Dobre komiksy, złe filmy, dobre gry, zła muzyka, dobre filmy, złe komiksy, dobra muzyka, złe gry, kumoterstwo i chwalenie znajomych, samochwalstwo a na dodatek spora ilość skisłej żółci.
Zabierając się do tego albumu miałem spore oczekiwania - poznać historię dzisiejszej mangii, jej rodzaje, nurty, i szkoły rysowania niby tak samo wyglądających w tysiącach serii postaci. Częściowo spełniono moje oczekiwania, ale nie te, które wydawały mi się najistotniejsze.
Pierwsze wrażenie - óóberpozytyw. PWN stanęło na wysokości zadania, i wydało nie broszurkę dla popiskujących 14latek, a Album przez duże A. Gruba oprawa, grubaśny papier, dużo grafiki, wtop nie wypatrzyłem. Chciało by się, by ekskluzywne albumy Egmontu (często i tak droższe), były wydawane właśnie w ten sposób. Owszem, były grafiki, gdzie się pixele rozlały, ale to przypadki odosobnione, natomiast kreska "Opowieści Szeherezady" jest ząbkowana od początku do końca albumu. Owszem, momentami w albumie o mandze siada czerń, ale to czasem i mało i w tekście. Całość na tym mało cierpi.
Gorzej ze stroną merytoryczną. Autorka leci sobie historycznie po sztukach plastycznych Japonii od epoki feudalnej do chwili obecnej, i jak sugeruje tytuł - historia w tym albumie dominuje. Zaprezentowane są nowe nurty, znaczenie drzeworytów, ukiyo-e, nowe motywy, wątki mitologiczne, społeczne, zwoje z sekwencyjnymi opowieściami, które były praprzodkami mangi.
Gdzieś w połowie albumu feudalizm przechodzi przez restaurację meiji (karykatury, taka już-już-prawie-manga), potem wojna, i dochodzimy do Tezuki Osamu. Nie przeczę - własny rozdział mu się należy, tylko że potem zostaje jakoś 1/3, 1/4 tomiszcza na omówienie wszystkiego tego co działo się w mandze przez ostatnie 50 lat.
Może za mało wiem o mandze, ale zdawkowe wspomnienie o "Akirze" (o ile jakiekolwiek było) i pominięcie "Ghost in the Shell", to dla mnie lekki zgrzyt. Ale to może taka moja fanbojska jazda. Inna sprawa że autorka nieco miejsca poświęciła mandze dla nastoletnich dziewcząt (nawet sporo), ociupinkę gekidze, czyli poważnej mandze dla dorosłych, ale np. japońską fascynację mechami które niszczą otoczenie w walkach między sobą tylko zasygnalizowała pisząc o mangach z lat 50-tych, i umieszczając zdawkowe info pod okładką "Evangelliona". Prawdopodobnie dla autorki nie istnieje też wogóle coś takiego jak manga cyberpunkowa - nie wyhaczyłem żadnych wzmianek o kwitnącym w japońii i rozwijającym się coraz bardziej od zarania mangi onanistycznym technofilstwie. Jest natomiast coś o "Death Note", autorka wspomina o co cho, ale w żaden sensowny sposób nie tłumaczy dlaczego to tak ważne dzieło, że premierę tej mangi odnotowała nawet w znajdującym się na końcu albumu kalendarium. Nic o pokemanii. Przynajmniej "Dragon Ball" i "Naruto" są.
Fajnym bonusem są wieńczące dzieło wywiady ze znanymi autorami. No i tu już porażka na całej linii, udowadniająca że średni pisaż i może nawet dobry akademik w jednej osobie może także być marnym dziennikarzem. Czy może właściwie dyskutantem. W rozmowie z uznanymi twórcami pada pytanie "czy manga może być sztuką?" Noż kurza twarz, cholera jasna, przecież to album który właśnie przedstawia 1000-letnią klasyczną tradycję stojącą za mangami, baba stara się udowodnić szeroką rozpiętość gatunkową i artystyczną mang, i na koniec strzela sobie w stopę bzdurnym pytaniem, na które sama starała się odpowiedzieć przez poprzednie 200 stron... Poza tym banał goni banał, jak w wywiadzie z Taniguchim, gdzie pytania bywają dłuższe od odpowiedzi, albo takie kwiatki: Czy dziwi pana wielka popularność Pańskich mang w Europie? Tak, dziwi mnie wielka popularność moich mang w Europie. A co miał kurde powiedzieć, że sprzedaż go tak naprawdę lekko zawiodła??? Albo pytanie o plany na przyszłość: mam parę pomysłów, nad jednym projektem zacząłem pracę, ale nie wiem kiedy coś z tego wyniknie, bo plepleple. Znaczy się kurtuazja, zero konkretów. Pytania i odpowiedzi nic nie wnoszące, w redakcji do wycięcia. Ale wtedy została by tych rozmów mniej niż połowa. Puste dosyć rozmowy, szkoda. A koniec końca zakończenia to słowniczek-przypisy, dotyczący słów japońskich. Słowa te w tekście są opatrzone gwiazdką. Dzięki temu wiadomo, że w słowniczku można o tych słowach przeczytać to samo, co w tekście, w którym są też wytłumaczone. Ale ke???
Podsumowanie - to nie jest zły album. To jest niezły album, o ile nastawić się bardziej na historię, niż na samą mangę. Fajnie pokazuje wpływy dzieł z przed wieków na współczesnych twórców, acz nie pokazuje co dziś w trawie piszczy. Zawiodłem się, bo liczyłem bardziej na coś w stylu "Komiks - sztuka przerysowana" Szyłaka, znaczy się podział dzieła na fragmenty opisujące oddzielne epoki, nurty, wpływy, itd, i że sama prehistoria mangi to też jak u Szyłaka będzie jeden rozdział. Zamiast tego większość zbioru stanowi epoka pre-mangowa, a z działu dotyczącego mangi po roku 50-tym dowiedziałem się głównie, że dużą popularnością cieszą się mangi o historii europy i o tańcu. Hm. No super. Wyszło w sumie że to uzupełnienie do przekrojowego albumu o dzisiejszej mandze, którego się jeszcze w Polsce nie doczekaliśmy.
Podsumowując podsumowanie - to jest bardziej o historii, niż o samej mandze. Ale dzięki wydaniu i tak wygląda dobrze na półce. Acz kosztuje zbyt dużo, by być ozdobnikiem. Jednak fragment historyczny jest dość ciekawy. Czujcie się ostrzeżeni.
