środa, 20 maja 2009

Subiektywny bestoff: seriale

I znowu się rozleniwiłem.

Będzie o serialach. Tylko że nie o tych nowych - Lostów nigdy nie widziałem, jestem tylko świadom zjawiska, Prizyn Brejka i House'a widziałem po jednym odcinku i nie poczułem potrzeby oglądać dalej. Podobnie druga seria Dextera, pierwszą obejrzałem akurat całą, ale nie czuję się przez to bogatszy. Scrubsów widziałem ze 3 odcinki, no i mogę oglądać albo i nie, wolę coś poczytać albo się podrapać po plecach. Tak naprawdę podobało mi się chyba tylko Californication, za Duchovnego i postać którą wykreował, ale kończy się to lipnie, a wiadomość że będzie druga seria wywołała u mnie niegdyś takie głośne PLASK.

Nic nie odkryję pisząc że producenci wykorzystują jazdę ludzi na seriale, i robią tasiemce które nie zmierzają do żadnego końca. O to chodzi - na serialu można zarobić lepiej niż na filmie, bo kolejne serie samym tytułem przyciągają fanów. Film z założenia musi być zamkniętą częścią, co najwyżej z otwartą furtką na ciąg dalszy, no maksymalnie trylogią. Serial daje możliwość lecenia z widzem w kulki i zmuszania go (przez uzależnienie) do oglądania fabuły przez kolejne serie. Przynajmniej ostatnio jest to nachalnie wykorzystywane, mam wrażenie że z dużo większym cynizmem niż kiedyś, kiedy to trawa była bardziej zielona, a niebo bardziej niebieskie, natomiast Big Maki smakowały jak nigdy później.

Chociaż są wyjątki.

Firefly - najlepsze amerykańskie serialiwo ostatnich lat. Fabularna wersja anime "Cowboy Bebop". Krótko mówiąc - western przeniesiony w setting Gwiezdnych Wojen. Skończyła się kosmiczna wojna secesyjna, złowrogie imperium obejmuje niemal całą skolonizowaną galaktykę, ale to nie GW, i nie o tym jest historia. Główni bohaterowie to ekipa dziwaków, najemników, latająca rozklekotanym statkiem (coś jak Falcon Millenium) którego nazwa modelu widnieje w tytule serii. Kapitan to złośliwy drań o złotym sercu, wypisz-wymaluj Han Solo. Poza tym weteran z ostatniej wojny, który wybrał przegraną jak się potem okazało stronę. Ma zatargi z Bogiem. Na pokład trafił też pastor o zagadkowej i raczej bogatej przeszłości, tępawy i chciwy mięśniak, pilot zazdrosny o swoją żonę - dawną podkomendną a obecnie prawą rękę kapitana. Oni i jeszcze parę postaci latają sobie po galaktyce szukając zleceń. Nie muszą być legalne, byle nie zbyt trudne, i opłacalne. Kolejne planety to w zasadzie właśnie westernowa dzicz, która dopiero jest kolonizowana, jak Dziki Zachód. Poza tym rewolwery i winchestery, kapelusze i płaszcze, czasem konie, a w tle leci country. Jest fajnie, z humorem, postaci trudno nie polubić, Whedon gra konwencjami (niczym w Bebopie), każdy kolejny odcinek mówi coraz więcej o kolejnych bohaterach i ich historiach (niczym w Bebopie), po czym nagle po 13tu odcinkach seria się urywa. W Stanach się nie przyjęła, co chyba świadczy na jej korzyść. Gorąco polecam. Na otarcie łez po skończeniu serialu czeka mało udany film pełnometrażowy zamykający część wątków oraz dwie miniserie komiksowe (do scenariuszy autora serialu, więc raczej warto jak się spodobało).

To teraz lecimy dalej.

Wiadomo że ubermistrzem było Miasteczko Twin Peaks Lyncha. Dziwne że nikt jeszcze u nas serialowego boomu nie wykorzystał i nie wydał. Mało z tego pamiętam, ale było gęsto, kryminalnie z przewagą metafizyki. I tajemniczo jak cholera. Kapitalny też był Przystanek Alaska, można kupić w kioskach, ale tymi wydaniami gazetowymi z zasady gardzę w większości przypadków. Kurde, to też było dobre. Ale mało pamiętam. No to teraz - co pamiętam?

Shogun - w ramach japonofilskiej fazy mojej i Oli zapodane. Ekranizacja grubaśnej opowieści - rok ok. 1600, holenderski statek handlowy rozbija się przy jednej z japońskich wysepek. Fabuła - z perspektywy brytyjskiego pilota statku - przedstawia dojście jednego z panów feudalnych do stanowiska shoguna. Jako pilot świetny Richard Chamberlain, z brodą w ogóle niegejowski, jako Toranaga (lord z ambicjami), czyli postać inspirowana faktycznym późniejszym shogunem, Tokugawą - mistrzowski Toshiro Mifune, na dokładkę uwielbiany przeze mnie John Rhys Davies. Inspirowane historią spostrzeżenia pilota (też postać autentyczna) to pretekst do pokazania szoku kulturowego. Gaijin trafia do kraju, gdzie wszystko jest inne. Powoli uczy się języka, zwyczajów, niuansów zachowania, sposobów negocjacji, ale ciągle nie może zaakceptować wielu różnic - na przykład braku poszanowania dla życia, które dla Japończyków ma zupełnie inne znaczenie. Film, chociaż o samurajach, nie obfituje w sceny akcji, ale za to świetnie pokazuje (mam nadzieję że nie ze zbyt licznymi błędami) obyczaje ówczesnej japonii, oraz różnice kulturowe. Jest to z lekka zafałszowane - postać Chamberlaina tak naprawdę reprezentuje dzisiejszą kulturę europejską, współczesne wartości, jest nadmiernie wyidealizowana, ale to raczej zabieg autorów - w końcu film ogląda widz współczesny, i dziwi się temu samemu co wprawia w osłupienie Blackthorne'a. Gorąco polecam. 500 minut oglądania. Serial dał inspirację choćby takiemu "Ostatniemu samurajowi", wpływy widać też wyraźnie momentami w Usagim Yojimbo (zdaje się że Sakai przemycił motywik nawet w ostatnim tomie). Dobry serial, dziś się takich nie robi - zatrzęsienie Azjatów przed kamerą, scenografia, kostiumy, może za mało scen w miastach, ale w końcu miast z tamtego okresu też chyba za dużo się nie ostało.

