już tylko momentami drygał.
No to piwo. OMG. Ogródek Carlsberga (niepoważna korporacja, oni nie wiedzą ile metale piją piwa???) zamknięty dla zwiedzających na kolejny kwadrans, ruch tylko out, nikt nie wchodzi dopóki się nie zluzuje. Cóż. Anthrax grał wcześnie, poza tym miał chyba najmniejszy odsetek fanów wśród publiki. Kto przyszedł o tej porze to lazł na piwo, i zapchał ogródek. To ja do dalej od sceny położonego, większego. A tam kolejka na pół godziny stania. To ja w stronę sceny, i w sam raz załapałem się na początek koncertu.
Megadeth - Mustaine z ekipą zagrali większość swoich hitów z czasu jak grali hity. W końcu taki koncept imprezy. Technicznie potęga. Dave wielkim gitarzystą jest. Wokalistą już mniej. Natomiast powiedzieć że nie jest on demonem charyzmy, to prawie jak typa pochwalić. Pierwszym kontaktem z publiką było po trzecim kawałku głuche wymówienie 'thank you' w stronę publiki i podniesienie gitary na 15 centymetrów. Hm. Wow. Ogólnie koncert był statyczny, kontakt z publiką niemal zerowy, a Dave markotny. Albo znowu chleje, albo miał w głowie ciągle myśl 'kiedyś, kurwa, grałem w Metallice, a teraz gram jako druga kapela PRZED nimi...'. Rzemieślnicze i czerstwe to było. Polazłem na piwo. Jak chcę słuchać muzyki, to odpalam CD. Na koncercie chcę show. Którego tu zabrakło. Za to chyba widziałem gdzieś wśród publiczności potylicę CD Jacka i ćwierć jego brodziszcza. Albo jego klona. Albo Scotta Iana. A może to było na Slayerze?
Piwo. Piwo. O, koledzy! Piwo. A tu już Slayer ryczy. Nie jestem fanem w sumie, chciałem usłyszeć jeden kawałek live tylko, więc mogłem sobie odpuścić. Slayer jest dla mnie zbyt rzeźnicki, zbyt gęsty. Więc dopiliśmy na spokojnie, i poszliśmy.
Slayer - notmykindo'shiet, ale i tak klasa. Zdrowe łojenie, Kerry King z wymyślnymi mutacjami czegoś na kształt Flying-V, Arraya uśmiechnięty od ucha do ucha, co zabawnie kontrastowało z faktem, że zespół wykonywał w tym momencie np. utwór "God Hates Us All". Na koniec "Raining Blood". Zrobili mi przyjemnie. Acz nie przepadam, nie jaram się, ale i tak.
No i dziura, czasowa, pochłonięcie czegoś co nazywało się Pajda Full Opcja, któren to produkt mi chyba później zaszkodził. Nie polecam. No i finał. GwiaZda, lol.
Metallica - na telebimach pojawiła się scena finałowa z "Dobrego, Złego i Brzydkiego". Aha. "Ecstasy of Gold", i zaczynamy. No i pieprznęli na początek "Creeping Death", czyli nie ma zmiłuj, odpuszczamy Loudy-Riloudy, i lecimy traszem. Poza przerywnikami typu "Fuel" (to naprawdę bardzo koncertowy numer) i wtrętu w postaci 3-ch kawałków z "Death Magnetic", chłopaki uszanowały nostalgiczny charakter imprezy. Jak już miałem ochotę wrzasnąć 'Skończyliście się na 'Kill'em All', chujki!' to odpuścili, i polecieli klasykami. Hetfield się okrutnie szczerzył, wyglądał jakby się naprawdę dobrze bawił, Ulrich naparzał w gary, Trujillo miotał się jak zwykle (czyli jak małpa), a Hammett tak sobie subtelnie z boczku solówki wycinał. Zagrali prawie wszystko co zagrać powinni, był ogień lecący w niebo, sztuczne ognie, był też fajny kontakt z publiką, która miała ogień - przysłowiowy - z dupy. Może mi przy Metallice nie dryga już aż tak, jak swego czasu na Gwardii, ale i tak to było porządne show, w którym przypomnieli co doprowadziło ich do szczytu. Na szczęście odpuścili sobie kawałki które na tym szczycie ich usadziły. Jak Wielka Czwórka to thrash, i starczy. I dobrze. Oczywiście na koniec dziękowali, szacunkowali, pozdrawiali, rzucali kostkami, ale też sporo gadali w trakcie. Że to historyczne wydarzenie. Że wyjątkowe. Do you feel it? Yeah! Że Warszawa była oczywistym miejscem na rozpoczęcie trasy wielkich śmiećmetalowców. I że stay tuned, jeszcze tu wpadniemy. No i git.