Zombie Cop - zagraniczny debiut Szymona Kudrańskiego. Wróć. Poprawka. Wcale nie debiut. Piwo dla Macieja. Wracam do tematu. W sumie samograj - gnijący glina nie poddaje się po śmierci, i chce doprowadzić do końca pewną sprawę. Dobry pretekst do radosnego gore, niestety panu Jeffowi Mariotte zamarzyła się fabuła kryminalna. Trudno taki temat traktować z powagą, ale Mariotte dał radę. Jak nie ma akcji to jest nudnawo, dialogi smęcą, rozwiązanie jest banalne. Boli brak poczucia humoru, groteskowy pomysł to za mało na pociągnięcie historii. Przynajmniej jak bohaterowie wygadują takie smęty. Jeśli warto ten komiks przeczytać, to raczej dla grafiki. Da się czepnąć co prawda (i to mocno) do rysunku, ale za to obsługa Photoshopa idzie Kurdańskiemu gładko. Fajne kolory, dość kwasiarskie, może dla niektórych zbyt pstrokate, ale do gliniarza zombie zjadającego przestępców pasują dobrze. Fajne zabawy warstwami przy pozbawionych koloru retrospekcjach, wtedy jednak na pierwszy plan wychodzi wspomniany rysunek. Który mnie nie przekonał. Ale kwasiarskie kolory jak najbardziej. Czy warto jednak kupować? Dla mnie raczej to ciekawostka pod tytułem 'nasi wydają na Zachodzie', trzymam jednak za Kudrańskiego kciuki. Może w jego kolejnym komiksie bohaterom nie będą odrastały wcześniej urwane palce. Powodzenia.
Nail - znowu Zombie, ale tym razem niejaki Rob - jako współautor. Prosta historia w duchu starych slaszerów, podstarzały wrestler robiący sobie z rodziną zapaśnicze tournee wewnątrz kampingobusa trafia na harlejowców z piekła rodem. I to by było na tyle. Rob Zombie i Steven Niles nie wznieśli się ponad poziom ostatniego filmu Roba, czyli rimejku "Helloween" - ani to graficznie olśniewa, ani fabularnie, było takich historii na pęczki. Szkoda, Zombiego stać na dużo więcej. Nawet okładki Biza nie pomogły...
Civil War - jeśli Marvel ma dalej jechać eventami, to ja poproszę właśnie takie, ale też konsekwentnie kontynuowane. Jeśli ktoś nie wie - społeczeństwo ma dość zamaskowanych, nietykalnych dla prawa superherosów. Jak któryś coś spieprzy to powinien być pociągnięty do odpowiedzialności. W efekcie wprowadzony zostaje dokument, zmuszający herosów do zaprzestania działalności, lub oficjalnej rejestracji danych osobowych i współpracy z rządem. Kapitan Ameryka (co mnie zaskoczyło) staje w obronie wolności jednostki, która w ten sposób zostaje ograniczona, po stronie rządu staje Iron Man. Niby pomysł nie jest świeży (puk puk, czy są tu jacyś Strażnicy???), ale za to został reanimowany w odpowiednim czasie. Echa zezwalającego w stanach na inwigilację Patriot Act, Guantanamo i obozów internowania (bo niby gdzie trafiają złapani niepokorni?), zmęczenie bushowskim polowaniem na terrorystów, wszystko to jest właśnie w tym komiksie. I to fajne, że fobie świata rzeczywistego przenikają na strony komiksu, który nie jest odrealnioną, abstrakcyjną rozrywką, tylko zadaje trudne pytanie o granicę wolności. Fajnie że jest główna seria, która nie ogranicza się do 7 zeszytów czy trejda - Wojna Domowa ma wpływ na wszystkie równoległe serie, i tenże wpływ nie skończył się z końcem tej miniserii. Szkoda natomiast że zamiast rozwijać wspomniane kwestie żeby pokazać nową rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć, okazało się że ziemię najeżdżają kosmici. Czyli znowu totalny eskapizm, któremu ja mówię NIE. Ale Civil War to kawał dobrej i porządnie rysowanej pulpy.
Earth X - no to już gruby kaliber jest. Alex Ross na użytek Wizarda robił rysunki superherosów ze świata Marvela w wariancie '20 lat później' - duże brzuchy, piwo w łapie, rodzina, łysinka, te sprawy. Pomysł wyewolułował właśnie w Ziemię X - alternatywną przyszłość universum. 12 zeszytów + prolog i epilog pokazują kapitalną wizję tego kreowanego wcześniej wszechświata, pochodzenie supermocy, skąd się biorą na Ziemi bogowie, co obserwują Obserwatorzy, czy kim(czym?) są Celestialsi. I to wszystko się trzyma kupy. W kategoriach superbohaterskich oczywiście. Wnosi epickość superhirołzów na nowy poziom. I wciąga. Kapitan Ameryka to zmęczony wojownik, który nie chce się poddać, choć wie że jego wojna dawno się skończyła. Ale walczy. Nie ma dla kogo, bo nie ma już jego Ameryki i jego wartości, ale walczy dalej, niczym antyczny heros w todze z amerykańskiej flagi. Spiderman ma problemy z samym sobą, kryzys wieku średniego i zatracił poczucie własnej wartości. Reed Richards przechadza się w stroju Doktora Dooma po jego mrocznym zamczysku, dokonująć psychicznego samobiczowania za to co dzieje się na ziemi. Daredevil nie żyje. Podobnie Human Torch. Sporo bohaterów zginęło, zaginęło, albo zupełnie się zmieniło. Tymczasem Ziemia staje przed największym wyzwaniem, odkąd została uformowana. Intryga kapitalnie się zagęszcza, każdy kolejny rozdział zaczyna się od streszczenia przejść kolejnego z bohaterów dramatu, by do swojego końca ukazywać historię głównie z jego perspektywy. Efekt to komiks ciężkawy, gęsty od nawiązań, skierowany raczej do smakoszy zabawy konwencją superkolesi, jak sobie go sprawię to pewnie będzie stał gdzieś pomiędzy Marvelsami a Kingdom Come. Jedna wada - Ross tylko współpisał scenariusz, projektował bohaterów i malował okładki. Mroczna warstwa graficzna daleka jest od jego finezji. Ale i tak warto. Nie wiem jak się mają kolejne tomy cyklu - Universe X i Paradise X, ale nie odmówię sobie sprawdzenia tego.
A w następnym poście chyba zszargam pewne świętości. HA!
Nie wiem od czego zacząć. Film wywołał u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony robi wrażenie stroną wizualną, będącą niestety momentami kalką "Sin City", co w sumie mnie nie dziwi, bo przy realizacji innych filmów Miller nie uczestniczył, i wykorzystuje podpatrzone metody. Z drugiej strony - kuleje tu rwana i nieczytelna narracja, gubiąca tempo, łapiąca je dopiero jakoś po połowie filmu.
