poniedziałek, 26 marca 2012

Powrót/Odejście Hellboya (zalezy z jakiej perspektywy patrzeć...)

Egmont w końcu zdecydował się wrócić do wydawania Hellboya (co nastąpi w maju), co mi przypomniało że parę ostatnich oryginalnych tomów tej serii zalega mi na półce. Skompletowałem ostatni, jestem na bieżąco, mogę się pomądrzyć.

Po pierwsze: Dziki Gon to kapitalny komiks, jeden z najlepszych tomów w serii. Jeśli kompletujecie serię po polsku, to koniecznie łykajcie. Jak nie po polsku, to kupujcie w oryginale. Jak nie czytacie Hellboya w ogóle, no to cóż... Łyknijcie Nasienie Zniszczenia, którego dodruk jakoś ma niedługo zaatakować sklepy komiksowe. Naziole + Lovecraft + światowe mity? Z kreską Mignoli? mnie ten cykl ujął lata temu, i poinformował mnie z wielkim BOOM! że komiksy nie są tylko dla dzieci, i mogę je nadal czytać.

Ale do rzeczy.

Dziki Gon to kolejny tomik przybliżający świat Czerwonego do zagłady. W odróżnieniu od paru poprzednich tomów w Afryce i na dnie morza, co konkretnie zamulały (Mike prawdopodobnie chciał odwlec w czasie definitywne ruchy dotyczące jego universum), ten akurat z kopyta biegnie do przodu, w stronę nieuchronnie zbliżającego się finału. Jest chyba lepiej niż w Zewie Ciemności - bardziej dramatycznie, bardziej mroczno, splatają się wątki wprowadzane do cyklu lata temu. Fegredo coraz bardziej błyszczy, przestając być w moich oczach 'gościem co rysuje po mignolowemu, tylko że po swojemu', a stając się pełnoprawnym współautorem serii. Dramatyzm się nakręca, Mignola odnosi się do paru skrywanych dotąd detali dotyczących pochodzenia Hellboya, i wysoko zawiesza sobie poprzeczkę przed finałem.

Czytałem co dalej, więc w trzech słowach mogę napisać co dalej. Kolejne dwa tomy to same szorty, raczej retrospektywne, w klimatach działań Biura w czasie, gdy jeszcze jego agentem był Hellboy. To fajne historyjki, zwłaszcza ta w Meksyku, szkoda tylko że większość rysował Corben, którego jako rysownika Hellboya totalnie nie kupuję. Fajnie że Mignola zrobił jednozeszytówkę Chapel of Moloch, szkoda że rysuje już zwykle tylko okładki.

Po czym po dwóch tomach następuje finałowy trejd łączący dwie miniserie Storm i Fury. I nie wiem co o tym tomie sądzić, bo jest klimaciarski, ale po powolnym podkręcaniu napięcia jakoś tak od czasu Obudzić Diabła, i po podniesieniu je na naprawdę wysoki poziom w Dzikim Gonie, miałem chyba zbyt duże oczekiwania. Albo zbyt konkretne. Zakładałem że wszystko może rozwiązać się na jeden z dwóch sposobów. I Mignola mnie zaskoczył, ze strzępków obu dopuszczalnych według mnie finałów skręcając trzeci, zupełnie inny. Niedostatecznie epicki? To chyba nie to. Niedostatecznie jednoznaczny? To już prędzej, o ile można się tak w ogóle wyrazić. Chyba nie można, ale zlać to, piszę w końcu o synu pana piekieł i czarownicy, chyba mogę.

Mignola zostawił mnie po latach śledzenia cyklu z ręką w nocniku, pytaniem 'no dobra, ale co w związku z tym???', i chyba dlatego nie czuję się usatysfakcjonowany. Pojawiają się bąknięcia o kolejnej miniserii, zapowiedź zeszytów z kolejnymi przygodami HB jeszcze z czasw działalności w Biurze, zobaczymy co z tego wyniknie. Mam swoje domysły, ale też nie chcę za dużo pisać, bo nie każdy wie jak się kończy 12 tom, a polskie wydania po premierze Dzikiego Gonu będą i tak o trzy tomy do tyłu w stosunku do USA.