Ale jeśli ten dzień to nie tylko lekcja historii, ale i konkurs, to w moim mniemaniu wygrał Anthrax. Za przypomnienie choćby skąd się thrash wziął - u żadnej kapeli nie było aż tak czuć mieszania się punka z heavy metalem. Acz to moja subiektywna uwaga. Ale też punkty za powrót do korzeni także w pogodzeniu się z Belladonną. W końcu za samego Belladonnę, który był momentami wręcz pocieszny, bawiąc się jak dziecko. To był ten koncert, na którym jarałem się najbardziej, choć słoneczko waliło, a publiki było najmniej. No i chłopcy też obiecali rychły powrót. I chętnie pójdę, przewaliwszy wcześniej całą dyskografię z Belladonna-era, bo nie znam poza wyjątkami prawie wogóle tego ich okresu. A na koncercie mnie to i tak ruszyło. I za to dodatkowe punkty.
Dodatkowe rispekty dla władz Bemowa i ZTM-u za wzorcowy pokaz jak powinno się rozwiązywać logistykę po takich koncertach. Żmudny spacer przez zawalone ludźmi lotnisko (to nie ich wina), potem długawy spacer przez zalane długowłosymi ulice, by dojść do miejsca gdzie kursowały specjalne autobusy. Nie mogły podjechać w sumie bliżej, bo by ludzi rozjeżdżały, w końcu to było ponad 80 tysięci luda, for fucks sake! A więc autobusy, które jeździły jeden po drugim raz dwa trzy (uczcie się, Open'er, uczcie!), a potem stacja metra i podjazd podziemnej kolejki co 5 minut. MISTRZOSTWO! Przyjezdni mieli własne autobusy kursujące na Centralny. No po prostu wybornie!
Reasumując. Koncert życia? No nie wiem. jeszcze 15 lat temu bym się na nim obesrał z wrażenia. 20 lat temu pewnie mniej, ale też. A dziś? Been there, done that. Może za mało wypiłem piwa. Może jestem już dziadem. Może to straszmetalowcy zdziadzieli. Nie umarłem z wrażenia po skończeniu imprezy, jak z głośników poleciało bodajże "One" w wersji bluegrassowej (wszystkim polecam płytkę "Fade to Bluegrass"!!!). Było dobrze. Momentami świetnie. Momentami kiepsko. Ale to i tak było do cholery historyczne wydarzenie, i będę nudzeniem że byłem i widziałem męczył swoje dzieci. Bo nie wiem co jeszcze tego formatu z ogólniakowych kapel zostało mi do zobaczenia. Chuba jedynym równorzędnym wydarzeniem był by koncert Pantery w klasycznym składzie. A potem długo długo nic.
Na deser muzyczka. Nie będzie nic z tego co słyszałem na koncercie. A przynajmniej standardowych wersji. Na dobranoc zagra nam Amon Tobin.
wtorek, 11 maja 2010
Doza autolansu, odcinek któryśtam
Dziś będzie grubo, ale i popkulturowo.
Zegar Zagłady, czyli wirtualny pomiarownik hipotetycznego czasu, który pozostał nam - ludziom - do dezintegracji na własne życzenie. Wymysł, a jednocześnie jeden z symboli Zimnej Wojny. Koncepcja o dość dużym wpływie na kulturę masową, żeby wspomnieć tylko dość bliskich komiksiarzom "Strażników" (wiecie, ten motyw zegarka w fabule i na bodajże wewnętrznej stronie okładki każdego kolejnego zeszytu). Poza tym budzi skojarzenia z takimi tytułami jak "Countdown to extinction" czy "Two minutes to midnight". A więcej tych odniesień tu i tam jest. Ale o tym jak ten zegar mierzy i co rozmawiałem z doktorem Markiem Madejem z Polskiego Instytutu Spraw Publicznych. Oczywiście rozmowa z archiwów 5 programu Polskiego Radia.
Do zassania o tukej!
Do zassania o tukej!
czwartek, 6 maja 2010
Iron Many dwa
As the war machine keeps turning
Tony Stark uderza ponownie i nie ma wątpliwości: Downey Jr. nie gra Iron Mana, on nim jest. Rację miał Kolec mówiąc że tak samo jest z jego wersją Sherlocka - to taki wiktoriański Stark, w całej rozciągłości. Ale do rzeczy.