Najpierw akapit dla tych co nie wiedzą o co kaman.
"Spirit - Duch Miasta" to drugi film w reżyserii Franka Millera, geniusza komiksu, współautora wspomnianego "Sin City", autora komiksowego pierwowzoru zarówno tego dzieła, jak i "300". "Spirit" natomiast jest ekranizacją komiksu Willa Eisnera, nieżyjącego już klasyka komiksu z za Wielkiej Wody. To opowieść z lat 40-tych o zamaskowanym detektywie, który broni Central City przed przestępczością. Fedora, płaszcz, czerwony krawat. Żadne tam symbole na klacie, peleryny i battarangi. Miał tylko czarnego sidekicka, którego potem Eisnerowi wytykano jako szerzącego stereotypy o afro-amerykanach, na przemian ze stwierdzeniami że postać dla samej afro-społeczności kontrowersyjna nie była, bo poza samym sposobem narysowania i mówienia nie była ukazana w sposób rasistowski.
Millerowi jednak sidekick nie grał i z niego zrezygnował. Zaprezentował natomiast samo miasto, Spirita, jego arcywrogaOctopusa, oraz Sand Saref, przyjaciółkę Spirita z dzieciństwa, działającą w tym sektorze, gdzie już prawo nie sięga. Nie czytałem jeszcze komiksów Eisnera, tak się wymądrzam. Miller szybko wprowadza kolejne postaci, i nie wiadomo tak naprawdę o co chodzi. Ktoś dostaje kulkę, ktoś strzela, ktoś nie strzela, ktoś targa jakieś pudła. Jest to punkt wyjścia do fabuły, w której dalej nie wiadomo do końca o co chodzi. Spirit też nie wie, stara się dociec, dowiaduje się z czasem czego dotyczy sprawa. Niestety, do końca filmu Miller nie wyjaśnia skąd te parę osób na początku nagle znalazło się w jednym miejscu, dlaczego ktoś był pod wodą a ktoś strzelał, i po cholerę kropnięto facia co wmieszał się nagle w sytuację.
Miller nie panuje nad fabułą. Na początku za bardzo miesza wątki, a zamiast je wyjaśnić woli dać nudnawą retrospekcję o dzieciństwie głównego bohatera i uczuciu jakim darzy Saref. A potem wraca do tych fleszbeków kilkakrotnie. Jest więc na przemian bełkot z nudą.
Co innego strona wizualna - tu Miller w szczwany sposób jedzie znaną już konwencją, rozmytymi kolorami z przewagą czerni i bieli oraz okazjonalną kontrastującą czerwienią. Ładnie wyglądają początkowe scenki jak Spirit odbiera telefon a potem biega po dachach. Miałem wrażenie że Frank ekranizuje po prostu swoje Batmany i Daredevile - nikt mu nie zaproponował ich realizacji, więc wrzuca swoje ulubione motywy do Spirita. A potem jest strzelanina i nudne retrospekcje, i to dalej ładnie wygląda ale lekko męczy.
Męczą nudne dialogi, nadęcie main herosa, pompatyczne gadki. Jestem to jednak w stanie Millerowi wybaczyć - w końcu to ekranizacja komiksu z lat 40-tych, więc jest to wpisane w konwencję. Facio grający Spirita jest troszkę jak Adam West w starym "Batmanie". Zakładam że te dialogi trącą mychą bo tak miało być, tylko że w filmie się to średnio sprawdza. Cartoonowe zagrywki rodem z "Toma i Jerry'ego" czy slapstickowe zacięcie też jest w klimacie epoki i nawet bawi, ale drewniane gadki już nie. Jestem jednak w stanie to wybaczyć. Bełkotliwej i pozbawionej rytmu narracji już nie.
"Spirit" to jednak nie nudny bełkot i ładne obrazki. Film ma jeszcze jedną wielką (a w zasadzie główną) zaletę, a imię jej Samuel L. Jackson. Octopus grany przez typa jest groteskowo przegięty, ale i zabawny. Rzuca soczyste teksty, ma poronione pomysły, otacza się skretyniałymi klonami oraz zmanierowaną pomocnicą villaina w osobie bombowej Scarlett Johansson. Nie wiadomo co prawda dlaczego jest zły, ani co doprowadziło do tej wspominanej początkowej sceny z pudłami pod wodą, ale who cares? Samuel to firma. Dla sceny, do której nawiązuję w tytule posta, warto obejrzeć cały ten film. Taki jest dobry. Samuel. Nie film.
Na koniec doczepię się jeszcze do jednej rzeczy. O ile konwencja retro kapitalnie się sprawdza przy ekranizacji komiksu z przed 60 lat, o tyle słabą rzeczą jest brak konsekwencji w trzymaniu konwencji. Telefony komórkowe, współczesne kamery - powoduje to lekki zgrzyt. Ja wiem, że z komórkami łatwiej było pchać fabułę do przodu, ale zamiast pokazywać bohaterowi nagranie video z nowoczesnej komórki, można było mu pokazać wycinek z gazety. I też by grało. Miller poszedł na skróty.
Wypad do kina jednak uważam za udany. Strona wizualna na domowym ekranie wypadnie na pewno blado. Poza tym Miller nawiązuje do "Sin City" i Batmanów, odpowiedzialny za tłumaczenie Kamil Śmiałkowski mruga okiem nawiązując do komiksów Wróblewskiego, i ogólnie jest fajnie, tylko trzeba być przygotowany na oldskulowość przerabianego tematu, łącznie z jego całą naiwnością i momentami też głupkowatością. Było nawet fajnie, ale nie każdy zdzierży, bo odfiltrowanie dłużyzn, retrospekcji i innych mniej fajnych ciekawostek może okazać się wyzwaniem.
Miałem napisać dwa słowa o zapowiadanych premierach z Kultury, podzielić się refleksjami z lektury Originalsów, ale dziś na warsztat wezmę coś innego.
Tak się dziwnie składa że pytanie z tytułu posta zadawałem niejednej osobie, i reakcję mogę podzielić na dwa typy. Pukanie w głowę i zastanawianie się co znów ze mną nie tak, i szybką recytację.
To teraz jeszcze raz, poważnie: jaki jest ten kod?