Trzecia planeta od Słońca - najlepszy sitcom ever. Nie zraźcie się okładką. Czwórka kosmitów trafia na ziemię by zbadać gatunek ludzki. Trafiają na przedmieścia, i zaczynają badania. Reszta jest już ostrą satyrą na 'the american way'. Kosmitów dziwi wszystko - kłamstwo, żarty, to że istotne może być pochodzenie, że znaczenie może mieć wygląd. Każdy kolejny odcinek wiąże się z odkryciem kolejnej wielkiej zagadki ludzkości, w każdym odcinku przeplatają się też indywidualne przejścia bohaterów. Głowa rodziny/szef misji Dick to wykładowca akademicki (fizyk), jego siostra Sally/spec od bezpieczeństwa to gospodyni domowa, syn Dicka Tommy/wywiad to uczeń ogólniaka, a Harry/komunikator z bazą to jednostka ogólnie ułomna. Jest uberśmiesznie, na granicy poprawności politycznej, fajne też są featuringi - pojawia się Dennis Rodman, Mark Hamill, czy jeden z członków dawnej ekipy Star Treka. Łykajcie tą serię, rechot murowany. Niestety na DVD wydane mamy tylko 2 serie :/

Z Archiwum X - ojtaaaaa... Można się czepiać że główny wątek z serii na serię coraz bardziej zamula i jest coraz mniej sensowny, w momencie gdy autorzy na siłę dodają kolejne wątki i bohaterów. Trudno. One-shoty są zawsze zajebiste. Zjadłem 3 serie z (ble) kioskowych wydań, jak się ogarnę finansowo to będzie trzeba za kolejne się wziąć. Siła archiwum to właśnie fajne zagadki, czy to metafizyczne, czy odwołujące się do legend i mitów, para agentów (zwłaszcza teksty Muldera) i dystans. Najfajniejsze odcinki to te pastiszowe, jak dziejący się w pełnym frików miasteczku cyrkowców "Humbug" czy "Woja koprofagów" o - cytując Scully - inwazji odchodożernych robotów z kosmosu. Poza tym muszę przyznać - gdy Archiwum leciało w telewizji to miałem lekką szajbę. Czwartek, wieczór, siedzę ze znajomymi? Sory, ale musze uciekać, za 15 minut zaczyna się Archiwum. No to cześć. Ech...

Nie zapominajmy o Brytolach.

Czarna Żmija - dziejące się w różnych epokach cztery seryjki (+ bonusy, u nas niewydane) o kolejnych potomkach rodu Czarnych Żmij, zawsze złośliwych i przewrotnych. Najlepsze są renesans (2ga seria) i Wielka Wojna (4ta seria). Jako CZ - Rowan Atkinson, zabawny jak nigdy potem. Brytyjskie, sarkastyczne poczucie humoru w najlepszym wydaniu. Teksty typu to najgorszy pomysł od czasu gdy Abraham Lincoln powiedział 'chodźmy do teatru' są na porządku dziennym. A boldrickowy tekst mam szczwany plan na stałe wszedł do mojego słownika.

Czerwony Karzeł - tandeciarska kpina z SF, kiedyś zresztą o tym pisałem. Autorzy lecą po Star Treku, Odysei, po czym się daje. Na opustoszonym statku kosmicznym majestatycznie sunącym przez kosmos znajduje się tylko jedna osoba. Towarzyszy mu przemądrzały komputer pokładowy, hologram upierdliwego, nieżyjącego już kolegi z kajuty, i kot który zdążył zmutować w trakcie podróży (jak sądzę fan Jamesa Browna). Ech, nie ma się co rozpisywać też, trzeba zobaczyć, zwłaszcza jak się fantastykę lubi.

Latający Cyrk Monty Pythona - ej no... mistrz i tyle.

poniedziałek, 18 maja 2009

Colty, czerwona szmata i peleryna


Uwielbiam lekki kicz, fantastykę, retro*, autodystans i komiksy. Świetnie taka receptura się sprawdziła we "Flashu Gordonie". W niedawnym "Spiricie" już nie bardzo, ale nie oznacza to że ekranizacje innych komiksów z przed 7-miu czy 8-miu dekad nie mogą być dobre. "Cień" (z Alekiem Baldwinem, z 1994 roku), to przykład właśnie takiej w miarę nowej składanki motywów retro przekładanych patentami 'kina nowej przygody', całość jest z deka lipna, ale i tak się to dobrze ogląda. Z paru powodów, i na paru płaszczyznach.

Może po kolei. Cień jest pulpowym antyherosem z lat 30-tych. Najpierw pojawił się w słuchowiskach radiowych (w pewnym momencie głosu użyczał mu sam Orson Welles), potem oczywiście trafił na plansze komiksu, książek, a także paru filmów. Oryginału oczywiście nie znam, więc trudno mi porównać, ale ten film fajnie przybliża jedną z pierwszych sylwetek mrocznych superherosów. Gość żyje podwójnym życiem, dzieli czas na wcielenie bogatego utracjusza, i mrocznego mściciela, szerzącego strach pośród mieszkańców Nowego Jorku. Facet ma na sumieniu sporo przelanej krwi, kiedy to jeszcze w Tybecie był ponurym drug lordem (facio z USA? KE???). Przemiana następuje jednak w buddyjskiej świątyni, kiedy to gość stylizowany na którąś inkarnację Dalai Lamy funduje mu psychoanalizę na modłę jungowską, i odkrywa w nim dominujący nad osobowością archetyp, uwaga-uwaga, Cienia (no bo jaki? mędrca? ojca?). Gość trafia do USA, gdzie jak wspomniałem wykorzystuje swoje jedi skills (wykorzystywanie mroku do znikania, sugestie w stylu "these are not the droids we are looking for"), by wyręczać policję w tropieniu, straszeniu i karaniu przestępców. Jest to archaiczne, ale jest to prototyp, dla chociażby Batmana (o tym za chwilę), czy Sandmana (tego w fedorze, a nie emo stajli). Gość biega po NY w czarnej pelerynie, kapeluszu i czerwonej szmacie zakrywającej usta (to dodano ostatnio, wcześniej była czarna), wymachuje dwoma błyszczącymi coltami 1911 i zanosi się obłąkańczym śmiechem, dzięki czemu każdy makaroniarski mafioso na wstępie robi w gacie. Oczywiście nie działa sam - wspiera go armia zwykłych ludzi, którym kiedyś pomógł, a którzy z wdzięczności (bywa że wymuszonej) służą mu informacjami. Oczywiście policja za typem nie przepada. Słowem - klasyczny obraz komiksowego zamaskowanego detektywa.

