czwartek, 12 marca 2009

Z półki z 'rzeczami przeczytanymi'...

Nazbierało się tego... W takim razie będzie wyliczanka w skrócie telegraficznym. A na koniec znaki jakości Gonza!

"Przybysz" - w moim mniemaniu numero uno dotychczasowych, tegorocznych premier. Subtelna opowieść o tułaczu, który opuszcza rodzinę i ojczyznę, by szukać dla żony i córki nowego, bezpiecznego domu. Ten album to kapitalna grafika, subtelna i czytelna niema narracja, oraz niesamowicie pojemne drugie dno, mówiące o koszmarach minionego wieku. Holokaust, wojny, wyzysk - wszystko to, przez co ludzie zostają emigrantami. Jednocześnie jest to historia zadziwiająco lekka, ukazująca exodus w sposób bajkowy. Dodatkowy plus - świetne wydanie, paroma drobiazgami przewyższające i tak świetną klasę wydania oryginału. Ten komiks to mus i kropka.

"Trzy cienie" - również jedna z najlepszych (obok "Przybysza" oraz "Trupa i Sofy") premier ostatniego czasu. Według mnie, oczywiście. Rodzina żyjąca w sielance traci spokój i poczucie bezpieczeństwa przez trzy tajemnicze cienie, które pokazują się niedalego jej domu. Nie wiadomo kto to, ani czego chcą, ale rodzina podejrzewa że chodzi o synka. Ojciec pakuje najpotrzebniejsze rzeczy i razem z malcem rozpoczyna wyprawę hen, byle dalej od dziwnych postaci. W komiksie mało jest tak naprawdę tradycyjnie pojmowanej fabuły czy akcji (to 'komiks drogi', którego większość wypełnia wędrówka), nie brakuje natomiast emocji - grozy, niepewności, smutku, ale co najważniejsze - miłości. Metaforyczna podróż ojca z synem, mająca być ucieczką przed... (no nie powiem przed czym, bo bym zaspoilował), została dodatkowo świetnie narysowana. Pedrosa rysował dla Disneya, i to fidać, jego postaci są żywe, dynamiczne, niemal w każdym kadrze bohaterowie wydają się uwiecznieni w chwili ruchu, to nie malunki statycznych pomników znane z twórczości Rossa. To świat który płynie, rusza się i zmienia. Uczta dla oczu.

"Oskar Ed" - kwasowa historia, o facecie z łbem w krztałcie gruszki do lewatyw z przyśrubowanym do twarzy kagańcem. Trudno opowiedzieć o czym jest ten komiks. Prawdopodobnie o zagubieniu, odmienności, potrzebie akceptacji. Chyba. Nie wiem. Jest dziwaczny, operuje klimatem znanym z komiksów Andersona czy filmów Lyncha ("Głowa do wycierania" mi się jakoś tak coś...), i jest całkiem fajnie narysowany, cienką, precyzyjną kreską. Momentami coś Jelinek rysunkowo niedomagał (np rozstawienie nóg przez postać, sugerujące wyłamanie się kości ze stawu biodrowego), ale nie mialo to większego znaczenia. Minusem jest dla mnie jednak bełkotliwy finał, który zamiast wyjaśnić tą zakwaszoną historię, jeszcze bardziej ją miesza. Nie wiem o co chodzi. Może dowiemy się tego na WSK.

"Pierwsza wiosna" - olaboga. Dzieło o końcówce 2-giej Wojny Światowej z perspektywy Niemców i Berlina. Nudne, narracyjnie słabowite (komiksologizacja powieści) topornie momentami rysowane... Nie trafił do mnie Timof tym dziełem. Z drugiej strony nie jestem kompetentny do oceniania - nie zdzierżyłem i wymiękłem jakoś tak w połowie.

"Spirit. Najlepsze opowieści" - no i jeśli bym napisał to co napiszę na forum Gildii, to pewnie by mnie ukamienowali. Ja wiem że Eisner. Ja wiem że klasyk. Mnie się nawet podobał rysunek, który pomimo niemal 7 dekad na karku przebija atrakcje z pierwszych Sandmanów. Doceniam zabawę formą i konwencją, eksperymenty narracyjne, dzięki którym każdy szort zebrany w tym tomiku jest inny. A to Spirit prowadzi śledztwo, a to obserwujemy z perspektywy szarego człowieka jak pogrąża się w szaleństwie a Spirit pojawia się tylko na chwilę, a to wprowadzone zostają kadry w konwencji FPP. Tylko że to ramotka. Oldskul do kwadratu. Fajnie opowiedziane historie są same w sobie prościutkie, i dla mnie nieciekawe. Komiks ten okazał się idealnym dziełem na posiedzenia w toalecie. 7-stronicowe szorty okazywały się wręcz idealne na sesje klozetowej. Cóż, od komiksów za niemal stówę można wymagać nieco więcej. Jeśli to jest best of, to ja bym całej serii nie zdzierżył. Ciekawostka - dzięki temu komiksowi w końcu wiem dlaczego na początku filmowego "Spirita" Saref nurkowała za jakimś pudłem w nieokreślonym akwenie wodnym. Otóż to było nabrzeże, na dnie była łódź podwodna faszystów, a w pudle zabójczy wirus. Wywnioskowaliście to z filmu? Bo ja nie.

"Lucyfer #3: Potępieńcze związki" - nie no... Pierwsze dwa tomy nawet mnie zaciekawiły, ciekaw byłem co będzie dalej, oczywiście sporo dobrego tej serii robi charyzmatyczny główny bohater, jedna z niewielu postaci z "Sandmana" z jajami, choć bez narządów rodnych. Z tomu na tom Carey dorzuca kolejne wątki, kolejne motywy, Lucek prowadzi swą tajemniczą grę i szatański plan, tylko że nie wiadomo do czego ma to prowadzić, a mnie przestało to już interesować. Przy lekturze tego tomika wynudziłem się zresztą okropnie. Rysunkowo nie było na czym oka zawiesić. Czy ktoś chce po okazyjnej cenie kupić "Lucyfera", tomy 1-3? Jak myślę o tym, że ma mnie czekać jeszcze 8 kolejnych tomów, to mówię pas. Acz one shota malowanego przez Mutha bym chętnie wymiędlił (ale bez czytania).