Co pozostaje w takim razie fanowi, poza czekaniem na kolejne zeszyty Hellboya i domysłami w którą stronę to pójdzie? HB: Masks and Monsters polecam, bo połowa to w końcu crossover HB, Batmana i Starmana, i chociaż średnie to, to jednak rysowane przez Mignolę. Drugą połowa zbiorku, HB/Ghost, czytałem dwa razy, i nie pamiętam nic, łącznie z tym kto to rysował. No i to chyba mówi wszystko. Warto jednak dorwać, lata całe crossover z Batmanem był nieosiągalny zupełnie, albo za jakieś dzikie ilości babilonów. Warto się złapać za Abe Sapien: the Drowning, chociażby dla świetnego rysunku, ale i klimat też fajny, leży sobie właśnie swoją drogą na kupce do komiksów 'do powtórki'. Drugi na kupce jest Lobster Johnson: the Iron Prometeus - kapitalny kawał pulpy w klimacie retro-SF. Wstyd mi, ale jestem w plery o całość w sumie BPRD poza polskimi wydaniami, więc mam czym zająć czas i obciążyć portfel, dopóki się coś z Hellboyem nie ruszy. Może się uda nadrobić. Na pewno jednak polecam Witchfinder, czyli nową seryjkę ze świata, osadzoną w wiktoriańskiej Anglii (!!!). Pierwszy tom mi bardzo przyjemnie wzion i weszedł, więc pewnie będę śledził dalej, zwłaszcza że to opowieść o sir Edwardzie Greyu, czyli jednej z najbardziej tajemniczych postaci ze świata Hellboya. Ale o nim może kiedy indziej.

sobota, 10 marca 2012

Conan de barbarian

O ile pamiętam, to prawdopodobnie pierwszym komiksem jaki czytałem, który nie był Tytusem, Christą albo Baranowskim (ciekawe swoją drogą, myślę PAPCIO, piszę TYTUS), był Conan: Klejnoty Gwahlura. JAk przypuszczam, czytałem go jeszcze zanim poznałem Thorgala, i jako że byłem 7 czy 8-letnim pacholęciem, to jest to (obok Diuny Lyncha czy filmów z Brucem Lee) jeden z głównych czynników które zryły mi baniak.

Oczywiście Conany z Arnoldem uwielbiam jak każdy fan Arnolda, fantasy, lubujący się w akcyjnych B-movies. Z Czerwoną Sonią włącznie. Takim fanem jestem. Więc nowej adaptacji książek których na oczy nie widziałem oczywiście nie mogłem przegapić.

Oczywiście przegapiłem.

Ale nadrobiłem!!!

Nowy Conan rozwalił mnie początkiem. Przejeżdżając po mapie świata pokazuje Atlantydę jako sąsiada zachodniej Afryki, jest mgnienie Uroborosa, po czym przechodzi do Cymerii, która okazuje się być średniowieczną Szkocją. Bitwa, w trakcie której na świat przychodzi tytułowy bohater, wygląda jak wyjęta z Nieśmiertelnego, tylko że jest krwawsza. Ojcem herosa okazuje się być Ron Perlman. Hellloooo, Hellboy indahaus? Rolę narratora, pozwalającego zanurzyć się w świecie, odgrywa znajomy głos Morgana Freemana. Przygrywa celtycka muzyczka. Poznajemy młodego Conana, i już jest krwawo. Pięknie. Zapowiada się świetny film.

Kończy się etap młodzieńczy, przechodzimy do fabuły. I jest dupa. Bo fabuła klęczy w kąciku i prosi o dobicie, a dorosły Conan jest, kurde... Jakiś taki mało Conanowaty...