Najważniejsze jednak, że film broni się sam w sobie, nie tylko jako przypomnienie obiektu muzealnego. Odwołując się do lat 30-tych w formie łagodnej retroSF oczywiście pełen jest zamierzonej naiwności. W fabułę zamieszany jest potomek Czyngis-Chana, który oczywiście chce zawładnąć światem, szaleńca dopełnia pomagający mu bezwolnie oderwany od rzeczywistości naukowiec (kolejny akcent komiksowy, zagrał bo Ian McKellen), jest więc oldskulowo. Galerię postaci dopełnia telepatyczna femme fatale i wujek bohatera, gliniarz, żalący się na problemy z Cieniem. Jest też pomagający Cieniowi taksiarz (grany przez mentora De Niro z "Taksówkarza"), jeżdżący retro-futurystycznym yellow cabem. No i jest Tim Curry, jako zły przydupas poczciwego naukowca, zresztą co za różnica, Curry byłby genialny nawet grając pasikonika gdzieś na parapecie. Bohaterowie i wątki czerpią z klimatu starych komiksów, wspomnianej nowej przygody, jest mądrość Dalekiego Wschodu wspartego Jungiem, ale jest i mnóstwo patentów znanych ogólnie z popkultury, dzięki czemu z tej nie najprzedniejszej mimo wszystko babki z wielką przyjemnością wydłubuje się rodzyny. Dla przykładu obraz Nowego Jorku od razu kojarzy się z Gotham. I nie przypadkiem.

"Cień" był jednym z pierwszych dzieł, rozpoczynających obecny pochód ekranizacji przygód bohaterów komiksów. Powstał 5 lat po "Batmanie" Burtona, jeszcze przed zachłyśnięciem się filmowców bohaterami ze stajni na M, i nieprzypadkowo temu filmowi jest chyba najbliższy. Operuje podobnym klimatem ponurego miasta, osadzony jest jakby w podobnej epoce (Burton celował w quasi-retro), tak naprawdę jednak najwięcej zbieżności powoduje sam bohater. W cywilu milioner-utracjusz. W nocy samozwańczy obrońca prawa. Obaj panowie mają skilla, którego ukradli mądralom z Azji. Obaj wykorzystują swoje bogactwo do wsparcia swojej nieoficjalnej działalności. Obaj mają na bakier z prawem. Obaj są komiksowym odbiciem częściowo poskromionego archetypu Cienia. W końcu też obaj działają tymi samymi metodami, budząc lęk, strasząc, mitologizując w półświatku swoje zamaskowane JA. Podobnie też, inspiracją dla twórców obu postaci był hrabia Drakula. Przy okazji genezy Batmana wspomina się zresztą też o Cieniu.

Film jest przyjemny, wartki, zdystansowany do siebie, jednak chwalę go bardziej niż na to zasługuje. To produkcja klasy B, choć filmowcy mieli zapewne większe ambicje. O ile pamiętam, film nie wywołał takiego echa jak dzieło Burtona, za to poprzedził celuloidową podnietę trykociarzami. Nie trafił w swój czas. Jest to jednak fajna rzecz dla komiksowego fascynata, bo to cofnięcie do superbohaterskiej prehistorii, do której dostęp obecnie mają już niemal tylko badacze i archiwiści gatunku. Filmowi jednak warto dać szansę (i pewien kredyt zaufania, który należy się produkcjom przekraczającym granicę kiczu). DVD można kupić na straganikach czasem za nieduże pieniądze. No ja się tam ubawiłem. Film, w którym mongolski dzikus chce użyć bomby atomowej, nie może być zły!


* - nie, nie widziałem jeszcze - i nie planuję - nowego Star Treka.

środa, 22 kwietnia 2009

Szmira o koninie raz!

Jakiś miesiąc temu dyskutowaliśmy z Olą o braku indywidualności w światowym kinie. Aktorów. Osób charyzmatycznych, charakterystycznych. Takich z charakterem. Kolesie tacy jak Bogart czy Sinatra odeszli już jakiś czas temu. Eastwood czy Gregory Peck w sumie wyszli już z obiegu. Typy pokroju Bruce'a Willisa czy - z młodszych - Vina Diesla to owszem, fajni nawet kolesie, ale brak im tej przesyconej whisky i cygarami szorstkości starego Hollywood. Ale przynajmniej nie są Pattisonem. I biorąc pod uwagę że to gwiazdor "Zmierzchu" jest obecnie idolem, na poprawę sytuacji nie liczę.

Problem polega na tym, że w dobie potępienia dyktatury patriarchatu, lansowania feminizmu i każdej odmiany płciowego szowinizmu która nie jest męskim, oraz propagowania szeroko rozumianej tolerancji, na testosteronowców nie ma widać zbytu. Dobrze że przynajmniej nie są niepoprawni politycznie.

Gorzej, że sprawa dotyczy nie tylko aktorów pci menskiej z holiłuda. Gdzieś się zapodziali etatowi wariaci amerykańskiej popkultury, ci autentyczni, zamiast nich mamy żenujących naturszczyków podlansowanych (i czujących się gwiazdami) dzięki reality shows. Bida.

Jojczę i jojczę, bo przeczytałem właśnie biografię Bukowskiego. "Charles Bukowski. W ramionach szalonego życia." to kniżka co wyszła u nas już jakiś czas temu, ale powinna zadowolić każdego, komu - tak jak mnie - brakuje ostatnio indywidualności. Nie jarają mnie laski, śpiewające o tym że dymają Matta Damona. Czy tam Afflecka. Sasha Baron Cohen bywa zabawny, ale bez względu na to czy mnie bawi czy nie, nigdy mi nie przyszła ochota na zapoznanie się z jego życiorysem.

Co innego Buk. Gośc zostawił po sobie parę powieści, oraz niezliczoną ilość innych tekstów - wierszy, opowiadań, listów, felietonów. Jako autor koncentrował się na opisywaniu swojej rzeczywistości, co oznaczało że zwykle ograniczał się do pisania o chlaniu, pisaniu, kobietach i wyścigach konnych (jakoś chyba właśnie w tej kolejności). Jak sam twierdził - 93% tego co pisał, to prawda o nim samym, o życiu ludzi z marginesu, pijaków, bezrobotnych. Oderwanych od świata, outsiderów, którzy nie godzą się na zastany porządek świata. Wolą się obijać i upijać do nieprzytomności, ruchając się wtedy, kiedy tylko mogą (jest z kim, a hydaraulika nie odmawia posłuszeństwa). I pisać. I obstawiać konie.

Bukowski był obrazoburcą, prowokatorem, ale i ściemniaczem . Spora część tego, co upychał do swych pseudobiograficznych opowiadań, to zwykły kit, którego nie szczędził też swoim znajomym w życiu prywatnym.

