Wracamy do tego co tam u nas na rynku. Niedawno pisałem o Vertigo, no i mamy pierwsze tomy nowych (u nas of coz) serii. Warto było czekać?
Hellblazer: Niebezpieczne nawyki - czyli pierwszy tom przygód Constantina na naszym rynku. Oczywiście nie licząc książki Carreya. Egmont zdecydował się zacząć od Ennisa, śmiem przypuszczać tylko dlaczego. Po pierwsze - facet ma mocne nazwisko i nawet w Polsce istnieje coś takiego jak baza fanów tego Irlandasa. Po drugie - poprzednie zeszyty (czyli 1-40#) często są rysowane dużo brzydziej. W "Nawykach..." (a może powinno być "Nałogach...") rysunek czasem się broni, czasem nie, ale i tak pogrążają go kolory, tak samo marne jak na początku serii. Inna sprawa, że z poprzednich zeszytów tylko część doczekała się zbiorczych wydań, i w Stanach Vertigo jest dopiero jakoś w połowie wypełniania dziury pomiędzy "The Devil You Know" Delano, a "Nawykami..." Ennisa. Z tych powodów decyzję zaczęcia od Ennisa uważam za w miarę obronioną. Inna sprawa że pierwszy tom Ennisa nie powala jakoś - Constantine wykręca niezły numer, ale zawsze miał dar do balansowania na granicy grając o wszystko. W dodatku cały czas pojawiają się odnośniki do jego poprzednich przygód, sprawa układu z Nergalem, czy niesławne Newcastle. Widać że to bohater z historią, z tłem, z wydarzeniami które go w jakiś sposób ukształtowały. Constantine nie jest papierowy. Ale jakoś tak poskąpiono nam tych wcześniejszych przygód. Mam za sobą pierwsze dwa oryginalne trejdy cyklu i mogę tylko polecić je jako lekturę uzupełniającą. Po "Nawykach..." nikogo nie powinien już wystraszyć rysunek (taki to urok Vertigo z pierwszej połowy lat 90-tych), historyjki zwykle trzymają poziom, no i będzie się wiedziało o co z tym koleżką kaman. Tu się pojawi Swamp Thing, tam jakieś demony , piekielna transfuzja. Ale wracając do pierwszego wydania cyklu u nas - nie powala, ale solidne to czytadło, chciał bym wiedzieć tylko co zażywa osoba odpowiedzialna za projekt okładki. A zwłaszcza grzbietu. Zamiast jednolitego, rdzawego tła, i napisu prostą czcionką, mamy jakiś tandetny efekt przejścia kolorów na poziomie pierwszych photoshopów (kolory się po prostu gryzą), i wygląda to po prostu słabo. To grzbiet a nie zawartość, więc bez sensu się czepiam, ale skoro to taka pierdółka, to jak można ją spieprzyć. Tyle marudzenia, pozostaje tylko powitać kolejnego ikonicznego herosa na polskim ryneczku komiksowym.
Loveless : Huczny powrót do domu - czyli spaghetti western Azzarello i jakiegoś umiarkowanie znanego ktosia. Szymon Holcman wspomniał że to takie tam czytadło - no i niby tak, ale ciężko ocenić seryjkę po samym pierwszym tomie, który jest tak naprawdę tylko ospałym prologiem do wydarzeń, które mają nadejść. Nasz protagonista wraca do rodzinnego miasteczka po wojnie secesyjnej. Wojna odcisnęła na nim wyraźne piętno, podobnie jak na rodzinnej miejscowości. Facet ma wyraźnie pewne rachunki do wyrównania, Azzarello jednak nie śpieszy się dać do zrozumienia komu co jest nasz bohater winien. Fajny jest klimat - wojna się skończyła, Południe dostało w pałę, i musi pogodzić się z wizją rzeczywistości, w której nie mieści się plantacja bawełny pełna wyzyskiwanych niggazów. Czuć że atmosfera gęstnieje, a bohater czeka aż wszystko pójdzie tak jak sobie zaplanował, żeby skarcić kogo trzeba. Ale nie wiadomo za co. Ciekawi mnie to, więc sięgnę na pewno po drugi tom. Azzarello to fachura, co widać chociażby po kapitalnie rozwiązanych retrospekcjach, splatających się z akcją komiksu. Na dwoje babka wróżyła, ale chyba raczej polecam. Mają być trzy tomy, ale zdaje się że seria została po prostu przerwana, co najlepiej jednak nie wróży.Pod skryptem: "Lęk i odraza w Las Vegas" - czyta się dobrze, tłumaczenie to fachowa robota, acz jestem niewolnikiem wersji filmowej. Pijawek się nie spuszcza. Pijawkami się szczuje.

7 komentarze:
ciężko ocenić serię po pierwszym tomie- to raczej marne usprawiedliwienie dla bycia takim tam czytadłem, chłopie. po pierwszym tomie powinno się chcieć kupić następny.
z drugiej strony, ja nie nazwałbym tego tomu takim znowu ospałym.
z trzeciej strony... nie chce mi się jednak kupować następnego.
No to mówisz za siebie - ja kolejny łyknę, bo mnie ciekawi jak to się rozwinie. Inna sprawa że ten tom to taki dłuugi wstęp, z którego za wiele nie wynika.
A zwróciliście uwagę na ostatnie pedalskie grzbiety Egmontu? Lucyfer jakiś taki, Hellblazer taki fiolecik z efektem... bleee.
toć przeca pisałem że grzbiecik jak z dupy wyjęty w blejzerze...
Łe, ano faktycznie. Późno było, musiałem jakoś nieuważnie czytać.
Z drugiej strony mam też takie coś, że jak czytam tekst o czymś, o czym mam sam napisać (a o "Hellblazerze" się pewnie zbiorę) to nie czytam go zbyt uważnie, po to żeby sobie nie narzucać pewnych opinii. No i żeby przypadkiem czegoś nie zapamiętać jak Aleja!
Frusin zrobił z Azzarello parę trejdów z wesołymi przygodami Constantine'a w Ameryce. Aczkolwiek jak uwikłali go w gejowski romans, to już powiedziałem: dość.
Tru to była przeginka, ale 'amerykański' run Azaarello był rewelacyjny - mało magii, zero demonów za to dużo amerykańskich degeneratów wśród których i tak Constantine był największym skurwysynem.
Prześlij komentarz