Ja nie twierdzę że typ jest zły! Ma mięśnie, długie kruczoczarne włosy (o ile pamiętam to była kwintesencja Conana), tylko że jest daleki od figury archetypowego barbariana. Za gładki jest. Za często się uśmiecha. Garnitury mógłby reklamować. Albo przynajmniej perfum o zapachu piżma. No niestety, komiksy, filmy i malunki Frazetty tak mi jego obraz ukrztałtowały. Grubiej ciosany powinien być, więcej grubiaństwa i okrucieństwa... Acz tacy herosi dziś się nie sprzedają, widać nie pasują drugim połowom, które ze sobą zaciągają do kina fani filmów z lat 80tych. Trudno. Bywa. Mógłby go niby zagrać Rock. Albo Vin Diesel... Stop! Ten to by z długimi włosami groteskowo wyglądał... Ale dało by sie znaleźć kogoś właściwego, nie?

Więc jest dark fantasy, fajnie rozegrane są geograficzne klimaty fantastycznego świata, w którym widać co jest Szkocja, co Persja, a dark empire to Rzymianie (sztandary, zbroje czy tarcze sąd dość sugestywne). To jest fajne, krew jest fajna. Szkoda że całość jest sztampowa i nudzi. Wyszło na to że Król Skorpion, który był pozbawiony o ile pamiętam krwi, i którego zapamiętałem jako takiego 'gorszego Conana', zapadł mi w pamięci jako film przyjemniejszy niż to. Ba. Mało powiedziane. Zapadł mi w pamięci. Z nowego Conana już nic nie pamiętam.

Poza jednym.

W pamięć zapadł mi Stephen Lang, jako main villain, dość autentyczny w roli skurwiela, ale on to w twarzy ma praktycznie wypisane.

Druga sprawa to Jason Momoa jako Conan. Jako Cymeryjczyk gość mi nie grał. Zbyt gładki, zbyt miły uśmiech... Ej! On ma uśmiech!!! To żaden barbarzyńca!!! To nie tak!!!

Ale.


Jeśli dojdzie do ekranizowania Slaine'a, to osobiście będę typowi kibicował. Umięśniony, sprawny fizycznie, zbliżony z gęby i - co najważniejsze - obdarzony podobnym rodzajem charyzmy co Mac Roth. Trochę łajdak, trochę bandzior, ale gładki, jednak nie na sposób Hana Solo. Gość ma w oczach wypisaną nieobliczalność i tendencję do okrucieństwa, ale ma to specyficzne COŚ. Gdzieś pomiędzy uwiedzeniem dziewicy, a spaleniem wioski pełneju niewinnych wieśniokuff. Celt jak się masz. Jak by mu tylko włosy naprostować, nażelować i ściąć, wsadzić w łapę topór a nie miecz, dać to produkować HBO, oraz obsadzić Buscemiego w roli Ukko, to byłby murowany hit!!!

A Conan nowy?

Nokurwa.

Trochę szkoda czasu...


Pod skryptem: wracam pewnie blogowo do komiksu, bo właśnie nadrabiam zagraniczne trejdy Hellboya, i wierzcie mi, zajebistym Dziki Gon, ktory teraz ma u nas wyjść jest, i nie omieszkam fapowaniem się podzielić...

poniedziałek, 5 marca 2012

Przygody Tintina


Przyznam na wstępie że nie jestem ani szczególnym znawcą, ani fanem komiksowych przygód Tintina. Pierwszy komiks wchodzący w skład wydanego u nas pomarańczowego integrala ("Afera Lakmusa") ciągnę od jakiegoś miesiąca i wchodzi po pół strony, bo to dla mnie jak na przygodę zaaajebiście przegadane. Więcej nie znam. Może i są dynamiczne pościgi, tylko żę jest przy nich tyle gadania w dymkach że strasznie obciąża to wartkość akcji. Co innego rysunek - Herge po prostu masakruje, precyzja i subtelność kreski niszczy, i pokazuje w jak dalekim niedorozwoju byli wtedy (1956 rok) ze swoim komiksem Amerykanie.