"Boże, zachowaj Królową" - czyli Mike Carey znowu okrutnie rżnie z Gaimana, przed czym Boże, zachowaj mnie! Tym razem w stylu znanym z "Nigdziebądź" Mike miesza brytyjską smutną rzeczywistość z równoległym światem znanym ze "Snu nocy letiej", którego to świata postaci Gaiman swego czasu włączył do świata "Sandmana". Magia, narkotyki i malunki Boltona. Do przeczytania, ale nie za cenę, jaką życzy sobie Egmont. To ja już wolę przygody Felixa Castora, ciekawe jak tam ich drugi tom.

"Skasowałem Adolfa Hitlera" - miły komiks znanego już u nas Jasona, o płatnych zabójcach, zabawach z czasem, ratowaniem świata przed hitleryzmem, oraz problemach z miłością. Rysunkowo wiadomo już czego się spodziewać (acz tym razem w kolorze), może i mnie nie powaliło, ale warto wiedzieć jaki nieamerykański komiks dostał w zeszłym roku Eisnera.

"Gang Hemingwaya" - warto też wiedzieć jaki komiks dostał analogicznego Eisnera dwa lata temu. Ta pozycja (nie zaskakująca już ani graficznie, ani kolorem) ubawiła mnie dużo bardziej. Światowej sławy pisarze (m.in. Hemingway, Joyce, Fitzgerald) obdarzeni zostali przez autora znajomymi zwierzęcymi pyskami, siedzą w Paryżu, rysują komiksy i klepią biede. Jest jednak plan - można zrobić napad. Historyjka co jakiś czas błyszczy humorem, a totalnie powalający jest zagmatwany finał, opowiedziany z perspektywy każdej z postaci. Jason zagrał tu sobie patentami znanymi z filmów bandycko-napadalskich, czyli "Wściekłe psy" z rodziną. I wyszło bardzo fajnie. I znowu jest o problemach z miłością. Polecam. Poprzednią pozycję też, ale tę goręcej.

Na koniec: znaki jakości Gonza. Subiektywnie, arogancko i zupełnie bez poklasku mas nagrodzę dziś "Przybysza", "Trzy cienie" oraz "Gang Hemingwaya". Gratulacje.





Znak antyjakości i gromkie 'buuuuu' przyznaję "Pierwszej wiośnie" oraz trzeciemu tomowi "Lucyfera", jednocześnie nagradzając go elitarnym tytułem suchara miesiąca.






Na jeden przysiad starczy chyba, nie? W następnej odsłonie odkurzania odkrytych odniesień w obrazkowych opowieściach pogrzebię w paru importach ("Elektra Asasyn" się kłania), wyszperam

sobota, 7 marca 2009

Trup, sofa i wywiad

Jednym z najfajniejszych komiksów, jakie w ostatnim czasie przeczytałem, jest "Trup i sofa" Tony'ego Sandovala. Jako że w większości zgadzam się z opinią Łukasza z Motywu Drogi, nie będę zbyt dużo rozpisywał się nad komiksem, który ma fajną fabułę, jest świetnie narysowany i fajnie operuje klimatem. To taki E.A. Poe w wersji dziecięcej. Po prostu go polecam. Żeby lepiej go polecić, zamiast recenzji - proponuję wywiad z autorem, który ostatnio zdarzyło mi się przeprowadzić dzięki dobrodziejstwom internetu. Sam autor - zeuropeizowany Meksykanin, żyjący obecnie w Barcelonie - okazał się gościem w binarny sposób sympatycznym i kontaktowym, zainteresowanym polskim wydaniem Jego komiksu, jak i dostępnością tej pozycji w sklepach. W efekcie chętnie udzielił mi odpowiedzi na parę pytań.

Jednocześnie odsyłam też na Kolorowe Zeszyty, na które Arcz właśnie wrzucił wywiad z innym meksykańskim artystą - Patricio Betteo. Kumplem, i współpracownikiem Sandovala. A najlepsze jest to, żeśmy się wcale z Arczem wcześniej nie zgadywali.

No to zapraszam do lektury.

JA: Czytając Twój komiks, czułem w nim lekki klimat filmów Tima Burtona, zwłaszcza tych animowanych, "Gnijącej Panny Młodej" czy "Miasteczka Halloween". Lubisz te filmy, a może to zbieg okoliczności?