I właśnie rolę filtra, oddzielającego 'mit Bukowskiego', który z zapałem tworzył główny zainteresowany, od prawdy, pełni wspomniana przeze mnie przed chwilą biografia. Buk to typ o barwnym życiorysie. Od dziecka miał problemy ze zdrowiem, ojciec go maltretował, sam dużo chlał, wiele razy lądował w pudle (głównie jakieś bzdetne powody), klepał biedę, podróżował, żył w jakichś dziurach, poznawał innych pijaków, bił się z kolesiami w zaułkach. Nie lubił blichtru, nadęcia, pięknych i bogatych. Jednak sam był pozerem, lubił robić z siebie większego twardziela, niż by mu na to pozwalał uchodowany przez lata brzuch.

Bukowski był też - jak można wywnioskować z jego tekstów - ciężkim skurwielem, i to cięższym niż może się wydawać. Potrafił być wredny na trzeźwo, ale jak się uchlał wyłaziło z niego bydlę. Co nie zmienia faktu, że był człowiekiem wrażliwym. Nie lubił jak zwierzęta cierpiały. Choć gardził niemal całą ludzkością. Był idolem hippisów, podpina się go pod pitników. Buka żenowali jedni i drudzy. Taki koleś-zasadzka. Sporo rzeczy w nim wydawało się ze sobą sprzecznych, jeszcze więcej kłóciło się z otaczającą go rzeczywistością.

Po lekturze biografii, czuję wyjątkowo silny związek tego popaprańca z Hunterem Thompsonem. Ten drugi niby też leciał na fali kultury dzieci-kwiatów. Zamiast zabijać się alkoholem, żarł wszelakie prochy, nie szczędząc sobie alku (Buk też eksperymentował z dragami, choć oficjalnie był przeciw). Bojkotował rzeczywistość, był przeciw temu co widział dookoła siebie. Starał się żyć na własnych zasadach. Wypłynął w podobnym okresie co Buk, na obu poznała się kontr-kultura. W końcu jego gonzo-dziennikarstwo, to coś o krok od "Zapisków starego świntucha" Buka - pseudobiograficznych felietonów, które autor lubł podbarwić fantazją, żeby uzyskać zamierzony efekt. Kurde. Nie tłumaczy ktoś biografi Raula Duke'a? Marceli? Enybady?

Cóż więc rzecz? Dziatki drogie, warto sięgnąć po tą książkę. Owszem, dużo lepiej by się ją czytało, gdyby napisał ją sam Bukowski. Ale i była by pewnie wtedy tak samo bliska rzeczywistości, jak jego opowiadania.


Geek corner

Po pierwsze, po przeczytaniu trzeciego wydanego u nas tomu Hellblazera miałem dwie refleksje. A) blazerowy cykl Ennisa coraz bardziej mnie zawodzi B) Constantine to Bukowski okultyzmu. Wszystkich wkurwia. Największe kuku robi własnym przyjaciołom. W kółko jara, dużo chleje. Zwykle wygląda, jakby go co przeżuło i wyżygało. Jest beszczelnym skurwlem, którego i tak ciężko nie polubić. Niczym Chinaskiego. Niczym Bukowskiego.

Po drugie - ziomował się z Crumbem, który ilustrował mu książki. Ej. Słaba rekomendacja? Jeśli czyta to ktoś, kto nie zetknął się z Bukowskim - musisz poznać Charlesa. Na początek polecam "Hollywood" - biograficzną (of coz) knige o tym, jak to nad scenariuszem dla Fabryki Snów pisał. Mniamości. A po zapoznaniu się z jego prozą, czy też poezją, zachęcam do biografii. Może nie szczególnie lotna, ale ze względu na barwnośc postaci i tak ciekawa. Bo takich modeli już nie produkują.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Koralajna

Jakoś tak wychodzi ostatnio, że nie chce mi się pisać o komiksach. A miał być blog komiksowy. Może to przesyt po WSK? Nieeee, chyba po prostu od czasu "Trzech cieni" nic na mnie nie zrobiło wrażenia do tego stopnia, żeby mi się chciało o tym pisać. Więc się produkuję ostatnio o filmach. A że podobno i z sensem to wychodzi, i zachęca do oglądania, to czas na kolejną porcję.

Z Gaimanem mam tak, że lubię jego książki, ale komiksy to już różnie. "Violent Cases" mi podeszło, ale "Sandman" to dla mnie już erudycyjny grupowy onanizm, jaki autor uprawia razem z zapatrzonymi w tę serię czytelnikami (i tego się będę trzymał). Takie udowadnianie na siłę że KOMIKS WIELKĄ SZTUKĄ JEST, co samą treść dzieła momentami przerasta.

Co innego książki. Podeszło mi "Nigdziebądź", bardzo podobali mi się "Amerykańscy bogowie" i "Chłopaki Anansiego". Co prawda "Gwiezdny pył" męczyłem w bólu, jako zbyt infantylny dla dorosłych, a zbyt brutalny dla dzieci, ale bardzo podobała mi się niby dziecięca "Koralina". Książka jak na dziecięcą dosyć kripi (i dla mnie momentami kripi), ale pozbawiona infantylności, charakteryzującej poprzednie wspomniane dzieło. Może i była to wtórna wariacja na temat baśni Lewisa Carrolla, ale za to fajna.

I zrobiono z niej film. w 3D. "Strażnicy" przekonali mnie że nie przepadam za adaptacjami i chciałem olać, ale przekonał mnie trailer, który zobaczyłem w kinie na LCDku nad kasą. Wiało Burtonem. Chciałem to zobaczyć.

Skojarzenia z Burtonem, pogłębione przez film, okazały się nieprzypadkowe. W końcu Henry Selick to typ, który zrobił "Miasteczko Halloween"! Film, typowo dla Burtona (jak ktoś nie zna książki piszę), pokazuje podwójny świat, normalny - nudny i konwencjonalny , i ten drugi, gdzie rodzice są bardziej kochani i 'fajni', a wszystko jest super i bardziej kolorowe. Oczywiście w tym wszystkim jest haczyk.

Książka jest całkiem fajnie zekranizowana, fabuła nie cierpi, ale najsilniejszą stroną filmu jest animacja. Klasyczna, poklatkowa, kapitalna. Cierpię ostatnio na nadmiar animacji z komputera. Pierwszy "Shrek" może i był czymś nowym, ale przesiadka anim-produkcji z USA na komputer po prostu męczy. "Szreki", "Rybki z ferajny", kolejne "Epoki lodowcowe", no pierdyliardy produkcji, które (o ile nie robił ich Pixar) lepiej sobie odpuścić. A ja chcę animacji. Ręcznej. Poklatkowej. Rysowanej. Z plasteliny. Z pacynek. Jakąś fajną rotoskopię. Doceniam zasługi komputerów dla kina ("Sin City", "Matrixy" i inne), ale chcę czegoś co jest pojechane wizualnie, a nie zostało wykreowane w 100% na kompach.