Jak wypada Iron Man 2? Przyzwoicie, ale nie ubawiłem się jak poprzednie. Główne shock value - czyli kreacja Downeya - już nie poraża, nie zaskakuje. Jest taka jaka była, czyli świetna, ale to już nic nowego. A jak sam film? Rozwojem bohaterów czy zwodami fabularnymi zaskoczyć nie mógł, nie ten typ kina. Podobnie walki wiadomo żę nie wzbudzą emocji. W końcu Iron Man to nie tylko koleś nie do pokonania (jak i inni), ale wogóle nie do ruszenia. Dostaje, potem strzela laserem z dupy i zdrapuje kawałki przeciwnika z własnej zbroi. Autorom pozostało tylko zrobić to samo, ale więcej. W sumie tak zrobili.
Zamiast jednego Iron Mana jest więc dwóch, jeden wróg to też za mało, jest więc złowrogi Iwan w wykonaniu Rourke'a, i niezły Rockwell jako wyzuty ze skrupułów kapitalista. Jest więcej Samuela L. Jacksona (który jest bardziej badassowaty), a na deser dorzucono smętną Scarlett, która może jakaś rewelacyjna nie jest, ale za to dwa czy trzy razy w walce używa patentów z lucha libre. Ładne. Ale w Spiricie i tak fajniej wypadła. Co poza tym? No to co już znamy. Bogaty gość o rozbuchanym ego, zbroje (tu fajnie wypada walizkowa wersja), drogie autka, wybuchy, niezłe onelinery. W jedynce były lepsze zresztą.
Przyznam że się ubawiłem tak po prostu, przyzwoicie, ale nie jakoś wyjątkowo zacnie. Było OK. I tyle. Czyli warto, ale na trójkę aż tak jak na dwójkę się nie jaram. Czy jest jednak tak bardzo średnio, że nie warto iść do kina? Pewnie że nie.
Bo.
Jest Downey. Jest Jackson. Jest fajna scena w pączkowni zalatująca Pulp Fiction. Bo jest kapitalna scena sprzedaży broni poleciana całościowo po Taksówkarzu (tylko zaproponowania na koniec dragów brakuje). Bo efekty. Bo jest dobre mordobicie dwóch Iron Manów w rytm daftpunkowego Robot Rock. No i bo Downey.
Spoko kinowa rozrywka, momentami głupawa, np. zbroja z innym pilotem w środku też działa, chociaż teoretycznie nie ma napędu, bo typ nie ma reaktora w klacie. O barwnej fantazji autorów dotyczącej fizyki nawet nie wspominam. Spoko się ogląda. Ale nic mi nie drgnęło. Scenka po liście płac (kiedy to widzom objawiony zostaje, uwaga uwaga bo spoiler - MŁOTEK!) zawodzi. Coś chciałem jeszcze napisać. Nie pamiętam. Zapomniałem. O czym to ja piszę? A tak. O Iron Manie 2. Był kiedyś taki film. Ale do dziś prawie wszyscy co go widzieli zdążyli o nim zapomnieć.
Ok. Przesadzam lekko.
No. Ale tylko lekko. Za miesiąc będzie to już fakt. OVER.
Ale na Avengersów i tak się jaram...
wtorek, 4 maja 2010
Niezłymi zinami sypnęło. 5REAL.
Powaga. Sięgnąłem do torby z jelonkiem, wyszperałem zinowe zakupy żeby zabrać je na wycieczkę do miasta gdzie nawet psom bieganie szkodzi, i miło się sam zaskoczyłem. Tak bardzo, że aż byłem zdziwiony. No dobra, przesadzam, ale nie do końca. Było wiadomo że będzie porządnie.
Czasy rozłażących się kserówek to odległa przeszłość. Ba - nawet wyłażące na schludnie zadrukowanych stronicach pixele są już tylko echem dnia wczorajszego, pozostając domeną tylko i wyłącznie Egmontu (jak się zdarzy). Gdzieś po drodze zapodziały się artystowskie mazy i undergroundowy bełkot, znajdując dla siebie inne azyle - w internecie i na stronach Ziniola (cześć Dominik!). Zamiast DIY samizdatów z rysuneczkami o mocy wywrotowej kinderpunka, dostajemy po prostu komiksowe magazyny typu 'konwentownik'. I dobrze.