TS: To totalny zbieg okoliczności, chociaż naprawdę uwielbiam te filmy, ale chyba więcej w moim komiksie inspiracji pracami Edwarda Goreya, to naprawdę kapitalne rzeczy!!!
JA: Jesteś też zafascynowany Beksińskim. Przypuszczalnie nie tylko ja jestem w Polsce zainteresowany jak trafiłeś na naszego rodaka, i co Ci się podoba w jego pracach?
TS: Wypatrzyłem kiedyś album poświęcony jego niesamowitej sztuce w rękach innego meksykańskiego artysty, i po prostu zakochałem się w tych obrazach. Szukałem potem w sieci więcej poświęconych mu informacji i kolejnych prac, w efekcie kupiłem ten sam album w którym się zakochałem. Beksiński nie jest właściwie w Meksyku zbyt popularny.
Atmosfera olbrzymiego, holokaustycznego* świata Beksińskiego po prostu wypełniła moje myśli nowymi pomysłami i dziwnym pociągiem do ponurych opowieści w takim samym stopniu, w jakim uwielbiam podziwiać jego perfekcyjną technikę.
JA: Znasz jakichś innych polskich artystów?
TS: Raczej nie, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
JA: "Trup i sofa" opowiada o wyjątkowych wakacjach. To czysta fantazja, bajka, czy też miałeś kiedyś takie wyjątkowe lato?
TS: To mieszanka jednego i drugiego. Niektóre fragmenty tej opowieści to czysta fikcja, ale część scen to skrawki moich własnych wspomnień.
JA: Jako ulubionych autorów wskazujesz Poego, Lovecrafta, Beksińskiego i Mignolę, słuchasz doom metalu. To raczej ponura mieszanka, nastrajająca raczej do opowieści grozy, pełnych krwi, gore, duchów, demonów i temu podobnych klimatów. Fabuła "Trupa..." kręci się dokoła ponurej zagadki dotyczącej zwłok, ale samą grafikę komiksu określił bym raczej jako uroczą, czy też - proszę wybacz - słodką. Uważasz że taki dobór stylu się sprawdził?
TS: Tak, eksperymentowałem z opowiadaniem ciężkiej opowieści w łagodnym stylu, wydaje mi się że efekt jest dobry, a przynajmniej ja jestem z niego zadowolony.
JA: Nie znam ani francuskiego ani hiszpańskiego, prawdopodobnie jak większość osób która teraz czyta ten wywiad, a nie mogłem znaleźć informacji o innych Twoich komiksach (na przykład o "Nocturno") po angielsku. Jak opisał byś swoje pozostałe komiksy?
TS: Moim największym projektem jest już od dawna "Nocturno", nad którym - szczerze mówiąc - pracuję już od 17 lat. Narysowałem ten komiks już kilka razy, ale nigdy nie byłem zadowolony z tego, jak mi wyszedł. Rysowałem go na nowo, dłubałem w scenariuszu dopóki się nie zmęczyłem, odpuszczałem sobie, wracałem do niego, hehe, aż w roku 2007 zdecydowałem żaby go zakończyć na amen. Wziąłem się do roboty i pracowałem. aż skończyłem. Drugi i ostatni tom tej opowieści właśnie parę dni temu został wydany we Francji.
"Nocturno" to historia z tego samego świata co "Trup...", ale dużo bardziej mroczna, opowieści rozgrywają się w zimnej, deszczowej, zimowej scenerii, jest akcja, heavy metal, jest też miejsce na romans, to oczywiście dość dziwny komiks.
Poza tym napisałem też dla Patricio Betteo, bardzo zdolnego meksykańskiego rysownika, opowieść zatytułowaną "Gris" (tylko klik dzieli Was od wywiadu z Patricio na Kolorowych Zeszytach!). To urocza i ciepła historia, ale ma też w sobie mrok i nieco krwi, ale to jak sądzę dość sympatyczna książka. Pracuję też nad krótką opowieścią dla Bao, części wydawnictwa Editions Paquet, do magazynu Interfaces, w którym publikuje banda zdolnych ludzi z całego świata. Ciągle pisze też swoją nową powieść graficzną rozgrywającą się w tym samym świecie, po którym tak lubię wędrować pisakiem.
JA: Jesteś z Meksyku. Powinno być Ci bliżej do wydawnictw z USA, w których odnalazł się na przykład Humberto Ramos. Dlaczego publikujesz w Europie - czujesz że twoim komiksom bliżej do europejskiej wrażliwości, czy też tak wypadło że żyjesz właśnie w Barcelonie, i tak jest prościej?
TS: Cóż, może jestem dziwnym typem, ale w momencie gdy odkryłem europejski komiks zdecydowałem, że chcę tworzyć właśnie takie rzeczy. Po prostu przyjechałem tu parę razy i zorientowałem się, że chciał bym tu zostać, osiąść na stałe. Wygląda na to, że zwyczajnie ciągnie mnie bardziej do powieści graficznych z europejskim klimatem, czy też w europejskim stylu.
JD: A jak wpłynęło na Twoją twórczość meksykańskie pochodzenie? Dla mnie, typka z Europy Środkowo-Wschodniej, Meksyk to kraj w którym przeplata się tradycja chrześcijańska z kulturą Indian. W jaki sposób to odciska się na Twoich pracach?
TS: Faktycznie, żyjemy we właśnie takim kotle kulturowym, i oczywiście miało to wielki wpływ na moją pracę, zwłaszcza rzeczy które słyszałem jako małe dziecko, legendy, mity, opowieści mojej rodziny, przeważnie ponure i dziwaczne historie. My, Meksykanie, jesteśmy gawędziarzami wiernymi tradycji przekazów ustnych.
JA: Które komiksy uważasz za swoje ulubione?
TS: Rany, jest ich mnóstwo ale mogę od razu wymienić "Slaine'a", "Hellboy'a", "Bone'a", wszystko Dave'a McKeana, "Śmierć", wszystko Dave'a Coopera, "Oriona", "Nausicaä", wszystko Chestera Browna, hej, moment! "Insekt", wszystko Gipiego, "Psychonautów", "Ewangelię Judasza", "Azyl Arkham", "Trazo de Tiza", "Zagubioną duszę". Jestem pewien że zapominam o jakichś ważnych komiksach, ale jest ich zbyt dużo. Jeśli jednak miał bym wybrać jeden, to wybrał bym "Slaine'a - Rogatego Boga" Simona Bisleya. Wywarł na mnie duży wpływ gdy miałem 17 lat. Uzmysłowił mi, że w tworzeniu komiksu chodzi o coś więcej niż o rysowanie superbohaterów, że to głównie swoboda artystycznego przekazu. To właśnie ten komiks otworzył moją głowę, i ciągle bardzo go lubię.
JA: Parę słów dla osób z Polski, którym podobał się Twój komiks?
TS: Mam nadzieję że nie mieliście problemu z dostaniem tego komiksu i że wam się podobał. Mam też nadzieje że więcej moich komiksów zostanie wydanych w Polsce - tworzę je w na tyle szczery sposób, na ile to możliwe. Miłej lektury.

* - przepraszam, tu poległem jako tłumacz, nie znam polskiego odpowiednika przymiotnika od słowa holokaust, a inne słowo nie oddawało by sensu wypowiedzi.

piątek, 6 marca 2009

I watched the Watchmen

Krótko na początek, co by było wiadomo: Snyder nie sprofanował jednego z najlepszych komiksów wszechczasów.

Ekranizacja "Strażników" jest tak wierna, że momentami aż boli (ale o tym później). Załapała się większość wątków, nawety tych nieco mniej istotnych, Snyder nieco przyciął, coś dodał. W efekcie mamy jedną z najwierniejszych ekranizacji komiksu ever, jak i bezsprzecznie najlepszą ekranizację dzieła Moore'a. Kropka.

Zmiany, choć niewielkie, sporo fajnego dają. Na przykład przejazd przez scny z albumu historii Łoczmenów, które można oglądać w trakcie początkowej listy płac - fajny przejazd przez losy trykociarzy, z alternatywną historią USA w tle. Fajne są wtręty, jak np walka Jupiter i Puchacza w trakcie telewizyjnego wywiadu Manhattana, nie pamiętam tego z komiksu. Ot, normalne pary na pierwszej niezobowiązującej randce idą na kawę, co by powspominać dawne czasy, a ta dwójka poszła w ciemną alejkę i przypomniała sobie starą znajomość łomocząc paru łobuzów. Co ciekasze - gości wystylizowanych na komiksowych topknotów. Pokłon dla Moore'a na klęczkach. Jeden z wielu. Fajne są nawiązania do np JFK i Dallas, fajne też jest zasugerowanie przez Komedianta że to on stoi za tuszowaniem sprawy Watergate, która przecież w świecie Łoczmenów nie wypłynęła, i dzięki temu ciągle rządzi Nixon. Było coś o tym w komiksie, ale chyba podano to inaczej. Fajna też jest zmiana finału, któa wychodzi na plus. Nie jest tak absurdalnie komiksowa jak u Moore'a, za to scenarzyści nie kombinowali, ale zagrali komiksem. Sczwanie zresztą bardzo. Wielki ukłon dla Haytera, którego uwielbiam za bycie głosem Snake'a z MGS, za zrobienie te parę lat temu skryptu już wtedy uznanego za jedną z najwierniejszych adaptacji komiksu. Po przejściu przez trzech bodajże reżyserów i kolejne studia facet spasował, nie chciało mu się już o jego scenar walczyć. Jednak oparto się w końcu na lekko chyba tylko zmodyfikowanej wersji jego scenariusza (z jakimś współudziałem). I za to siekierka Snyderowi, że wiedział co brać.