Z lekką taką nieśmiałością odpaliłem w końcu film, bo i komiks męczy mnie nie co, i Spielberg zapomniał w okolicach 60-tki (czyli będzie już dobre dwie dekady temu) jak się robi lekkie i przyjemne kino rozrywkowe. Znaczy o ile oczywiście Film O Koniu nie jest jakąś kolejną megaprodukcją, ale nie mnie to oceniać, nie dam na sobie tego sprawdzać. No tak. Faktycznie. Od pierwszego Parku Jurajskiego, za którym nie przepadam jakoś, ale który jest majstersztykiem jak na tamte czasy, minęło 19 lat. Od wzgardzonego przez krytykę (i widzów w sumie też) Hooka - 21. Ostatnia krucjata to 23 lata wstecz. A właśnie, przypomniałem sobie! Przecież Spielberg to jeden z tytanów Kina Nowej Przygody! Przygodowe komiksy sprzed paru dekad, które KNP ukształtowały + jeden z klasyków gatunku komiksowo przerysowanej filmowej rozrywki + Peter Jackson w fotelu producenta? To nie mogło by się nie udać. Te dwadzieścia lat temu oczywiście. I jak? Pełne zaskoczenie, bo bawiłem się doskonale, a odejście od tematyki martyrologicznej czy innych traum wyszło Stevenowi na zdrowie.

Ujmujący jest już sam początek, zrobiony w konwencji tradycyjnego cartoono, rusza muzyka Williamsa, kopiującego po raz 127 własne kanoniczne zasady budowania muzyki do kina przygodowego, po czym kończy się animacja tradycyjna, zaczyna 3D, a ja przecieram gały, bo wygląda to obłędnie. To chyba najpiękniej zanimowany pełnometrażowy film robiony za pomocą grafiki komputerowej. Tła i scenerie są dopieszczone rewelacyjnie, postaci dzięki motion capture ruszają się jak prawdziwi ludzie, wszystko wydaje się żywe, do nie zapomniano o tym że w rzeczywistości nigdy nie rusza się jeden czy dwa obiekty w pierwszym planie, tylko zawsze się gdzieś coś w życiu dzieje. Wirtualna kamera, uwolniona z okowów rzeczywistości, porusza się w sposób w tradycyjnym kinie nieosiągalny, tworząc ujęcia niemożliwe. Spielberg z Jacksonem, decydując się na rendery, może i zrezygnowali z pewnej dozy autentyzmu, którą może dać tylko kino tradycyjne, ale udało im się komputerowo wygenerować tak przekonywującą rzeczywistość, że często zapominałem o tym że oglądam animkę, a dopiero latająca kamera mi to przypominała. Oddzielną kwestią jest design bohaterów, z jednej strony struganych w stronę realistyczną, z drugiej strony wiernych projektem pierwowzorom. Efektem jest coś co można określić jako cartoonowa rzeczywistość. Dla niektórych - co wynikło z mojego fapowania się Tintinem na FB - może to być rażące, jako groteska. Ja akurat łyknąłem tą konwencję, bo to jedyny chyba patent na zachowanie wierności pierwowzorom, jednocześnie przeciągając je najbliżej jak się da w stronę realizmu. Może razić że Tintin się odróżnia, wyglądając normalnie, to też kupuję, w końcu to z nim ma utożsamiać się widz. Poza tym zachwoanie tego cartoonowego dystansu pomaga uniknąć zgrzytów gdy mają miejsce totalnie komiksowo-cartoonowo przegięte sceny. Można sie czepiać, można nie kupić. Ja z tym problemu nie miałem, bo ta oprawa od razu wessała mnie w świat.