I "Koralina" jest właśnie tym. Mniejsza o fabułę (która i tak jest fajna), olać familijność (która, biorąc pod uwagę upiorność niektórych scen, okazuje się być względną). Ten film to rewelacyjna strona wizualna, która nie zestarzeje się w momencie, gdy nowe komputery będą w stanie generować o 50% polygonów więcej, niż te współczesne. To ponadczasowy triumf klasycznej animacji, udowadniający że była wielka i będzie wielka, i żadne CGI jej nie podskoczy, choć kalkulujący wszystko w dolarach producenci myślą inaczej. Producenci "Koraliny" wiedzieli, że w dobie Madagaskarów podejmują trudne wyzwanie. I w moim mniemaniu wygrali.

Obejrzyjcie to, koniecznie. Tak po prostu, by dać oczom się napaść, bo następny taki film powstanie pewnie najwcześniej za 5 lat.

Odrębną kwestią jest kwestia trójwymiarowości filmu, którą osiąga się dzięki super mega extra okularom (szkiełko czerwone, szkiełko niebieskie, najbiedniejsza metoda na osiąganie przestrzenności w obrazie chyba). To tak naprawdę pic na wodę, może i cały film kręcono tą techniką, ale wykorzystano to tylko w niektórych scenach. W większości dzięki okularom obraz nie jest tylko zamazany. W niektórych (igła przyszywająca guzik, występ cyrkowych myszy) to naprawdę robi wrażenie i wychodzi z ekranu. Za rzadko. Ale wystarczy, by ściąganie kinowego rippa z sieci mijało się z celem.

Akapit zamykający - każdy miłośnik animacji (a jak sądzę sporo ich jest wśród fanów komiksu ) powinien zobaczyć "Karolinę". To film dla fanów Burtona (bo reżyser, bo klimat). To także film dla miłośników zakręconych baśni o Alicji (bo fabuła, bo nawet kot odwala numer wyszczerzonego kocura z Cheshire, było to w książce, ktoś pamięta?). W końcu, to fajny film, który po prostu dobrze się ogląda. Kto wie, może za parę lat będzie to jeden z klasyków dziecięcej animacji, gdzieś obok disneyowskiego "Piotrusia Pana", czy bajek z Kaczorem Duffym. A o Pokemonach, "Gdzie jest Nemo", czy innym "Dzielnym Despero" i tak nikt nie będzie już pamiętał.

Na konieckoniec - Burton pewnie zgodził by się na propozycję kręcenia "Koraliny", gdyby sam nie robił Alicji. Ciekawe jak to wyjdzie w praniu...

i na dezert - da traila.


piątek, 27 marca 2009

Dobre anime? Tylko z kiosku.

Żyjemy w ogólnie śmiesznym kraju. Wystarczy obejrzeć wiadomości (kabaret pozostawię tym, którzy pobierają za tę działalność diety, daruję sobie szczegóły). Polska - kraj wyborowej i kiełbasy, prezydenta-elektryka i wożenia chorób tropikalnych na Ukrainę. Ryneczek komiksowy - wiadomo - w porównaniu do Francji czy USA biednawy. Z rynkiem anime na DVD jest niewiele lepiej, od dawna miłośnicy japońskiej animacji jak chcą zobaczyć coś nowego, dobrego, klasycznego, to są raczej skazani na piraty.

No chyba że pójdą do kiosku.

Przedziwna to sprawa. Z dwóch żelaznych klasyków japońskiej animacji ("Akira" i "Ghost in the Shell"), oba miały u nas premierę jako dodatki do magazynów. Owszem, ukazało się normalnie parę dobrych produkcji (pełnometrażowy "Cowboy Bebop", "Księżniczka Mononoke", "Vampire Hunter D: Bloodlust", czy zlepiony z szortów "Animatrix"), ale to nie zmienia faktu. Po klasykę anime - taką nie dla otaku, a dla ludzi - chodzi się u nas do kiosku.

No chyba że produkcje Miyazakiego, ale to jest zupełnie inna bajka.

No i śmieszna sprawa (powoli kończę wstęp, wytrwajcie...), ukazała się u nas trzecia pozycja z mojej prywatnej listy mistrzostwa japońskiej animacji. "Ninja Scroll". Bez magazynu. Ale też w kiosku. Za 20 dzika. W sumie lepiej tak, niż w ogóle, albo za bandyckie pieniądze (vide Anime Video - 50 dzika za 4 odcinki serialu).

Okazuje się że nie da się u nas wydawać anime normalnie, ale można nienormalnie. W formie dodatku do "Kino Domowe - magazyn DVD" wyszły u nas pozycje wspomniane na początku, ale też pare innych fajnych rzeczy, jak "Blood: the Last Vampire" czy "Perfect Blue". Dobre, nie tylko dla fanów gatunku. Wyszedł też serial "G.I.T.S - Stand Alone Complex" - nawet dwie serie. Wydawnictwo IDG dało sobie trochę luzu, i kontratakuje z całą serią anime, z jakąś broszurą zamiast magazynu, za 20 dzika, opychanych po kioskach. No i przyznam że jest grubo. Tak grubo, że decyduję się na prenumeratę. Polecam niemal wszystko z listy, onanistycznie poklepię sobie o prawie każdym dziele co wychodzi w ramach 'kolekcji'. Lecę chronologicznie według dat premier, pierwsza pozycja to październik.

Ninja Scroll - wspomniane mistrzostwo. Świetna animacja, dynamiczna acz nagięta fabuła, 'growy klimat' (samotny, małomówny heros, ścierający się z armią ninja i kolejnymi dopakowanymi bossami). I świetna animacja. Wyszła potem do tego nędzna seria i nieautoryzowana kontynuacja, lipne jedno i drugie, Scroll się przez ten czas prawie nie zestarzał. Heh, nawet w "Osiedlu swoboda" nawiązanko było ("się oglądało Ninja Scrolla, to się umie..."). Moja polecać.

Millenium Actress - komedia romantyczna, cośtam, brzmi odpychająco, ale film wyreżyserował Satoshi Kon. Mam do typa zaufanie. "Ojcowie Chrzestni z Tokio" było przewybornym obyczajem komediowym o życiowych rozbitkach, "Perfect Blue" było nastrojowym, pokręconym thrillerkiem, a "Paprika" ponoć też daje radę. Jak mi ją w końcu po pół roku Sztybor przyniesie kiedyś, to może sobie nawet własne zdanie na temat ostatniej pozycji wyrobię. Tak czy siak - "Aktorkę Tysiąclecia" łykam w ciemno.