Siekierka Snydereowi też za wierność graficzną wobec komiksu. Część ujęć to po prostu wyjęte z komiksu i wprawione w ruch kadry oryginału. Biorąc pod uwagę cały ten strażnikowy mrok (ten dosłowny i w przenośni), wydawało mi się to momentami zbyt kolorowe (a Manhattan zbyt świecący), ale to szczegóły. Podobnie szczegółem jest groteskowo przerysowane warczene Rorschacha z pod maski. Wszystko to jednak jest sprawnie opowiedziane, acz momentami za bardzo przegadane, w efekcie wprowadzenie efekciarskich mordobić wychodzi filmowi tylko na plus, jako sceny wytchnienia od przeciągającej się intrygi. Film nie poszedł w akcję, ale pare klepanek (więzienie, uliczka, zabójstwo Komedianta) jest zrealizowanych naprawdę świetnie, z lekko matrixowym sznytem, oraz znanymi z 300 zwolnieniami i przyspieszeniami akcji w czasie walki. Fajnie. Scenografię - jak wiadomo od dawna - odtwzorowano pieczołowicie, podobnie jak wszystkie pierdoły - bazgroły na ścianach, wszędobylskie logo Gunga Dinner, bzdety na półkach u Nocnego Puchacza I, czy latające zeppeliny. Jeśli o coś mam do Snydera żal, to o zmarnowanie genialnych, filmowych przejść pomiędzy scenami, które w komiksie stosował Moore, na przykład tych ze scen pogrzebu. Przypominam że wtedy w kadrze na końcu strony było zbliżenie na twarz postaci, po czym nastęna strona - ta sama twarz, inne tło, inna scena, retrospektywa ze wspomnieniem. Taki sam powrót. Snyder zrobił to dużo banalniej. A, no jeszcze jedna rzecz - przy tym z lekka zmienionym finale panowie nie do końca czuli chyba kiedy/jak zakończyć. Ale tylko trochę.

Znakomicie sprawdzili się aktorzy. Puchacz junior wyszedł na pipkę, ale przecież to taka postać. Szkoda że mdło (wręcz cichopkowato) wypadła młoda Jupiter. Rewelacyjnie wyszedł Komediant, niczym starszy brat Roberta Downeya Jr, kapitalny też jest Rorschach. W sumie jest jak w komiksie - nie ciągną się tylko sceny z Rorschachem, to psychopata, ale niesamowicie charyzmatyczny dzięki swojej bezkompromisowości. Ozymandiasz wyszedł odpowiednio wyniośle. I tylko to harczenie Rorschacha jakoś nie tak... No włacha, Rorschach... Pan Jackie Earle Haley musiał się masochistycznie wręcz naoglądać Brudnych Harrych przed zdjęciami, bo męcząc podejrzanych cedzi jak Eastwood.

Że efekty dobre - wiadomo. Że wizualnie dobrze - wiadomo. Że stroje kiczowate - wiadomo, ale w końcu też o to chodziło. Muzyka całkiem fajnie dobrana, acz nie do końca udało się zrobić atmosferę lat 80-tych, kawałki są w większości z dekad 60-70. No ale miało być z deka retro. Fajnie pociągnięty motyw romansu Jupiter i Dreiberta - samo rozwiązanie że pykani idzie im dopiero jak poszaleją w trykotach było już w komiksie. Ciekawy pomysł na grę wstępną. Do tego dodano fajną scenę (nie upieram się - nie pamiętam) z mordobiciem w trakcie wywiadu.

No i jest, świetna ekranizacja, niesamowicie wierna i wogóle. Czy jest to jednak dobry film? Do cholery jasnej, pojęcia nie mam! Komiks czytałem tyle razy, że fabuła, która jest główną siłą "Strażników", była dla mnie oczywistą oczywistością. Oglądałem to wszystko zupełnie beznamiętnie. Zamiast się bawić, jak to w kinie, to tylko fanbojsko badałem jak to się ma do oryginału. Fani jednak mogą być spokojni, nie sprofanowano ich ulubieńca. Tylko że podobnie jak ja, i podobnie jak w trakcie "Sin City" czy "300", lekko się wynudzą. W końcu to znamy. Jedyne co pozostaje to tępo patrzeć na ładne ruchome obrazki, bo historia jest przecież już dobrze znana.



I tu czas na dywagacje takie obok filmu. Dla kogo są takie ekranizacje? Dla fanów? Dobrze to znają, wynudzą się. Dla fanbojów? Jeszcze lepiej znają, też się wynudzą, ale docenią kunszt i nie będą grozić twórcom samosądem. Dla osób z poza klimatu komiksowego? Te w większości odstraszą plakaty i trailery, sugerujące że to nie czarny kryminał z trykociarzami a kolejny przytępawy film akcji.

Adaptacje - jak tłumaczenia - ponoć są jak kobiety, albo są wierne, albo piękne. Te wierne są dobre chyba tylko w przypadku lektur, dla leniwej młodzieży szkolnej. Ja zawsze wolałem te autorskie, odchodzące od oryginału, które nie zamęczą mnie powtarzaniem znanej już historii. Jak Sztybor z nieszczęsnym żartem o krześle. "Dr Strangelove", podobno znakomity film, odbił mi się czkawką, bo Kubrick zrobił adaptację (skądiną fajnej) książki niemal idealną. To już wolę "Diunę", gdzie Lynch zaszalał ze światem. Od pierwszego "Hellboya" wolę kontynuację, gdzie w oparciu o świat, nakreślono fabułę oderwaną od historii już opowiedzianych w komiksie.