Świetnej oprawie towarzyszy godne starych filmów o Indianie tempo akcji i częste zmiany scenerii. Są bójki, pościgi, trochę strzelania, akcja ma miejsce na ziemi, wodzie i w powietrzu. Przygoda pełną gębą, dodatkowo dynamiczne sekwencje wykorzystują wirtualną kamerę tak sprawnie, że przy kapitalnym, jednoujęciowym pościgu pod koniec, pojękiwałem z wrażenia. Nie dało by się tego zrobić kamerą tradycyjną, nie w taki sposób. Głupia scenka otwierająca Blade 2, zachowuje pozory jednego ujęcia choć złożoną ją z trzech, a nawet w połowie nie dorównuje szaleństwu jakie ma miejsce przy pościgu z Tintina. Po prostu zupełnie inna kategoria. Jest więc akcja, przegięcie, humor, nakreśleni grubą kreską bohaterowie, jest villain, skarb do odszukania. Trochę Indiana Jones, a trochę Uncharted - zwłaszcza z trzecią częścią miałem najwięcej skojarzeń, może jej autorzy też czytali Tintina. Film z grą łączą sceny na statku, wałęsanie się po pustyni, próba odnalezienia skarbu ukrytego przez przodka. Skojarzenia z cyklem o Nathanie Drake'u, też w końcu bazującym na spóźciźnie KNP, powodowały że miałem co jakiś czas ochotę sięgnąć po pada. Bić, strzelać, uciekać, gonić. Dało by się taką grę na szkielecie Uncharted zrobić, sceny gadane łączące wątki traktująć jako cut-sceny. I szczerze powiedziawszy wolał bym w to pograć, niż to oglądać. Gry zabiły dla mnie w jakiś sposób Kino Nowej Przygody, tworząc jego naturalną ewolucyjną konsekwencję (po co paczeć, jak można to robić?). Inna sprawa że gra o Tintinie która wyszła razem z filmem to jakaś pomyłka, bezczelnie wykorzystująca markę by wyrwać nieco grosza od frajerów...

Całość się ogląda wartko, przyjemnie i megastrawnie, bo składniki dzieła są świetnie wyważone. Nie dziwota, skoro nad fabułą dłubał Moffat (ten od Doktora Who i nowego Sherlocka), a potem Edward Wright (Scott Pilgrim, Hot Fuzz), czy Joe Cornish (nie wiem kto to, chyba nikt, ale za to jakie miał towarzystwo!!!). Jak Wright, to nie zabrakło Pegga i Frosta, których może i jest mało, ale jakby ich postacie półgłówków w melonikach były bardziej wyeksponowane, to bym sobie pewnie któryś palec na poziome łokcia odgryzł. Poza nimi do kompletu jest Daniel Craig, który okazuje się świetnie sprawdzać w sytuacjach gdy nie trzeba na niego patrzeć (fun fact: jego postać villaina wygląda jak Pan Kleks). Do kompletu załapał się też niezawodny Andy Serkis, który jak go brał Jackson do filmu, się bał że będzie musiał robić mimikę psa. Otóż nie, robi za Kapitana, i szkocki akcent - czy też może jego parodia - wypadł mu wybornie (fun fact: Kapitan wygląda jak poseł Karol 'Melex' Karski).

Po seansie miałem z jednej strony taką kulkę pure funu którą udało mi się zgromadzić w brzuszku, z drugiej smuteczek, że nie wyrobiłem się do kina. Duży ekran, by zobaczyć tą wycyckaną grafikę, piękną wodę, świetne scenerie, długie ujęcie pościgu - to jest to. Dodatkowo żal mi było braku 3D, tak samo jak w przypadku kinowego de facto drugiego Sherlocka. Zarówno przedmioty latające w powietrzu, jak i wirująca kamera świetnie muszą uwypuklać przestrzenność całości, i raczej nie żałował bym że założyłem na prawie dwie godziny te niewygodne gogle.

Dawno tak przyjemnego filmu nie oglądałem, dawno tak dobrego Kina Nowej Przygody nie było (pisałem na fejsie że od dwóch dekad, i chyba to trafna diagnoza), dawno Spielberg tak dobrego kina dla dużych chłopców nie robił. No i nigdy chyba nie widziałem animacji tej klasy, nie branej całościowo w cudzysłów umowności, tak jak to robi Pixar. Szacuneczek. Chcę dwójkę. Jak najszybciej.

Two thumbs up i znak jakości Gonza, którego nie mam czasu szukać, bo pędzęlecę.

Pod skryptem: a nie mógł se Steven odpuścić czwartego Indiany i się od razu za to zabrać...?

czwartek, 1 marca 2012

Złoty miód czy hm... efekt przemiany materii?