Mało kto, z osób co w pierwszej połowie lat 90-tych miał styczność z pecetowymi grami, nie jest w stanie przypomnieć sobie skrótu IDDQD. Kod na mapę to bodajże było IDBAHOLDA. IDKFA to broń, bodajżę też zbroja i zdruffko. Wychodzi na to, że osoby urodzone do 82-giego kumają to bez problemu, ale już młodsze niekoniecznie. Te nieco starsze prawdopodobnie nie zapomną kodu aż do późnej starości. Nie ważne czy będą jeszcze w Dooma grać, czy wogóle grają jeszcze w gry.
Przykład - pytanie padło na imprezie z okazji któregoś WSK. W momencie gdy część ekipy powiedziała że no pewnie, wiadomo i że banał, to druga (młodsza) pytałą o co wogóle kaman?
Nie wiem na czym polega ten fenomen. Może na prostocie hasła, może na tym że wtedy niemal KAŻDY grał w Dooma, i niemal każdy miał ochotę poswawolić na najwyższym poziomie trudności z nieśmiertelnością i włączonym berserk mode? Albo z piłą? Nie wiem. Sprawa jest dla medioznawców, bo to dla mnie pewien fenomen - nie ma żadnych 'chwila moment, daj mi się zastanowić', pytań typu 'ale dlaczego Doom?', wie się albo nie, zwykle od razu słyszę te pięć magicznych liter. Może to jakiś podpróg, sygnał od kosmitów, albo echa umierających na zatopionej Atlantydzie? Nie wiem. Będę miał może dziś okazję porozmawiać z jednym ludologiem (wbrew pozorom to nie specjaliści od ludu czy ludzi, ale od gier), może ma na to odpowiedź.
IDDQD ocisnęło się jakoś w dziwny sposób na kulturze popularnej. Zwłaszcza oczywiście na grach, w różny sposób - kod powtarza się od lat w innych produkcjach, czasem działając analogicznie, a czasem zabijając gracza. W Australii jest formacja muzyczna o właśnie takiej nazwie. Ostatnio widziałem te magiczne litery w reklamie jakiejś gry RPG komputerowej, online czy czegoś, na stylizowanej na D&D karcie postaci w rubryczce 'hitpoints'. Uważne osoby pewnie wyłapują to co jakis czas, na pewno tego jest duużo więcej. Tak samo jak niezliczone są rzesze osób, które znają ten kod.
I stąd moja finałowa refleksja, mało świeża może, indagowani przeze mnie ziomale ją znają.
Jesteśmy Pokoleniem IDDQD.
Pod skryptem: jacyś chętni na zrobienie serii tiszertów z takim własnie napisem na klacie? Zbieram się już ze 2 lata, ale jak będzie team, to może się w koncu zmobilizuję.
Po pięciu dekadach kariery aktorskiej, Clint Eastwood postanowił złożyć swojego Colta Magnum w kasetce za szafą, i udać się na częściową emeryturę. I szkoda, i dobrze że właśnie teraz i w takim stylu. "Gran Torino" to prosta jak budowa cepa historia o walce z rzeczywistością, własnymi wadami i wewnętrznymi uprzedzeniami. Trochę jak "Milk". To też trochę opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany, ale niektóre rzeczy powinny pozostać takie jakie są.
Granego przez Eastwooda Walta Kowalskiego poznajemy w trakcie pogrzebu żony. Od razu widać i czuć, że papa Clint postanowił się pożegnać nie tylko z brylowaniem z drugiej strony kamery, ale także z kreowaną przez dekady postacią małomównego twardziela. To po trosze Bezimienny z filmów Leone (zwący się tak naprawdę Joe), po trosze Harry Callahan, po części też kolejne wersje tego samego typa - upierdliwy weteran ze "Wzgórza Złamanych Serc", czy podstarzały glina Pulovski z "Żółtodzioba". No dobra, to nie jest połączenie tych postaci, bo prawie każda z nich była tym samym Clintem, cedzącym twarde odzywki z za zębów, mrużącym oczy, pomrukującym. Taki też jest Walt, tylko że jest tym, co mogło wyjść z Harry'ego na starość - chamskim i wrednym wrzodem na dupie. Tu ciekawostka - plotka szła kiedyś, że Torino będzie ostatnią częścią cyklu o Callahanie. Poniekąd i jest. Bez względu na nazwisko postaci. Kowalski to konserwatysta, który nie jest w stanie przeboleć, że na jego osiedle wprowadzają się osobnicy odmienni od niego rasowo. Krótko mówiąc - Walt jest otwarcie wrogim do świata rasistą, barwnie rzucającym mięchem, w dodatku obdarzonym przez naturę jajami z tytanu.
Oczywiście coś się zmienia, i zbieg okoliczności sprawia że zaprzyjaźnia się z sąsiadującymi z nim Azjatami. Ich obecność prawie zastępuje mi stratę żony, a młody chłopak z sąsiedztwa to dla niego szansa na odpokutowanie grzechów z wojny w Korei, i zawalonych stosunków z własnymi synami i wnuczkami. Jest sielanka upstrzona humorem, dobrymi dialogami i soczystymi wiąchami na otaczających Kowalskiego emigrantów, do momentu gdy coś się chrzani...
Nie będę psuł zabawy. Od początku filmu w sumie (zgodnie z prawidłami Hitchcocka) widać do czego dąży ospale fabuła. Jak napisałem wcześniej - niezbyt wymyślna. Tym, co spaja ten film, jest sam Clint, po raz ostatni, momentami wręcz karykaturalnie, wcielający się w tą samą postać. Warczy, bluzga, parodiując samego siebie wodzi po łobuzach palcem jakby celował pistoletem. Jego burackie, rasistowskie odzywki, sprawiają że nie da się tak wrednego bydlaka nie polubić. W końcu to facet o sercu większym (jak się okazuje) niż wspomniane cohones. Eastwood bawi się rolą, postacią i samym sobą (jako reżyser), ale nie zapomina że mówi o Ameryce. I o zmianach. Kowalski nawet po śmierci żony nie pali w domu (jak zakładam, nawyk wpoiła mu małżonka). Strzyże się u tego samego fryzjera. Konsekwentnie nie chodzi do spowiedzi. Rozpamiętuje wojnę. Pozostaje sobą, ale zmienia się w końcu, zauważa że JEGO (w sensie Amerykanina polskiego pochodzenia) USA się zmieniło. To nie jest już tylko kraj, który zaludnili biali emigranci z Włoch, Irlandii czy Wschodniej Europy. To też kraj Latynosów i Azjatów, którzy nie mają mniejszego prawa do przebawania w nim niż on (choć sami jedni drugim każą spieprzać 'do siebie'). Śwat się zmienia. Zmienia się i Kowalski. Bo (banał sranał, ale i tak mnie ujął) na odkupienie nie jest nigdy za późno. Część rzeczy jednak się nie zmienia, tak jak Walt nie przestaje być upartym i wrednym typem. Tak samo zresztą na koniec odnosi się do starych samochodów - najlepsze są takie, jak je wyprodukowano. Bez ulepszeń. Bez udziwnień. Bez zmian. Idealne w swojej pierwotnej postaci.