"Strażnicy" to adptacja wierna. Fani obejrzą, docenią, i się nie ubawią. Ale docenią. To taka fanaberia reżysera-fana, który przeczytał i stwierdził że chce koniecznie przenieść to na język filmu. Tylko że się nie da, bo to zupełnie inne języki, tylko częściowo do siebie przystające. Moore zaszalał z przejściami scen, z kompozycją plansz, czy całych rozdziałów. Mistrzostwem jest rozdział bodajże czwarty, "Fearful Symetry", ten o Rorschachu, gdzie plansze (kolorystycznie) są symetryczne w pionie, poziomie i po skosach. Gdzie same plansze są symetryczne według środka rozdziału - pierwsza z ostatnią, przedostatnia z drugą, itd. Tego się po prostu nie da zrobić w kinie. Tak jak dodanie "Czarnej Galery" wydłużyło by film do prawie czterech godzin zapewne. I trudno by było przeplatać fabułę animowanymi wstawkami, bo by to ciążyło za bardzo w stronę teledysków z okresu wczesnego MTV. I tak samo nierealnym już zupełnie jest (poza wkładką papierową do wydania DVD) wkomponowanie w film dodatków z końca rozdziałów - teczki Rorschacha, przynudzenia Niteowla o ptaszyskach, czy fragmentów z "Under the Hood".

Pointy będą dwie. Albo i trzy. Olaboga.

Chociaż to dobra adaptacja, to potwierdza rację Moore'a, twierdzącego że nie ma sensu adaptowanie jego dzieł, pisanych innym jęzkiem, bo się je zubaża. To raz.

Dwa - wierne adaptowanie, dla mnie, jako dla fana jest zbędne. Rodriguez udowodnił już że się da przełożyć stronę wizualną, eksperyment się udał i starczy. Snyder uważa to za jakąś drogę. I powtarza raz za razem już udany eksperyment. Wolę już jak twórca narazi się na oskarżenia o herezję, i pozmienia coś w treści dzieła uznawanego za kultowe. Może z tego wyjść coś innego. Może nie tak dobrego, ale oryginalnego.

Snyder nie ma takich ambicji. Dla mnie to szkoda.

Dla medium jako takiego - to akurat dobre. Bo pokazano świetną fabułę, udowadniając że superhirosi to nie tylko napieprzanka i bzdury dla 12-latków. I że są też komiksy z głębią. W sumie nie pokazano nic, czego by nie wiedziano od roku 1986, ale pewnie dzięki temu filmowi dowie się o tym dużo więcej ludzi, a nie tylko komiksowe getto. Ale Wy nie oczekujcie raczej niespodzianki. Po prostu świetne rzemiosło.

Acz ja dalej nie mam pojęcia, czy "Strażnicy" to dobry film.


Pod skryptem: na IMDB w łoczmenowej trivii wygrzebałem info że Rorschach i Ozymandiasz to geje. Że nie jest tak powiedziane, ale jest zasugerowane. Ktoś wie gdzie? Ja wiem że Moore w każdy swój komiks wrzuca kogoś o odmiennej od ogółu tożsamości seksualnej, zwykle robi to jednak jawnie, i w "Strażnikach" jest to wspominana członkini pierwszego zgrupowania Minutemenów. Ale Ozzy i Rorsch? Pierwszy wydaje mi się być zupełnie ponad kwestie typu płeć, cielesność, przyziemne pragnienia. On ma wyższe cele. Rudy mściciel natomiast to mizoginista, oczywiście, matka mu traumę zafundowała. Ale jego system wartości wyraźnie kłóci mi się z takim punktem widzenia. Gdyby R zlikwidował wszystkich dilerów, ćpunów, prostytutki i alfonsów, to pewnie by się zabrał właśnie za homoseksualistów. Ponawiam pytanie - ktoś pamięta sugerujące to motywy? Czy sobie jakiś IMDB-owy nadinterpretator dopisał?

środa, 4 marca 2009

"MANGA: 1000 lat historii"

Zabierając się do tego albumu miałem spore oczekiwania - poznać historię dzisiejszej mangii, jej rodzaje, nurty, i szkoły rysowania niby tak samo wyglądających w tysiącach serii postaci. Częściowo spełniono moje oczekiwania, ale nie te, które wydawały mi się najistotniejsze.

Pierwsze wrażenie - óóberpozytyw. PWN stanęło na wysokości zadania, i wydało nie broszurkę dla popiskujących 14latek, a Album przez duże A. Gruba oprawa, grubaśny papier, dużo grafiki, wtop nie wypatrzyłem. Chciało by się, by ekskluzywne albumy Egmontu (często i tak droższe), były wydawane właśnie w ten sposób. Owszem, były grafiki, gdzie się pixele rozlały, ale to przypadki odosobnione, natomiast kreska "Opowieści Szeherezady" jest ząbkowana od początku do końca albumu. Owszem, momentami w albumie o mandze siada czerń, ale to czasem i mało i w tekście. Całość na tym mało cierpi.

Gorzej ze stroną merytoryczną. Autorka leci sobie historycznie po sztukach plastycznych Japonii od epoki feudalnej do chwili obecnej, i jak sugeruje tytuł - historia w tym albumie dominuje. Zaprezentowane są nowe nurty, znaczenie drzeworytów, ukiyo-e, nowe motywy, wątki mitologiczne, społeczne, zwoje z sekwencyjnymi opowieściami, które były praprzodkami mangi.

Gdzieś w połowie albumu feudalizm przechodzi przez restaurację meiji (karykatury, taka już-już-prawie-manga), potem wojna, i dochodzimy do Tezuki Osamu. Nie przeczę - własny rozdział mu się należy, tylko że potem zostaje jakoś 1/3, 1/4 tomiszcza na omówienie wszystkiego tego co działo się w mandze przez ostatnie 50 lat.

Może za mało wiem o mandze, ale zdawkowe wspomnienie o "Akirze" (o ile jakiekolwiek było) i pominięcie "Ghost in the Shell", to dla mnie lekki zgrzyt. Ale to może taka moja fanbojska jazda. Inna sprawa że autorka nieco miejsca poświęciła mandze dla nastoletnich dziewcząt (nawet sporo), ociupinkę gekidze, czyli poważnej mandze dla dorosłych, ale np. japońską fascynację mechami które niszczą otoczenie w walkach między sobą tylko zasygnalizowała pisząc o mangach z lat 50-tych, i umieszczając zdawkowe info pod okładką "Evangelliona". Prawdopodobnie dla autorki nie istnieje też wogóle coś takiego jak manga cyberpunkowa - nie wyhaczyłem żadnych wzmianek o kwitnącym w japońii i rozwijającym się coraz bardziej od zarania mangi onanistycznym technofilstwie. Jest natomiast coś o "Death Note", autorka wspomina o co cho, ale w żaden sensowny sposób nie tłumaczy dlaczego to tak ważne dzieło, że premierę tej mangi odnotowała nawet w znajdującym się na końcu albumu kalendarium. Nic o pokemanii. Przynajmniej "Dragon Ball" i "Naruto" są.