Czytam sobie właśnie recenzję Złotych Pszczół autorstwa Sylwii 'Luise' Kaźmierczak, i muszę przyznać że mi ręce opadają, bo dawno nie widziałem tak zmasowanej ilości niezasłużonych komplementów, czy może tak zręcznego mijania się z mankamentami dzieła, by nie wyszło że jak coś kobiety tkną/będzie o Żydach, to może być do dupy. Nie wiem jakie są intencje, nie przypisuję konkretnych, bo nie mam ku temu przesłanek, ale recenzja wywołała u mnie spore WTF?. Podobnie dużego zonka zafundowało mi w swoim czasie skojarzenie, że powyższa publikacja była typowana przez Sebastiana Frąckiewicza do miana KOMIKSU ROKU. Podobnie jak jego podsumowanie recenzji antologii, w którym stwierdza, że Pszczoły ustawiły poprzeczkę dla komiksów o tematyce żydowskiej. Być może, bo ostatnio takowych nie było, jaki jest jednak sens ustawiać poprzeczkę, której przeskoczenie, nawet bez rozbiegu, nie jest zbyt dużym wyzwaniem?

Od antologii spodziewałem się sporo, w końcu międzywojnie to temat ciekawy, a społeczność żydowska mogła pochwalić się wieloma barwnymi postaciami. Ba, nie tylko, było też przecież sporo ciekawych osób o żydowskim pochodzeniu, a niekoniecznie identyfikujących się z narodem czy też religią przodków. Temat szeroki, bogaty, po prostu brać i opowiadać. Antologia miała przedstawić te barwne postaci, i co? Dla mnie dupa, słabują jak nie fabuła to konstrukcja scenriusza, jak nie sama strona scenariusza, to kładzie komiks paskudny rysunek. Dla przykładu - ciekawie przedstawia bohaterów komiks o architektach, mówi coś o tych postaciach, o ich dokonaniach, szkoda że jak dla mnie wygląda szpetnie. Ostatni komiks to chaos fabularny i rysunkowy, brzydkie toto, a o bohaterce zapamiętałem tylko tyle, że znała Franca Fiszera. Dobre i to. Sebastian wspomniał że warto zapraszać do projektów rysowniczki spoza komiksowa. Anna Czarnota akurat jest przykładem na to że niekoniecznie, dyplom ASP w niczym nie pomógł, nie wspominając o absolutnym braku redaktora, co by poinformował artystkę, że dymki czytamy tak jak słowa w zdaniach, czy informacje na grafikach itp. - z lewa do prawa, nie jak w przypadku hebrajskiego - odwrotnie. Ciekawe jest opowiadanie o wydawcy książek, szkoda że liczne przypisy utrudniają wchłanianie fabuły, bo są jej nie bonusowym dopełnieniem, a niemal integralną częścią. W opowiadaniu rysowanym przez Olgę Wróbel trudno dojść kogo ono dotyczy, bo jakoś zabrakło informacji o bohaterze, trzeba wrócić do zliczającego bohaterów wstępu. Nawet opowiadnie tytułowe, najładniej rysowane, wydaje się niby dobrze opowiedziane, ale ma jeden feler. Historia dotyczy proroczego snu cadyka, rady jaką dał wnuczce, czy też córce, nie pamiętam (ma to znaczenie? i tak nie wiem kto to), jego późniejszej śmierci, szacunku, jakim darzyli go Żydzi. Po prostu szort o cadyku? Zbyt dobrze by było. Okazuje się że to o jego potomkini jest komiks, i ostatnia plansza w sposób skondensowany ładuje do głowy czytelnika informacje co się z nią działo po wojnie, co robiła itd. Szkoda daremnej pracy - i tak nie wiedziałem kto to jest, i średnio mnie informacje z dupy wciśnięte w finale interesowały - przecież komiks był o jej dziadku. A może nie? A może to autorka scenariusza nie ogarnia konstrukcji swoich opowieści? A może zabrakło redaktora po raz kolejny, który by zwrócił uwagę że coś tu nie działa? A może Gmina Żydowska uwierzyła faktycznie w renomę scenarzystki, która ma za sobą pewne dokonania, i pozwoliła jej robić co jej się żywnie podoba, zakładając, prawdopodobnie słusznie, że lepiej się na tym dziewczyna zna? Pewnie lepiej, ale niekoniecznie na tyle dobrze, by ogarnąć szcześć krótkich opowiadań, bo w każdym coś nawala.