Proste. Ujmujące. I z kapitalnym, harczącym (a także pokasłującym) Clintem.
Będzie mi tego dziada brakowało, choć - jak przypuszczam - na dalsze aktorstwo kondycja mu albo nie pozwala, albo niedługo mu granie może uniemożliwić. W końcu to dziarski, ale jednak 80-latek, co w "Gran Torino" widać dużo lepiej niż w "Za wszelką cenę". Na osłodę pozostaje fakt, że Clint nie cofa się z kinematografii, i dalej będzie reżyserowal filmy (a director z niego lepsiejszy dużo niż actor), zamykając rozdział aktorski w swoim życiu dziełem, które w przeliczeniu na wiek autora (ta, dupki w stanach robią takie statystyki) zarobiło najwięcej. Ja chcę jeszcze. Czas chyba retrospektywę jego starszych dzieł zrobić, od "Zagraj dla mnie Misty" poczynając...
Tyle dla osób co nie widziały.
Teraz akapit czy dwa dla tych, co już widzieli.
Clint pożegnał się z postacią w sposób może nie zaskakujący, ale w sumie konsekwentny i logiczny. Po raz pierwszy chyba tak mocno i wyraźnie odciął się od wcześniejszych działań wzorca osobowego, który stworzył na ekranie. Z pozą 'na Jezuska' to może i przegiął, ale motyw odkupienia i poświęcenia, to odejście od patentu, który jego postać miała przez parę dekad - magnum pod pachę, kulki w kieszeń i rozgromić sukinsynów - dosadne. W efekcie wychodzi przekaz 'nie dla przemocy'. W końcu ze swojej flinty też strzela tu tylko raz, i to przez przypadek. Ciekawy jest fakt, że Eastwood przez lata wspierał Partię Republikańską, ale w ostatnim czasie mówił o sobie jako o libertarianinie (czyli liberał-ekstremista). Może stąd mu się zmiana z wiekiem zrobiła, że nie mocarny stróż prawa, którego nie tylko grał, ale też reżyserował i wogóle, a ścieżka Dalai Lamy, bo przemoc rodzi tylko przemoc. Smutno to brzmi, ale Clint dosłownie zabił Brudnego Harry'ego.
Pod skryptem takie numer dwa. Geek corner. Dziwna analogia z "Tym Żółtym Draniem" mi się po seansie urodziła. Nie chodzi mi nawet o to, że tam Żółty Drań, a tu Azjaci. Nie. Sincitowy Hatrigan (prawie Callahan) to stary glina idący na emeryturę. Metody pracy Harry'ego, z gęby bliższy do Eastwooda niż do Willisa. Facet postanawia zaangażować się w swoją ostatnią sprawę. Uratować dziewczynę. 'An old man dies, a young woman lives. Fair trade'. No właśnie. I tak też robi Kowalski.
Geek corner #2 - Kowalski w "Znikającym punkcie" też schodzi w sumie podobnie. Minęła jego epoka. Szarżuje. Wali na centralne w finale filmu. Ginie. No i towarzyszy mu klasyczne autko. Ale to już analogia totalnie na wyrost.
Od jakiegoś czasu noszę się już z pomysłem, by zrobić takie cykliczne, tematyczne 'Gonzo poleca', z cyklu Znaku Jakości Gonza, opatrzone oczywiście graficzką Jaszczębia. Najlepsze mordobicia, najlepsze mjuzikale, animki, anime, i tak dalej. Top5 filmów z Norrisem czy Seagalem nie oczekujcie, bo by ciężko było zebrać. Najlepszych filmów z Eastwoodem też opisywał nie będę, bo to nie aż tak trudne do ogarnięcia zagadnienie.
Jako miłośnik kuchni azjatyckiej zacznę od mordoklepek, raczej chińskich. Nie chcę się rozwodzić o master-killerach ostatnich lat, takich jak Kill Bille, Matrixy, o Hero czy "Zgarbionym wieprzu, latającym hipopotamie", bo wiadomo że w kwestii walk to mocarze. No, zaczynamy.
Niby tak samo nie powinienem pisać o "Wejściu Smoka", ale to Alfa i Omega kina kopanego. To James Bond z małym Chińczykiem zamiast Brytola, i z kung fu zamiast gadżetów, reszta się zgadza. Zamiast MI6 jest Shaolin. Egzotyczne miejsca, pomagające mu laski, komiksowy villain. "Wejściu Smoka" wbiło kino kopane na stałe popkulturę, ten film spełnił podobną rolę co "Noc Żywych Trupów" Romero w przypadków filmów o zombie. Ostatnie (i jednocześnie pierwsze wielkie) dzieło z Brucem Lee, debiut Jackiego Chana (w jednym ujęciu dostaje w ryło), zapadająca w pamięć postać Bolo, no i kapitalne walki. Do tego filmu mogę po prostu wracać co jakiś czas. Realizacja, walki, ale orientalno-shaftowa muzyczka też robią swoje. Niszowe kino w wielkim stylu. Oczywiście - kapitalna też jest "Wściekła pięść", cytowana chociażby przez Tarantino. Bombowa jest niedokończona "Gra śmierci", film nieudany, przez połowę dzieła zamiast Bruce'a popyla dubler, ale to z tego filmu jest 'pożyczany' żółty kombinezon z czarnymi paskami po bokach. W "Drodze smoka" Bruce w Koloseum spuszcza manto Norrisowi. Jakie by te filmy jednak nie były - to dzięki "Wejściu smoka" o Małym Smoku mówi się jako o Królu Kung Fu.
Paru filmowych fajterów aspirowało też potem do tego miana. Żan Klod Wam Dam fikał jak może, ale zaginął w akcji. Podobnie Steven Seagal. Paru Azjatów. Tajlandczyk Tony Jaa - koleś wystąpił w "Protectorze" i "Ong Baku" który miał być nowym "Wejściem Smoka". A nie był. W przypadku tego pana skończyło się na idiotycznych fabułach, ale i fantazyjnych walkach, w efekcie całość ogląda się średnio, kultowe to te filmy nie będą. No może poza sceną z fleszbekiem ze słonikiem, i klepaniem kolejnych Złych Białych Panów w Czerni. Polecam, smacznego, niesety nie znalazłem videosa z fleszbekiem, dzięki któremu to dla mnie najbardziej kuriozalna scena z kopaniny ever.