Fajnym bonusem są wieńczące dzieło wywiady ze znanymi autorami. No i tu już porażka na całej linii, udowadniająca że średni pisaż i może nawet dobry akademik w jednej osobie może także być marnym dziennikarzem. Czy może właściwie dyskutantem. W rozmowie z uznanymi twórcami pada pytanie "czy manga może być sztuką?" Noż kurza twarz, cholera jasna, przecież to album który właśnie przedstawia 1000-letnią klasyczną tradycję stojącą za mangami, baba stara się udowodnić szeroką rozpiętość gatunkową i artystyczną mang, i na koniec strzela sobie w stopę bzdurnym pytaniem, na które sama starała się odpowiedzieć przez poprzednie 200 stron... Poza tym banał goni banał, jak w wywiadzie z Taniguchim, gdzie pytania bywają dłuższe od odpowiedzi, albo takie kwiatki: Czy dziwi pana wielka popularność Pańskich mang w Europie? Tak, dziwi mnie wielka popularność moich mang w Europie. A co miał kurde powiedzieć, że sprzedaż go tak naprawdę lekko zawiodła??? Albo pytanie o plany na przyszłość: mam parę pomysłów, nad jednym projektem zacząłem pracę, ale nie wiem kiedy coś z tego wyniknie, bo plepleple. Znaczy się kurtuazja, zero konkretów. Pytania i odpowiedzi nic nie wnoszące, w redakcji do wycięcia. Ale wtedy została by tych rozmów mniej niż połowa. Puste dosyć rozmowy, szkoda. A koniec końca zakończenia to słowniczek-przypisy, dotyczący słów japońskich. Słowa te w tekście są opatrzone gwiazdką. Dzięki temu wiadomo, że w słowniczku można o tych słowach przeczytać to samo, co w tekście, w którym są też wytłumaczone. Ale ke???

Podsumowanie - to nie jest zły album. To jest niezły album, o ile nastawić się bardziej na historię, niż na samą mangę. Fajnie pokazuje wpływy dzieł z przed wieków na współczesnych twórców, acz nie pokazuje co dziś w trawie piszczy. Zawiodłem się, bo liczyłem bardziej na coś w stylu "Komiks - sztuka przerysowana" Szyłaka, znaczy się podział dzieła na fragmenty opisujące oddzielne epoki, nurty, wpływy, itd, i że sama prehistoria mangi to też jak u Szyłaka będzie jeden rozdział. Zamiast tego większość zbioru stanowi epoka pre-mangowa, a z działu dotyczącego mangi po roku 50-tym dowiedziałem się głównie, że dużą popularnością cieszą się mangi o historii europy i o tańcu. Hm. No super. Wyszło w sumie że to uzupełnienie do przekrojowego albumu o dzisiejszej mandze, którego się jeszcze w Polsce nie doczekaliśmy.

Podsumowując podsumowanie - to jest bardziej o historii, niż o samej mandze. Ale dzięki wydaniu i tak wygląda dobrze na półce. Acz kosztuje zbyt dużo, by być ozdobnikiem. Jednak fragment historyczny jest dość ciekawy. Czujcie się ostrzeżeni.

niedziela, 18 stycznia 2009

Makulatura z za wielkiej wody

No to jedziemy z importami.

Zombie Cop - zagraniczny debiut Szymona Kudrańskiego. Wróć. Poprawka. Wcale nie debiut. Piwo dla Macieja. Wracam do tematu. W sumie samograj - gnijący glina nie poddaje się po śmierci, i chce doprowadzić do końca pewną sprawę. Dobry pretekst do radosnego gore, niestety panu Jeffowi Mariotte zamarzyła się fabuła kryminalna. Trudno taki temat traktować z powagą, ale Mariotte dał radę. Jak nie ma akcji to jest nudnawo, dialogi smęcą, rozwiązanie jest banalne. Boli brak poczucia humoru, groteskowy pomysł to za mało na pociągnięcie historii. Przynajmniej jak bohaterowie wygadują takie smęty. Jeśli warto ten komiks przeczytać, to raczej dla grafiki. Da się czepnąć co prawda (i to mocno) do rysunku, ale za to obsługa Photoshopa idzie Kurdańskiemu gładko. Fajne kolory, dość kwasiarskie, może dla niektórych zbyt pstrokate, ale do gliniarza zombie zjadającego przestępców pasują dobrze. Fajne zabawy warstwami przy pozbawionych koloru retrospekcjach, wtedy jednak na pierwszy plan wychodzi wspomniany rysunek. Który mnie nie przekonał. Ale kwasiarskie kolory jak najbardziej. Czy warto jednak kupować? Dla mnie raczej to ciekawostka pod tytułem 'nasi wydają na Zachodzie', trzymam jednak za Kudrańskiego kciuki. Może w jego kolejnym komiksie bohaterom nie będą odrastały wcześniej urwane palce. Powodzenia.

Nail - znowu Zombie, ale tym razem niejaki Rob - jako współautor. Prosta historia w duchu starych slaszerów, podstarzały wrestler robiący sobie z rodziną zapaśnicze tournee wewnątrz kampingobusa trafia na harlejowców z piekła rodem. I to by było na tyle. Rob Zombie i Steven Niles nie wznieśli się ponad poziom ostatniego filmu Roba, czyli rimejku "Helloween" - ani to graficznie olśniewa, ani fabularnie, było takich historii na pęczki. Szkoda, Zombiego stać na dużo więcej. Nawet okładki Biza nie pomogły...