I teraz jest tak - napisałem co myślę, i tak jak znajoma podsumowała na fejsie czym może być szczera recenzja tego komiksu - wychodzę na antysemitę (bo przecież komiksy o Żydach krytykuję!!!), poza tym jestem szowinistą, bo pojechałem po zespołowej pracy kobiet. Zgadzam się że to antologia na ważny, bo integralny dla naszej historii a często pomijany temat. Nie mam jednak absolutnie poczucia, że przez ważność tematu nagle ważna staje się nieudana antologia (ale to ogólnie nasz problem jest, komiksy na ważne tematy w sposób oczywisty stają się dobre). Ktoś mógłby użyć argumentu że jak nieudana jak udana, nakład zszedł, dodruk robią! No i git, tylko że komiks darmowy, a pochwalne pienia to raczej dla mnie chór pseudofilosemickich wannabe-wolnomyślicieli, którzy nie chcą narazić się na opinię szargaczy wartości. A że zeszedł cały nakład? No darmowy był, nietrudno. Mógłbym tu sobie pozwolić na żarcik, że pewnie stołeczni Żydzi zrobili tak jak ich przodkowie z przykazaniami, w rozmowie z Jachwe: 'za darmo? Ok, dawaj dziesięć!', ale tak nie napiszę, bo wyjdę na antysemitę. A nie, moment, pewnie już wyszedłem, więc co mi tam!

Sylwia Kaźmierczak wspomniała, że kobiety mogą brać się za komiks historyczny z równym powodzeniem, co mężczyźni, co niniejsza antologia udowadnia. Co do pierwszej części zdania to zgadzam się w pełni - a pewnie, dlaczego nie? Historia dotyczy nas wszystkich, każdy na nią patrzy z innej strony, każdy głos jest cenny, o ile jest to głos ciekawy. Z tą ciekawością jednak jest właśnie problem, i jeśli coś ta antologia udowadnia, to że kobietom z tą historią niekoniecznie po drodze, albo przynajmniej że dobieranie autorów lub autorek według klucza innego niż predyspozycje jest po prostu chybione.

Inna sprawa to moja odwieczna niechęć do 'komiksu kobiecego' jako terminu, o czym wcześniej chyba nie pisałem, a co oświadczam teraz wszem i wobec (feministyczny odpowiednik IPN mnie z tego za jakieś dwie dekady rozliczy), i przez co ugruntuje się teraz moja opinia antysemickiego szowinisty. No to dlaczego nie lubię hasła? Nie lubię tego typu etykietek, łatek, które w tym przypadku służą uprawomocnieniu czegoś że jest dobre, bo zgodne z określonym, czy też właściwym, prądem, nurtem. Może nie tyle dobrym, co automatycznie wyróżniającym dzieło, powodującym że nabiera określonej wartości. To tak jak z nurtem literatury kobiecej czy gejowskiej. Wisi mi to jaka jest płeć czy preferencje autora (czyż nie jest seksizmem zwracanie na to właśnie w tym kontekście uwagi???), ważne czy autor/autorka napisał/a coś dobrego, ciekawego. To treść ma się bronić, a nie co tam w kroczu dynda lub nie dynda. I kto tam w okolicach bywa.

Nie mam problemu z komiksami autorstwa kobiet, które są dobre, bo są dobre, a kobiece są bo autorka jest kobietą i wrażliwość kobieca odciska na jej twórczości swoje piętno. Jest to inne, ciekawe, odmienne od mojego zwykle spojrzenie, co może być cenne. Do dupy natomiast jest dla mnie składanie antologii tylko z kobiet, a potem napinanie cyca i emanowanie aurą 'dobre, bo kobiece', gdy nie jest dobre wcale. Tak jak to było w przypadku beznadziejnego komiksu feministycznego co trafił na festiwal w Łodzi, którego to komiksu zlanie szanowne autorki odebrały nie jako pogardę dla badziewia, a przejaw męskiego szowinizmu. Może i szowinistyczne było nieumieszczenie tego komiksu jako jedynego chyba w galerii konkursowej (i obscena tutaj jest średnim argumentem, gdy prace naczelnego komiksologa kraju, gdzie bohaterowie Christy pytują się przerośniętymi prąciami, na tą wystawę trafiają), ale na pewno nie uznanie za lipę

