Krótko na początek, co by było wiadomo: Snyder nie sprofanował jednego z najlepszych komiksów wszechczasów.
Ekranizacja "Strażników" jest tak wierna, że momentami aż boli (ale o tym później). Załapała się większość wątków, nawety tych nieco mniej istotnych, Snyder nieco przyciął, coś dodał. W efekcie mamy jedną z najwierniejszych ekranizacji komiksu ever, jak i bezsprzecznie najlepszą ekranizację dzieła Moore'a. Kropka.
Zmiany, choć niewielkie, sporo fajnego dają. Na przykład przejazd przez scny z albumu historii Łoczmenów, które można oglądać w trakcie początkowej listy płac - fajny przejazd przez losy trykociarzy, z alternatywną historią USA w tle. Fajne są wtręty, jak np walka Jupiter i Puchacza w trakcie telewizyjnego wywiadu Manhattana, nie pamiętam tego z komiksu. Ot, normalne pary na pierwszej niezobowiązującej randce idą na kawę, co by powspominać dawne czasy, a ta dwójka poszła w ciemną alejkę i przypomniała sobie starą znajomość łomocząc paru łobuzów. Co ciekasze - gości wystylizowanych na komiksowych topknotów. Pokłon dla Moore'a na klęczkach. Jeden z wielu. Fajne są nawiązania do np JFK i Dallas, fajne też jest zasugerowanie przez Komedianta że to on stoi za tuszowaniem sprawy Watergate, która przecież w świecie Łoczmenów nie wypłynęła, i dzięki temu ciągle rządzi Nixon. Było coś o tym w komiksie, ale chyba podano to inaczej. Fajna też jest zmiana finału, któa wychodzi na plus. Nie jest tak absurdalnie komiksowa jak u Moore'a, za to scenarzyści nie kombinowali, ale zagrali komiksem. Sczwanie zresztą bardzo. Wielki ukłon dla Haytera, którego uwielbiam za bycie głosem Snake'a z MGS, za zrobienie te parę lat temu skryptu już wtedy uznanego za jedną z najwierniejszych adaptacji komiksu. Po przejściu przez trzech bodajże reżyserów i kolejne studia facet spasował, nie chciało mu się już o jego scenar walczyć. Jednak oparto się w końcu na lekko chyba tylko zmodyfikowanej wersji jego scenariusza (z jakimś współudziałem). I za to siekierka Snyderowi, że wiedział co brać.
Siekierka Snydereowi też za wierność graficzną wobec komiksu. Część ujęć to po prostu wyjęte z komiksu i wprawione w ruch kadry oryginału. Biorąc pod uwagę cały ten strażnikowy mrok (ten dosłowny i w przenośni), wydawało mi się to momentami zbyt kolorowe (a Manhattan zbyt świecący), ale to szczegóły. Podobnie szczegółem jest groteskowo przerysowane warczene Rorschacha z pod maski. Wszystko to jednak jest sprawnie opowiedziane, acz momentami za bardzo przegadane, w efekcie wprowadzenie efekciarskich mordobić wychodzi filmowi tylko na plus, jako sceny wytchnienia od przeciągającej się intrygi. Film nie poszedł w akcję, ale pare klepanek (więzienie, uliczka, zabójstwo Komedianta) jest zrealizowanych naprawdę świetnie, z lekko matrixowym sznytem, oraz znanymi z 300 zwolnieniami i przyspieszeniami akcji w czasie walki. Fajnie. Scenografię - jak wiadomo od dawna - odtwzorowano pieczołowicie, podobnie jak wszystkie pierdoły - bazgroły na ścianach, wszędobylskie logo Gunga Dinner, bzdety na półkach u Nocnego Puchacza I, czy latające zeppeliny. Jeśli o coś mam do Snydera żal, to o zmarnowanie genialnych, filmowych przejść pomiędzy scenami, które w komiksie stosował Moore, na przykład tych ze scen pogrzebu. Przypominam że wtedy w kadrze na końcu strony było zbliżenie na twarz postaci, po czym nastęna strona - ta sama twarz, inne tło, inna scena, retrospektywa ze wspomnieniem. Taki sam powrót. Snyder zrobił to dużo banalniej. A, no jeszcze jedna rzecz - przy tym z lekka zmienionym finale panowie nie do końca czuli chyba kiedy/jak zakończyć. Ale tylko trochę.