Kurde, podobnie jest z filmami Jeta Li. Facio chyba obecnie najbardziej zasługuje na miano następcy Brusa. Zaczął od grywania mnichów z Shaolin, wystąpił w cyklu "Pewnego razu w Chinach", ale krapów też miał na pęczki, z ostatnich wymieniając chociaż "the One" i "War", oba co zabawne także ze Stathamem. Parę filmów z Jetem to jednak żelazna klasyka kina kopanego, z której wybiorę tylko dwie pozycje.
"Czarna Maska" - totalnie komiksowa (zdaje się że to nieautoryzowana adaptacja) produkcja o byłym agencie specjalnym. Kiedyś poddano go praniu mózgu, facet już nie czuje bólu i jest chodzącą maszyną do zabijania, ale miał tego dość, odszedł, pracuje jako bibliotekarz. Panowie ze spec-teamu fikają dalej, i są źli. Jet zakłada maskę Kato (pierwsza - telewizyjna - rola Brusa z "Zielonego Szerszenia") i leje po ryjach. Jest ostro, jest przeginka, jest gore, jest dynamicznie, a choreografia jest zajebista, o ile ktoś lubi wire-fu. Co zabawne, film wygląda na chińską zżynę z "Matrixa" - podobne walki i skakanie, czarne ubrania, długie, powiewające płaszcze. Tak się składa że to Wachowszczaki podpieprzyły patenty, rąbiąc je równo razem z choreografem, Yuenem Woo-pingiem. Yuen robi obecnie karierę jako jedyny facio w Hollywood co nie mówi po angielsku, i nawet się go nie zamierza uczyć, a i tak nie narzeka na brak zajęć - bariera językowa to nie jego problem. Choreografie z Kill Billów to też jego robota. Ale o "Czarnej Masce" jeszcze - polecam, widać co ukształtowało koncepcje scen akcji z "Matrixa", film jest głupawy ale dobrze zrobiony, dynamit, spaprana jest tylko polska edycja DVD. Licencję kupiono pewnie okrężną drogą od amerykanów, bo niestety film jest z anglojęzycznym dubbingiem, którego nie da rady wyłączyć, nie ma napisów, jest tylko polski lektor. Żaden debil by takiego wydania nie wymyślił. Szkoda że nikomu nie chciało się tego ściągnąć bezpośrednio, z Hąkągu.
"Ostatni wojownik" - druga pozycja z Jetem, co zabawne - też z choreografią Woo-pinga. I z jego reżyserią. Za najlepszymi filmami z Jetem zwykle stał właśnie ten mało znany pan. "Ostatni wojownik" to ostra kpina z historycznych mordobić typu "Pewnego razu w Chinach" Tsui Harka, głównym bohaterem jest zresztą ta sama postać, legendarny Wong Fei-hung. Jet gra takiego dobrotliwego doktora Pai-Chi-Wo. Ma szkołę walki, uczy kolesi lać po ryjach, leczy, sama dobroć. Jednocześnie Źli Panowie ze Złej Szkoły podczas festynu fundują jego uczniom wpierdziel. Mają Styl Gąsiennicy - idą gęsiego, pod chitynowym pancerzem, stają dęba, nikt nie podskoczy. Jet ma przebłysk, oglądając jak kogut dziobie stonogę (to chyba zbita z innego dzieła Yuena, z tego samego roku - "Tai Chi Master", gdzie Jet ma iluminację po rozmowie z wodą, czy z deską, nie pamiętam). Miszcz zakłada strój koguta, jak kogut gdacze i skrobie ziemię, macha 'skrzydłami', wygląda komicznie, ale jednocześnie leje Złych Panów ze Złej Szkoły jak trzeba. Film strasznie idiotyczny, ale dzięki temu przezabawny - Woo-Ping to jeden z niewielu typów z Hąkągu z autoironicznym dystansem do głupot jakie kręci.
Dalej tropem Woo-pinga i Jeta - nowy film, znany m.in. jako "Zapomniane Królestwo", ale także jako "King of Kung Fu", to produkcja z Jetem i Jackiem Chanem. Skręcił to jakiś błazen od "Stuarta Malutkiego", będzie więc familijnie i prawdopodobnie jeszcze bardziej idiotycznie niż zwykle. Co tam. Choreografie zrobił Yuen. Będzie się działo.
Dość Jeta, teraz tylko o Woo-pingu, film na który prawdopodobnie nie załapał się jego ulubiony fajter.
"Iron Monkey" - film z tego samego roku (1993) co wspomniany "Ostatni wojownik" i "Tai Chi Master". Nie ma sensu pisać o fabule, znowu jest dobry doktor (o ile pamiętam), który jednak w wolnym czasie zakłada maskę i bawi się w Robin Hooda ninja-stajli. Znowu sporo patentów widać, które potem Yuen przeniósł gdzie indziej za większą kasę (bieganie po dachach jak w "Przechodzona jesionka, ukryte pończochy"). Ten film zwyczajnie trzeba zobaczyć dla walk. W końcu zagrał tu Donnie Yen, jeden z niewielu kolesi co potrafią prać w filmach po pyskach nie gorzej niż Jet (ba, parę razy się nawet między sobą prali). Jako ciekawostkę tylko dodam, że omawiane dzieło w Stanach wyszło w ramach kolekcji 'Quentin Tarantino presents'.
"Legenda Czerwonego Smoka" - przepraszam, ale nie mogłem sobie odmówić. Jeszcze jedna produkcja z Jetem, z jego najlepszego okresu - jeszcze nie grywał w chłamie dla amerykanów, a już miał zajebistego skilla, i współpracował z dobrymi reżyserami i choreografami. Tym razem może nie z najlepszymi, ale znowu jest zabawnie i niekiepsko. Film jest chińską wersją "Samotnego Wilka i Szczenięcia" - samotny ojciec podróżuje z dzieckiem, podąża drogą zemsty, pierdu pierdu. Podobne gadki nawet synkowi sprzedaje. Film radośnie idiotyczny, ale z jajem, pojawia się nawet koleś w Morderczym-Pancernym-Dyliżansie. Kozak.
Koniec Jeta na dziś. Raczej. Woo-Pinga chyba też.
