MFK 2009 od paru dni należy już do przeszłości. Było jak? Było dobrze, stare znajome gęby, parę nowych. Niestety niedyspozycja, którą zawdzięczam łódzkiemu kebabowi (lub też 'lokalowi z daniami kuchni indiańskiej', co bardziej prawdopodobne), uniemożliwiła mi aktywne bratanie się z ferajną w główną, czyli sobotnią bibę. Ale i tak było ładnie. Acz nie tak ładnie jak rok temu (nie miałem niedyspozycji). Powoli chyba normą się robi moje wjeżdżanie na Krzyśka Ostrowskiego, którego w sumie ani nie znam, ani nic do niego nie mam (poza jego oprawkami od okularów), i który w tym roku nie pozostał mi dłużny, wypominając sympatię do Clawfingera.
Ostrowski zagląda na mojego bloga.
WOW!
Poza tym programowo ignorowałem spotkania autorskie poza Rosińskim (chciało mi się siąść), żałuje trochę że nie było mnie na spotkaniu z KRLem jednakowoż.
Zgodnie z obiednicą (o czym wspomina u siebie Olga), musze zdissować Siuxa, czym - mam nadzieję - doprowadzę do upadku tego pożałowania godnego lokalu. Pusty lokal, jeden kelner, 40 minut czekania na żarcie (sam pichcił???), zimne frytki, żeberka składające się z samych żeberek, czas oczekiwania na rachunek niewiele niższy od tego, który spędziliśmy w oczekiwaniu na papu. Filety z rybska ponoć miały ości. Zasadniczo lipa, i nie zdziwił bym się, gdybym sobotnie atrakcje zawdzięczał właśnie zacnym częściom karibu oprawianego nad Jukonem, czy jak to danie się nazywało. Nie jedzcie tam. Chyba że chcecie sobie zepsuć pół soboty na MFK. Niech sczezną!!!
Z tegorocznych plusów oczywiście nie sposób nie wskazać części towarzyskiej (w tym miła rozmowa z Igorem Baranko), paru ciekawostek wydawniczych (Cyrkielnia, w końcu dopadłem Straine'a, zapomniany odcinek Binio Billa, bezeceństwa Ojca Rene), paru zupełnie normalnych i spodziewanych, acz zacnych rzeczy (Łauma, tona makulatury z Multiversum), czy... hm, części towarzyskiej. Minusy? Mnie tradycyjnie nie przypasił lokal imrpezowy, hala jakaś, z początku megakolejka po piwo, trochę hałas i ciężko się rozmawiało. Ale ok.
No to pozdrawiam wszystkich i dozozarok, albo przynajmniej za pół w Wawie.
Wracam do tematu dnia.
Call of Juarez: Więzy krwi - noooo, nasi chłopcy dali radę. Full polska gra, western, prequel znanego już Juareza. Poprawiono główny mankament - zamiast zmuszać gracza do zabawy Indianinem w MGS na Dzikim Zachodzie, jest dwóch braci-rewolwerowców. Jeden to szorstki bydlak, typowy zabijaka, rzuca dynamitem, strzela z dwóch coltów jednocześnie. Drugi to pies na baby, strzela z jednej klamki, ale za to lepiej wali ze strzelby na dystans, strzela z łuku, żuca nożami. Obaj to wredne bandziory, przez co nie sposób ich nie polubić. Towarzyszy im trzeci brat, pojękujący ciągle upierdliwy klecha po seminarium. Nie można go zgubić ani wyciszyć ani zabić, ale na szczęście nie można nim grać. Fabuła jest nieskomplikowana, co jest raczej pretekstem do rzucania gracza w różne typowo westernowe sceny. Jest walka na froncie wojny secesyjnej, potem szybka dezercja, i już można ostrzeliwać się w miasteczkach (takich teksaskich i takich meksykańskich), kopalniach, robić włamanie do więzienia by uratować więźnia, strzelać z dyliżansu do jeźdźców, czy robić Indianom wjazd na chatę. Z klasycznych motywów zabrakło mi chyba tylko napadu na bank.