Znakomicie sprawdzili się aktorzy. Puchacz junior wyszedł na pipkę, ale przecież to taka postać. Szkoda że mdło (wręcz cichopkowato) wypadła młoda Jupiter. Rewelacyjnie wyszedł Komediant, niczym starszy brat Roberta Downeya Jr, kapitalny też jest Rorschach. W sumie jest jak w komiksie - nie ciągną się tylko sceny z Rorschachem, to psychopata, ale niesamowicie charyzmatyczny dzięki swojej bezkompromisowości. Ozymandiasz wyszedł odpowiednio wyniośle. I tylko to harczenie Rorschacha jakoś nie tak... No włacha, Rorschach... Pan Jackie Earle Haley musiał się masochistycznie wręcz naoglądać Brudnych Harrych przed zdjęciami, bo męcząc podejrzanych cedzi jak Eastwood.
Że efekty dobre - wiadomo. Że wizualnie dobrze - wiadomo. Że stroje kiczowate - wiadomo, ale w końcu też o to chodziło. Muzyka całkiem fajnie dobrana, acz nie do końca udało się zrobić atmosferę lat 80-tych, kawałki są w większości z dekad 60-70. No ale miało być z deka retro. Fajnie pociągnięty motyw romansu Jupiter i Dreiberta - samo rozwiązanie że pykani idzie im dopiero jak poszaleją w trykotach było już w komiksie. Ciekawy pomysł na grę wstępną. Do tego dodano fajną scenę (nie upieram się - nie pamiętam) z mordobiciem w trakcie wywiadu.
No i jest, świetna ekranizacja, niesamowicie wierna i wogóle. Czy jest to jednak dobry film? Do cholery jasnej, pojęcia nie mam! Komiks czytałem tyle razy, że fabuła, która jest główną siłą "Strażników", była dla mnie oczywistą oczywistością. Oglądałem to wszystko zupełnie beznamiętnie. Zamiast się bawić, jak to w kinie, to tylko fanbojsko badałem jak to się ma do oryginału. Fani jednak mogą być spokojni, nie sprofanowano ich ulubieńca. Tylko że podobnie jak ja, i podobnie jak w trakcie "Sin City" czy "300", lekko się wynudzą. W końcu to znamy. Jedyne co pozostaje to tępo patrzeć na ładne ruchome obrazki, bo historia jest przecież już dobrze znana.
I tu czas na dywagacje takie obok filmu. Dla kogo są takie ekranizacje? Dla fanów? Dobrze to znają, wynudzą się. Dla fanbojów? Jeszcze lepiej znają, też się wynudzą, ale docenią kunszt i nie będą grozić twórcom samosądem. Dla osób z poza klimatu komiksowego? Te w większości odstraszą plakaty i trailery, sugerujące że to nie czarny kryminał z trykociarzami a kolejny przytępawy film akcji.
Adaptacje - jak tłumaczenia - ponoć są jak kobiety, albo są wierne, albo piękne. Te wierne są dobre chyba tylko w przypadku lektur, dla leniwej młodzieży szkolnej. Ja zawsze wolałem te autorskie, odchodzące od oryginału, które nie zamęczą mnie powtarzaniem znanej już historii. Jak Sztybor z nieszczęsnym żartem o krześle. "Dr Strangelove", podobno znakomity film, odbił mi się czkawką, bo Kubrick zrobił adaptację (skądiną fajnej) książki niemal idealną. To już wolę "Diunę", gdzie Lynch zaszalał ze światem. Od pierwszego "Hellboya" wolę kontynuację, gdzie w oparciu o świat, nakreślono fabułę oderwaną od historii już opowiedzianych w komiksie.