"Shaolin Soccer" - coś czuję że to właśnie Stephen Chow będzie nowym Brusem. Reżyser, scenarzysta, aktor, fajter, we wszystkim tak samo dobry, w dodatku z poczuciem humoru. Zajarawszy się animowymi przygodami Kapitana Tsubasy (u nas znanymi jako bodajże "Kapitan Hawk", co dziwi, bo pod lektorem był przecież włoski dubbing), postanowił zrobić przegięty komediowy film piłkarski. Kolesie strzelają takie petardy że mucha nie siada. Mecze przypominają bardziej pojedynki kung-fu niż piłę nożną. Jest prosta fabułka, tony niezłych żartów, smaczne nawiązania, kapitalne 'walki', zajebiste efekty. A wszystko to zrobione za jakieś śmieszne pieniądze, udowadniające że do bullet-time nie potrzeba fury kasy i parędziesięciu kamer. Wystarczy mały budżet, kilku Chińczyków i dwie kamery. Uwaga na nasze DVD - anglojęzyczny dubbing, amerykański cut, zubożony w stosunku do oryginału. Nie propaguję piractwa, ale wyraźnie polscy wydawcy proponują nam w tym temacie mniej niż piraci...
Kolejny film Chowa - "Kung-Fu Hustle" - był też kapitalny, klimaty gangsterki retro, lepszy produkcyjnie, bo droższy, ale już tej iskry świeżości nie miał, warto jednak śledzić poczynania typka, bo naprawdę potrafi. A tu, na zachętę, fajna scena z Soccera.
Kolejna pozycja - "Shaolin Master Killer", znana też jako "36 komnata klasztoru Shaolin", to co prawda oldschool (1978), ale daje radę. Sceny mnichów ćwiczących w klasztorze chodzenie po wodzie pamiętam z dzieciństwa do dziś. Nie wiem dokładnie dlaczego piszę o tym filmie, bo poza wodą nie pamiętam już nic, a powtarzałem niedawno, ale i tak to dzieło polecam jako klasyczne.
"Pijany Mistrz" - najlepszy chyba film z Jackiem Chanem, i nie dziwne, bo to dzieło Woo-pinga. A skręcili to 30 lat temu. Już wtedy Yuen kopał zad, dosłownie i w przenośni. Chan gra Wong Fei-Hunga, legendarno-historyczną postać, co to się przez połowę filmów z Hąkągu przewija (choćby wspomniane "Iron Mask", seria "Dawno temu w Chinach" czy "Ostatni Bohater", ale także tona innych pozycji jest o tym typku). Uczy się walczyć stylem pijanym, a potem kopie dupy wszystkim jak leci. Styl pijany sam w sobie jest już fantazyjny, pijackie gibanie, pociąganie z flaszki, zawsze postacie walczące pijanym ruszają się zajebiście. Poza tym luzik, humorek i dystans. Kolejny klasyk.
"Wojownicy z krainy Zu" - to już dziwna rzecz. Choreografie Wiecie-Kogo-pinga, tym razem już podniesione do kwadratu, co zawdzięczamy fabule. "Zu Warriors" to historia raczej dla koneserów azjatyckich klimatów, osoba z alergią tego filmu zwyczajnie nie przełknie. Fabuła osadzona jest w takich taoistycznych zaświatach, sferze duchowej czy czymś, gdzie toczy się nieustanna walka z niepokonanym złem. Walczą legendarni herosi, półbogowie, demony, cuda wianki. Zamiast normalnych Chin wszystko dzieje się na cudacznych wyspach zawieszonych w chmurach, a normą jest żę 100 chłopa nagle krzyczy 'Świątynia Świetlistego Czegoś -Tam jest zagrożona, lecimy jej na pomoc!!!', po czym wyjmują miecze z pochew, unoszą je nad głowy, i odlatują. To już nie jest "Hero", jak komuś nie smakowało odbijanie się mieczem od tafli jeziora, to "Wojowników z krainy Zu" nie strawi. Warto jednak obejrzeć, bo widoki, bo fantazja (całość jest taką kung-fu - czy też raczej wuxia - baśnią dla dorosłych), no i oczywiście bo walki...
Generalnie mało się znam, bo tych dzieł jest na pęczki, aktorzy występują w pierdyliardzie filmów z kopaniem po ryjach rocznie, bo to tanie produkcje i lecą taśmowo. Tandeta jednak ma swój urok, nie ma tylko czasu tego oglądać, skąd brać (legalnie), ani wiedzieć po które produkcje warto sięgać. Jako fanboj Jeta (słabiznę filmu przełknę, walk już nie) głównie na jego filmach z ostatnich 20 lat się skupiałem zwykle, i jest na czym oko zawiesić. Zabawne to. Na jeden raz starczy, bo i tak chyba przegiąłem (zwłaszcza z ilością Jeta i Yuena), pewnie jeszcze wrócę do kopanego kina z innych części świata, a wtedy powieje kurzem, VHSami i zapyziałymi wyporzyczalniami video mieszczącymi się w zsypach na śmieci...
Wbrew tytułowi posta nie będę pisał o River Raid, Mario, BoulderDash i drugim Street Fighterze. Lubię starocie, tak jak mam sympatię do G.I. Joe i Transformersów, ale już mnie to nie jara, gry są nowocześniejsze, ładniejsze, często też lepsze, 8 bit to głównie nostalgia.
Dlaczego więc retrogranie? Zacznę od dupy strony. Lubię gry komputerowe i konsolowe jako świeże medium. Już nie arkadowe automaty z wozu Drzymały, czy smażalni ryb w Jastarni, ale medium. Medium narracyjny, opowiadające historię, operujące podobnymi chwytami co film czy, powierzmy, komiksy, ale wykorzystujące też brak bariery jaką mają powyższe media. Film czy komiks ktoś tworzy, odbiorca dostaje do rąk dzieło, z którym się biernie zapoznaje. Gra to coś więcej - w grze się uczestniczy, gracz staje się bohaterem. Autor ma dużo większy wpływ na odbiór dzieła. Nie ważne, czy to gry Kojimy, który lubi sobie zagrać na graczu, czy co innego. Takie Condemned na przykład - jako film była by to bzdurka o detektywie łomoczącym żuli gazrurką. W grze jest naprawdę ponuro i klimatycznie. To już nie żółte kółeczko łażące po labiryncie i zjadające groszki, uciekając przed duszkami. Tu patrzymy oczami bohatera na tych żuli co dostają rurą bez łeb. I jest inaczej.
Ale kurde, po iluś tam przekombinowanych grach z fabułą, bohaterami, wykreowanym światem, po prostu opowieścią którą się przeżywa, zwyczajnie ma się dość. I ma się znowu ochotę nie na grę którą się przechodzi, potem masteruje i tak dalej, nie. Ma się ochotę na luźną grę po prostu do pogrania. Tak jak odpalałem gry na Timexie (8-bitowiec taki, nie zegarek), i po prostu grałem, a jak się znudziło, to odpalałem z kasety coś innego. A co mogę zrobić dzisiaj, poza wygrzebaniem jakiś starusieńkich gierek z odmętów internetu? W sumie mogę zrobić to co zwykle - odpalić Xboxa.