PIRAT #2 - czyli projekt Mikołaja Spionka. Pierwszy numer zaskoczył mnie te 2 lata temu (rany, jak ten czas leci...) poziomem rysunków, zagraniczną ekipą i klasą wydania. Kolorowa, folią jakąś lepiona okładka z przykuwającym oko rysunek, porządnie polepione, równo pocięte. No nic wspólnego z komiksowym podziemiem sprzed lat, którego to i tak w sumie nie znam, więc lepiej się przestanę mądrzyć o tym, jak to trawa była kiedyś zieleńsza, a komiksy z xero fajniej klepały tonerem. A więc okładka znowu ładna (acz poprzednia ładniejszą była mi), no i w środku pokręcone, acz ładne różności. Część rzeczy mnie jakoś nie ruszyła, np. doceniam dynamikę epickiej rozpierduchy z "Nepenthes", ale rysunek mnie nie paca. Co innego zalatujący(a?) mi mangą podszym Moebiusem "Chicagua". "Preying the hunter" miło oko me łechce tłustą czernią, wyuzdaną przemocą, oraz oryginalnymi bohaterami o ksywkach Sade i Masoch. Na poważnie dama z tego komiksu łechtała bardziej niż oni, ale orginalności braku nie dam się typom zarzucić. Potem Clarence, klasa sama dla się. Dwa szort-szorty, za mało. Chcę nowy full metraż tego pana. Ktoś wie jak jego stan pracy nad tym, nad czym rzekomo dłubie? Dalej. "Absorber" - pojebane, skojarzenia z Anderssonem, tudzież Burnsem są jak najbardziej na miejscu. Bardziej mnie ruszyło jednak kolejne "Madadh: Daughter of Nothing" - w skrócie postapokaliptyczne urban fantasy, kapitalnie rozrysowane, bym chciał jakiś full metraż pana Mateo Scalery, koniecznie w kolorze i na A4. "Ten, który nosił piękne mokasyny" - pierwszy tytuł polski, w dodatku znajomo pretensjonalny, aż dziw że się nie zorientowałem że czytam komiks do scenara Sztyba. Fachowa robota, fajne rastry, może oklepana wolta, ale dobre. Wolę jak chłopak takie fikołki strzela, zamiast eksperymentów formalnych czy zabaw formą niemą. No i rysunki porządnie historię niosą. Potem "Mokosz" - Spionek, też jakoś tak coś z tyłu głowy historia mi świta znajomo jakby, rysunek oczywiście bez zarzutu. Lubię. Potem "Angel" jakoś mi tak mocno jadące Blainem, co jest tyle zaletą co wadą. Wolę jak Blain rysuje jak Blain, i starczy. Finał - "Zebra" - to pokłon dla "100 kulek", zarówno w formie narracji i fabuły, jak i rysunku. I jest dobrze. Czekam na trzeci wjazd zamorskich korsarzy na nasz ryneczek, a ich drugi występ wszystkim polecam. Na koniec dodatkowy punkt dla zbiorku za fotki autorów z ostatniej strony, a precyzyjnie rzecz biorąc za Murzynkę ubabraną nieokreśloną bielistą substancją dokoła rozdziawionych ust. Sherlock w mojej głowie podpowiada mi że to pewnikiem pani Busami od współfabułowania "Absorbera". Nice. Dodatkowe pół punktu za Sztybora z glutem.
KOLEKTYW #6 - oprosz, netkomiksowe podwórko dorasta. Na bok poszły rewolucyjne hasła kolektywnej równości i braterstwa, po prostu powstał tomik składający się prawie w całości z rzeczy przynajmniej niezłych, zwykle też dobrze narysowanych. Wysoki poziom zrzucam na karb braku Dema na pokładzie przy okazji tej części zina. Bo się nie wyrobił rysownik. Trudno. Przy okazji kumpelskie badziewne pierdy nie przeszły widać testu jakości, i w końcu jest dobrze. Po kolei. "Najwydestyluchniejszy" Pałki i Sztyba - od kilku lat nie kumam tej serii, z wnikaniem poczekam na jakieś zbiorcze wydanie. "Drużyna A.K." - żarcik niewymuszony, kreska Wolskiego niebywale lekka, ja chcę jego jakiś fulmetro, bardziej dopracowanego niż "Rycerz Janek". No coś jak to. "Sarkis Karchazjan" - mistyków i okultystów nigdy dość, acz ten mógłby wyróżniać się czymś jeszcze poza byciem bucem. Constantina już znamy. Fakt że gość jest domatorem i nie wiadomo czy ma jakieś nałogi to za mała różnica. Trejnis jak to Trejnis. Daje radę na luzie. "Recours" - czyli mieszanki "Lupusa" z "Firefly" ciąg dalszy, acz nie jest nowiną że Bele nie ma jaj jak Whedon. Całość się lekko ciągnie i brak nieco iskierki w tym wszystkim. Potem lecą szorciaki - liderem w tym numerze jest zdecydowanie Spellcaster, który i pacnął zdrowo, i zabawnie. Ubawił mnie tradycyjnie Łazowski, ale tłumaczę to faktem że to kolega, więc zaśmiałem się z obowiązku. Dobra, okej, naprawdę jest śmieszny. Choć ponoć ma krewnych w Belgii. Wielki plusik dla Sztyba tym razem z Jaszczem, ubawiłem się. Kajetan też fajnie poleciał, plus i dla niego. Plus i dla połączonych sił Mazura i KRLa. Minus dla połączonych sił Mazura i Jędrzejczak - rozumiem przeciąganie pointy, ale to niedostateczny powód by przez 3 strony lecieć ilustrowanym w kadrach opowiadaniem pociętym na ścinki i wrzuconym w ramki. Dopiero na ostatniej stronie robi się z tego nagle komiks (co jest być może większym zaskoczeniem niż docelowy gwóźdź programu). Ogólnie brawo, młodzież daje radę i za parę lat będzie zagrożeniem dla wyjadaczy, przynajmniej do momentu jak założy rodziny i nie będzie miała czasu na zabawę w komiks. Czekam na 7-kę.