Ghost in the Shell 2: Innocence - jedynka to kamień milowy w japońskiej animacji. Rewelacyjna strona wizualna, zwięzła fabuła, psychologiczna głębia rozwarzań o granicy człowieczeństwa. W 2-ce Oshii poszedł dalej, poza komiks, tworząc jeszcze piękniej zrealizowany egzystencjalny bełkot. Widziałem chyba dwa razy, nie do końca wiem o co biega, filozofia i religie wschodu, jakies zapętlone same w sobie twisty, dziwactwa. Ale wygląda toto cudownie. Biorę.

Cyber City Oedo 808 - 3 cyberpunkowe historyjki o skazańcach współpracujących z policją. Dzieło Yoshiakiego Kawajiri (jak się odmienia japońskie imiona i nazwiska? Godaaaai???), typka od "Ninja Scrolla" i kapitalnego "Vampire Hunter D: Bloodlust", czy animatrixowego "Programu". Gość ma chyba skręt w stronę białowłosych niewiast. Starawe, ale fajne, widziałem to we włoskojęzycznej 'kopii zapasowej' z niezsynchronizowanymi napisami, w końcu będzie okazja obejrzeć normalnie.

Sky Blue - produkcja koreańska, kiedyś widziałem, nic nie pamiętam, poza tym że animacja (wtedy) kopała zad. Chętnie to na dużym telewizorze albo rzutniku w porządnej jakości obejrzę.

Grobowiec Świetlików - wysoko oceniany dramat wojenny. Nie znany mi klasyk, na którego ostrzę sobie zęby od dawna. No to będę miał (za swoje).

Spriggan - a to ci heca, zaskoczyli mnie. Śmieszny filmik. Taki arcade'owy, jeśli można powiedzieć. Fabularnie jest to jakiś dziwny mix "Akiry", "Poszukiwaczy Zaginionej Arki", i motywów z Jamesa Bonda. Agenci, akcja, pojedynki z bossami. nieco Metal Gear Solid w tym wymiarze zawiewa.

Vampire Hunter D - klasyk z lat 80-tych, pierwsza część cyklu (może kiedyś dorobią 3-kę?), oparte bodajże na powieści. Znowu dziwny mixik - gothic horror w postapokaliptyczno-westernowej scenerii. Main hero to coś w stylu Bjelda - smutny półwampir z mieczem, polujący na krwiopijców. Ze względu na wiek animacja nie zachwyca, ale za to klimat i pomysły... Bąbeczka.

Space Firebird 2772 - jedyna jak dla mnie wtopa w zestawie, ale może mnie zaskoczą. Oceniane na IMDB średnie, niby fabuła ma coś wspólnego z Tezuką Osamu, nieświeże - z 1980 roku. Niby bym nie kupił, ale resztę bym wziął, a prenumerata kosztuje 20 dzika taniej niż komplet z kiosku. I do domu dowiozą. Więc biorę.

Przetrawcie zakup przynajmniej paru powyższych pozycji. Z paru powodów. Bo lepiej oryginalnym być. Bo jakość lepsza niż divixa. Bo dobrze wydane są od tych państwa nawet filmy - japońskie i angielskie audio (dla japonofobów), dwie wersie subów. Bo to kapitalne tytuły. No i bo jak nikt nie bedzie kupował, to się ten zasrany ryneczek anime DVD - który organicza się do działów filmowych w kioskach - nigdy nie rozwinie. Jak pisałem - biorę wszystko, warto.

poniedziałek, 23 marca 2009

Marathon oskharowy

Tytułem nadrabiania nominowanych tytułów trafiłem do kina na filmy o tytułach "Obywatel Milk" i "Zapaśnik", w tejże kolejności, jeden tytuł po drugim.

"Obywatel Milk" - dzieło nagrodzone Oskarem za rolę Seana Penna i za scenariusz, to film który nie ujął mnie ani jednym ani drugim. Po kolei - Milk był pierwszym amerykańskim politykiem (fakt że lokalnym) jawnie mówiącym o swoim homoseksualizmie i walczącym o prawa gejów. Gus Van Sant wziął na warsztat jego biografię, na tytuł jego nazwisko, ale zamiast filmu o człowieku - zrobił laurkę dla ruchu równouprawnienia gejów. Trochę historii, faktów, postaci, punkty zwrotne z działalności gejów w San Francisco, ale sama postać potraktowana po macoszemu. Najpierw jest migawka z zakamuflowanym gejem z Nowego Jorku, który szuka odmiany w hippisowskim SF. Sam staje się hippisem, zapuszcza włosy, angażuje w działania społeczne (co można dowiedzieć się z migawek), w paru kolejnych scenach film przewija się przez kolejne lata przymiarek Milka do polityki po czym BANG!, nagle z zarośniętego hippisa mamy wygadanego polityka zaginającego innych w debatach. Historia, motywy postaci, sama jego przemiana - zostały przedstawione mętnie, a ostatnia z tych rzeczy mało przekonująco. Ważniejsze dla Van Santa (co mnie w sumie nie dziwi) są działania zaangażowanego (a nie schowanego w szafie) ruchu, którego Milk jest nieformalnym liderem.

Ton filmowi nadają wstawki z monologu, który Milk nagrywa na taśmie na wypadek gdyby miał miejsce na niego zamach. Można wywnioskować co go do tego skłoniło, ale kiedy dokładnie to zrobił, w jakim kontekście - tego w filmie niema. Wyszedł z tego taki tani zabieg reżyserski, żeby streścić jakieś fragmenty, albo wyjaśnić coś, na zainscenizowanie czego zabrakło pomysłu. W efekcie - jak pisałem - wychodzi laurka o tym, jak zdobywano Dziki Zachód, a z Ameryki robiono cywilizowane i demokratyczne miejsce do życia. Nuda straszna. Fajnym motywem jest wyłapywanie monologów polityków i osób o zacięciu anty-homo, które to można ładnie przymierzyć np. do wypowiedzi członków Ligi Pogromców Robotów jeszcze z przed paru lat (zwłaszcza chodzi mi o działania z resortu oświaty). Tyle o historii i jej podaniu. A Penn? No dla mnie to nie jest homoseksualny polityk, tylko Penn który go gra. Momentami jest za bardzo męsko-pennowy, momentami (w chwilach ciotowatej radości) - zupełnie nieprzekonujący. To ma być rola godna Oskara??? To ma być film godny nominacji do Oskara? Nie, to film godzien kadencji Obamy. Taka onanistyczna historyjka dla Amerykanów z cyklu 'jacy potrafimy być wspaniali, tolerancyjni, i jak wspaniale potrafimy zmieniać rzeczywistość na lepsze'. Zawód.