Lego Star Wars - nie wiem czy wychodzi ze mnie dzieciuch, czy ta seria jest naprawdę tak zajebista. Chyba jest. Oddzielnie wyszła stara i nowa trylogia, jest też wersja z całą sagą w jednej grze, właśnie tą ostatnio katuję. Przeszedłem. Nie miałem dość. Gram dalej, aby wyszperać wszystkie znajdźki i bonusy oraz przejść dodatkowe misje, mieć 100% przejścia i 1000 punktów Gamescore (taki ranking xboxowy, jak ktoś nie wie). 6 epizodów, każdy to 6 rozdziałów. Ma się do wyboru parę postaci, odblokować i dokupić można dziesiątki kolejnych. Przejść Atak Klonów jako Boba Fett? Czemu nie? Oczywiście nie da się przejść tylko Bobą, bo do przejścia są potrzebne umiejętności różnych postaci, jedi, sithów, łowców nagród, droidów. Do przejścia gry wystarczą postaci podstawowe, ale bez bonusowych wszystkich dodatków się nie znajdzie. Rozdział zwykle jest prosty, idzie się do przodu, w bok, skacze, coś rozwali, coś zbuduje, dzięki temu coś się otworzy i idzie się dalej. Potem coś się przesunie mocą, rozwali paru szturmowców, znowu mocą się coś zrobi. Czasem się zmieni postać, co by do bonusa dotrzeć, dostępnego tylko dla jednego typu postaci. Trochę to platformer, trochę szuter, spostrzegawczym też trzeba być aby do wszystkiego się dokopać. Chodzi się, strzela i zbiera klocki. Buduje z klocków. Strzela do klocków. Jest się klockiem. Jeden czy kilka rozdziałów to idealny relaks po pracy. Bezstresowy, bo nie ma limitu żyć. Lepszy na pewno niż frustrujące bicie rekordów w rankingach w innych grach, czy masterowanieleveli na hardzie w Devil May Cry 4 czy Ninja Gaiden 2. Lubię te gry, ale bezstresowe to one nie są. A klocki i owszem, są. Pykam w Lego już 30 godzin, i nie mam dość. Znajdę wszystko co się da!
CastleCrashers - swego czasu powstawanie tej gry śledziłkmh, ja nie śledziłem, ale demko wersji finalnej obadałem. I chciałem więcej. Giereczka okazała się być szczwanym klonem Golden Axe. Idziemy w prawo, sieczemy pojawiających się bedgajów. Jest jakaś fabuła, ale to nie ważne. W prawo, sieczem, kombosy są, magia też. W zależności od wybranego ludka są inne specjale. Jak w GA. Można wsiadać na stworki-wierzchowce, i siekać z siodła. jak w GA. Zdobywa się EXP, leveluje się, można rozwijać atrybuty postaci, normalnie miniRPG. Jak... Nooo, tego w GA nie było. Nie było też możliwości zmiany broni, dającej inne plusy i minusy do atrybutów, oraz znajdywania stworków co towarzyszą i dają swoją obecnością jakiegoś skilla. Poza tym Craszersi to kapitalna cartoonowa grafika, sugerująca lekko fleszowy rodowód, miła muzyczka, fajne (acz momentami niesmaczne) poczucie humoru autorów i tony miodu zwanego też grywalnością. Można tę grę ciachać samemu. Dużo fajniej jest we dwoje (przeszedłem całą z Olą, przy piwie z kolegą też było fajnie). Można też w 4 osoby, o ile ktoś ma tyle padów. Kmh wyemigrował do samych Niemiec, więc nie wiem kiedy będzie okazja to przetrenować, ale na pewno warto. Cartoonowymayhem popełniany przez 4 nietrzeźwe osoby musi być naprawdę zabawny. Kurde. Ta gra to 8-bitowe patenty w nextgenowym (no, powiedzmy) wydaniu. Bąbeczka.
Gears of War - mówice sobie co chcecie. Wiem że ta gra to wizytówka konsoli Microsoftu. Że to czysty nextgen - 3D, grafika, fabuła, brutalność i srogość, oraz morderczy multi, czyli połączenie patentów, których w czasach grania dziś uznawanych za retro po prostu nie było. Dupa tam. Z wielką frajdą swego czasu tę grę przeszedłem w co-opie, raz z Bodziem (trym insane - naprawdę czysty obłęd), raz z Sasem (hardcore - mimo wszystko dla ludzi). I jak tak sobie z Sasikiem szarpaliśmy, ja z Wawy, On z Poznania, i wisieliśmy sobie na mikrofonach podpiętych do padów, to padło hasło że klimat jak na św.p. Amidze. Gry typu War Zone, czy Dogs of War (hm... dogs OF WAR???), dwóch typków przypiętych do dżojstików, idzie ludkami przed siebie i strzela do wszystkiego co się rusza, zbierając czasem znajdźki. Kurde. Pomijając oprawę (grafika, taktyczne strzały z za węgła, skikanie itd.), oraz dzielącą mnie od Sasa odległość - klimat ten sam! Przechodzimy level (o architekturze zamkniętego korytarza, pokonywanego na zasadzie 'ciągle do przodu'), kasujemy wszystkich, dochodzimy do końca, rozwalamy bossa. Tak się grało kiedyś. Tak się gra i dziś, tylko że dużo ładniej i brutalniej. Pieprzyć popiardywaniapecetowców, marudzących że średnio i nieładnie i cośtam, i Bleszyński jest wał jeśli mówi że rynek pecetowy się kończy. W końcu na pieca ta gra wyszła dobre pół roku chyba po premierze na Xboxa. W swoim momencie wizualnie kasowała wszystko. Grywalnością miażdży nadal. Gliczami i bugami trzeba przyznać że też. Chrzanić to. Za tydzień wychodzi druga część cyklu. Preorder już zrobiony. Będzie wersja kolektorska. I znowu przejdę ją pewnie ze 3 razy, a potem powrócę na łono boxowegomultipleja. Ba. Kto wie, czy klan Koraliki nie doczeka się reaktywacji. Znowu będzie dobrze. Krwawo. Nextgenowo. Ale i oldskulowo. For the Fallen!
Pod skryptem: Makłowicz, w Chorwacji, przebrany za Indianina, smaży właśnie na 2-ce panierowane żaby. Strendż... Co oni mu dosypują do żarcia? Z drugiej strony - jak typa nie lubić?