"Strażnicy" to adptacja wierna. Fani obejrzą, docenią, i się nie ubawią. Ale docenią. To taka fanaberia reżysera-fana, który przeczytał i stwierdził że chce koniecznie przenieść to na język filmu. Tylko że się nie da, bo to zupełnie inne języki, tylko częściowo do siebie przystające. Moore zaszalał z przejściami scen, z kompozycją plansz, czy całych rozdziałów. Mistrzostwem jest rozdział bodajże czwarty, "Fearful Symetry", ten o Rorschachu, gdzie plansze (kolorystycznie) są symetryczne w pionie, poziomie i po skosach. Gdzie same plansze są symetryczne według środka rozdziału - pierwsza z ostatnią, przedostatnia z drugą, itd. Tego się po prostu nie da zrobić w kinie. Tak jak dodanie "Czarnej Galery" wydłużyło by film do prawie czterech godzin zapewne. I trudno by było przeplatać fabułę animowanymi wstawkami, bo by to ciążyło za bardzo w stronę teledysków z okresu wczesnego MTV. I tak samo nierealnym już zupełnie jest (poza wkładką papierową do wydania DVD) wkomponowanie w film dodatków z końca rozdziałów - teczki Rorschacha, przynudzenia Niteowla o ptaszyskach, czy fragmentów z "Under the Hood".
Pointy będą dwie. Albo i trzy. Olaboga.
Chociaż to dobra adaptacja, to potwierdza rację Moore'a, twierdzącego że nie ma sensu adaptowanie jego dzieł, pisanych innym jęzkiem, bo się je zubaża. To raz.
Dwa - wierne adaptowanie, dla mnie, jako dla fana jest zbędne. Rodriguez udowodnił już że się da przełożyć stronę wizualną, eksperyment się udał i starczy. Snyder uważa to za jakąś drogę. I powtarza raz za razem już udany eksperyment. Wolę już jak twórca narazi się na oskarżenia o herezję, i pozmienia coś w treści dzieła uznawanego za kultowe. Może z tego wyjść coś innego. Może nie tak dobrego, ale oryginalnego.
Snyder nie ma takich ambicji. Dla mnie to szkoda.
Dla medium jako takiego - to akurat dobre. Bo pokazano świetną fabułę, udowadniając że superhirosi to nie tylko napieprzanka i bzdury dla 12-latków. I że są też komiksy z głębią. W sumie nie pokazano nic, czego by nie wiedziano od roku 1986, ale pewnie dzięki temu filmowi dowie się o tym dużo więcej ludzi, a nie tylko komiksowe getto. Ale Wy nie oczekujcie raczej niespodzianki. Po prostu świetne rzemiosło.
Acz ja dalej nie mam pojęcia, czy "Strażnicy" to dobry film.
Pod skryptem: na IMDB w łoczmenowej trivii wygrzebałem info że Rorschach i Ozymandiasz to geje. Że nie jest tak powiedziane, ale jest zasugerowane. Ktoś wie gdzie? Ja wiem że Moore w każdy swój komiks wrzuca kogoś o odmiennej od ogółu tożsamości seksualnej, zwykle robi to jednak jawnie, i w "Strażnikach" jest to wspominana członkini pierwszego zgrupowania Minutemenów. Ale Ozzy i Rorsch? Pierwszy wydaje mi się być zupełnie ponad kwestie typu płeć, cielesność, przyziemne pragnienia. On ma wyższe cele. Rudy mściciel natomiast to mizoginista, oczywiście, matka mu traumę zafundowała. Ale jego system wartości wyraźnie kłóci mi się z takim punktem widzenia. Gdyby R zlikwidował wszystkich dilerów, ćpunów, prostytutki i alfonsów, to pewnie by się zabrał właśnie za homoseksualistów. Ponawiam pytanie - ktoś pamięta sugerujące to motywy? Czy sobie jakiś IMDB-owy nadinterpretator dopisał?