"Zapaśnik" - Aronofsky nie robi złych filmów i kropka. Na tym mógłbym skończyć, ale ten film zrobił mi tak dobrze, że zamierzam się nad nim teraz pałować przez kolejne 3 akapity. Po pokopanym, agresywnym "Pi", przytłaczającym i wycyckanym montażowo "Requiem dla snu", Darren skręcił "Źródło" - dzieło w którym najdalej ingeruje w obraz, stworzył szereg pięknych wizualnie i emocjonalnych scen, działał też na widza nastrojową muzyką Mansella, jednak zarzucono mu przekombinowanie fabuły i new-age'owe bełkotanie. Jako facet, którego każdy kolejny film jest inny, odwrócił się zupełnie od ingerencji w obraz i nowoczesnej techniki, na rzecz surowego opowiedzenia historii. Bez bełkotu. Bez blue screenów. Zgodnie z manifestem Dogma 95 - kamera z ręki, zero efektów, muzyka tylko jeśli jest częścią sceny (z radia, głośników, tylko jeśli słyszą ją bohaterowie). Co prawda Dogma miała na celu zbliżać filmy do życia, i opowiadać takie życiowe, niespektakularne historie, do których chyba nie zalicza się opowieść o wrestlerze, ale sami pomysłodawcy też nie byli konsekwentni (casus von Triera, który skręcił film o grupie alienujących się od społeczeństwa dziwaków, udających osoby upośledzone tylko po to, by wspólnie uczestniczyć w grupowych orgiach).

Aronofski skręcił więc film tani (7 milionów zielonych, dwa razy taniej od kręconego w Indiach "Slumdoga"), offowy, praktycznie bez gwiazd, za to przy wsporym wsparciu - grający tytułową rolę Rourke zagrał za frikolasa, z tantiem za wykorzystanie muzyki zgodzili się też Bruce Spreeeengsteeen i Axl Rose. Film kameralny, dziejący się na zadupiu, stonowany, nieśpieszny, o dokładnie takim rytmie jaki jest potrzebny, by opowiadać o zgrzybiałej i zapomnianej gwieździe ringu. Randy 'the Ram' Robinson sukcesy ma już za sobą od dwóch dekad, ale dalej tleni długie włosy, chodzi na solar i słucha pudel-metalu. Z pracą tak samo słabo jak z karierą - z występów po różnych dziurach wiele kasy nie ma, więc zalega z czynszem, łazi w dziurawej, polepionej taśmą klejącą kurtce, i dorabia w pobliskim markecie sieci ACME. W życiu osobistym podobnie - kontakt z córką zupełnie sobie przesrał, kobiety przy boku nie ma, a całą kasę jaką zarobi wydaje na striptizerkę do której po cichu wzdycha, tak samo zwichniętą życiowo jak on. Dziecko, zero faceta, brak oznak młodnienia, klienci mało zainteresowani jej usługami... Nie no, moment, jak to możliwe, że żaden facet w tym filmie nie chce pogapić się, jak naga Marisa Tomei trzęsie im przed oczami kolczykami w sutkach??? Trochę dziwne że Aronofski bardziej posuniętej wiekowo aktorki nie dobrał do roli, ale jako esteta też chciał się pewnie na nią powytrzeszczam, rozumiem, wybaczam.

Tak więc przegrany życiowo tleniony mięśniak, walki, zawał, ostrzeżenie przed zgonem na ringu, szansa na 'mecz ostatniej szansy', wielki powrót w walce z przeciwnikiem z przed dwóch dekad. W sumie niespoilując spoiluję, bo film jest boleśnie przewidywalny. Dlaczego więc tak mną pozamiatał? Bo i tak się go świetnie ogląda. Z paru powodów.

Po pierwsze - jest to świetnie opowiedziana historia. Z dystansem. Panie i Panowie, uwaga uwaga - Darren Aronofsky MA POCZUCIE HUMORU! Środowisko testosteronowych błaznów ukazano z sympatią, ale i z ironią ('to może zaczniemy jak cię kopnę w jaja, potem walniesz mi Atomowe Uderzenie, potem ja cię rzucam na matę, robię Kleszcze Brontozaura, a ty kończysz skokiem z lin?'). Sporo smaczków, klimacików (zbitka z grunge i lat 90tych, Rourke pykający z małolatem na Nintendo i gadka o CoD4), oraz nostalgicznej tęsknoty za latami 80-tymi, którą nie tyle czuć, co słychać (pudel-metal FTW!!!).

Najważniejszą częścią filmu jest jednak główny bohater. Czyli Rourke. Czyli jedna i ta sama osoba. Aktor, który największe sukcesu odnosił dwie dekady temu, powrócił ze swoim ostatnim, i pewnie najmocniejszym strzałem (bo to chyba właśnie to była jego rola życia). W międzyczasie wyleciał z biznesu, mówiono że się skończył, że się zachleje albo zaćpa na amen. A tu pyk, Rodriguez i Scott go przywrócili do stanu używalności, a Aronofski zrobił to samo co Jarmush z Murrayem. Przypomniał że to gwiazda. Rourke błyszczy, co nie jest dla niego w tym przypadku zbyt trudne - on po prostu gra samego siebie, z tą swoją pokancerowaną gębą, ale występującego na ringu, a nie przed kamerą. Kapitalny jest monolog Rama przed ostatnią walką, w sumie ważniejszy od samej walki. Bo tak jak w ostatnim "Rockym" chodzi tu o niepoddawanie się, wiarę w siebie, i podążanie dawno wytyczoną ścieżką, w którą się wierzy. Chodzi o starzenie się z godnością. Może z tlenionymi włosami i po solarce, ale bez odwracania wzroku, bez udawania że się jest kimś innym, czy szukania spokojnej przystani. To opowiedział Aronofski. I to zaprezentował Rourke - i jako postać, aktor, i jako człowiek. I za to mu wielki szacun. I za to mu - w mojej opinii - należał się Oskar, którego pewnie by dostał, gdyby się okazało, że grany przez niego podstarzały wrestler jest gejem.

Obejrzyjcie ten film koniecznie.