Civil War - jeśli Marvel ma dalej jechać eventami, to ja poproszę właśnie takie, ale też konsekwentnie kontynuowane. Jeśli ktoś nie wie - społeczeństwo ma dość zamaskowanych, nietykalnych dla prawa superherosów. Jak któryś coś spieprzy to powinien być pociągnięty do odpowiedzialności. W efekcie wprowadzony zostaje dokument, zmuszający herosów do zaprzestania działalności, lub oficjalnej rejestracji danych osobowych i współpracy z rządem. Kapitan Ameryka (co mnie zaskoczyło) staje w obronie wolności jednostki, która w ten sposób zostaje ograniczona, po stronie rządu staje Iron Man. Niby pomysł nie jest świeży (puk puk, czy są tu jacyś Strażnicy???), ale za to został reanimowany w odpowiednim czasie. Echa zezwalającego w stanach na inwigilację Patriot Act, Guantanamo i obozów internowania (bo niby gdzie trafiają złapani niepokorni?), zmęczenie bushowskim polowaniem na terrorystów, wszystko to jest właśnie w tym komiksie. I to fajne, że fobie świata rzeczywistego przenikają na strony komiksu, który nie jest odrealnioną, abstrakcyjną rozrywką, tylko zadaje trudne pytanie o granicę wolności. Fajnie że jest główna seria, która nie ogranicza się do 7 zeszytów czy trejda - Wojna Domowa ma wpływ na wszystkie równoległe serie, i tenże wpływ nie skończył się z końcem tej miniserii. Szkoda natomiast że zamiast rozwijać wspomniane kwestie żeby pokazać nową rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć, okazało się że ziemię najeżdżają kosmici. Czyli znowu totalny eskapizm, któremu ja mówię NIE. Ale Civil War to kawał dobrej i porządnie rysowanej pulpy.

Earth X - no to już gruby kaliber jest. Alex Ross na użytek Wizarda robił rysunki superherosów ze świata Marvela w wariancie '20 lat później' - duże brzuchy, piwo w łapie, rodzina, łysinka, te sprawy. Pomysł wyewolułował właśnie w Ziemię X - alternatywną przyszłość universum. 12 zeszytów + prolog i epilog pokazują kapitalną wizję tego kreowanego wcześniej wszechświata, pochodzenie supermocy, skąd się biorą na Ziemi bogowie, co obserwują Obserwatorzy, czy kim(czym?) są Celestialsi. I to wszystko się trzyma kupy. W kategoriach superbohaterskich oczywiście. Wnosi epickość superhirołzów na nowy poziom. I wciąga. Kapitan Ameryka to zmęczony wojownik, który nie chce się poddać, choć wie że jego wojna dawno się skończyła. Ale walczy. Nie ma dla kogo, bo nie ma już jego Ameryki i jego wartości, ale walczy dalej, niczym antyczny heros w todze z amerykańskiej flagi. Spiderman ma problemy z samym sobą, kryzys wieku średniego i zatracił poczucie własnej wartości. Reed Richards przechadza się w stroju Doktora Dooma po jego mrocznym zamczysku, dokonująć psychicznego samobiczowania za to co dzieje się na ziemi. Daredevil nie żyje. Podobnie Human Torch. Sporo bohaterów zginęło, zaginęło, albo zupełnie się zmieniło. Tymczasem Ziemia staje przed największym wyzwaniem, odkąd została uformowana. Intryga kapitalnie się zagęszcza, każdy kolejny rozdział zaczyna się od streszczenia przejść kolejnego z bohaterów dramatu, by do swojego końca ukazywać historię głównie z jego perspektywy. Efekt to komiks ciężkawy, gęsty od nawiązań, skierowany raczej do smakoszy zabawy konwencją superkolesi, jak sobie go sprawię to pewnie będzie stał gdzieś pomiędzy Marvelsami a Kingdom Come. Jedna wada - Ross tylko współpisał scenariusz, projektował bohaterów i malował okładki. Mroczna warstwa graficzna daleka jest od jego finezji. Ale i tak warto. Nie wiem jak się mają kolejne tomy cyklu - Universe X i Paradise X, ale nie odmówię sobie sprawdzenia tego.
A w następnym poście chyba zszargam pewne świętości. HA!

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Dentist Nazis Must Die!!!

Nie wiem od czego zacząć. Film wywołał u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony robi wrażenie stroną wizualną, będącą niestety momentami kalką "Sin City", co w sumie mnie nie dziwi, bo przy realizacji innych filmów Miller nie uczestniczył, i wykorzystuje podpatrzone metody. Z drugiej strony - kuleje tu rwana i nieczytelna narracja, gubiąca tempo, łapiąca je dopiero jakoś po połowie filmu.

Najpierw akapit dla tych co nie wiedzą o co kaman.
"Spirit - Duch Miasta" to drugi film w reżyserii Franka Millera, geniusza komiksu, współautora wspomnianego "Sin City", autora komiksowego pierwowzoru zarówno tego dzieła, jak i "300". "Spirit" natomiast jest ekranizacją komiksu Willa Eisnera, nieżyjącego już klasyka komiksu z za Wielkiej Wody. To opowieść z lat 40-tych o zamaskowanym detektywie, który broni Central City przed przestępczością. Fedora, płaszcz, czerwony krawat. Żadne tam symbole na klacie, peleryny i battarangi. Miał tylko czarnego sidekicka, którego potem Eisnerowi wytykano jako szerzącego stereotypy o afro-amerykanach, na przemian ze stwierdzeniami że postać dla samej afro-społeczności kontrowersyjna nie była, bo poza samym sposobem narysowania i mówienia nie była ukazana w sposób rasistowski.

Millerowi jednak sidekick nie grał i z niego zrezygnował. Zaprezentował natomiast samo miasto, Spirita, jego arcywroga Octopusa, oraz Sand Saref, przyjaciółkę Spirita z dzieciństwa, działającą w tym sektorze, gdzie już prawo nie sięga. Nie czytałem jeszcze komiksów Eisnera, tak się wymądrzam. Miller szybko wprowadza kolejne postaci, i nie wiadomo tak naprawdę o co chodzi. Ktoś dostaje kulkę, ktoś strzela, ktoś nie strzela, ktoś targa jakieś pudła. Jest to punkt wyjścia do fabuły, w której dalej nie wiadomo do końca o co chodzi. Spirit też nie wie, stara się dociec, dowiaduje się z czasem czego dotyczy sprawa. Niestety, do końca filmu Miller nie wyjaśnia skąd te parę osób na początku nagle znalazło się w jednym miejscu, dlaczego ktoś był pod wodą a ktoś strzelał, i po cholerę kropnięto facia co wmieszał się nagle w sytuację.

Miller nie panuje nad fabułą. Na początku za bardzo miesza wątki, a zamiast je wyjaśnić woli dać nudnawą retrospekcję o dzieciństwie głównego bohatera i uczuciu jakim darzy Saref. A potem wraca do tych fleszbeków kilkakrotnie. Jest więc na przemian bełkot z nudą.

