wtorek, 22 lipca 2008

Astrópía

To nie jest film dla wszystkich. "Astropia" to historyjka laseczki zagubionej w życiu, która trafia do sklepiku dla nerdów. Słowo 'nerd' pojawia się nawet w języku islandzkim, i tłumacz dyletand upierdliwie tłumaczy je na swojskie, a nieadekwatne 'maniak'. RPG, komiksy, literatura i filmy z pogranicza SF, fantasy i horroru - wszystko to jest na półkach sklepu, i film został w sumie zrobiony właśnie dla potencjalnych klientów tytułowej Astropii. Na przykład dla mnie. I jak sądzę dla Was.

Plakat zniechęca, wygląda jak skrinszot z reklamówek Cinemy wklejonych przed polskie wydania filmów na DVD. Potem jest ciężki początek, przedstawiający smętną historię obyczajową. A potem laska zatrudnia się w sklepie, i już robi się fajnie. Dodam krótko - sfera obyczajowa o problemach głównej bohaterki, Hildur, jest banalna, nudna i rozwleczona, w dodatku stanowi (niestety) prawie połowę filmu. Druga połowa, z którą przeplatają się rozterki kopciuszka w stylu Dody, wynagrodziła mi to z nawiązką.



Sklepik - podobnie jak "Sprzedawcach" - ściąga różnej maści świrów, ale świrów sprofilowanych. Fani bitewnego Warhammera, czytelnicy Eragona, podobne im typy, w dodatku sami sprzedawcy to też niezłe czuby. Teoretycznie. Nie dla mnie. Nie dla was. Sam pracowałem 5 lat w wypożyczalniach video, sam mawiam cytatami z gwiezdnych wojen. Ale ja nie upierał bym się że "Red Son" to nieprzeciętne romansidło. I nie mówię na "Firefly'a" Whedona "Świetlik" (no ale jak się tłumaczy 'nerd' na polski...). Tak więc mamy tych kolesi co jarają się komiksami Morrisona i wczesnymi filmami Jacksona. Kolesie grają po godzinach w RPG (oczywiście najnowsza edycja Dungeons & Dragons). I tu fajny patent - sesje są zwizualizowane, z tła dobiega głos mistrza gry, a postaci wygłaszają zdania w stylu 'fajnie, przynajmniej nie zaczynamy przygody znowu w karczmie'. Słowem - swojsko, fajnie, autoironiczna zbita fanbojska, ale z urokiem.

Bólem jest wspomniana mętna fabuła o problemach Hildur. Same sceny sklepowe i RPG-owe też nie grzeszą nadmierną fantazją i szczególnie wyszukanym humorem, ale jest w tym coś więcej - takie drugie dno, które odkryją właśnie prawdziwi fanboje. Obok Supermana na ścianie Astropii jest rysunek Sally Jupiter. Można bawić się w wypatrywanie produktów w sklepie (okładki 100 Naboi, czy Punishera, Głębi i innych filmów, gdzieś tam jest plakat filmowego Hellboya). Laseczka grająca w RPG gra rangerem, i zgodnie z profesją wywija dwoma kosami. Taka pierduła, a cieszy. Acz nie cieszy aż tak, jak szarża na wroga z okrzykiem 'LEEEROOOY JENKIIINS!!!' na ustach.

Film polecam fanbojom wszelakiej maści. Uśmieją się. Wyszło autoironicznie ale i ciepło. Prawdziwe. Dla mnie pytanie o ilość figurek w blisterze ze Skavenami nie jest dziwne. Dla wielu to jakiś bełkot. Jest fajnie, jest prawdziwie. Acz jest w tym filmie doza fantasy i poza scenami erpegowymi. Drużyna graczy RPG w połowie złożona z lasek to już raczej czysta fantazja.

9 komentarze:

Maciej pisze...

Etam fantazja. Przez ponad dwa lata mistrzowałem młotka siedmioosobowej drużynie w której grały cztery dziewczyny :)

.C.Z. pisze...

Prawda. Jak mam wyliczać wszystkie dziewczyny które się przez moje i kumpli lata gry przewinęły, to nie był tego jakiś bardzo mały odsetek. Co innego, że może 3-4 z nich prezentowały jakiś lepszy poziom :-)

Swoją drogą oglądałem dziś Shark vs. Eagle. Nie tak nerdowo, ale o nieudacznikach i owszem. Z dziewczyną do kina w sam raz.

Gonzo pisze...

też mi się koleżanki zdarzały w ekipie, ale więcej niż jedna? rzadkość. pół ekipy? iiiitam :]

klc pisze...

Astropia jest faktycznie git. Choć tłumaczenie faktycznie powodowało u mnie co chwila spontaniczne ataki agresji. Spieprzone koncertowo.
Z rzeczy na półkach chłopcy mieli jeszcze TPB "Daredevil/Ninja". :D Chętnie bym do tego sklepu przyszedł na zakupy.
Aha, i bardzo mi się jeszcze podobała pierwsza scena, z motywem powieści Joan Rivers. Gonzo, kojarzysz, skąd to wzięli?

Gonzo pisze...

ej, motywu nie ogarniam, acz wyłapałem (co nie było trudne) że pismak był bodajże z Daily Planet (czy Daily Bugle? e chyba nie)

klc pisze...

Pismak byl z "Daily Planet", jesli dobrze pamietam.
A Joan Rivers to pisarka, która Kathleen Turner grala przed laty w filmie "Milosc, szmaragd i krokodyl". Pisala wlasnie takie romansidla, jakie czyta Hildur. I film tez sie zaczynal od takiej wyobrazonej sceny. Ot, sympatyczny popkulturowy cytat.

adler pisze...

Gonz, ale jak Cie tak wkurwiają spolszczenia, to chociaz mógłbyś pisać "screenshot" jak normalni ludzie.

Gonzo pisze...

Adler, kurde, malkontencie, jest różnica pomiędzy moim radosnym zamiłowaniem do fonetycznego zapisu słów obcojęzycznych (he, są języki gdzie jest to no normą :D), a nieogarnięciem tłumacza, nah?

adler pisze...

ee... nie?
jedno i drugie jest przerażające.