Na koniec geek-corner. Że Darren to fan komiksów wiadomo nie od dziś - interesował się adaptacją "Strażników", która mogła być lepsza niż ta, którą widzieliśmy w kinie, a na pewno ciekawsza, bo autorska. Chciał umieścić akcję w czasach współczesnych, dodać zagrożenie terroryzmem, zamiast nieświeżej Zimnej Wojny. Pewnie finał by powiązał z 9/11. Chciał też - o ile pamiętam - zrobić adaptację DKR. Z powodów różnych za żaden komiks się jak dotąd nie zabrał. Acz - według mnie - właśnie w "Zapaśników" nieco motywików komiksowych się znajdzie.

Sama historia podobna jest do "Nail'a", o którym jakiś czas temu pisałem. Tam też był wrestler idący na emeryturę, odwalający pożegnalną trasę po USA rozklekotanym campobusem (rourkowy Ram mieszka w przyczepie), też ma problemy rodzinne, tylko że zamiast na zawał trafia na Harleyowców Z Piekła Rodem. Kolejna sprawa to Rourke, niczym Marv w "Sin City" (przypadek? nieeee...) łażący do ulubionego klubu, by popatrzeć na ulubioną striptizerkę, która jest poza jego zasięgiem.

A striptizerka nazywa się Cassidy.

Podsumowawszy - koniecznie obejrzyjcie "Zapaśnika". "Obywatela Milka" niekoniecznie. Oskar dano za ruch gejowski, nie za rolę. Szkoda. A Rourke zacny.


EDIT: poplątałem oczywiście - z Murrayem nie do końca mi o Jarmusha chodziło a o Coppolę raczej.

No i przy okazji Milka ubolewając nad Pennem, który mnie zawiódł, tendencyjnie przemilczałem cały milkowy 2-plan, który zarządził. James Franco jako gej z wąsem paradoksalnie po raz pierwszy nie jest mydłkowatym chujkiem, a mężczyzną, podobnie po raz pierwszy jak dla mnie charakterystycznie wypadł Emile Hirsch. Dobry jest Brolin, choć to postać i jej motywacja, zmiana wewnętrzna - jak u Milka - niejasna. W końcu Diego Luna - kurde, nie poznałem tego typa na pierwszy rzut oka w roli latynoskiego ogiera zagubionego nieco w amerykańskiej rzeczywistości. I tylko Penn jak dla mnie nie ten... Ponoć rozważano do tej roli niegdyś Robina Williamsa. I jego bym pewnie bardziej kupił.

niedziela, 15 marca 2009

Walec z Baszyrem

Krótko mówiąc - wyjątkowy film, który powinien obejrzeć każdy, a fan komiksu (ze względu na oprawę) w szczególności.

Główny bohater/reżyser tego filmu dochodzi do wniosku że ma konkretne luki w pamięci. Nie dotyczą one tego co się działo po studniówce czy innej bibie. Luki nie dotyczą też mało istotnych czy bardzo odległych fragmentów życia. Nie pamięta on nic z inwazji Izraela na Liban z początku lat 80-tych, w której brał udział. Takie coś trudno zapomnieć. Jegomość postanawia zająć się realizacją filmu o własnych wspomnieniach, co będzie dla niego swoistą terapią. Efekt terapii jest właśnie tym filmem.

Ari Folman poszedł na całość. Fabularnie i formalnie. Jego dzieło to animowany paradokument. To odtworzenie sytuacji z przed ćwierćwiecza z perspektywy wielu osób, wspomnienia każdej kolejnej dokładają cegiełkę do jego własnych zaburzonych wspomnień. To biografia. To niby animowany dokument, rejestrujący niedawne rozmowy Ariego z dawnymi towarzyszami broni, mimo wszystko jednak trudno za dokumentalne uznać sceny wojenne - indywidualne, czysto subiektywne, często też z pogranicza jawy i snu. Czuć w nich adrenalinę i hormony, zniekształcające rzeczywistość. W końcu - dyskusyjna pozostaje kwestia, czy kreskówka może się nadawać do opowiadania tak drastycznych historii. Ktoś, kto czytał "Mausa", raczej nie ma wątpliwości.

Folman wsadza kij w mrowisko, odnosząc się do rzezi Palestyńczyków z przed ponad 20-lat. Temat chyba nigdy nie przestał być aktualny. Zadaje poważne pytania moralne dotyczące odpowiedzialności, głównie sobie, ale nie daje odpowiedzi. Pozostawia je widzowi. To cenny punkt widzenia, w momencie gdy dla międzynarodowych nie-ekspertów sytuacja na Bliskim Wschodzie wydaje się być wyraźnie spolaryzowana, i dla samych zainteresowanych pozbawiona dwuznaczności. Folman ma więcej niż wątpliwości, i nie boi się o nich mówić.

A jak sama oprawa? Muzyka i udźwiękowienie nadają filmowi niesamowitej dynamiki od sceny otwierającej film, ale są onr tylko dodatkiem dla kapitalnej animacji. Fani komiksu będą mieli tu na czym zawiesić oko, zwłaszcza fani rysowników naduzywających cieniowania i czerni, takich jak Mignola czy Risso. Momentami miałem też skojarzenia z naszą dumą narodową, Gawronem. Pojęcia nie mam na czym polega technika, którą zrobiono Bashira, ale to jakieś piekielne połączenie 2D z 3D, gdzie cienie są płynne, ruchome, realistyczne i gęste. Szkoda że postaci poruszają się jak pacynki, ale nie można mieć wszystkiego.

Podsumowanie. "Walc z Baszirem" to film nietypowy, zarówno jeśli chodzi o spojrzenie na poruszany temat, jak i kwestię oprawy. To nie dokument z gadającymi głowami, to film łechcący poczucie estetyki. To nie agitka na rzecz którejś ze stron, to wsadzenie palców w niezagojoną ranę. Film porusza. Fakt, że w sposób dość cyniczny i wyrachowany. W momencie gdy uśpił on moją uwagę, i traktowałem go po prostu jako fachowy film pacyfistyczny o koszmarze wojny i jej wpływie na człowieka, w najmniej spodziewanym momencie ogłuszył mnie on i emocjonalnie sparaliżował. Nie napiszę kiedy, ani jak. Ani dlaczego. Sami się zorientujecie. Pamiętajcie jednak, że to nie kolejny film o wojnie, Żydach czy Arabach. To wyjątkowe dzieło i prawdopodobnie instant classic, który kiedyś będzie sprzedawany w wojennych kolekcjach razem z "Czasem Apokalipsy", "Plutonem" czy "Łowcą jeleni". Zachęcam.

Pod skryptem: nie czytajcie recenzji z Wyborczej. Zepsuje Wam efekt, który subtelnie zaplanował dla Was reżyser. Wystarczy świadomość, że Mossakowski dał Baszirowi ******.