Co innego strona wizualna - tu Miller w szczwany sposób jedzie znaną już konwencją, rozmytymi kolorami z przewagą czerni i bieli oraz okazjonalną kontrastującą czerwienią. Ładnie wyglądają początkowe scenki jak Spirit odbiera telefon a potem biega po dachach. Miałem wrażenie że Frank ekranizuje po prostu swoje Batmany i Daredevile - nikt mu nie zaproponował ich realizacji, więc wrzuca swoje ulubione motywy do Spirita. A potem jest strzelanina i nudne retrospekcje, i to dalej ładnie wygląda ale lekko męczy.

Męczą nudne dialogi, nadęcie main herosa, pompatyczne gadki. Jestem to jednak w stanie Millerowi wybaczyć - w końcu to ekranizacja komiksu z lat 40-tych, więc jest to wpisane w konwencję. Facio grający Spirita jest troszkę jak Adam West w starym "Batmanie". Zakładam że te dialogi trącą mychą bo tak miało być, tylko że w filmie się to średnio sprawdza. Cartoonowe zagrywki rodem z "Toma i Jerry'ego" czy slapstickowe zacięcie też jest w klimacie epoki i nawet bawi, ale drewniane gadki już nie. Jestem jednak w stanie to wybaczyć. Bełkotliwej i pozbawionej rytmu narracji już nie.

"Spirit" to jednak nie nudny bełkot i ładne obrazki. Film ma jeszcze jedną wielką (a w zasadzie główną) zaletę, a imię jej Samuel L. Jackson. Octopus grany przez typa jest groteskowo przegięty, ale i zabawny. Rzuca soczyste teksty, ma poronione pomysły, otacza się skretyniałymi klonami oraz zmanierowaną pomocnicą villaina w osobie bombowej Scarlett Johansson. Nie wiadomo co prawda dlaczego jest zły, ani co doprowadziło do tej wspominanej początkowej sceny z pudłami pod wodą, ale who cares? Samuel to firma. Dla sceny, do której nawiązuję w tytule posta, warto obejrzeć cały ten film. Taki jest dobry. Samuel. Nie film.

Na koniec doczepię się jeszcze do jednej rzeczy. O ile konwencja retro kapitalnie się sprawdza przy ekranizacji komiksu z przed 60 lat, o tyle słabą rzeczą jest brak konsekwencji w trzymaniu konwencji. Telefony komórkowe, współczesne kamery - powoduje to lekki zgrzyt. Ja wiem, że z komórkami łatwiej było pchać fabułę do przodu, ale zamiast pokazywać bohaterowi nagranie video z nowoczesnej komórki, można było mu pokazać wycinek z gazety. I też by grało. Miller poszedł na skróty.

Wypad do kina jednak uważam za udany. Strona wizualna na domowym ekranie wypadnie na pewno blado. Poza tym Miller nawiązuje do "Sin City" i Batmanów, odpowiedzialny za tłumaczenie Kamil Śmiałkowski mruga okiem nawiązując do komiksów Wróblewskiego, i ogólnie jest fajnie, tylko trzeba być przygotowany na oldskulowość przerabianego tematu, łącznie z jego całą naiwnością i momentami też głupkowatością. Było nawet fajnie, ale nie każdy zdzierży, bo odfiltrowanie dłużyzn, retrospekcji i innych mniej fajnych ciekawostek może okazać się wyzwaniem.

środa, 7 stycznia 2009

Jaki jest kod na nieśmiertelność w Doomie?

Miałem napisać dwa słowa o zapowiadanych premierach z Kultury, podzielić się refleksjami z lektury Originalsów, ale dziś na warsztat wezmę coś innego.

Tak się dziwnie składa że pytanie z tytułu posta zadawałem niejednej osobie, i reakcję mogę podzielić na dwa typy. Pukanie w głowę i zastanawianie się co znów ze mną nie tak, i szybką recytację.

To teraz jeszcze raz, poważnie: jaki jest ten kod?

Mało kto, z osób co w pierwszej połowie lat 90-tych miał styczność z pecetowymi grami, nie jest w stanie przypomnieć sobie skrótu IDDQD. Kod na mapę to bodajże było IDBAHOLDA. IDKFA to broń, bodajżę też zbroja i zdruffko. Wychodzi na to, że osoby urodzone do 82-giego kumają to bez problemu, ale już młodsze niekoniecznie. Te nieco starsze prawdopodobnie nie zapomną kodu aż do późnej starości. Nie ważne czy będą jeszcze w Dooma grać, czy wogóle grają jeszcze w gry.

Przykład - pytanie padło na imprezie z okazji któregoś WSK. W momencie gdy część ekipy powiedziała że no pewnie, wiadomo i że banał, to druga (młodsza) pytałą o co wogóle kaman?

Nie wiem na czym polega ten fenomen. Może na prostocie hasła, może na tym że wtedy niemal KAŻDY grał w Dooma, i niemal każdy miał ochotę poswawolić na najwyższym poziomie trudności z nieśmiertelnością i włączonym berserk mode? Albo z piłą? Nie wiem. Sprawa jest dla medioznawców, bo to dla mnie pewien fenomen - nie ma żadnych 'chwila moment, daj mi się zastanowić', pytań typu 'ale dlaczego Doom?', wie się albo nie, zwykle od razu słyszę te pięć magicznych liter. Może to jakiś podpróg, sygnał od kosmitów, albo echa umierających na zatopionej Atlantydzie? Nie wiem. Będę miał może dziś okazję porozmawiać z jednym ludologiem (wbrew pozorom to nie specjaliści od ludu czy ludzi, ale od gier), może ma na to odpowiedź.

IDDQD ocisnęło się jakoś w dziwny sposób na kulturze popularnej. Zwłaszcza oczywiście na grach, w różny sposób - kod powtarza się od lat w innych produkcjach, czasem działając analogicznie, a czasem zabijając gracza. W Australii jest formacja muzyczna o właśnie takiej nazwie. Ostatnio widziałem te magiczne litery w reklamie jakiejś gry RPG komputerowej, online czy czegoś, na stylizowanej na D&D karcie postaci w rubryczce 'hitpoints'. Uważne osoby pewnie wyłapują to co jakis czas, na pewno tego jest duużo więcej. Tak samo jak niezliczone są rzesze osób, które znają ten kod.

I stąd moja finałowa refleksja, mało świeża może, indagowani przeze mnie ziomale ją znają.

Jesteśmy Pokoleniem IDDQD.



Pod skryptem: jacyś chętni na zrobienie serii tiszertów z takim własnie napisem na klacie? Zbieram się już ze 2 lata, ale jak będzie team, to może się w koncu zmobilizuję.