Błędny krąg - tytuł to wcale nie przesada. Carey się z deka zaplątał. Ale po kolei. Do polskich księgarń trafił drugi (książkowy!) tom przygód Felixa Castora, o którym już pisałem przy okazji premiery 'jedynki'. Gość jest zerżnięty do oporu z Constantine'a - wyszczekany okultysta grasujący w Londynie, być jego kumplem to mieć jak w banku rychły spirytystyczny wjazd na chatę, gość chleje, gada z duchami, nawet pochodzi z Liverpoolu. Nie wiem, na czym skończyła się współpraca Careya z Vertigo w ramach Hellblazera, ale widać zostało mu sporo niewykorzystanego tworzywa. Nie to żeby postać się nie różniła. Imię ma inne. I nazwisko. Do odprawiania rytuałów używa fletu. No i nie pali. Ale u Careya prawie nikt nie pali, widać ta strefa życia jest mu obca. Tym lepiej dla niego. I zdrowiej, i o plagiat ciężej oskarżyć, acz w przypadku takiej zżyny to mała pociecha.Castor oczywiście prowadzi nowe śledztwo, a że równocześnie przeplata się ono z dwoma innymi wątkami, to każdy średnio rozgarnięty czytelnik zakuma, że splotą się one w spektakularnym finale. Egzorcysta przez kolejne 300 stron błędnie krąży po Londynie gubiąc tropy, samemu zapędzając się w kozi róg, wielokrotnie dając się robić w konia. Jako że to nie jeden wątek, a trzy, to błądzenia jest też trzy razy więcej, w efekcie akcja zawiązuje się po wspomnianych trzech setkach stron. Toczy się toto powoli. A jak już się dotacza gdzie trzeba, wiadomo że zabił kamerdyner, a broń schował ogrodnik, wsiadamy w 100-stronicowy rollercoaster, który zwalnia 50 stron przed końcem. I jest z deka wymęczony finał.
To nie jest zła książka, ale od nazwania jej dobrą jestem jeszcze dalszy. Nawala kompozycja całości, zbyt długo się ciągnie, jak dostaje dynamicznego kopa to Carey nie jest w stanie na tym poziomie dociągnąć do końca. Zbyt ambitnie pojechał. Ale i nie jest to najwyższych lotów rzemieślnik. Serie zwykle przejmował po innych, najchętniej dorzynając motywy niedostatecznie wyeksploatowane przez Gaimana. Z efektami różnymi, taki Lucyfer mnie zaciekawił początkiem, by w efekcie zmęczyć po gaimanowsku rozwlekłymi kolejnymi dwoma tomami.
Jest też druga sprawa, tyleż zaleta co wada. Książkowa seria Careya to takie urban fantasy, ale w klimacie noirowego kryminału. Jest stylizacja, ale dość kiczowata i tandetna. Bogate w porównania monologi wewnętrzne zapijaczonego bohatera to niewątpliwe nawiązania do klasyki gatunku, tyle że ociera się to momentami o pulpową grafomanię. Aż tak dobrze/aż tak źle. Niepotrzebne skreślić.
Plusem książki są na pewno mięsiste postaci. W aferę wmieszani są amerykańscy sataniści, konkurencyjny egzorcysta, utajnione zbrojne ramię kościoła, obowiązkowo duchy, zombie, no i sukkub, demonica która miała swoją vagina dentata skarcić bohatera w poprzednim tomie. Wyszło inaczej, żyje na ziemi, uczy się od Castora fachy, a Carey cały tom gra na czytelniku oczekiwaniem, kiedy da się ona w końcu puknąć egzorcyście. Ostrzegam, że autor odwala numer wyjątkowo świński tyleż wobec bohatera, co i czytelnika.
Warto, nie warto? Nie wiem, niby to rozrywkowa książka, ale jakoś tak przyciężkawa, ciągnie się zwyczajnie. Z drugiej strony chętnie przeczytam trzeci tom. Choćby z ciekawości czy sukkub da Castorowi. Poza tym i tak ma to fajny klimat, kto lubi takie jazdy, temu pewnie książka zrobi miło, zwłaszcza że mnie na przykład egmontowskie Hellblazery Ennisa mocno zawiodły. Tu macie szansę na nieco więcej cukru w cukrze. I okultyzmu w okultyście.
Geek corner: tłumaczenie, skądinąd dobre i soczyste, tradycyjnie autorstwa pani Braiter, nie ustrzegło się paru wtop. Najistotniejsza to chyba odnoszenie się do historycznej spirytystki, madame Blavatsky, w rodzaju męskim. Ja wiem, że z oryginału nie dało się wywnioskować że to kobita była, ale w końcu od czego mamy google...? I teraz pytanie: skąd ja - do cholery - wiem, kim była madame Blavatski???

5 komentarze:
Faktycznie, Mój Własny Diabeł był o wiele lepszy. Tutaj Carey chyba popłynął, bo książka była za bardzo odjechana. Po pierwszym tomie byłem nastawiony na coś równie kameralnego i dopracowanego a w dwójce autor wyjeżdża z epickim bełkotem.
Blavatsky to nie pojawiła się nawet w Wolfie przypadkiem? Wtopa na potęgę. Tłumacz to bardziej musi kulturę nawet ogarniać, niż język.
no ja Blavatsky chyba z jakiegoś niehelbojowego komiksu Mignoli pamiętam. A tłumacz musi niestety ogarniać wszystko, co jest oczywiście niemożliwe, i stąd potem takie wtopy.
Bławacką możesz kojarzyć też z Sandmanów albo z Hellblazera właśnie, plus jej nazwisko przejawia się w okultystycznych horrorach równie często, jak Crowley'a czy LaVey'a.
Jak na tłumaczkę z takim dorobkiem, to serio zajebiście dziwny błąd - to Braiter przecież Sandmany robi na pl, nie?
Hellblazery tysz. i komiksy Carreya chyba też.
Prześlij komentarz