Poza czystym strzelaniem do każdego po kolei, dostępne są też różne typy strzelania w slo-mo. Jeden brat w spowolnieniu zaznacza cele, a potem strzela ile ma naboi. Drugi automatycznie namieża cele, gracz musi tylko wcisnąć cyngiel pada i pociągać gałką jak młoteczkiem (Adler, jak to sie zwie???) rewolweru. Jest też dwuosobowe wpadania na 'HURRRA' do lokali, celowniki dwa same lecą z boków, trzeba je lekko przesuwać i oddawać w odpowiednim momencie strzał.
No i są pojedynki. Pojedynki-pojedynki. Łazi się w kółeczko z przeciwnikiem (jako pierwszy kulkę od gracza dostaje chyba szeryf), co by go trzymać w centrum pola widzenia. Rękę obsługiwaną jedną z gałek trzeba mieć przy rewolwerze, ale nie za blisko. Na odgłos dzwonu trzeba colta szybko wyjąć, i potem tylko w odpowiednim momencie pociągnąć za cyngliel. Nie jest prosto.
Grafika może nie powala (choć sepiowa kolorystyka świetnie wprowadza w klimat), rozgrywka może nie jest za bardzo urozmaicona, ale gra i tak ujmuje klimatem. Od samego początku nad całością unosi się duch Leone, przygrywa muzyka jawnie czerpiąca z dorobku Ennio Morricone, co chwila trafia się na jakiś filmowy patent. Ba, nawet spojrzenia jak z finału "Dobrego, Złego i Brzydkiego" się w pewnym momencie pojawiają.
Druga część Zewu Juareza nie powala, nie jest na pewno hiciorem na miarę "Wiedźmina", ale to kawał dobrego kodu. W zabawę wkręcają na pewno bohaterowie - jeden z braci ma gębę Święego od Morderców, drugi Christiana Bale'a, a meksykanin Juarez wygląda jak z "Za garść dolarów" wyjęty, bohaterowie jednak nie tylko wyglądają, ale i faktycznie są. Ubawiłem się przy grze setnie, a teraz pewnie popykam nieco w nią w multi. Wciąga. Ciekawostką jest jeden z trybów rozgrywki, obdarzony scenariuszami - przypomniały mi się aż godziny spędzone nad "Wolfenstein: Enemy Territory".
Jeśli lubicie westerny to koniecznie dajcie tej grze szansę. Nie pożałujecie.
Benefity
-
[image: Benefity]
Specjalne podziękowania dla mojego kolegi Antoniego, który podsunął mi
pomysł na ten odcinek.
17 godz. temu

10 komentarze:
przeca wiadomo ze jedyny dobry kebab to turas. indie? pfa! tam sie nadal podcieraja lewa dlonia!
przecyztalem "indyjskiej" a nie "indianskiej". na minus kuchni indianskiej swiadcyz to ze praktycznie wygineli. wiec na pohybel.
ja słyszałem że podcierają się prawą, dlatego się krzywo patrzą jak ktoś nie je papu z michy lewą :] a indiański Siux i kebab to 2 różne baje.
... Kurek ?
ototo!!!
Polski to piękny język i mamy w nim przypadki. Igorem BarankĄ.
z polskim językiem sobie (raaaczeej) razem, z nazwiskami obcymi już mniej...
radzę, nie razem...
a poza tem chyba miałes na mysli karabin nie strzelbe, ale już srał to pies. nie naucze Was wszystkich, hipisów pacyfistów rozróżniać śrutówki od wiatrówki. przyjdzie wojna z tymi co sie podcieraja lewą, albo z tymi co nie puszczaja gazu, i będziecie szukać kursu obsługi kałacha na wikipedii.
verification word: phypt. bardzo trafne.
Więzy Krwi są genialne :o
Prześlij komentarz