KARTON #3- znowu te same nazwiska, znowu poziom, ale dopiero teraz wykminiłem co mi nie do końca w formule kartonu gra. Rusza mnie tradycyjnie Lachowicz, KRL oraz duet kreatywny Helhotelu. Bo robią odcinkowe jednorazówki. Reszta leci dla odmiany cyklem w kawałkach. Sztyb z Jaszczem prezentują tym razem przysłowiowe jebanie kotka za pomocą młotka. Tylko że ja już nie pamiętam skąd się ten kot w komiksie wziął, i dlaczego przeszkadza reszcie. Tradycyjnie nie kumam ostatniej strony okładki autorstwa Surpiko. Podobnie mam problem z komiksem Marcina Surmy, nie czaję. Nie pamiętam drugiego "Kartonu", ale po numeracji stron wnoszę że ta dziwna rzecz z poprzedniej części która nawet mi się podobała była tylko początkiem (środkiem? niepamiętam O_o ) historii, a ja się nie zorientowałem. Teraz mam ciąg dalszy i mam za swoje, bo już nie pamiętam co się działo. Podobnie jestem zagubiony w cyklu Asu. Może jednak Tomek puszcza pojedyncze historyjki, ale ja się w tym magazynie i tak gubię. Fajnie rysowane. Fajni autorzy. Jednak poza zwartymi, samodzielnymi historyjkami, takie cięcie dłuższych fabuł na 4-8planszowe części nie ma dla mnie sensu, bo nie pamiętam co było na poprzednich 4 planszach pół roku temu. Wolał bym te historyjki w pełnym metrażu, ale wiem że to dłużej wtedy powstaje, ciężej dociągnąć do końca, no i mniej osób kupi niż zbiorek gdzie to i KRL, i Patricio Didlo, i nawet kobieta jakaś do grona się załapała. A tu pyk, skład porządny, sensowna cena. No okej. Ale ja zmieniam metodę czytania. Kupuję "Kartony" w ciemno, bo to dobrzy autorzy (no i koledzy...), ale zacznę czytać dopiero jak się poszczególne serie będą kończyć - wtedy wszystko od początku na kolanka, i wsysam tą serię za jednym posiedzeniem. I wtedy w sumie będę wiedział czy warto było kupować. Bo inaczej to dla mnie nie ma sensu. A, jeszcze jedno - dodatkowy punkt znowu za ostatnią stronę, znowu za twarz, tym razem za interpretację fizjonomii arczyRedaktora Mazura, by Asu. Rozczulił mnie. Nie wiem już czy Asu czy Redaktor. Ale wymiękłem.
Czasy rozłażących się kserówek to odległa przeszłość. Ba - nawet wyłażące na schludnie zadrukowanych stronicach pixele są już tylko echem dnia wczorajszego, pozostając domeną tylko i wyłącznie Egmontu (jak się zdarzy). Gdzieś po drodze zapodziały się artystowskie mazy i undergroundowy bełkot, znajdując dla siebie inne azyle - w internecie i na stronach Ziniola (cześć Dominik!). Zamiast DIY samizdatów z rysuneczkami o mocy wywrotowej kinderpunka, dostajemy po prostu komiksowe magazyny typu 'konwentownik'. I dobrze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)