niedziela, 31 maja 2009

Sezon koncertowy w pełni

Przez cały okres studiów chyba ani razu nie trafiłem na juwenalia. Bo i po co? Piwa mogę się napić na co dzień, a klonowany z roku na rok zestaw przebrzmiałych 'gwiazd' jakoś nie kusił. Się zmieniło, jak obroniłem magistra.

W brodę sobie pluję, że deszcz zniechęcił mnie do wycieczki swego czasu na frikolasowy koncert Fun Lovin Criminals. Goście są zajebiści live. Rok temu ruszyłem jednak mimo średniej pogody na H-Blockx, i było warto. Fajny kontakt z publiką, luzik, zestaw hitów, który pamiętam z ogólniaka, no i cover "Ring of Fire" Dżonego Kesza na żywo. Dobrze było.

No i ten rok jest nie gorszy. Clawfinger. Znowu deszcz, ale nie wymiękłem. Znowu podobna recepta na zabawę - parę piw i lecimy, a chłopaki uraczyli mnie wszystkim tym co pamiętam z elo. I nowszymi hitami. I paroma nowymi kawałkami, co to zamuliły. Zaczęło się jednak od szczwanie przemontowanego kawałka otwierającego "Goldfingera". Shirley Basey śpiewała oczywiście 'Clawfinger'. Wielkie joł na dzieńdobry, i banan na mojej gębie, bo Bondy uwielbiam. I było dobrze. Wokalista wyglądał, jakby przez te 15 lat wogóle się nie zmienił. Basista wyglądał z deka jak Darrell. Gitarzysta wyglądał natomiast jak członek jakiejś garażowej kapeli z ogólniaka. I było fajnie, i trochę nostalgicznie. I wlałem w siebie z totalnie nieznanymi mi ludźmi dużą porcję piwa. I za darmo. Jedyny minus to dziwnie wygolona mała laseczka, stojąca przede mną pod barierkami, pod sceną. Że wszyscy cisną z tyłu, to wiadomo. Ale ta cipa wierzgała, nawet jeb z łokcia się zdażył. Budziła we mnie ciemną stronę mocy. Bez kitu.

No i dziś (wczoraj), znowu dobre juwenaliowe party. Alternativ (powiedzmy...) koncerty na SGGW. Gwiazdą było Kosheen. Znam mało, acz nawet lubię. I znowu było dobrze, choć deszcz odstraszał. I było błocko. Ale jednak warto było, Koszini zapodali fajną mieszankę rocka (przynajmniej w kwestii konstrukcji utworów), dramenbejsu i świetnego, żeńskiego wokalu. Zresztą dramy też były niejednorodne, bujające się gdzieś między stonowanym dżampapem, a niszczącym basami fiuczastepem. Szacun dla wokalistki. Szacun dla perkusisty, który na żywo napinał drum brejki. Może zabrakło ludycznego powalacza, jakim, u blockxów był Krąg Ognia, ale i tak fajnie.


No i teraz znowu będzie dobrze, acz nie juwenaliowo. Znaczy się - masakryczny drenaż portfela, ale kultura kosztuje.

Pomijam koncerty, którymi się jarałem już jakiś czas temu, wspomnę krótko - jest w czym wybierać. A teraz się okazuje, że w Wawie odbędą się kolejne koncerty, które trudno sobie odpuścić. Pomijam Dropkick Murphy's i Flogging Molly (to tuż tuż), czyli pijacki ajrisz folk na punkowo. Kij z tym. Za dwa tygodnie w Wawie zagra Primal Scream, kapela którą przegapiła jak grała ostatnio w Polszy, bo rozbijałem się po Łodzi Kaliskiej z resztą ekipy z MFK. Więc będzie nieco czkawki po Erze Wodnika i sporo przeterminowanego pigułowego rejwu. No to nadrobię. Albo i nie, ale na pewno nie przegapię Lamba, kapitalnego duetu, bujającego się podobnie jak Koszin między trip-hopem a drum'n'basikiem, z kobiecym wokalem. Duo niestety rozpadło się 5 lat temu, a szkoda, bo bardzo ich lubiłem. No i reaktywacja, i koncert w Wawie. Widać Brytole ciężko przeżywają kryzys. Nic to. Fajnie że koncert i trasa, ciekawe czy w zapasie mają jakiś materiał na nowy album, by wypadało by.

A potem to już NIN, i wogóle...


Pod skryptem: pzdr dla ekipy, z którą dokonywałem żywota nad ranem po finale Ligi Bitew Komiksowych. A ci co mieli wpaść a nie wpadli to łachy. Over.

5 komentarze:

templer pisze...

Kiedy, gdzie i za ile Primal Scream? Raz w życiu ich muszę zobaczyć.

Gonzo pisze...

12 sierpień, stodoła.

wonder pisze...

Kij z Primal Scream. Dropkicki i Flogging Molly!

lewar pisze...

ojtam, ojtam z tymi łachami

Ale na Molly się widzimy.

iscariote pisze...

Ah, jakie szczęście, że tu czasem zaglądam. Żyłbym bez wiedzy o koncercie Flogging Molly, a tak to już mam bilet i jadę ^^