W efekcie hasło ewoluuje do formy usprawiedliwienia i leczenia kompleksów mniej uzdolnionych. Sztucznie oddziela autorki kobiece od ogółu, tworząc z nich autorki 'specjalne', czy wręcz 'specjalnej troski', tworzące nurt składający się niby tylko z ich prac. Broniący się nie jako komiks po prostu, a nieszczęsny komiks kobiecy, który bez etykiety by poległ, przepadł, został zignorowany. Coś jak antologia komiksu lesbijskiego. Był szum, bo komiks kobiecy, kobiet dla kobiet, bo tematyka, bo cośtam. Nie uratowało to zbiorku i tak, bo nic poza tezą i pomysłem na siebie prawie on nie oferował. Chciały dziewczyny antologię, to ją mają, EOT. Tymczasem dobro, bez wspierania programowym hasłem czy etykietą, przebije się samo, nie ważne czy kobiety będą stanowiły połowę środowiska, czy jego margines. I ja wolę w ten sposób. Bo jak na razie wspólny mianownik kobiecości zwykle ma brać na hol rzeczy po prostu słabe, i tak jest właśnie niestety w przypadku Złotych Pszczół.

- Dzień dobry, chciałem kupić nowy pakiet Kultury Gniewu, i ostagnie Gwiezdne Wojny. Są jeszcze jakieś nowe komiksy?
- Tak, są Złote Pszczoły.
- O, a co to, ładnie wydane, oryginalna okładka!
- Wie pan, to komiks o przedwojennych warszawskich Żydach...
- No proszę, egzotycznie i ciekawie, co to co to???
- To komiks kobiecy...
- A. To nie. To ja dziękuję.

Może to nie tak, może ja mam spaczony gust, komiks o architektach jest ładnie rysowany, finałowy szort nie jest wcale bełkotem, a rozmieszczanie dymków w kadrze względem stron lewa-prawa jest drobiazgiem na który zwracają uwagę tylko friki mojego pokroju. Może całość jest fajna, a to podobająca mi się okładka została położona. Może i by ten nakład zszedł nawet za 50 zeta od sztuki, i to tylko przez tematykę i fakt że to twórczośc kobieca (wspierajcie komiks kobiecy! na równi z folklorem, grającymi na piszczałkach pastuszkami oraz sztuką naiwną!!!). Może i tak. Tylko że ja mam to głupie wrażenie że wyszła nieszczęsna, niedorobiona antologia, zupełnie pozbawiona redaktora czuwającego nad całością, niby na ważny temat, ale - jak napisał Daniel Gizicki - 'przede wszystkim - nie ważne jaki komiks ważne że go kobiety zrobiły'. Zresztą sama Sylwia przytomnie zauważa: 'To co przede wszystkim odróżnia Złote Pszczoły (od innych komiksów historycznych - przyp. Gonza) to całkowicie żeńska ekipa twórczyń.' End of story.

I pozamiatane. A szkoda, bo taki piekny temat ktoś zmarnował, a na drugą taką antologię robioną z głową od podstaw, niechby i tylko przez kobiety - ale ogarnięte - nikt kasy pewnie już nie da. Będą dodruki znanego już zbiorku.

Pod skryptem: 'Złote Pszczoły są też pewną wytyczną w jaką stronę powinien podążać polski komiks historyczny.' - ojejku, oby nie. Nie jestem może fanem gatunku, ale nie życzę mu też źle...

Pod skryptem 2: mi się naprawdę po przeczytaniu tego komiksu nie chciało pisać ani słowa, ale jak wyszło mi ze powinno sie mi podobać bo dobre, bo od kobiet, a w dodatku o Żydach (jakoś tak wynikło ze to są główne zalety) to mi ciśnienie skoczyło...